1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Syndrom sztokholmski

Syndrom sztokholmski to specyficzny stan psychiczny, który jest reakcją na bardzo silny stres pojawiający się w określonych sytuacjach, np. kiedy jest się porwanym, więzionym, ale także kiedy jest się ofiarą kazirodztwa czy przemocy. (Fot. iStock)
Ofiara z syndromem sztokholmskim zachowuje się tak, jakby nie zauważała, że jest krzywdzona. Tak bywa właśnie często w toksycznych relacjach.

Jest rok 1973. W Sztokholmie dochodzi do napadu na bank. Dwóch poważnie uzbrojonych napastników przez prawie sześć dni przetrzymuje czterech pracowników Kreditbanken – jednego mężczyznę i trzy kobiety. Po 131 godzinach policji udaje się odbić przetrzymywane osoby. Poszkodowani po uwolnieniu nie tylko odmawiają bycia świadkami w sprawie przeciwko swoim oprawcom, ale po pewnym czasie jedna z ofiar zakłada fundację, której celem jest zbieranie funduszy dla adwokatów napastników, a druga zaręcza się z porywaczem!

– Kiedy dobrze nas traktował, myśleliśmy o nim jak o awaryjnym Bogu – mówił jeden z zakładników. To właśnie wtedy Nils Bejerot, kryminolog i psychiatra pracujący przy tej sprawie, po raz pierwszy użył określenia „syndrom sztokholmski”.

Syndrom sztokholmski – przykłady

Przykładów jego istnienia jest wiele. Zalicza się do nich na przykład historię Patricii Hearst, dziedziczki amerykańskiego wydawcy prasowego, która została porwana przez grupę Symbionese Liberation Army. Po kilkunastu dniach tak zaprzyjaźniła się ze swoimi porywaczami, że pomogła napaść na bank.
Kiedy organizacja Hezbollah porwała samolot i jego pasażerów przetrzymywała przez dwa tygodnie jako zakładników, tuż po uwolnieniu niektórzy z nich twierdzili, że żądania porywaczy były słuszne. Ofiary usprawiedliwiały zachowanie swoich oprawców, a wręcz sympatyzowały z nimi.
O syndromie sztokholmskim można mówić także w przypadku Nataschy Kampusch i słynnej historii jej więzienia przez 8 lat! Przez swojego oprawcę została uprowadzona jako dziesięcioletnia dziewczynka. Kiedy w 2006 roku, po latach bicia i gnębienia, udało jej się uciec, okazało się, że nawiązała emocjonalną więź ze swoim katem – gdy dowiedziała się o jego śmierci, rozpłakała się…

To przypadki, o których słyszał cały świat, można powiedzieć – ekstremalne. Jednak syndrom sztokholmski może występować także w zupełnie zwyczajnych, codziennych sytuacjach, w naszych związkach czy w naszej pracy.

Objawy syndromu sztokholmskiego

Ofiara z syndromem sztokholmskim zachowuje się tak, jakby nie zauważała, że jest krzywdzona. Tak bywa właśnie często w toksycznych relacjach, gdy jedna z osób jest wykorzystywana, zdradzana, poniżana, szantażowana emocjonalnie czy staje się obiektem manipulacji partnera. Podobnie może dziać się w relacjach zawodowych, na przykład pomiędzy szefem a pracownikiem, który doświadcza mobbingu.
Syndrom sztokholmski może, ale nie musi rozwinąć się u każdej ofiary, wiele zależy od jej emocjonalnych uwarunkowań.

Co to jest syndrom sztokholmski?

Syndrom sztokholmski, który opisywany jest przez psychologów od kilkudziesięciu lat, to specyficzny stan psychiczny, który jest reakcją na bardzo silny stres pojawiający się w określonych sytuacjach, na przykład kiedy jest się porwanym, więzionym, mobbingowanym, ale także kiedy jest się ofiarą kazirodztwa, przemocy w rodzinie czy w związku partnerskim. Ofiara z jednej strony cierpi, ale jednocześnie odczuwa coś w rodzaju sympatii, a z pewnością więzi ze swoim oprawcą. Będzie pomagać mu w osiągnięciu celu, a także starać się, by uniknął konsekwencji swojego zachowania.

By mówić o „syndromie sztokholmskim” spełnione muszą być pewne warunki. Pierwszy to poczucie zagrożenia – ofiara wie, że jej kat zdolny jest „do wszystkiego”, nawet do najgorszych czynów. Drugi to fakt, że oprawca ma „przebłyski” dobra, odruchy życzliwości wobec swojej ofiary. Trzeci warunek to brak możliwości ucieczki, a w każdym razie przekonanie ofiary, że jej nie ma. I kolejny – ofiara jest odizolowana od innych ludzi, czuje się pozostawiona sama sobie, jest bezsilna i bezradna.

– Z jednej strony ofiara ma silne poczucie zagrożenia, a z drugiej nadzieję na to, że będzie lepiej, że jeśli spełni oczekiwania kata, uratuje się – tłumaczy w jednym z wywiadów psycholog Luis Alarcon Arias, prezes Stowarzyszenia „Niebieska Linia”.

– Z syndromem sztokholmskim spotykamy się również w rodzinach dotkniętych przemocą. Nigdy nie można powiedzieć, że domowy oprawca jest zły do szpiku kości. Maltretowana kobieta ma z nim dobre i złe doświadczenia. A to sprawia, że traci ogląd sytuacji i przestaje racjonalnie myśleć – mówi Luis Alarcon Arias.

Syndrom sztokholmski jest swego rodzaju mechanizmem obronnym, mechanizmem przetrwania – to po prostu walka o życie, a jej skutki mogą pojawić się na długo po zakończeniu trudnego doświadczenia.

Jak dokładnie powstaje ten szokujący dla osób, które nigdy nie znalazły się w takiej sytuacji, syndrom?

Zwykle jest tak, że sprawca grozi ofierze, najczęściej straszy, że pozbawi ją życia, jeśli ta nie zastosuje się do jego poleceń. Grozi, ale też często znęca się fizycznie i psychicznie, pokazując swoją moc. Ofiara jest zupełnie sama, nie może liczyć na niczyją pomoc, nie widzi też możliwości ucieczki z toksycznej sytuacji. Z czasem coraz lepiej poznaje swojego kata, wie, co może go rozwścieczyć, wie też, jak jego największej agresji zapobiegać. Nawet mikroprzejaw ludzkich uczuć z jego strony zaczyna wyolbrzymiać i co za tym idzie – doceniać, aż rodzą się w niej pozytywne uczucia wobec niego. Dochodzi wręcz do tego, że osoby „z zewnątrz”, które starają się ją uwolnić z piekła, nie są postrzegane przez nią jako jej przyjaciele, ale wrogowie jej „obrońcy”, czyli w rzeczywistości jej kata.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze