Nie potępiam psychodelików i widzę możliwości ich ograniczonego zastosowania w psychiatrii. Zauważam jedynie, że psychodeliki lansowane przez kulturę korporacyjną stały się środkiem odurzający pod hasłem: nie zmieniajmy nic, ale poczujmy się lepiej – mówi psychiatra i neurobiolog dr Jacek Dębiec.
- Psychiatra Jacek Dębiec podkreśla, że w dyskusji o stosowaniu psychodelików potrzebny jest dystans. Zarówno ruchy polityczne, jak i wielkie korporacje zaangażowały się bowiem w ich promowanie.
- Tymczasem to substancje, które nadal, jak podkreśla ekspert, wymagają kolejnych badań, związanych ze skuteczności ich działania, możliwymi skutkami ubocznymi.
- Ekspert dodaje, że: „Niestety, pociąg do nowości bywa silniejszy niż krytyczne myślenie. Na razie nie mamy dostatecznej wiedzy na temat skutków ubocznych stosowania psychodelików”.
- W artykule o działaniu psychodelików pojawia się również temat stosowania tych substancji jako „nowych antydepresantów”.
- W tekście wyjaśniona jest również sama definicja psychodelików: tego, czym są i jakie najpopularniejsze substancje należą do tej grupy.
Wywiad pochodzi z magazynu „Sens” 02/2026.
Dominika Tworek: W Stanach Zjednoczonych od kilku lat obserwujemy silne próby wprowadzenia psychodelików* jako leków na PTSD (zespół stresu pourazowego) czy depresję. Substancje te stały się jednym z głównych tematów niedawnego szczytu „Make America Healthy Again”. Co pan na ten temat myśli?
Jacek Dębiec: Myślę, że w tej sprawie potrzebujemy dystansu, który pozwala na postrzeganie problemów w szerszym kontekście. Zaangażowanie ruchów politycznych nie sprzyja zachowaniu takiego dystansu. W propagowaniu psychodelików pojawiają się naglące wypowiedzi, w rodzaju: „Psychodeliki pomagają niektórym osobom żyć z symptomami zespołu stresu pourazowego, więc musimy zrobić wszystko, żeby były natychmiast dostępne”. To poczucie presji ustawia już w pewien sposób nasze myślenie, często przybiera postać szantażu emocjonalnego, podczas gdy potrzebna jest otwarta dyskusja, która uwzględniałaby różne czynniki. Jednym z nich jest właśnie ten bezpośredni, czyli potrzeba określonej grupy osób, które w udostępnieniu psychodelików widzą nadzieję.
Jakie inne czynniki dobrze wziąć pod uwagę?
Choćby historyczne. Wystarczy popatrzeć na to, do czego doprowadzono, gdy wprowadzano inne substancje psychoaktywne bez dokładnych, rzetelnych badań, które dawałyby nam wiedzę, jak je stosować i z jakimi efektami ubocznymi możemy mieć do czynienia. Innym czynnikiem – a ten wydaje się tutaj decydujący – jest pytanie o interesy osób, które mają największy wpływ na obecną dyskusję. W mediach wypowiadają się specjaliści związani głównie z nurtem aktywistycznym. Lub z nurtem producenckim. Zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Polsce wiele osób pełniących kluczowe stanowiska w psychiatrii, na uczelniach czy w innych organizacjach zawodowych, otrzymuje pieniądze od firm farmaceutycznych.
Specjaliści potwierdzają swój poziom ekspertyzy tym, że prowadzili badania nad psychodelikami. Ale najczęściej są to badania sponsorowane przez korporację pracującą nad produktem, który chce wprowadzić na rynek. Eksperci dostają granty na badania, ze wszystkimi ich dobrodziejstwami, jak wyjazdy na prestiżowe zagraniczne konferencje.
W Polsce wyraźnie słyszymy głosy gloryfikujące używanie psychodelików w medycynie, w związku z czym można odnieść wrażenie, że stanowią one remedium na nasze problemy psychiczne. W Stanach Zjednoczonych jest trochę inaczej?
Jeżeli chodzi o szeroko pojęte środowisko psychiatryczne, zdecydowanie dominują głosy osób, które są za badaniami psychodelików. Przy czym należy rozróżnić wspieranie badań nad psychodelikami od szybkiego wprowadzenia ich na rynek jako ogólnie dostępnych środków leczniczych.
Z czego wynika ten entuzjazm?
Entuzjazm towarzyszy większości nowych rzeczy, które się wprowadza. To ludzka przypadłość, że ekscytujemy się nowościami – chociaż psychodeliki już nie są taką nowością, dziś mają swoje drugie życie. Niestety, pociąg do nowości bywa silniejszy niż krytyczne myślenie. Na razie nie mamy dostatecznej wiedzy na temat skutków ubocznych stosowania psychodelików. Do tego musielibyśmy przeprowadzić badania, a to trwa.
Przecież psychodeliki badano już dekady temu. Od lat 60. robił to między innymi amerykański psychiatra czeskiego pochodzenia Stanislav Grof.
Celem każdych badań klinicznych jest pokazanie, że dany środek nie szkodzi – a przynajmniej że potencjalne ryzyko nie przeważa nad zyskiem. Naukowcy zadają również pytanie o to, czy dana substancja działa lepiej niż placebo i inne dostępne już środki.
Tutaj nie można się zatrzymać na spostrzeżeniu, że ktoś po zażyciu danego psychodeliku poczuł się lepiej, tylko musimy zbadać, ile dana osoba ma tego zażywać, jak długo, czy i kiedy ma odstawić oraz jak ta substancja potencjalnie reaguje z innymi substancjami czy lekami, które dana osoba zażywa.
Żeby określić parametry bezpieczeństwa, potrzeba znacznie więcej danych niż jednorazowy czy kilkurazowy kontakt z tą substancją, a w taki sposób było to kiedyś badane.
Nie wiemy tego?
Wielu informacji nam brakuje. Porównanie tego, jak psychodeliki działają, jest trudne, bo w zdecydowanej większości badań nie udało się „zaślepić próby badawczej”. To znaczy, że osoby, które zażywają psychodeliki, wiedzą, że są pod ich wpływem. Aby to zbadać, należałoby na przykład podawać je w stanie uśpienia, tylko że dochodzi tu kwestia bezpieczeństwa i bardziej skomplikowanej metodologii badań. Tak jest znacznie trudniej.
W jaki sposób psychodeliki działają na nasz mózg, wywołując efekt terapeutyczny?
Przyjmuje się, że na poziomie układu nerwowego głównym mechanizmem działania psychodelików jest aktywacja receptorów serotoninowych 5-HT2A. Jest to oczywiście uproszczenie, bo zazwyczaj substancja albo aktywuje, albo blokuje więcej niż jeden receptor. To, co dzieje się w mózgu, jest dość spekulatywne. Z jednej strony badamy bowiem efekty poprzez to, że dana osoba wypełnia różnego rodzaju kwestionariusze i opisuje zmiany w swojej świadomości czy nastroju – słowem, mówi, jak się czuje. Z drugiej – mamy część badawczą na poziomie neuronalnym, kiedy badamy, co się dzieje z komórkami nerwowymi czy z układami tych komórek w trakcie podania substancji.
To badanie też jest spekulatywne?
Same badania biologiczne nie są spekulatywne. Element spekulacji pojawia się wówczas, kiedy kojarzymy zmiany czynności komórek nerwowych z subiektywnymi przeżyciami po zażyciu psychodelików. Rozdzielczość aparatury badawczej ogranicza wyprowadzanie takich wniosków. Trudno jest odróżnić, czy zmiana, którą obserwujemy – na przykład badając fale mózgowe poprzez EEG czy używając rezonansu magnetycznego – to bezpośrednie działanie leku czy adaptacja mózgu do działania leku, czyli coś wtórnego.
Adaptacja mózgu do działania leku?
Wyobraźmy sobie mózg, przez który cały czas przebiegają impulsy elektryczne. Psychodelik pobudza jakieś komórki nerwowe, aktywizując daną część mózgu, i to pobudzenie może się rozprzestrzeniać na inne obszary. Ale też mózg jako struktura biologiczna uruchamia mechanizmy, które to pobudzenie ograniczają, żeby utrzymać homeostazę, czyli równowagę.
W tym sensie mówilibyśmy tu o kompensacji działania. Bo nie mamy do czynienia z bezpośrednim działaniem leku na te komórki, ale z harmonizującym działaniem mózgu w reakcji na zmianę.
W badaniach nad psychodelikami w dużej mierze opieramy się na deklaracjach badanych?
Tak, to jest główne źródło naszej wiedzy. A osoby, które lobbują za dostępem do psychodelików, chcą się poczuć lepiej. Nie chcą, żeby ich wcześniejsze traumy nieustannie kierowały ich zachowaniem. Nie chcą tkwić w smutku, w depresji, więc to czynnik niezwykle subiektywny.
Nie wiemy więc, czy pozytywny efekt wynika z działania substancji, czy z samej nadziei, że ona zadziała?
Niewątpliwie tutaj nie da się oddzielić efektu placebo od efektu leku. A bezkrytycznie pozytywne artykuły sponsorowane zmieniają nasze nastawienie – ułatwiając ten efekt placebo. Bardzo często częścią tych kampanii promocyjnych są osoby, które mają szczególny status społeczny. Steve Jobs – zmarły już twórca i szef Apple’a – powiedział publicznie, że zażycie LSD było dla niego jedną z najważniejszych rzeczy w życiu. Jeżeli ikona sukcesu współczesnego świata mówi, że dzięki tej substancji została odblokowana jej kreatywność, ktoś może powiedzieć: „Też bym chciał. Też mam do tego prawo”.
Tutaj wkraczamy w inny obszar – już nie tyle upowszechniania psychodelików jako leków, ile kultury, której ważnym elementem mają być właśnie te substancje. Psychodeliki są promowane przez bogaczy z Doliny Krzemowej. Dzięki nim mamy być bardziej kreatywni, ergo lepiej pracować.
W promowanie psychodelików jako produktów wielki kapitał już zainwestował ogromne pieniądze. Szacuje się, że rynek psychodelików wzrośnie z obecnych 3,6 miliarda do 13 miliardów dolarów do 2031 roku.
Nie chodzi o to, żeby wspierać jakieś lokalne społeczności w Ameryce Południowej, które od wieków stosują ayahuascę, ale o to, żeby stworzyć globalny produkt i sprzedawać go w jak największych ilościach.
Wycieczki do rdzennych mieszkańców Amazonii, aby rytualnie zażyć ayahuascę, również stały się biznesem.
Cóż, ludzie szukają wrażeń, których nie znajdują na co dzień. W rozwiniętych społecznościach kolekcjonowanie nowych wrażeń stało się częścią stylu życia czy wręcz społecznym wymogiem.
Co więcej, to jest traktowane jako forma terapii. Na co dzień ciężko pracujemy w korporacjach, a od czasu do czasu „leczymy się” taką psychodeliczną wycieczką.
Mówimy o wydarzeniu, które postrzegane jest jako terapeutyczne, ale ono po prostu pozwala – zaryzykuję mocnego określenia – się odurzyć. Jeżeli nie czuję się zbyt dobrze w swojej korporacyjnej skórze czy w pełnym napięć i zagrożeń społeczeństwie, raz na jakiś czas jadę właśnie na retreat – takie trochę rekolekcje, używając religijnego określenia. I dzięki psychodelikom przeżywam siebie i świat inaczej.
Z drugiej strony zażycie psychodelików może być bardzo głębokim doświadczeniem.
Owszem. Tutaj dochodzimy do styku z jakąś formą duchowości, bo częścią duchowości jest poczucie połączenia ze światem. Na podstawie badań wiemy, że osoby, które zażywają psychodeliki, pod ich wpływem stają się bardziej otwarte na innych, często mówią o wszechogarniającej miłości, poczuciu odnalezienia sensu, głębokiego kontaktu z naturą. Tu są pewne cechy przeżycia mistycznego.
Może w takim razie powinniśmy ugryźć się w język i ich jednak nie krytykować?
Ależ my nie krytykujemy przeżycia! Jeżeli jest to doświadczenie, które nas przemienia – w ten sposób, że ta przemiana toczy się już swoim torem, bo otworzyła człowieka na coś nowego – to okej. Natomiast staramy się krytycznie myśleć o sytuacji, kiedy sposób dochodzenia do tego doświadczenia jest substytutem czegoś innego albo po prostu ucieczką. Mówimy też o nagłym upowszechnieniu i wprowadzeniu ich jako produktu, bez żadnych bezpieczników.
Amerykańskie media głównego nurtu coraz częściej rozpisują się na temat skutków ubocznych antydepresantów. Czy psychodeliki miałyby zastąpić powszechnie już krytykowane antydepresanty?
Z całą pewnością można powiedzieć, że każda substancja, która modyfikuje chemicznie pracę mózgu, ma efekty uboczne. Nie może być inaczej. Musimy wiedzieć, jak ją stosować – komu zalecać, a komu nie odradzać, i w jakich ilościach – żeby zminimalizować występowanie tych negatywnych skutków.
Częścią optymizmu, jeżeli chodzi o psychodeliki, jest nasza niewiedza. Nie jest tak, że wiemy, że są bezpieczne. Po prostu nie wiemy, jak niebezpieczne może być stosowanie ich przez dłuższy czas w większych ilościach.
Przypuszczalnie mogą być niebezpieczne?
Już pojawiają się doniesienia, że ktoś zażywał psychodeliki w jakimś odosobnieniu i nagle taka osoba wpadła w amok, dochodziło do przemocy, nawet morderstw.
Pańskim zdaniem powinniśmy badać psychodeliki?
Badajmy te substancje, jak najbardziej. Chodzi o to, żeby być ostrożnym w powszechnym ich wprowadzaniu, bo praktyka pokazuje, że jeżeli coś jest dopuszczone do stosowania w leczeniu i nazwane lekiem, to zwykle wskazówki do zastosowania są rozszerzane.
Bo jako lekarz mam taką „władzę”, że mogę leki stosować inaczej, niż jest to w ogólnych zaleceniach. Tak było chociażby z oxycontinem, którego wprowadzenie doprowadziło do kryzysu opioidowego w Stanach Zjednoczonych. Niby są jakieś zalecenia, ale to, co się dzieje potem, to już wolna amerykanka.
Gdy psychodeliki zostaną nazwane lekiem, zmieni się też percepcja społeczna tych substancji.
Jeżeli jest to lek przepisany przez osobę, która ma odpowiednie kwalifikacje medyczne, wtedy właściwie puszczają hamulce. A jeśli dodatkowo potencjalni pacjenci naczytają się sponsorowanych artykułów i reklam, siłą rzeczy będą naciskali na swojego lekarza: „Ale ja też bym chciał spróbować”. Już spotkałem się z takimi oczekiwaniami. Przychodzą do mnie osoby, które mówią: „A może psychodeliki? Bo czytałem, że to komuś pomogło”. Korporacje bardzo starają się przekonać do tych substancji opinię publiczną, używając właśnie określenia „terapia psychodeliczna”.
Dlaczego nie powinniśmy nazywać tego terapią?
Ponad rok temu amerykańska Agencja Żywności i Leków odrzuciła terapię PTSD wspomaganą przez MDMA. Krytyka opierała się w dużej mierze na tym, że nie było żadnego badania, które określiłoby czynnik terapeutyczny.
To znaczy mamy sesję podania tej substancji, ale co z terapią? Co dalej z tym doświadczeniem robimy? Jak wprowadzamy zmiany w życie? Zabrakło wypracowanych standardów. Osoby, które podają psychodeliki, są często tylko specjalistami od podawania leków, nie są psychoterapeutami.
Czego możemy uczyć się z mądrości ludów tubylczych, które stosują ayahuascę czy inne psychodeliki?
Zwróćmy uwagę, że zażycie tych substancji w tamtejszych kulturach jest częścią rytuału, do którego człowiek się przygotowuje. Często jest tam też aspekt pewnego odosobnienia – pielgrzymki do szamana czy na jakąś świętą górę. Nie jest tak, że zamykam się w pokoju, zażywam coś i już jest inaczej, tylko przebywam jakąś podróż.
Wspólnie z szamanem przechodzę przez różne rytuały, a dalej jest proces opracowywania tych przeżyć. Czyli mamy całą kulturę, która przez lata wypracowała sposób i procedury, w jakich te substancje się zażywa. To nie jest odosobniony akt konsumpcji.
W dzisiejszym wydaniu psychodeliki mają być jak burger w barze.
Dokładnie, fast food therapy. To jest dostępne, łatwe, ale na dłuższą metę oczywiście niezdrowe, a z drugiej strony – szczególnie na początku – atrakcyjne, bo ma w sobie posmak nowości. Jak w każdym przypadku należy zadać pytanie, po co się dany środek zażywa.
Wtedy dochodzimy do źródła problemu?
Zawsze, jeżeli się podaje jakiekolwiek zalecenie, trzeba przedyskutować alternatywne sposoby radzenia sobie, leczenia czy przeciwdziałania. Na przykład jeżeli myślimy o kimś z korporacyjnego świata, który raz na dwa miesiące lata na sesję z szamanem do Puszczy Amazońskiej, pytamy, co go skłania do tego, żeby szukać takiej pomocy. Nie każdy może być gotów zmienić swój tryb życia, a każdy chce poczuć się w tym życiu lepiej.
Nie potępiam psychodelików i widzę możliwości ich ograniczonego zastosowania w psychiatrii. Zauważam jedynie, że psychodeliki lansowane przez tę kulturę korporacyjną stały się środkiem odurzającym pod hasłem: nie zmieniajmy nic, ale poczujmy się lepiej.
Wydaje się, że ten proces jest nieodwracalny. Machina już ruszyła.
Przypuszczalnie tak, ale czasem warto nie płynąć głównym nurtem, tylko wbrew albo obok. W tej chwili psychodeliki nie funkcjonują już jako element kultury sprzeciwu, stają się raczej elementem systemu: nie angażuj się politycznie, tylko pojedź sobie na jakąś imprezę w odosobnieniu, zażyj psychodeliki, wróć do korporacji i nie kwestionuj porządku rzeczy. Są już doniesienia, że pewne korporacje dawały pracownikom w pakiecie usług terapie ketaminowe na depresję. Łatwo mogę sobie wyobrazić, że będą one również szykować dla swoich pracowników psychodeliczne imprezy.
Owocowy czwartek i psychodeliczny piątek.
A w poniedziałek rano wracamy przed komputer i w bezlitosny sposób realizujemy interesy korporacji. Taki styl życia lansowany jest po to, żeby nie kwestionować problemów, które leżą u podłoża kryzysu naszego świata.
* Psychodeliki, czyli? Psychodeliki to substancje psychoaktywne, które zmieniają stany naszej świadomości – wpływają na myśli, nastrój, percepcję zmysłową. Ponieważ jednym z objawów ich zażywania są halucynacje, często mówi się o nich jako o halucynogenach. Do klasycznych psychodelików należą: psylocybina – składnik grzybków halucynogennych, ayahuasca, meskalina, LSD. Tego pojęcia używa się także w kontekście MDMA (zwanej „ecstasy” lub „molly”), choć to bardziej stymulator niż klasyczny psychodelik, ponieważ wykazuje słaby efekt psychodeliczny. A także ketaminy, która jest dysocjantem o pewnych właściwościach psychodelicznych.
Jacek Dębiec, dr nauk humanistycznych, polsko-amerykański psychiatra, neurobiolog, filozof. Jego prace ukazywały się w czołowych pismach naukowych. Jest naukowym i klinicznym konsultantem Psychotropic Deprescribing Council (społecznej Rady ds. Bezpiecznego Odstawiania Leków Psychotropowych)