Patrzenie na świat oczami kultur rodzimych przywraca coś, co zostało zminimalizowane, zostawione, zapomniane w toku naszego rozwoju cywilizacyjnego, ale jednocześnie na jakimś poziomie trwa – mówi psychoterapeuta jungowski Tomasz J. Jasiński, porównując perspektywę współczesnego psychoanalityka i plemiennego znachora.
- Carl Jung i inni przedstawiciele psychologii analitycznej wiele zaczerpnęli z myślenia kultur rdzennych – zauważa psychoanalityk jungowski Tomasz J. Jasiński.
- W tradycji kultur plemiennych myśl to nie tylko wytwór mózgu, ale początek wszystkiego, źródło nieznanej mocy.
- Ekspert podkreśla również moc słowa. Jak mówi: „Najprostszym przykładem z naszej zachodniej kultury jest zjawisko hejtu w mediach społecznościowych. Wiemy, jak groźne może być słowo, będące wypowiedzią myśli”.
- W psychologii głębi, jak tłumaczy Tomasz J. Jasiński, rozmowa terapeutyczna przypomina rytuał uzdrawiania.
- Ekspert dodaje, że myśl Zachodu może wiele zaczerpnąć od kultur rdzennych. Przyjąć, „że jest jakiś wymiar, który wykracza poza to, co jest czysto osobowe, indywidualne”.
Artykuł pochodzi z miesięcznika „Sens” 3/2026.
Aleksandra Nowakowska: W przeciwieństwie do zachodniej cywilizacji kultury plemienne nie są zdominowane racjonalnym myśleniem, co wiąże się z oddzieleniem od natury i duchowości. Religia i lecznictwo, podobnie jak ciało i umysł, to dla nich jeden system. Odzwierciedlają to ich obrzędy, kosmologia, mitologia. Jung wiele czerpał z tych tradycji, co dokładnie?
Tomasz J. Jasiński: Jung przez pewien czas podróżował i w trakcie tych wyjazdów miał kontakt z różnymi kulturami rodzimymi. Między innymi odwiedził osadę Taos w Nowym Meksyku, zamieszkaną przez Indian Pueblo, gdzie rozmawiał z jednym ze starszych – Antoniem Mirabelem, znanym z imienia Górskie Jezioro.
Chociaż Jung spędził tam zaledwie kilka dni, właśnie ten kontakt był dla niego niesłychanie ważny, ponieważ u schyłku życia napisał w jednym ze swoich listów, że współczesnemu człowiekowi, który w procesie rozwoju racjonalnego ego zatracił równowagę, potrzebna jest wewnętrzna postawa w przeżywaniu świata charakterystyczna dla kultur plemiennych, o jakiej dowiedział się w tamtej rozmowie.
Jungista Jerome S. Bernstein, pisząc w książce „Życie na pograniczu” o swoich kontaktach z plemieniem Nawaho, stwierdza, że z pewnością jest coś uniwersalnego w rozumieniu świata wszystkich rdzennych kultur.
A jednocześnie tak odmiennego od pojmowania świata na sposób cywilizacji zachodniej. Bernstein pisze, że na przykład nam myśl kojarzy się z wytworem mózgu, ale dla społeczności Nawaho myśl jest początkiem wszystkiego, jakiejś nieznanej mocy. To raczej „myślokształt”, który ma swoją pieśń, swoją wibrację. Jest to bliskie jungowskiej energii psychicznej, rozumianej jako intencja, ukierunkowane odczuwanie, intuicyjna znajomość rzeczy.
Istotne jest to, że dla Junga energia psychiczna i psychika, podobnie jak dla kultur rodzimych (gdyby posługiwały się takim pojęciem), jest pewną realnością. W tym rozumieniu więc podobnie realne są myśli. Nawet jeśli wyobrazimy sobie, że powstają w głowie, to jaki właściwie mają status? Jaki jest ich stosunek do twardej rzeczywistości: czy one są, czy ich nie ma?
Bernstein pisze, że dla nas myśli są oddzielone od duszy czy ducha, ale też od ciała. Dla Nawahów wszystko jest jednością.
Przyszła mi teraz na myśl książka Johna Kerra „Najniebezpieczniejsza metoda: Historia Junga, Freuda i Sabiny Spielrein”. Na jej podstawie powstała hollywoodzka produkcja, w której jako Jung wystąpił niemiecko-irlandzki aktor Michael Fassbender. Dlaczego o tym mówię? Bo tą tytułową niebezpieczną metodą jest psychoanaliza, której podstawowym narzędziem jest słowo, zaś słowo to wypowiedziana myśl. Psychoanaliza zostaje ubrana w słowa, które są jej wyrazem. Jak się nad tym głębiej zastanowić, dochodzimy do tego, jak niebezpieczne może być słowo – jak ponętne, sprawcze, organizujące rzeczywistość i namacalnie jej dotykające.
Najprostszym przykładem z naszej zachodniej kultury jest zjawisko hejtu w mediach społecznościowych. Wiemy, jak groźne może być słowo, będące wypowiedzią myśli. Możemy te zjawiska postrzegać jako przykłady na to, że myśl jest realną energią, że na poziomie pewnego transferu energetycznego ona oddziałuje na coś.
Odwołam się do psychologii jungowskiej – myśl jako wytwór energii psychicznej sama w sobie jest energią psychiczną. Bez uznania jej realności psychoanaliza czy psychologia głębi byłaby tylko czymś w rodzaju gadaniny.
Bernstein robi paralele między pracą terapeuty a znachora kultur rodzimych. Był świadkiem ceremonii, podczas których ze zmielonych kolorowych kamieni tworzone były obrazy nawiązujące do mitologii Nawahów. Potem tym „piaskiem” posypywano człowieka, którego leczono.
Powstawał obraz, który – w języku metafory energetycznej – był wyrazem pewnego układu energii, potrzebnej w transformacyjnym procesie leczenia. Energetyczny punkt widzenia umożliwia nam rozpoznanie podobieństw pomiędzy tym, co się dzieje w ceremoniach leczniczych, a psychoanalizą.
Z perspektywy psychologii głębi bowiem rozmowa jest bardziej malowaniem obrazu niż używaniem słów na poziomie intelektualnym.
W tak rozumianym dialogu terapeutycznym nie wymieniamy się po prostu myślami. Mamy do czynienia z myślokształtami i wewnętrznymi obrazami, które w tym znaczeniu nie są przemyślane, to znaczy ich źródło nie jest umiejscowione w głowie.
Chodzi tu o to, że – jak pisze Bernstein – terapeuta ma być akuszerem treści nieświadomych zawartych między innymi w snach, objawach psychosomatycznych, fantazjach na jawie? Ma opierać się na intuicji i uczuciach? Że recepta na zdrowie pochodzi z nieświadomego, nie wypisuje jej terapeuta?
W procesie terapeutycznym dialog służy otwarciu określonej przestrzeni, by mogły się z niej wyłonić pewne aktywności psychiczne, jak gdyby odpowiedź psychiki na sytuację. Wszystkie te przestrzenne metafory są pewnym ograniczeniem, ponieważ próbujemy nazwać coś, co nie mieści się w ramach materialnego ujmowania świata. Wydaje się jednak, że na poziomie racjonalnym potrzebujemy takich materialnych metafor, żeby w ogóle móc coś powiedzieć zachodnim językiem na temat rzeczywistości subtelnej.
W mojej praktyce, podczas sesji psychoanalitycznych, staram się obserwować to, co się dzieje z pacjentem, co się dzieje wokół nas i w przestrzeni między nami.
Wypowiadając coś, bardziej nazywam to, co postrzegam, a nie to, co „mam w głowie”. W tym sensie mówienie jest dla mnie bliższe malowaniu. Nie tylko obrazy ze zmielonych kamieni Nawahów, ale też usypywanie z piasku buddyjskich mandali w Nepalu (które, zanim słońce zajdzie, zostają zniszczone) mocno kojarzy mi się z procesem terapeutycznym, psychoanalitycznym.
W psychologii głębi, przystępując do psychoterapii, nie zakładamy celu, nie mówimy też, co pacjent ma robić, nie przedstawiamy planu działania. Nie z powodu ignorancji, lecz dlatego, że formułując jakiś plan, zamykamy jednocześnie drogę do tego, żeby cokolwiek spoza planu mogło się wydarzyć.
Jeżeli jest jakiś plan, to jest nim przede wszystkim nastawienie ucha, słuchanie, co psychika ma do powiedzenia, ponieważ to ona „wie”, co jest potrzebne.
Psychoterapeuta – mówiąc językiem Bernsteina – ma świadkować. Podobnie to wygląda w ceremoniach kultur rodzimych – znachor znajduje się między pacjentem a treściami nieświadomymi, przywołując leczącą energię archetypową, mitologiczną.
W tym świadkowaniu ważne jest to słuchanie. Jest taki fragment w książce Bernsteina, kiedy opisuje swój pierwszy kontakt z Nawahami. Był wówczas urzędnikiem, który miał rozpatrzyć ich petycję o pieniądze na edukację dzieci. W pewnym momencie tej historii wybierał się do nich, żeby odebrać jakieś potrzebne dokumenty. Było późno i myślał, że nikogo już na miejscu nie zastanie. Okazało się jednak, że czekały tam na niego znajome osoby. Powiedziały mu: „Wsłuchiwaliśmy się w to, jak słuchasz, i doszliśmy do wniosku, że potrafisz nas usłyszeć. Podjęliśmy decyzję. Chcemy, żebyś tu wrócił”. Słuchać więc można różnie. Ale jeżeli słuchać można różnie, to i mówić można różnie, prawda?
W ceremoniach uzdrawiania Nawahów uczestniczą też bliscy chorego. Dla plemion pierwotnych leczenie na poziomie indywidualnym jest leczeniem i społeczności, i wszechświata, bo jesteśmy jednym. Równoważenie jednostki utrzymuje w równowadze świat.
Można przyjąć, że takie podejście kultur pierwotnych znajduje jakieś odzwierciedlenie w zachodniej terapii systemowej, takiej jak terapia rodzin. W tym ujęciu osoba, która jest diagnozowana, postrzegana jest jako ktoś, kto jest delegowany przez system rodzinny, który jako całość potrzebuje pomocy.
Sam zaczynałem swoją praktykę od pracy z dziećmi, co oznaczało również kontakt z rodzicami. Nierzadko w momencie, kiedy sytuacja dziecka poprawiała się, rodzice przerywali terapię. W ten sposób system opiera się zmianom, dążąc do zachowania status quo, jakby miał w tym jakiś „własny interes”.
Bo z pewnych określonych przyczyn funkcjonuje tak, jak funkcjonuje. Leczenie dziecka oznacza wprowadzenie w system zmiany, zaś opór przed zmianą może się wyrażać w reakcji rodziców. To jest akurat przykład trudności, jakie mogą się pojawić w procesie leczenia, ale pokazuje, w jaki sposób wszystkie elementy systemu stanowią pewną organiczną całość.
Podobnie dzieje się w terapii par. Arnold Mindell, twórca psychologii zorientowanej na proces, który wiele czerpał z Junga, ale też od Aborygenów, wprowadził do psychoterapii termin „mit relacji”. Zainspirował się wierzeniem rdzennych mieszkańców Australii, którzy uważali, że parę zwołuje pieśń, która jest oddzielnym bytem, czymś więcej niż dwie osoby ją tworzące.
Bo związek jako całość składająca się z dwóch połówek jest czymś więcej niż tylko suma jego części. Ma własne życie. Osoby będące w związku, uczestnicząc w terapii, zmieniają konstelację swojej relacji. Ten osobny byt, będący związkiem czy relacją, zmieniając się, wpływa jednocześnie na elementy, które go tworzą.
Psychoanaliza zawsze zwracała uwagę na nieświadomość zbiorową naszej cywilizacji, co od dłuższego czasu zaczyna być również dostrzegane w innych szkołach myślenia.
Zgodnie z taką ideą istnieje pewien rodzaj pierwotnej jedności, pewna sieć wzajemnych połączeń. Tak jak dwie osoby, niczym molekuły świata, spotykają się i zaczynają tworzyć jakiś system, który potem organizuje ich życie. My wszyscy, jako kawałeczki, odrębne byty, oddzielne istoty, jesteśmy połączeni na głębokim pierwotnym poziomie. Ceremonie Nawahów odwołują się do tej elementarnej, podstawowej jedności wszystkiego, sięgając w procesie leczenia do mitów stworzenia świata i człowieka.
Nawahowie wierzą w to, że człowiek swoim postępowaniem może zaburzyć porządek natury. Bernstein przywołuje poruszający przykład chorego dziecka, które miało problemy z trawieniem. Przyczyną było to, że ojciec matki zabił psa na oczach jego matki, gdy była w ciąży. Nasza psychologia rozwojowa dopiero od niedawna sięga do wydarzeń prenatalnych.
Mam w tym miejscu ochotę na jeszcze jedną dygresję, wspominając jedną z osób, która łączyła rodzimy punkt widzenia z perspektywą zachodnią – niejakiego Malidomę Somégo, pochodzącego z afrykańskiego plemienia Dagara. Jako mały chłopiec został porwany przez jezuitów i przeszedł cały proces zachodniej edukacji, zakończony dwoma doktoratami, na Sorbonie i na Uniwersytecie Brandeisa w USA. Jego imię, które nadała mu starszyzna, w języku Dagara oznacza: „Ten, który zaprzyjaźnia się z obcym”. Widzimy tu rozpoznanie indywidualnego przeznaczenia osoby już jako małego dziecka – całe dorosłe życie Malidoma poświęcił budowaniu mostów pomiędzy rodzimym i zachodnim rozumieniem świata.
Po okresie spędzonym w jezuickim seminarium wrócił do swojej wioski, gdzie wraz z innymi przeszedł tradycyjny proces inicjacyjny, zostając szamanem, a następnie większą część życia spędzał w Stanach Zjednoczonych i Europie. W mediach można znaleźć artykuł, w którym Somé opisuje to, co zobaczył okiem szamana w szpitalu psychiatrycznym.
Jego opis obejmuje widok subtelnych obecności energetycznych wokół pacjentów, które w naszym języku trzeba by ująć w kategoriach „opętania”, jak i zadziwienie nad sposobem traktowania ludzi, w oczywistej ignorancji tego, co on był w stanie zobaczyć dzięki swojemu tradycyjnemu wyszkoleniu.
Z zachodniego punktu widzenia jest to radykalnie inna perspektywa, najczęściej dewaluowana. Bernstein, pisząc w swojej książce o ceremoniach leczniczych Nawahów, podjął próbę wzięcia ich na tyle poważnie, żeby wyobrazić sobie projekt połączenia pewnych perspektyw.
Pisze o tym, że Zachód ma swoją antybiotykoterapię, chirurgię czy sposoby na patogeny, a kultury pierwotne – uznawanie nieświadomego, połączenie z jaźnią. Czym ona jest?
Jaźń, tak jak tego pojęcia używa Jung, jest centrum totalności psychicznej, czyli całej psychiki, centrum czegoś większego niż tylko świadomość. To jest w istocie uniwersalne pojęcie, które znaczeniowo pojawia się w różnych elementach naszej kultury w postaci różnych pojęć. Również w niektórych systemach teologicznych, gdzie na przykład mówi się o Bogu jako o czymś, co jest punktem – centrum, a jednocześnie okręgiem. Bernstein definiuje Jaźń jako takie centrum psychiczne, które jak gdyby wie więcej na temat jednostki niż ona sama.
Pokazuje, że kultury pierwotne w procesie leczenia są łącznikiem między pacjentem i jaźnią, czyli uzdrowienie odbywa się – używając języka psychologicznego – w dialogu z nieświadomością, z tym, co szersze niż tylko świadomość.
W kontekście procesu psychoanalitycznego powiedzielibyśmy, że nie jest to jedynie rozmowa ego z ego, lecz otwieranie przestrzeni szerszego wymiaru.
Na przykład wymiaru archetypów? Tak jak Nawahowie w swoich obrazach ze zmielonych kamieni odwoływali się do postaci ze swojej mitologii?
O perspektywie mitologicznej ciekawie mówił jungista James Hillman, który podkreślał, że nie chodzi tu o ich zracjonalizowanie i na przykład rozpatrywanie, czy nasze życie w konkrecie przypomina losy jakiegoś mitycznego bohatera. Jak powiada, mitu nie możemy udowadniać, starać się wykazać, że jest prawdą bądź nieprawdą. Wszystko, co możemy zrobić, to zorientować się, co mit nam robi. Myślę, że Bernstein zaangażował się we współpracę z Nawahami, chcąc poszerzyć swoje rozumienie procesu terapeutycznego, ale też swoje spojrzenie na świat w ogóle. Z drugiej strony widział podobieństwa, co skłania do wniosku, że być może ostatecznie próbujemy opisywać tę samą rzeczywistość innymi językami, z których każdy umożliwia inną perspektywę.
Patrzenie na świat kultur pierwotnych przypomina, że każdy element świata ożywionego i nieożywionego ma własnego ducha i swoje znaczenie w większym porządku wszechświata. Że piękno polega na odczuwaniu pełni i świętości życia. Ich obrzędy przywracały harmonię i świadomość życiowego piękna.
Patrzenie na świat oczami Nawahów czy innych kultur rodzimych przywraca coś, co zostało zminimalizowane, zostawione, zapomniane w toku naszego rozwoju cywilizacyjnego, ale jednocześnie na jakimś poziomie trwa. Z ich obrzędami, opisanymi przez Bernsteina, kojarzy mi się technika pracy, której również używam w gabinecie – czyli terapia w piaskownicy. W pudełku określonych wymiarów znajduje się piasek, pacjent ma też do wyboru różne figurki, przedmioty oraz wodę. Praca polega na tym, żeby w spontaniczny, niezaplanowany sposób wejść w interakcję z tym wszystkim i coś ułożyć. Wyłania się obraz, o którym można potem rozmawiać, ale też nie trzeba. Chodzi przede wszystkim o to, że w tym doświadczeniu daje się psychice bezpieczną przestrzeń do zamanifestowania się.
Problem, z którym osoba przychodzi do terapeuty po pomoc, jest czymś więcej niż tylko tym, co jest pojmowane na poziomie racjonalnym. Istnieje jakiś rodzaj wzajemnych połączeń, które wykraczają poza to, co jesteśmy w stanie objąć myślami.
Dlatego potrzebne jest zaufanie do wewnętrznych procesów. I nie chodzi tu o naiwny pomysł, w którym wystarczyłoby usiąść i czekać, żeby coś się wydarzyło bez całej pracy i udziału racjonalnego umysłu. Chodzi o połączenie tych dwóch perspektyw, o przyjęcie, że jest jakiś wymiar, który wykracza poza to, co jest czysto osobowe, indywidualne. Są inne perspektywy i rozwiązania poza medycyną alopatyczną, której częścią jest zachodnia psychiatria i psychopatologia.
Tomasz J. Jasiński, psychoanalityk jungowski, tłumacz. Jest członkiem zarządu Studiów Kulturowych „Raven” i Polskiego Stowarzyszenia Psychoanalizy Jungowskiej, zrzeszonego w International Association for Analitycal Psychology, szkoleniowcem oraz superwizorem.