1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Psychoanaliza. Co ukrywa twoja nieświadomość?

Psychoanaliza. Co ukrywa twoja nieświadomość?

Czy psychoanaliza może cię uzależnić od terapeuty? Co możesz uzyskać podczas terapii? (fot. iStock)
Czy psychoanaliza może cię uzależnić od terapeuty? Co możesz uzyskać podczas terapii? (fot. iStock)
Psychoanaliza bywa nazywana terapią dla bogatych, substytutem przyjaźni i modą - w swoim dorobku ma jednak skuteczne narzędzia diagnostyczne i psychoterapeutyczne. Wątpliwości wielu budzi sam proces psychoanalityczny, pozbawiony określonego celu i ram czasowych.

Marta prosi, by nie podawać jej prawdziwego imienia, pracuje w znanym domu mediowym i chce zachować dyskrecję. Terapię przerwała po czterech latach, wbrew opinii swojego psychoanalityka. Zdaniem terapeuty właśnie zbliżali się do przełomu, stać niechęć do kontynuowania terapii, a ostatecznie jej przerwanie, które miało być wtórne do jej relacji z ojcem - tata Marty umarł, gdy miała 13 lat. Opór to słowo, które często słyszała: za każdym razem, gdy nie chciała zająć się określonym tematem ze swojej przeszłości lub teraźniejszości. Na terapię trafiła, bo jej małżeństwo przechodziło kryzys. Była pewna, że mąż ma kochankę, ale nie rozmawiali o tym, prawie w ogóle o niczym nie rozmawiali, każde z nich było zajęte swoją pracą, do której dojeżdżało własnym samochodem. Psychoanalizę - najstarszy nurt psychoterapeutyczny - polecił jej znajomy z Ameryki, gdzie stała się bardzo popularna.

Psychoanaliza: czego dowiesz się na terapii?

Na terapię wydawała średnio 1600 zł miesięcznie - 4 spotkania w tygodniu, każde po 100 zł. Przez pierwsze dwa lata o dziewiątej rano, tuż przed pracą, później o osiemnastej, bo po trudniejszej sesji nie mogła się skupić na swoich obowiązkach. Spotkania trwały 50 minut, Marta za każdym razem wchodziła do elegancko urządzonego gabinetu, kładła się na zielonej kozetce i zaczynała opowiadać. Na początku była nieufna, dużo mówiła o pracy, znajomych, swojej rodzinie. Podczas pewnej sesji opowiedziała o śnie, który wracał do niej co kilka miesięcy - jest w swoim domu, leży na łóżku, gdy nagle pojawia się woda. Marta zaczyna płynąć, ale wody przybywa z każdą chwilą. Gdy znajduje się pod sufitem, budzi się przerażona. Opowiedziała terapeucie sen i rozmawiali o nim przez kolejne kilka sesji, aż dotarło do Marty, że jest on metaforą jej obecnego życia, ale też relacji w domu rodzinnym, w którym o ważnych sprawach rozmawiało się bardzo rzadko i dopiero gdy uzbierało się sporo problemów. Wówczas ojciec zwoływał rodzinę, w dłoni trzymał kartkę papieru, na której miał wypisane tematy do omówienia. Dopiero po wszystkim mogli iść spać. Czasami rodzinna narada, pełna napięcia i oskarżeń, trwała do trzeciej w nocy, a później przez długie tygodnie, a niekiedy miesiące, nie rozmawiali o emocjach, problemach i tym, co ważne, chociaż każdy wiedział, że ojciec w swoim pokoju, spisuje nowe tematy, które wypłyną, gdy kartka się zapełni.

Podczas kolejnych sesji Marta czuła, jak pozbywa się napięcia, które niosła ze sobą od dzieciństwa. Nie znalazła jeszcze sposobu na przeprowadzenie rozmowy z mężem, chociaż wiedziała, że musi do tego dojść. Chciała się uwolnić, odejść, ale liczyła na to, że mąż zrobi to pierwszy, w związku z czym tkwiła w marazmie.

Pewnego razu przyszła na sesję z kartką papieru, na której wypisała wszystkie tematy, które chce omówić z mężem. Dzięki pytaniom terapeuty zrozumiała, że wybrała strategię stosowaną przez ojca, który zamiast patrzeć w oczy, wolał zerkać na kartkę.

Psychoanaliza osłabia mechanizmy obronne, które blokują zmianę

Psychoanaliza to terapia wyłącznie długoterminowa i zazwyczaj bardzo kosztowna. Pacjent spotyka się z terapeutą 4 albo 5 i więcej razy w tygodniu przez kilka lat. W czasie sesji psychoanalityk siedzi za głową pacjenta, tak by kontakt wzrokowy nie był możliwy. Pozycja ta ma sprzyjać swobodnemu odkrywaniu wszelkich treści wypływających z nieświadomości. Podczas procesu istotne jest stworzenie bezpiecznej atmosfery, która pozwala na nieskrępowane opowieści na dowolny temat. Czasami w ich trakcie dochodzi do regresji, czyli emocjonalnego powrotu do dzieciństwa i ponownego przeżycia oraz zrozumienia wewnętrznych konfliktów i wypartych treści, które były zbyt trudne lub bolesne. Analityk słucha, czasami notuje, próbuje zrozumieć sens ukryty za wypowiedzianymi słowami, interpretuje opowieści i zadaje pytania, pozostając w relacji z pacjentem.

Częste spotkania są niezbędne dla uruchomienia procesu psychoanalitycznego, który w znacznej części oparty jest na dotarciu do nieświadomości - to tam zdaniem Zygmunta Freuda, ojca psychoanalizy, leżą przyczyny zaburzeń osobowości, napięć, natręctw, depresji i innych chorób psychicznych. Na poziomie świadomym pacjent może deklarować chęć zmiany, ale jeśli nie uda mu się dotrzeć do głęboko ukrytych przyczyn - zmiana nie jest możliwa. Spotkania dzień po dniu pomagają nie tylko oswoić się ze swoim analitykiem, ale również osłabić mechanizmy obronne, które ukrywają wewnętrzny świat pacjenta.

Mechanizm przeniesienia: do jakich uczuć dojdziesz w procesie psychoanalizy?

Podczas terapii Marta zrozumiała, że powiela zachowania ojca, które budziły w niej lęk i niechęć, ale dawały poczucie kontroli nad swoim małżeństwem, mężem i zwalniały ją z obowiązku zaryzykowania, czyli wyrażania uczuć wprost. Po dwóch latach od pierwszej wizyty mówiła na kozetce bez wstydu o swoich fantazjach, pragnieniach, również seksualnych, o najbardziej skrytych snach, czasami płakała, czasami się śmiała.

Poczuła, że może skończyć terapię, ale analityk ostrzegł ją, że nie jest nawet w połowie procesu i może to być niebezpieczne, dlatego kontynuowała sesje, ale teraz w godzinach popołudniowych. Pomimo że nie potrafiła nazwać celu tych spotkań, czuła ulgę, gdy kładła się na kozetce, zmęczona po dniu pracy, lubiła głos swojego terapeuty. W pewnym momencie jej życie ograniczało się jedynie do pracy i psychoanalizy, porzuciła szereg znajomości i jedną przyjaźń, potrzebę bliskości załatwiała na kozetce.

Brakowało jej dotyku, bliskości, w końcu odważyła się wyznać analitykowi, że czuje się w nim zakochana - omawiali to uczucie przez kolejne miesiące, aż wygasło. Terapeuta zasugerował, że tak naprawdę przenosi na niego niewyrażone uczucia do ojca, przez którego nigdy nie czuła się w pełni kochana - i dodał, że również z tego powodu wybrała nieobecnego męża, który od kilku lat miał kochankę.

Gdy Marta podjęła decyzję o rozwodzie, przychodziła na sesje po wsparcie. Mijały kolejne miesiące, czuła zadowolenie z życia, pogodzenie ze swoją samotnością, tym razem mniej bolesną, bo pozbawioną oczekiwania na męża. Zadziwiało ją tylko, że rozstanie było tak łatwe i krótkie. Kolejny raz chciała przerwać terapię, ale została powstrzymana przez psychoanalityka, który uznał, że nie przepracowali jej relacji z matką. Marta czuła, że nie ma ochoty zajmować się tym tematem, a co ważniejsze, poczuła się uzależniona od swojego terapeuty. Podczas kolejnej sesji dowiedziała się, że to wszystko jest klasycznym oporem i lękiem przed zmierzeniem się z przeszłością.

'Częste spotkania są niezbędne dla uruchomienia procesu psychoanalitycznego, który w znacznej części oparty jest na dotarciu do nieświadomości'. (fot. iStock) "Częste spotkania są niezbędne dla uruchomienia procesu psychoanalitycznego, który w znacznej części oparty jest na dotarciu do nieświadomości". (fot. iStock)

Id, ego i superego w konflikcie

Uprawnionymi do prowadzenia psychoanalizy są licencjonowani psychoanalitycy będący członkami Polskiego Towarzystwa Psychoanalitycznego, którzy odbyli wieloletnie szkolenie. Pomimo to zdarza się, że terapię prowadzą osoby bez odpowiedniego szkolenia i niepoddające swojej pracy superwizji. Zakończenie następuje wtedy, gdy zarówno pacjent, jak i terapeuta uznają, że to odpowiedni moment.

Analityk podczas sesji unika kontaktu fizycznego, zachowuje się powściągliwie, nie ujawnia żadnych osobistych informacji dotyczących swojego życia. To wszystko umożliwia powstanie mechanizmu przeniesienia, czyli swobodnego przypisywania terapeucie cech i właściwości. Z tego powodu Marta mogła w terapeucie zobaczyć swojego ojca czy męża. Terapeuta z kolei podlega mechanizmowi przeciwprzeniesienia, czyli może przypisywać swojemu pacjentowi cechy, które nie ma - sprawy te powinien za każdym razem omówić podczas własnej terapii lub superwizji.

Psychoanaliza nazywana jest metodą badania umysłu, tego, jak został ukształtowany w toku przebywania ze znaczącymi osobami. Istotne jest również, w jaki sposób jednostka radzi sobie z konfliktami pomiędzy id, ego i superego. Id odpowiada za impulsy, popędy, to pierwotna energia, która popycha w stronę przyjemności i pozwala uniknąć tego, co przykre. Ego kontaktuje się ze światem zewnętrznym, pomaga odróżnić fantazje od tego, co realne, podejmować racjonalne decyzje. Z kolei superego to poziom idei, nazywany sumieniem, tutaj przechowujemy nakazy i zakazy, pragnienie bycia doskonałym. W trakcie psychoanalizy chodzi o rozwinięcie obserwującego ego, czyli tej części naszej osobowości, która jest w stanie pogodzić pragnienie id z wymogami superego. Już od czasów Freuda uważa się, że nierozwikłany konflikt pomiędzy tymi dwoma obszarami generuje napięcie i choroby psychiczne.

Czy psychoanaliza uzależnia?

Gdy Marta podjęła decyzję o zakończeniu terapii, musiała przez długi czas mierzyć się z poczuciem winy wobec swojego psychoanalityka, czuła, że go zawiodła. I chociaż była mu wdzięczna za wiele ważnych odkryć, sporo czasu zajęło jej, by na nowo zaufać swoim myślom i uczuciom – za każdym razem pojawiał się w niej odruch skonsultowania sposobu myślenia z terapeutą. By uwolnić się od niepokojących myśli i odczuć, wyjechała na samotne wakacje. Ostatecznie znalazła oparcie w samej sobie, dziś czuje się otwarta na nowy związek, chociaż niepozbawiona obaw, czy uda jej się wejść w niego bez porównywania nowego partnera do byłego męża, ojca i terapeuty – trzech najważniejszych mężczyzn jej życia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy potrafisz sobie współczuć?

Umiejętność  współczucia wobec siebie to klucz do lepszego życia. (fot. iStock)
Umiejętność współczucia wobec siebie to klucz do lepszego życia. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Być dla siebie czułym, wybaczającym, nieoceniającym, empatycznym. Pozwalać sobie na najróżniejsze emocje, nawet jeśli są one społecznie nieakceptowane. Egocentryzm? Wręcz odwrotnie. Zdaniem profesor Ireny Dzwonkowskiej postawa współczucia wobec samego siebie pozwala czuć się lepiej i być lepszym też dla innych. Jak ją praktykować?

„Współczucie wobec samego siebie?! Co to za nowa filozofia! W życiu trzeba być silnym, a nie użalać się nad sobą” – usłyszałam dzisiaj od pewnej osoby.
Rzeczywiście jest problem w rozumieniu „współczucia wobec samego siebie”, szczególnie że w psychologii zachodniej to jest stosunkowo nowe pojęcie. Pierwsza praca na ten temat opublikowana została przez profesor Kristin Neff w 2003 roku w Stanach Zjednoczonych. Kristin Neff, prekursorka współczującego podejścia do siebie, wyraźnie zaznaczyła, że nie ma ono nic wspólnego z użalaniem się nad sobą, choć w potocznym rozumieniu bardzo często ludzie nie widzą różnicy. Doświadczyłam tego sama, gdy kilka lat temu zaczęłam zajmować się tym zjawiskiem. „Jak to jest możliwe, żeby współczuć samemu sobie? To znaczy co? Użalać się nad sobą?”, pytano mnie. Mówiłam, że absolutnie nie. Użalanie się nad sobą w psychologii amerykańskiej nazywane jest self-pity, gdy współczucie wobec siebie self-compassion. Gdy ludzie użalają się nad sobą, to mają – zresztą jak sam termin wskazuje – żal do samych siebie, skłonność do przeżywania innych negatywnych uczuć, takich jak poczucie winy, wstyd. A ponieważ ich psychika broni się przed taką ilością negatywnych uczuć, włączają się różnego rodzaju mechanizmy obronne polegające na przenoszeniu tych emocji – obwiniania innych, że im się wiedzie źle. „To przez szefa zawaliłam projekt, to przez męża, ojca mam nieszczęśliwe małżeństwo”. Ludzie użalający się nad sobą kiepsko czują się wówczas, kiedy innym wiedzie się dobrze, ponieważ mają bardzo dużą skłonność do porównywania się z otoczeniem.

Myślę, że wielu ludzi  porównuje się z innymi. Tego nas zresztą w dzieciństwie uczono: „Zobacz, ona się tak świetnie uczy, taka jest porządna, bierz z niej przykład”. Rodzice bardzo często porównują też rodzeństwo.
Oczywiście, to jest bardzo mocny przekaz nie tylko w domach rodzinnych, ale też w szkole. Porównania, rankingi ocen. To jest pewien utarty styl oddziaływania na dzieci, często bez głębszego rozumienia, jak to wpływa na psychikę, na rozwój osobowości. A wpływa bardzo źle, co dokładnie pokazują też badania nad współczuciem do samego siebie. Potem z tych dzieci ocenianych, porównywanych wyrastają dorośli, którzy dążą do porównywania się z innymi i rywalizacji. Do tego, by mieć więcej, bardziej, lepiej, po to, żeby dobrze wypadać na tle innych. Kiedy się to nie udaje, wpadają w spiralę samooskarżania, wciąż porównują się z innymi i czują się marnie na ich tle. Tę drugą osobę postrzega się jako kompletnie inną, nie zauważa się wspólnoty losu. Tego, że ona najprawdopodobniej wcześniej też wiele w życiu przeszła, cierpiała. Użalający się widzi tylko siebie, swoje niepowodzenia i wyolbrzymia je na tle pozytywnych cech tej drugiej osoby. W związku z tym cieszy się, kiedy bliźniemu dzieje się źle, bo wtedy jego samoocena rośnie. Osoba litująca się nad sobą myśli: „Jeśli moją koleżankę rzucił mąż i ona cierpi, to na tle jej cierpienia moje kiepskie małżeństwo już nie jest takie złe, bo przynajmniej wciąż trwa”.

Ci, którzy praktykują współczucie wobec siebie, nie oceniają?
Nie. Bo cała filozofia opiera się na nieoceniającym stosunku do siebie, ale też wobec innych. Co więcej, wszystkie badania pokazują, że takie podejście ułatwia i pomaga pokonywać różnego rodzaju wewnętrzne trudności i przeszkody. W naszej kulturze funkcjonuje kult wysokiej samooceny. My, psycholodzy, gloryfikowaliśmy ją przez wiele lat, wierząc, że pomaga niemal we wszystkim. Roy Baumeister, wybitny uczony, zrobił podsumowanie wielu lat badań w różnych dziedzinach funkcjonowania człowieka i doszedł do wniosku, że dalece przesadziliśmy, wierząc, że wysoka samoocena jest panaceum na całe zło. Okazuje się, że ci, którzy mają wysoką samoocenę, wykazują sporo agresywności interpersonalnej, mają również dosyć mocno zniekształcony obraz samych siebie.

Narcystyczny?
Niekoniecznie, choć wysoka samoocena często łączy się ze skłonnościami narcystycznymi. Głównie jednak chodzi o nieustanną huśtawkę wewnętrzną, której podlega taka osoba. Zwykle potrzebuje wzmocnień z zewnątrz, ciągłego potwierdzania, że jest tak doskonała, jak myśli. A dziś ludzie głównie rywalizują ze sobą, a nie zachwycają się sobą. Poza tym wszyscy nie mogą być najlepsi. Prędzej czy później mierzymy się z porażkami i błędami. Niemożność osiągnięcia wysokich standardów prowadzi do stanów lękowych, depresji, wewnętrznych konfliktów. Badania pokazały, że ludzie z wysoką samooceną są kolekcjonerami pozytywnych informacji o sobie i nie dopuszczają tych negatywnych. Nawet jeśli mają negatywny feedback, nie słyszą go. Nie mają też w związku z tym skłonności do pracy nad sobą, rozwijania tych cech, które są w nich słabsze. Zwykle uważają się za pomocnych, ale ich bliscy tego nie potwierdzają. To osoby skłonne do uprzedzeń, do dyskryminacji innych, choć do tej pory uważano, że to niska samoocena sprzyja takiemu stosunkowi do świata.

Kristin Neff twierdzi, że postawa współczucia wobec samego siebie jest remedium na pogoń za wysoką samooceną i jej negatywnymi skutkami. Na czym konkretnie polega?
Inspirowana jest filozofią Wschodu, gdzie od kilku tysięcy lat mówi się o współczuciu do innych i samego siebie jako podstawowej wartości życia. Składa się z trzech głównych komponentów. Jeden z nich to łagodność i zrozumienie wobec siebie, jednym słowem życzliwość w myślach, uczuciach i działaniach.

To znaczy?
Wyobraźmy sobie, że przeżywamy jakieś trudne zdarzenie. Cierpimy, czujemy fizyczny ból. Nie oceniamy się jednak, nie krytykujemy. Jesteśmy dla siebie dobrzy, myślimy o sobie tak, jakby myślał o nas najlepszy przyjaciel.

Współczucie wobec siebie często mylimy z użalaniem się nad sobą. Jednak słowo 'użalanie' niesie za sobą negatywny przekaz. Empatia wobec siebie niesie miłość. (fot. iStock) Współczucie wobec siebie często mylimy z użalaniem się nad sobą. Jednak słowo "użalanie" niesie za sobą negatywny przekaz. Empatia wobec siebie niesie miłość. (fot. iStock)

Nie oceniamy, czyli nie mówimy: „Znowu nawaliłaś, to twoja wina”?
Tak, dokładnie. To są te narracje w naszych głowach, które pojawiają się, gdy mamy skłonność do użalania się nad sobą. Przemawia w nas surowy krytyk. „Znowu ci się nie udało, jesteś beznadziejna”. Warto się łapać na takich myślach, bo one są wyznacznikiem tego, jak siebie traktujemy. Co więcej – takie myślenie nie przynosi nam ulgi, tylko pogłębia naszą frustrację. Drugim ważnym elementem jest refleksyjność, inaczej mindfulness, uważność. I nie tyle chodzi o refleksyjność wobec świata zewnętrznego, co refleksyjność wobec własnych cech, własnych przeżyć.

Analizowanie?
Nie, absolutnie. To, o czym pani mówi, może przeradzać się w tzw. przeżuwanie różnych zdarzeń, rozdrabnianie ich, ciągłe powracanie do bolesnych problemów bez realnego ich rozwiązywania. Osoby współczujące tego nie robią. To je też czyni mocniejszymi w chwilach stresu, trudności, nawet dramatów. Refleksyjność polega na cierpliwym, spokojnym, zdystansowanym obserwowaniu samego siebie jako istoty przeżywającej konkretne emocje.

Mamy sobie mówić: „Teraz cierpisz, to jest normalne”?
Teraz cierpię, teraz czuję się źle. Przeżywam teraz złość, teraz odczuwam wrogość wobec kogoś. Osoba, która ocenia sama siebie, ma skłonność do wypierania takich myśli, zaprzeczania im, bo to są uczucia niepopularne, nieakceptowane społecznie. „Ja przeżywam zawiść? Ja?”. Proszę zobaczyć, ile tu oceny. Osoba refleksyjna obserwuje swoje życie psychiczne zupełnie tak, jakby obserwowała chmury. Nie musi ich oceniać, ona je widzi. Tak samo widzi swoje uczucia negatywne. Ale też nie przywiązuje się do nich. Co to oznacza? Ona ich nie włącza do poczucia tożsamości. Bywa tak, że gdy przeżywamy gniew, traktujemy się jako osoby gniewne. Osoba z refleksyjnym podejściem do samej siebie wie, że przeżywa gniew, ale równie dobrze wie, że to, co jest teraz, za chwilę minie. Gniewu nie będzie. Uczucie przepływa jak wiatr, jak chmury. „Wytrzymaj” – można by powiedzieć. To, że teraz jesteś gniewna, jest normalne, inni też tak mają. Ludzie przeżywają gniew, zawiść, doznają porażek. Nie tylko ci, którym kiepsko się wiedzie, wszyscy. Bogaci, nasi idole, nasze wzory. Wszyscy przeżywają stratę, chorują, starzeją się, różne rzeczy się im nie udają. My najczęściej nie mamy wglądu w cudze życie, więc je idealizujemy. Osoba współczująca samej sobie dostrzega swoje negatywne przeżycia, cechy w kontekście doświadczeń całej ludzkości. I to jest trzeci element – poczucie wspólnoty z innymi ludźmi. To przynosi ulgę w cierpieniu zamiast poczucia alienacji i wyizolowania.

Takie podejście pomaga?
Bardzo. Badania pokazują, że jeśli praktykujemy takie podejście do życia, znacznie lepiej funkcjonujemy emocjonalnie. Łatwiej radzimy sobie z negatywnymi emocjami, jesteśmy mniej skłonni do przeżywania stresu, depresji czy lęku. Przeżywamy pozytywniej siebie i świat. Jesteśmy generalnie szczęśliwsi, bardziej zadowoleni z życia, mamy lepsze relacje z innymi ludźmi. Do niedawna zastanawiano się też, czy osoba współczująca samej sobie, życzliwie do siebie nastawiona będzie też altruistyczna, gotowa do niesienia pomocy. Jak wynika z badań Neff – tak. Zresztą ja również prowadziłam takie badania. I co się okazało? Takie osoby są mniej agresywne, bardziej empatyczne, bo potrafią spojrzeć na świat oczami innych, wejść w ich perspektywę, jednocześnie zachowując zdrowy dystans. Współczujący samym sobie nie identyfikują się z własnymi emocjami, pozwalają im być, nie walczą z nimi, wiedzą, że to minie, tym bardziej nie identyfikują się też z emocjami innych, bo też wierzą, że one przejdą. Przez to są bardziej altruistyczni, nie uciekają od bólu, nie unikają ludzi, którzy cierpią.

Dużo ludzi potrafi współczuć samym sobie?
Myślę, że wiele zależy od kultury, w której się wychowujemy. Jak już wcześniej mówiłyśmy, Polacy mają skłonność do narzekania, do ocen, to wykluczałoby wysoki poziom współczucia wobec samego siebie.

Ale rozumiem, że tego można się nauczyć? Co mam zrobić, jeśli załóżmy, mam dosyć cierpienia, użalania się nad sobą?
Każdy może się tego uczyć, choć wiadomo, że osobom z natury neurotycznym, lękowym będzie trudniej wypracować sobie takie podejście. Ale to, że komuś będzie łatwiej, a komuś trudniej, nie oznacza, że nie mamy próbować. Na pewno na początek warto zrozumieć tę filozofię. Odróżnić litowanie się nad sobą od współczucia. Przestać się bać swoich uczuć, nie zaprzeczać im, mieć świadomość siebie i pracować nad własnym „ja”. Co to oznacza? Wiem, jaka jestem. Nie mogę zmienić swojego temperamentu, ale nad pewnymi aspektami mogę pracować. Wiedza o sobie jest wielką siłą. Kolejnym krokiem jest rezygnacja z oceniania samego siebie, która zamienia się w osądzanie. Trzeba ćwiczyć obserwację tego, co się w naszym wewnętrznym życiu dzieje. Co jest dane innym ludziom również.

A jeśli widzę, że jestem zazdrosna, zawistna albo mściwa?
Wstydzimy się takich uczuć, gdy przepuszczamy je przez pryzmat ocen. A te uczucia nie znaczą, że jestem złym człowiekiem. Po prostu tak teraz czuję. W tym momencie. Pozwólmy temu pobyć. Poobserwujmy, bez konieczności dociekania, skąd to się u mnie wzięło, bez nadinterpretacji. Przeżywam zawiść wobec koleżanki? To nie znaczy, że jestem zawistną osobą. Życzę źle kobiecie, która rozbiła mój związek? Tak teraz czuję, to nie znaczy, że jestem mściwa w ogóle, w życiu. To budowanie dystansu do własnych przeżyć. Bez próby walczenia, zmieniania na siłę. Pomocna w tym może być joga, praktyka oddechowa, relaksacyjna. Ważne, by nie uciekać od myśli w alkohol, jedzenie czy inne używki, a mamy tendencję, żeby to robić, bo dziś naczelną zasadą w życiu jest czuć się dobrze. Naszym celem jest nie cierpieć, bo jak cierpimy, to znaczy, że coś z nami nie tak. Zresztą przecież często słyszymy: „Bądź silna”, „nie płacz”. Więc udajemy silne, a potem popadamy w schematy narzekań, ocen, zgryźliwość.

Przeczytałam, że istotą współczucia samemu sobie jest bycie dla siebie jak najlepszy przyjaciel.
To prawda. Możemy nawet zwizualizować przyjaciela czy przyjaciółkę. Gdy wspominamy przykre wydarzenia, warto sobie wyobrazić, że my siedzimy na jednym krześle, na drugim nasz przyjaciel. I rozmawiamy ze sobą. My mówimy, jak nam źle. On nas wspiera, tłumaczy nam, że to minie, jest z nami w naszym bólu. Innym sposobem jest napisanie listu do samego siebie. Proszę sobie wyobrazić przyjaciółkę, która chce panią wesprzeć w trudnej sytuacji. Co by powiedziała, w jaki sposób okazała troskę? Kolejnym krokiem jest przelanie naszego wewnętrznego monologu na papier. Trenowanie tego, by być własnym przyjacielem w trudnych chwilach. Takim, który udziela wsparcia, nie ma nic wspólnego z narcyzmem ani egocentryzmem. Daje natomiast bardzo dużo siły i dystansu.

Irena Dzwonkowska: profesor dr hab. SWPS; naukowo i dydaktycznie zajmuje się zagadnieniami z dziedziny psychologii społecznej, osobowości oraz emocji i motywacji.

  1. Psychologia

W co grasz we własnym życiu? Podpowie ci analiza transakcyjna

</a> Analiza transakcyjna przede wszystkim może pomóc osobom, które czują stłumione, przytłoczone lub mają poczucie, że nie idą swoją drogą (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Analiza transakcyjna przede wszystkim może pomóc osobom, które czują stłumione, przytłoczone lub mają poczucie, że nie idą swoją drogą (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Według koncepcji analizy transakcyjnej wszyscy nie tylko w coś gramy w relacjach międzyludzkich, ale też realizujemy nie swoje scenariusze, które utrudniają nam osiągnięcie szczęścia. Praca terapeutyczna w nurcie psychologii transakcyjnej pozwala porzucić stare schematy i dawne role, a w zamian zyskać autonomię, czyli radosną wolność.

Alina poszła na terapię po tym, jak uderzyła mamę w twarz. Mieszkają razem od zawsze. Alina ma 28 lat, skończyła pedagogikę w Poznaniu, w którym pracuje jako nauczycielka edukacji przedszkolnej. Jadwiga też była nauczycielką, uczyła chemii, niedawno przeszła na emeryturę, od 8 lat porusza się na wózku inwalidzkim. Alina czuje się w obowiązku opiekować mamą, jeździć z nią do lekarza, załatwiać formalności związane z domem. Zdaniem córki Jadwiga choruje na depresję, straciła chęć do życia. Kobieta rzeczywiście zazwyczaj pozostaje wycofana, co jakiś czas jednak wybucha, krytykuje córkę, zarzuca jej, że sporo czasu spędza poza domem. Podczas jednej z takich kłótni Alina spoliczkowała matkę i chociaż szybko się opamiętała, przeprosiła, to zrozumiała, że przekroczyła granicę. Od dawna czuła się przytłoczona, pozbawiona prawa do życia po swojemu. Miłość do mamy mieszała się w niej z poczuciem zniewolenia, a nawet pogardą i fantazjami o śmierci – swojej lub mamy.

Na studiach ze wszystkich nurtów psychologicznych najbardziej zafascynowała ją analiza transakcyjna, koncepcja stworzona w połowie XX wieku przez amerykańskiego psychiatrę Erica Berne'a. Skontaktowała się z Polskim Towarzystwem Analizy Transakcyjnej w Poznaniu. Na terapię transakcyjną chciała trafić do kobiety, bo zakładała, że skupi się głównie na relacji ze swoją mamą.

Trzy scenariusze życia według teorii transakcyjnej

Analiza transakcyjna, czyli analiza relacji, wymiany, do jakiej dochodzi pomiędzy ludźmi, zakłada, że każdy żyje według powstałego w dzieciństwie scenariusza, w którym ściśle określono role, jakie mamy pełnić. W tym skrypcie zawarte są również wszelkie ograniczenia, które należy porzucić, aby osiągnąć szczęście (albo raczej autonomię, jak uważają transakcjoniści). Claude Steiner, który po śmierci Erica Berne’a kontynuował jego badania naukowe w dziedzinie psychologii transakcyjnej, podzielił skrypty życiowe na trzy dominujące: „bez miłości”, „bez rozumu” i „bez radości”. Każdy z nas ma tendencję do realizowania swojego życia w jednym z tych obszarów, zwłaszcza gdy mierzy się z problemami albo doświadcza traumy.

W scenariuszu „bez miłości” doszło do utraty możliwości przeżywania z innymi ludźmi wszystkich emocji w sposób nieskrępowany, możliwości bycia blisko siebie i tych, których kochamy. Główne przesłanie, czyli inaczej przekaz, który dana osoba dostała w dzieciństwie, można zawrzeć w zdaniach typu: „Nie bądź tym, kim jesteś”, „Nie podchodź do mnie”. Dziecko zazwyczaj nie słyszy dokładnie tych zdań – przekaz dociera do niego pozawerbalnie, np. poprzez pozostawianie płaczącego samemu sobie, nieprzytulanie, odtrącanie, poniżanie czy bicie. W efekcie ten scenariusz życiowy, sformułowany przez założenia teorii transakcyjnej, może skończyć się depresją, a nawet samobójstwem.

Scenariusz „bez rozumu” pozbawiony jest świadomości, to funkcja odpowiedzialna za podejmowanie decyzji, rozwój, umiejętność obserwacji świata zewnętrznego i własnych przeżyć. Główny przekaz, który otrzymały osoby z tym scenariuszem, brzmi: „Nie rozwijaj się”, „Nie myśl”, „Nie pytaj”. Dotyczy to sytuacji, w których dziecko jest stale dyscyplinowane, karane za dociekliwość, zmuszane do naśladowania lub porównywane do innych. W dorosłym życiu efektem realizacji tego scenariusza jest zagubienie, niezdolność do samodzielnego, jasnego myślenia, pozostawanie w zależnych związkach, a czasami również obłęd.

Ostatni typ scenariusza zbudowany na podstawie analizy transakcyjnej psychologia określa mianem „bez radości”, gdyż związany jest z utratą spontaniczności. Dorosły człowiek realizujący siebie w obrębie tego skryptu sprawia wrażenie jakby żył bez uczuć. Główny przekaz, który odebrał w dzieciństwie, brzmiał: „Uspokój się”, „Nie czuj”, „I tak ci się nie uda”. To właśnie ludzie ze skryptem „bez radości” najczęściej sięgają po używki, uzależniają się od psychotropów lub innych ludzi.

Analiza transakcyjna przede wszystkim może pomóc osobom, które czują stłumione, przytłoczone lub mają poczucie, że nie idą swoją drogą (fot. Getty Images/ Gallo Images) Analiza transakcyjna przede wszystkim może pomóc osobom, które czują stłumione, przytłoczone lub mają poczucie, że nie idą swoją drogą (fot. Getty Images/ Gallo Images)

Na drodze terapii transakcyjnej Alina dowiedziała się, że realizuje ostatni skrypt, nie tylko dlatego, że dzień zaczyna od podwójnej kawy, a kończy lampką wina, ale przede wszystkim dlatego, że nie potrafi wyrazić, a nawet rozpoznać, co tak naprawdę czuje. Alina bała się żyć na własną rękę, marzyła o związku i miłości, jednak unikała mężczyzn, poszukiwała bliskości, ale nie miała przyjaciół. Tłumaczyła sobie, że to wina jej mamy, którą musi się opiekować – i to właśnie ją uczyniła odpowiedzialną za swoje życie.

Co zgodnie z analizą transakcyjną deformuje naszą osobowość?

Terapeutka Aliny oprócz informacji o skryptach przekazała jej także inne założenia psychologii transakcyjnej, zgodnie z którymi pracuje. Alina zyskała w ten sposób nie tylko nową wiedzę taką, jaką mają transakcjoniści, ale równeż poczucie bezpieczeństwa. Terapeutka wyjaśniła, że każdy ma w sobie sześć stanów, które tworzą „ja”, czyli sześć głosów, przy czym tylko jeden lub kilka dominuje. Każdy składa się z Dziecka Naturalnego, które czuje i spontanicznie wyraża emocje; Dziecka Uległego, które się podporządkowuje, prosi i przeprasza; Dziecka Zbuntowanego, które mówi: „Nie, bo nie”; Dorosłego, który jest niczym komputer, analizuje, zadaje pytania; Rodzica Normatywnego odpowiedzialnego za zasady i powinności oraz Rodzica Ochraniającego, który troszczy się, pomaga, a czasami bywa nadopiekuńczy. W sytuacji doskonałej mamy równy dostęp do każdego z tych stanów, zazwyczaj jednak opieramy się na jednym czy dwóch dominujących, które deformują naszą osobowość.

W trakcie sesji terapii transakcyjnej, gdy Alina wypowiadała jakieś zdanie, terapeutka prosiła ją, by zastanowiła się, czyim głosem w tej chwili mówi, jaki stan przez nią przemawia. W ten sposób szybko zrozumiała, że ma w sobie dużo aspektów Dziecka Uległego i Rodzica Normatywnego.

Analiza transakcyjna: jakie stosuje techniki?

Transakcjoniści stosują określone techniki pracy, które nazywa się operacjami. Wykorzystują własne stany „ja”, by wzmocnić lub osłabić określone stany „ja” pacjenta. Dla Aliny przełomowa była zwłaszcza sesja, podczas której mówiła z żalem, że to przez mamę nie ma chłopaka. Terapeutka spojrzała wtedy na nią i powiedziała: „Myślę, że teraz kłamiesz”. Alina na chwilę zaniemówiła, ale kontynuowała swoją opowieść o mamie, z którą musi być bardzo blisko, by móc kontrolować jej samopoczucie. Terapeutka jej przerwała i powiedziała, że w ramach takiego sprawdzania może przecież do niej zadzwonić i powtórzyła: „Myślę, że znowu kłamiesz”. Alina nie wytrzymała i powiedziała, że nie życzy sobie takich oskarżeń. Zdziwiły ją gratulacje od terapeutki, która wyjaśniła jej, że właśnie opuściła stan „ja” Dziecka Uległego i przeniosła się do Dziecka Zbuntowanego. Operacja, której użyła terapeutka wykorzystująca analizę transakcyjną, psychologia nazywa konfrontacją z pozycji Rodzica Normatywnego – zamiast wyjaśniać pacjentce, że może stawiać granice mamie i używać złości, by zrozumieć, że jej własne granice zostały przekroczone, wolała, aby pacjentka doświadczyła swojej złości w bezpiecznej przestrzeni gabinetu terapeutycznego. Inne operacje używane przez terapeutów transakcjonistów to zadawanie pytań; specyfikacja, czyli precyzowanie zdobytych informacji; ilustracja, czyli praca z metaforą, anegdotą czy bajką; perswazja, czyli Rodzicielska zachęta skierowana do Dziecka pacjenta, by skorzystało z określonej propozycji.

Bardzo często pacjenci otrzymują zadania domowe: od napisania listu, przez nawiązanie kontaktu ze swoim zaniedbanym stanem „ja”, aż do namowy skonfrontowania się ze swoimi rodzicami. W Polsce nie istnieje szkoła psychoterapii w koncepcji analizy transakcyjnej, dlatego nurt ten zazwyczaj towarzyszy innemu stosowanemu przez terapeutę.

Niecały rok po rozpoczęciu terapii transakcyjnej Alina zyskała znacznie większy dostęp do swego Dziecka Naturalnego, czyli emocji, pragnień, ale też pociągu seksualnego, który tłumiła. Pozwoliła sobie również na bunt i skorzystanie ze swojego Rodzica Ochraniającego, którego postanowiła używać nie tylko wobec innych, ale również siebie. Nie chciała rezygnować z opieki nad mamą, co wspierała jej terapeutka, ale inaczej ją zorganizowała, z uwzględnieniem swoich potrzeb bliskości i związku oraz potrzeb mamy, która, jak się okazało, również czuła się zniewolona stałą obecnością córki.

Jakim nakazom ulegasz?

Podczas terapii Alina poznała jeszcze jedną ważną dla analizy transakcyjnej koncepcję – nakazów. Zgodnie z teorią psychologa Taibi Kahlera, w dzieciństwie każdy z nas otrzymuje pięć głównych nakazów: „bądź idealny”, „bądź silny”, „postaraj się”, „sprawiaj przyjemność”, „śpiesz się”. Alina rozpoznawała w sobie dominujący nakaz: „sprawiaj przyjemność”.

Podczas kolejnych sesji terapeutka pokazała jej również, jak wygląda trójkąt dramatyczny, w którym tkwimy, gdy zamiast być z kimś blisko wolimy grać. Trójkąt dramatyczny, zdefiniowany przez psychologię transakcyjną, zamieszkują trzy role, a każdy z nas ma swoją ulubioną: Ofiara, Ratownik i Prześladowca. Alina zrozumiała, że chętnie gra w gry Ratownika („Chciałam tylko pomóc”), po to by za chwilę zmienić się w Prześladowcę swojej mamy, która z kolei inicjowała często gry z pozycji Ofiary. Wiedza, którą zyskiwała Alina, pomagała jej zrozumieć swój wewnętrzny świat i znacznie poszerzać wolność, poczucie wpływu i autonomii, czyli tę cudną mieszankę intymności, świadomości i spontaniczności.

  1. Psychologia

Egoizm a egotyzm. Czy dobrze być w związku egoistką? – wyjaśnia Katarzyna Miller

Zamiast myśleć o tym, jak przestać być egoistą, warto postawić na zdrowy egoizm. Prababcia, babcia, matka, córka, wnuczka i prawnuczka dostały ten sam przekaz. Masz oddać siebie całą na ołtarzu rodziny i dzieci, a jednocześnie twoją udręką i władzą ma być kontrola wszystkiego i wszystkich. (fot. iStock)
Zamiast myśleć o tym, jak przestać być egoistą, warto postawić na zdrowy egoizm. Prababcia, babcia, matka, córka, wnuczka i prawnuczka dostały ten sam przekaz. Masz oddać siebie całą na ołtarzu rodziny i dzieci, a jednocześnie twoją udręką i władzą ma być kontrola wszystkiego i wszystkich. (fot. iStock)
Po pierwsze: nie dbaj o niego. Zamiast tego doceń to, co on już ma i co potrafi. A dbaj o siebie i wasz związek – mówi psycholożka Katarzyna Miller. W rozmowie z Joanną Olekszyk wyjaśnia różnicę między kochaniem a matkowaniem, egoizmem a egotyzmem, poświęcaniem się a kompromisem oraz pomiędzy altruizmem a obłudą.

Egoizm i miłość – czy to może w ogóle iść w parze? Jak przestać być egoistą?
Bardziej wierzę w egoizm niż w miłość. I równie mocno wierzę w altruizm. Ludzie mają przecudowne, czysto altruistyczne odruchy, ale wtedy, kiedy się ze sobą dobrze czują. Kiedy są zdrowi i zaspokojeni, kiedy mają ten naddatek, który mogą ofiarować. Czasem słyszę od czytelników pytanie, zadawane z taką boleściwą troską: „Ale dlaczego pani tak popiera egoizm – to przecież taka niemoralna postawa?”. Nosz obudźcie się, kurde! Przestańcie być zakłamani, przestańcie być nieprawdziwi, przestańcie się bezsensownie poświęcać! Poza tym niektórzy tylko mówią, że tak nie podoba im się postawa egoistyczna, a sami są szalenie egoistyczni. Dlatego jestem oburzona oburzeniem innych, tym koszmarnym stereotypem, który nie pozwala ludziom się zatrzymać i zastanowić nad tym, co oni w ogóle mówią. Moim zdaniem to takie popłuczyny po XIX w., kiedy się opowiadało kocobuły o tym, że człowiek żyje dla wszystkich innych tylko nie dla siebie. A przecież każdy z nas dostał tylko swoje własne życie do dyspozycji.

Postawami, które powinniśmy piętnować są nie egoizm a egotyzm i egocentryzm, dlatego, że są skierowane przeciwko innym ludziom. Egotyzm i egocentryzm, w odróżnieniu od egoizmu, zakładają, że inni są dla mnie. Że mają się starać, by mnie było jak najlepiej. A jak nie jest, to mam prawo mieć pretensje. Podobnie jak mam prawo mieć żądania czy roszczenia. Nie muszę prosić, nie muszę dziękować, nie muszę się starać...

Czym w takim razie jest egoizm?
To zwyczajnie dbanie o siebie. Czyli PODSTAWA. Nikt nie może tego zrobić za nas i nikt nie ma tego w obowiązku. Poza rodzicami, i to tylko w naszym dzieciństwie. Potem – nikt. Oczywiście ktoś może chcieć ci coś dawać czy opiekować się tobą, bo cię lubi, kocha i się z tobą przyjaźni – ale tylko w ramach tego, czym dysponuje. A jeżeli człowiek jest spokojny, łagodny, zadowolony z siebie i wie, czym dysponuje, to wie też, co ma w naddatku. Ta tzw. wartość dodatkowa, mówiąc po marksowsku, jest właśnie do rozdania, dla ludzi. Zasada jest taka: „im więcej mam swojego, tym więcej mam wartości dodatkowej”.

Kiedy dajesz z tego naddatku, to nie interesuje cię, czy ktoś ci kiedykolwiek to odda albo choć podziękuje.
Podziękować powinien. Mamy umieć czuć wdzięczność i ją wyrażać! Ale nie czekasz, aż oddadzą, bo dajesz na zasadzie: „poślij dalej, innym ludziom”. Natomiast co innego, kiedy się poświęcasz, kiedy sobie czegoś ujmujesz.

Wtedy dajesz, ale jakby w zastaw.
I tylko patrzysz, kiedy ci zaczną zwracać, kiedy ci zaczną za to robić coś ekstra, kiedy się okaże, że jesteś osobą niebywale wyjątkową i niezbędną. Ja to nazywam „pułapką poświęcenia”. Jeśli tak dajesz, to lepiej przestań, bo jest ryzyko, że nigdy nie dostaniesz z powrotem i tylko cię to sfrustruje.

Altruiści dają i jakby od razu zapominali, że dali.
Bo to ich nic nie kosztuje. Jeżeli ktoś wyrywa sobie spod brzucha, spod serca, spod głodnego gardła coś, co by chciał zjeść, to patrzy na tego drugiego i myśli: „Jezu, on spożywa moje, on mi tu szamie mój obiadek. To ja powinienem wcinać to jedzonko, ale oddałem je, by...” No właśnie, by poczuć się lepszym, zaimponować komuś, wkupić się w czyjeś łaski albo coś ukryć, na przykład to, że wcale go nie lubisz. Ludzie robią takie rzeczy. I gdzie tu altruizm?! To zwykły fałsz.

A ten, kto dostał, ma problem. Zarówno jak obiadek nie będzie mu smakował, jak i kiedy będzie wcinał go ze smakiem.
Niektórzy rodzice mówią do dzieci: „Wy macie dziś wszystko, myśmy nie mieli nic”. To się cieszcie, że wasze dzieci mają tak dobrze. Ale też nie dawajcie im wszystkiego, bo kto kazał? Dajcie im tyle, by miały swobodne życie, resztę niech sobie same zdobędą. Możecie im opowiedzieć, jak wam kiedyś było źle, bo to jest bardzo ciekawe, jak żyli rodzice, ale nie na zasadzie „Smarkacze, wam mlekiem i miodem płynie”, bo to boli i nie jest prawdą, nawet jeśli dzieci mają łatwiej i więcej.

Tacy rodzice sami sobie nie dali tego, czego nie dostali?
Oni zwyczajnie nie potrafili sobie tego dać POTEM. Dają za to swoim dzieciom, ale po to, by dzieci im oddały. A dzieci po to mają dostawać, by przekazywać dalej.

Czyli egoizm jest ukróceniem tej pokrętnej drogi „Ja daję tobie, żebyś ty dał mi”.
Tak jest, to najlepszy na świecie przykład bycia wprost. Wyobraź sobie, że ktoś przychodzi do ciebie i mówi: „Pożycz mi pieniądze”. „Ile?”, „500 zł”. „500 nie mam, pożyczę ci 100. Możesz sobie pożyczyć od każdego po 100 zł i ci się uzbiera”. Możesz też powiedzieć: „Nie pożyczę, bo nie mam” albo „Nie pożyczę, bo nie chcę”.

Mamy chyba problem z odmawianiem.
Mamy też problem z tym, ile możemy zrobić dla swoich rodziców, kiedy zaczną potrzebować opieki. Ja wiedziałam od początku, ile jestem w stanie zrobić dla taty, a ile dla mamy. Dla taty gotowa byłam siedzieć przy łóżku i sama się nim zajmować, mamie za to zapewniłam dobrą, specjalistyczną opiekę. Dzieci to wiedzą i czują. Są rodzice, dla których zrobią bardzo dużo, a dla innych nie będą w stanie. Niestety, niektóre dzieci są nauczone zaprzeczać swoim odczuciom. I potem, w dorosłym życiu, taka najmniej kochana córeczka nadal stara się o uznanie mamy i znosi ją z jej humorami. Druga, ta ukochana córeczka, wyjechała za granicę, bo była na tyle sprytna, by oddalić się od kłopotów, i jest nadal przez mamę uwielbiana i stawiana wszystkim za wzór: „Moja córka jest w Anglii, świetnie się urządziła”. A ta, co została, by opiekować się mamą? Słucha tego wszystkiego i jeszcze przynosi mamie basen do łóżka, poganiana: „A co się tak guzdrasz, jak zwykle?”. Mama nadal nie dostrzega niekochanego dziecka, nadużywa go, poniewiera nim i nie dziękuje.

A dziecko poświęca się na próżno.
Ono poświęca się dla iluzji, że w końcu zostanie uznane.

Nie sądzisz, że to kobiety mają większą tendencję do poświęcania się? Może to krzywdzące dla mężczyzn...
To wcale nie jest krzywdzące dla mężczyzn. To stwierdzenie faktu. Mężczyźni są bardziej egoistyczni, bo matki ich tak wychowują, że mogą na to sobie pozwolić. Czasem idzie to u nich nawet w egocentryzm. Nie na darmo mamy przecież wiek Narcyza! Neurotyzm jako norma przeszedł już do historii – prawdziwy neurotyk to dziś perełka zdrowia psychicznego (śmiech).

Dużo się mówi o Narcyzach, rzadko o Narcyzkach.
Ponieważ kobiety, z jakiegoś niewiarygodnego rozpędu ciągle robią te same rzeczy, czyli ciągle oddają siebie. Nasz problem to nie narcyzm, tylko bycie ofiarą.

I skąd to w nas się bierze? Z wychowania? Historii?
Z jednego i drugiego. Z toksycznego przykładu i wzorca, który przechodzi z pokolenia na pokolenie. Prababcia, babcia, matka, córka, wnuczka i prawnuczka dostały ten sam przekaz. Masz oddać siebie całą na ołtarzu rodziny i dzieci, a jednocześnie twoją udręką i władzą ma być kontrola wszystkiego i wszystkich. Stąd się biorą te słynne: „A to go pani samego puściła?” albo: „Trzeba było go krótko trzymać”, co oznacza w praktyce zero zaufania, głównie w kwestii tego, czy przy tobie zostanie.

Straszy się nas, że jeśli nie będziemy mężowi nadskakiwały i go kontrolowały, to on pójdzie sobie do innej. I pytamy potem psychologów: a skąd brać pewność, że on zostanie?
A psycholodzy, a ja to już na pewno, odpowiadają: znikąd. Natomiast wiem, skąd czerpać spokój w kwestii tego, że jeżeli on będzie chciał być z inną, no to trudno. Ten spokój można wziąć tylko z siebie. Bazowa myśl jest taka: "Po co mu inne, skoro ja jestem taka fajna?". To jest ta pewność, o którą pytasz.

I za taką pewność siebie kobiety cię kochają, tylko nie wiem, ile z nich jest w stanie powiedzieć to o sobie...
Ja wiem, że one jeszcze nie wszystkie potrafią, bo nie popracowały nad sobą tak jak ja to zrobiłam. Ja miałam te same obawy, co one. Naprawdę. Często i wszędzie o tym mówię. Pamiętam, jak szłam na randkę i bałam się, że się mu nie spodobam. Dopiero po latach doszłam do tego, że gdybym mu się nie podobała, toby się ze mną nie umawiał. Powtarzam to wszystkim dziewczynom: jeżeli twój chłop jest z tobą, macie wspólne sprawy, wraca do domu - to o co ci chodzi, kobieto? Jest z tobą. Dlaczego wątpisz w to, że on chce z tobą być?

Niedawno byłam w radiu, gdzie rozmawiałam na temat książki "Instrukcja obsługi faceta". Był tam bardzo fajny młody dziennikarz i czytelnicy pisali do nas maile. Napisała też pewna dziewczyna: "Mam zabójczo przystojnego faceta, do tego cudownie się ubiera. Dlaczego on jest ze mną? Co prawda odrażająca nie jestem, ale przecież on mnie może zostawić. Podoba się wszystkim moim koleżankom". Płakać i krzyczeć mi się chce, jak ona się traktuje. Przecież to zgroza! Taki negatywizm. No i co ja mam jej odpowiedzieć? "Przecież wybrał cię, widział, nie miał chustki zawiązane na oczach". Kochane, zrozumcie jedno: faceci się nie poświęcają! To jest pierwsza podstawowa rzecz na temat ich egoizmu. Tylko my jako te, co się zwykle poświęcamy, im nie wierzymy. Jeżeli kobieta jest uczona, że musi oddać pół siebie, żeby on ją chciał, to jeśli potem on ją chce, to ona czuje, że coś tu jest nie tak, bo to znaczy, że albo ma mu oddać pół siebie, albo że to jakiś podstęp.

Jak postępować z afcetem egoistą? Możemy się tego egoizmu nauczyć od mężczyzn?
Możemy, jeśli będziemy myśleć i wyciągać wniosku. Na przykład z tego, jak faceci radzą sobie z dziećmi. Strasznie mi się podobało, jak Miłosz Brzeziński odpowiedział kiedyś swojej córce. Zośka przychodzi do niego i mówi: "Tatusiu, tak mi się nie chce lekcji odrabiać, och, jak mi się nie chce. Co ja mam zrobić?". A on na to: "To odrabiaj z niechęcią". Jakie to jest mądre. I proste. Boisz się coś zrobić? To rób to z lękiem. Bój się i rób. Ojcowie często też mówią: "A co z tego, że nie ma obiadu, zamówimy pizzę", "Co z tego, że ma nieposprzątane w pokoju, posprząta jutro".

Takie "olewcze" podejście niektóre mamy wkurza. Zamiast się wkurzać mają pomyśleć: "Jakie to genialne"?
Ale najpierw zobaczyć, co je naprawdę wkurza, bo wkurza nas coś w sobie, coś, na co sobie nie pozwalamy. Czyjeś tolerancyjne słowa czy zachowania dotykają naszych nieprzerobionych rzeczy, tzw. cienia, czegoś, co głęboko schowaliśmy i nie chcemy tego tykać. A to niekoniecznie muszą być złe rzeczy, to mogą być pochowane skarby. Nam rodzice zabraniali być "jakimiś", czyli tak naprawdę zabraniali być sobą. Dlatego, kiedy schodzisz gdzieś głęboko w swoje zakamarki, to tak naprawdę odnajdujesz samą siebie. Wkurza cię, że on olewa? Też poolewaj.

Ja na przykład mam problem z tym, żeby odwołać spotkanie, mimo że jestem bardzo zmęczona.
A mężczyźni mówią: "Nie dam rady, jestem zmęczony". Oni, w większości, dają sobie prawo do tego, żeby im się nie chciało. Ale choć mnie samej bardzo się podoba takie podejście, by nie zmuszać się do czegoś, na co nie mamy ochoty czy sił, to uważam, że pomiędzy asertywnością a lekceważeniem umów przebiega cienka granica, trzeba być przytomnym i uważnym. Jeśli spotkanie jest ważne - warto się jednak zwlec.

Są sytuacje, w których trzeba siebie trochę odłożyć na bok i tę drugą osobę postawić na pierwszym miejscu. Jak wtedy przestać być egoistą?
Są takie sytuacje i bardzo ważne, że o nich tu wspominamy. Druga osoba może być chora albo coś w jej życiu się rozjechało - oczywiście są też takie osoby, które zawsze są chore i zawsze chcą, by się nimi zajmowano - ale nie o takich sytuacjach mówimy. Tylko na przykład o takich, kiedy kobieta rodzi dziecko i jest jej potrzebne większe wsparcie albo młoda para przechodzi kryzys i potrzebuje o tym porozmawiać, a nie słuchać rad innych.

A taka sytuacja: ona i on w tym samym momencie dostają propozycję wymarzonej pracy, przy czym jedna z nich wiąże się z wyjazdem za granicę.
No, to są bardzo trudne dylematy. Nie można nikomu doradzić, co ma zrobić w takiej sytuacji. Każdy musi sam zdecydować, co dla niego w tym momencie jest ważniejsze. Zwłaszcza jeśli dla jednego i drugiego taka praca to spełnienie marzeń. I co będzie straszniejsze: odrzucenie takiej oferty czy jednak mieszkanie osobno, kilkaset kilometrów od siebie.

Doszłyśmy chyba do tematu kompromisów.
Kompromisy są niezbędne w związku. Rzadko się przecież zdarza, że ludzie się tak dobiorą, że będą bardzo dużo lubić tego samego. Ja znam jedną taką parę. Są zgodni prawie we wszystkim. Poznali się jeszcze w szkole, złapali za rączki i już nie puścili.

Szczęściarze! U zwykłych zjadaczy chleba nawet banalne wyjście do kina może spowodować konflikt interesów.
Mój Edek czasem mnie woła: "Chodź, chodź, taki fajny film oglądam". Sensacyjny? - pytam. Thriller? A to nie idę. Chyba że się skuszę. "Tożsamość Bourne'a", którą Edek oglądał z siedem razy, też chętnie obejrzałam ze trzy. Sama czasem namawiam go na tzw. babski film - ostatnio poszliśmy na "Paryż może poczekać". Bardzo nam się obojgu podobał i mieliśmy fajny, ciepły wieczór.

Przywykło się myśleć o kompromisach, że w ich ramach każdy musi coś poświęcić, ale z tego, co mówisz, wynika, że tu chodzi o to, by każdy coś dostał...
Zawsze musi być wymiana, nie może być samego dawania albo samego brania - wtedy robi się krzywa sytuacja. Ja jadę z tobą do twojej mamusi na Boże Narodzenie, a ty ze mną na Wielkanoc do mojej, a za rok sami sobie jedziemy na święta do Chamonix. I to jest kompromis. Zdrowy człowiek, jeśli jest egoistą, to się cudnie z innymi ludźmi dogaduje, żeby im było fajnie z nim, a im z nim. Na zasadzie "Ja jestem OK, ty jesteś OK".

Jeśli nie umiesz zadbać o siebie, jak zadbasz o innych?
O to, o to! Bo na czym polega empatia? Na tym, że rozumiesz czyjeś uczucia, nie, że ogromnie przejmujesz się nimi, ale że wiesz, co to jest za rodzaj przeżycia, bo sam go doświadczyłeś. Dlatego masz poszanowanie dla swoich uczuć i uczuć innych.

Postawa "Ja jestem nie OK, a ty jesteś OK" to postawa ofiary, "Ja jestem OK, a ty nie OK" to postawa Narcyza, psychopaty, a "Ty jesteś nie OK i ja jestem nie OK" to postawa ludzi, którzy już w nic nie wierzą, straceńców.

Sądzę, że kiedy słyszymy "Bądźmy bardziej egoistyczni", to myślimy, że teraz się nie będziemy musieli starać.
Ale przecież jeśli kogoś kocham, to się postaram, dla niego. Na spotkaniach autorskich w takich momentach odzywa się głos z sali, oczywiście męski: "Ale co to znaczy? Że żona nie będzie dbać o męża?", "To wy będziecie takie egoistki, zajęte tylko sobą?". Ja pytam: "A chcesz mieć taką żonę, co wisi na tobie i od ciebie wszystkiego oczekuje?". "No nie chcę". "W takim razie jesteś egoistą. Każdy jest. Nie ma co wmawiać sobie, że jest inaczej".

Jak się zdziwił dziennikarz z radia, o którym wspominałam, gdy w "Instrukcji" przeczytał radę: "nie dbaj o niego". Jak to "nie dbaj"? Spytałam: "Czy woli pan mieć dziewczynę czy mamusię?". A on: "No jasne, że dziewczynę!" "No właśnie drogie panie... Trzeba rozpoznać, co nasz mężczyzna potrafi, docenić to, ucieszyć się z tego, używać, szanować go za to i być wdzięczną. A resztę, która nam jest potrzebna, dać sobie samej, z satysfakcją!

Zwykle kiedy chcemy, żeby ktoś inny, bliski o nas zadbał, to i tak potem nie jesteśmy zadowoleni. Bo on może i zadba, tylko że na swój sposób - da nam to, co mu się wydaje, że będzie dla nas dobre, albo to, czego on sam potrzebuje, nie my. Jak postępować z facetem egoistą?
Wszystko, co robimy, robimy z myślą o sobie. Nawet w takiej sytuacji jak zdrada. Ja zawsze powtarzam kobietom: "On nie poszedł do łóżka z tamtą panią, by cię skrzywdzić, on to zrobił dla siebie. Nie jesteś dla niego pępkiem świata, to on jest dla siebie pępkiem świata". One czasem dopiero wtedy się wkurzają: "Aha, czyli ja jestem nieważna". "No na pewno jesteś dla niego mniej ważna niż on jest dla siebie". I tak powinno być. Ty też powinnaś być dla siebie ważniejsza niż on. On ma być dopiero na drugim miejscu.

Czyli: nie dbaj o niego, ale...
Zauważaj go, zrozum go, bądź otwarta na niego, uzgadniaj z nim różne rzeczy, poznaj jego punkt widzenia. A dbaj o siebie i wasz związek.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym.

  1. Psychologia

Porozmawiajmy o pogardzie – karty emocji Katarzyny Miller

Pogarda to patrzenie, ale niewidzenie, słyszenie, ale niesłuchanie, czucie, ale nieodczuwanie emocji innych. (Ilustracja: Ada Kujawa)
Pogarda to patrzenie, ale niewidzenie, słyszenie, ale niesłuchanie, czucie, ale nieodczuwanie emocji innych. (Ilustracja: Ada Kujawa)
Nic nas tak nie poniża jak nieliczenie się z naszym zdaniem. Nic tak nie podnosi (we własnych oczach) jak traktowanie innych z góry. Nad tym, skąd bierze się w ludziach pogarda i jak jej przeciwdziałać – zastanawiają się Katarzyna Miller i Joanna Olekszyk, odkrywając kolejną kartę emocji.

Pogarda to…

…patrzenie na innych z wyższością, nieliczenie się z ich zdaniem i jawne okazywanie braku szacunku. To także silna niechęć wobec kogoś lub czegoś, wynikająca z przekonania o jego bezwartościowości. Gardzić oznacza pomiatać kimś, lekceważyć, poniżać go i odtrącać. Ale też odwracać się od potrzeb innych, nie starać się ich zrozumieć. To uczucie podszyte jest obojętnością, brakiem empatii i wiary w to, że ktoś inny jest wartościowy i zasługuje na cokolwiek.

Pogarda to patrzenie, ale niewidzenie, słyszenie, ale niesłuchanie, czucie, ale nieodczuwanie emocji innych. To traktowanie ludzi jak powietrze. Pozwala to podnieść iluzoryczne poczucie własnej wartości przez to, że innych traktuje się jak gorszych od siebie. Pogarda prowadzi zazwyczaj do nienawiści, dyskryminacji i wykluczenia osób czy grup społecznych. Ale zdarza się, że wobec cudzej nikczemności nie można już czuć nic oprócz pogardy. Jeśli jednak człowiek odczuwa pogardę wobec siebie samego, to powinien się za to bardzo przeprosić.

Po co nam to uczucie?

Pozwala zwiększyć poczucie własnej wartości – wtedy, gdy mamy je bardzo niskie – podnieść prestiż, dodać sobie znaczenia. Oddziela od prawdziwych emocji, przez co ułatwia manipulowanie innymi i używanie ich do swoich celów, a także manipulowanie sobą. Często zakrywa zaniżone poczucie własnej wartości, ale pozwala też czasem wiedzieć, kogo należy omijać szerokim łukiem.

Zadania:

  • Zastanów się, jak mocne jest twoje poczucie własnej wartości i czy potrzebujesz poniżać innych, aby je podnieść?
  • Jeśli w głębi czujesz się gorszy od innych, pomyśl, skąd to przekonanie. Zastanów się, co pozwoli ci je zmienić?
  • Jak to jest, kiedy empatycznie, całym sobą jesteś w relacji (słuchasz, widzisz, czujesz)? Spróbuj znaleźć się na chwilę w skórze drugiego człowieka i przekonaj się, jak po tym eksperymencie zmieni się wasza relacja.

Więcej w zestawie z książeczką „Poznaj siebie. Karty emocji”, Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło.