1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Psychoanaliza. Co ukrywa twoja nieświadomość?

Psychoanaliza. Co ukrywa twoja nieświadomość?

Czy psychoanaliza może cię uzależnić od terapeuty? Co możesz uzyskać podczas terapii? (fot. iStock)
Czy psychoanaliza może cię uzależnić od terapeuty? Co możesz uzyskać podczas terapii? (fot. iStock)
Psychoanaliza bywa nazywana terapią dla bogatych, substytutem przyjaźni i modą - w swoim dorobku ma jednak skuteczne narzędzia diagnostyczne i psychoterapeutyczne. Wątpliwości wielu budzi sam proces psychoanalityczny, pozbawiony określonego celu i ram czasowych.

Marta prosi, by nie podawać jej prawdziwego imienia, pracuje w znanym domu mediowym i chce zachować dyskrecję. Terapię przerwała po czterech latach, wbrew opinii swojego psychoanalityka. Zdaniem terapeuty właśnie zbliżali się do przełomu, stać niechęć do kontynuowania terapii, a ostatecznie jej przerwanie, które miało być wtórne do jej relacji z ojcem - tata Marty umarł, gdy miała 13 lat. Opór to słowo, które często słyszała: za każdym razem, gdy nie chciała zająć się określonym tematem ze swojej przeszłości lub teraźniejszości. Na terapię trafiła, bo jej małżeństwo przechodziło kryzys. Była pewna, że mąż ma kochankę, ale nie rozmawiali o tym, prawie w ogóle o niczym nie rozmawiali, każde z nich było zajęte swoją pracą, do której dojeżdżało własnym samochodem. Psychoanalizę - najstarszy nurt psychoterapeutyczny - polecił jej znajomy z Ameryki, gdzie stała się bardzo popularna.

Psychoanaliza: czego dowiesz się na terapii?

Na terapię wydawała średnio 1600 zł miesięcznie - 4 spotkania w tygodniu, każde po 100 zł. Przez pierwsze dwa lata o dziewiątej rano, tuż przed pracą, później o osiemnastej, bo po trudniejszej sesji nie mogła się skupić na swoich obowiązkach. Spotkania trwały 50 minut, Marta za każdym razem wchodziła do elegancko urządzonego gabinetu, kładła się na zielonej kozetce i zaczynała opowiadać. Na początku była nieufna, dużo mówiła o pracy, znajomych, swojej rodzinie. Podczas pewnej sesji opowiedziała o śnie, który wracał do niej co kilka miesięcy - jest w swoim domu, leży na łóżku, gdy nagle pojawia się woda. Marta zaczyna płynąć, ale wody przybywa z każdą chwilą. Gdy znajduje się pod sufitem, budzi się przerażona. Opowiedziała terapeucie sen i rozmawiali o nim przez kolejne kilka sesji, aż dotarło do Marty, że jest on metaforą jej obecnego życia, ale też relacji w domu rodzinnym, w którym o ważnych sprawach rozmawiało się bardzo rzadko i dopiero gdy uzbierało się sporo problemów. Wówczas ojciec zwoływał rodzinę, w dłoni trzymał kartkę papieru, na której miał wypisane tematy do omówienia. Dopiero po wszystkim mogli iść spać. Czasami rodzinna narada, pełna napięcia i oskarżeń, trwała do trzeciej w nocy, a później przez długie tygodnie, a niekiedy miesiące, nie rozmawiali o emocjach, problemach i tym, co ważne, chociaż każdy wiedział, że ojciec w swoim pokoju, spisuje nowe tematy, które wypłyną, gdy kartka się zapełni.

Podczas kolejnych sesji Marta czuła, jak pozbywa się napięcia, które niosła ze sobą od dzieciństwa. Nie znalazła jeszcze sposobu na przeprowadzenie rozmowy z mężem, chociaż wiedziała, że musi do tego dojść. Chciała się uwolnić, odejść, ale liczyła na to, że mąż zrobi to pierwszy, w związku z czym tkwiła w marazmie.

Pewnego razu przyszła na sesję z kartką papieru, na której wypisała wszystkie tematy, które chce omówić z mężem. Dzięki pytaniom terapeuty zrozumiała, że wybrała strategię stosowaną przez ojca, który zamiast patrzeć w oczy, wolał zerkać na kartkę.

Psychoanaliza osłabia mechanizmy obronne, które blokują zmianę

Psychoanaliza to terapia wyłącznie długoterminowa i zazwyczaj bardzo kosztowna. Pacjent spotyka się z terapeutą 4 albo 5 i więcej razy w tygodniu przez kilka lat. W czasie sesji psychoanalityk siedzi za głową pacjenta, tak by kontakt wzrokowy nie był możliwy. Pozycja ta ma sprzyjać swobodnemu odkrywaniu wszelkich treści wypływających z nieświadomości. Podczas procesu istotne jest stworzenie bezpiecznej atmosfery, która pozwala na nieskrępowane opowieści na dowolny temat. Czasami w ich trakcie dochodzi do regresji, czyli emocjonalnego powrotu do dzieciństwa i ponownego przeżycia oraz zrozumienia wewnętrznych konfliktów i wypartych treści, które były zbyt trudne lub bolesne. Analityk słucha, czasami notuje, próbuje zrozumieć sens ukryty za wypowiedzianymi słowami, interpretuje opowieści i zadaje pytania, pozostając w relacji z pacjentem.

Częste spotkania są niezbędne dla uruchomienia procesu psychoanalitycznego, który w znacznej części oparty jest na dotarciu do nieświadomości - to tam zdaniem Zygmunta Freuda, ojca psychoanalizy, leżą przyczyny zaburzeń osobowości, napięć, natręctw, depresji i innych chorób psychicznych. Na poziomie świadomym pacjent może deklarować chęć zmiany, ale jeśli nie uda mu się dotrzeć do głęboko ukrytych przyczyn - zmiana nie jest możliwa. Spotkania dzień po dniu pomagają nie tylko oswoić się ze swoim analitykiem, ale również osłabić mechanizmy obronne, które ukrywają wewnętrzny świat pacjenta.

Mechanizm przeniesienia: do jakich uczuć dojdziesz w procesie psychoanalizy?

Podczas terapii Marta zrozumiała, że powiela zachowania ojca, które budziły w niej lęk i niechęć, ale dawały poczucie kontroli nad swoim małżeństwem, mężem i zwalniały ją z obowiązku zaryzykowania, czyli wyrażania uczuć wprost. Po dwóch latach od pierwszej wizyty mówiła na kozetce bez wstydu o swoich fantazjach, pragnieniach, również seksualnych, o najbardziej skrytych snach, czasami płakała, czasami się śmiała.

Poczuła, że może skończyć terapię, ale analityk ostrzegł ją, że nie jest nawet w połowie procesu i może to być niebezpieczne, dlatego kontynuowała sesje, ale teraz w godzinach popołudniowych. Pomimo że nie potrafiła nazwać celu tych spotkań, czuła ulgę, gdy kładła się na kozetce, zmęczona po dniu pracy, lubiła głos swojego terapeuty. W pewnym momencie jej życie ograniczało się jedynie do pracy i psychoanalizy, porzuciła szereg znajomości i jedną przyjaźń, potrzebę bliskości załatwiała na kozetce.

Brakowało jej dotyku, bliskości, w końcu odważyła się wyznać analitykowi, że czuje się w nim zakochana - omawiali to uczucie przez kolejne miesiące, aż wygasło. Terapeuta zasugerował, że tak naprawdę przenosi na niego niewyrażone uczucia do ojca, przez którego nigdy nie czuła się w pełni kochana - i dodał, że również z tego powodu wybrała nieobecnego męża, który od kilku lat miał kochankę.

Gdy Marta podjęła decyzję o rozwodzie, przychodziła na sesje po wsparcie. Mijały kolejne miesiące, czuła zadowolenie z życia, pogodzenie ze swoją samotnością, tym razem mniej bolesną, bo pozbawioną oczekiwania na męża. Zadziwiało ją tylko, że rozstanie było tak łatwe i krótkie. Kolejny raz chciała przerwać terapię, ale została powstrzymana przez psychoanalityka, który uznał, że nie przepracowali jej relacji z matką. Marta czuła, że nie ma ochoty zajmować się tym tematem, a co ważniejsze, poczuła się uzależniona od swojego terapeuty. Podczas kolejnej sesji dowiedziała się, że to wszystko jest klasycznym oporem i lękiem przed zmierzeniem się z przeszłością.

'Częste spotkania są niezbędne dla uruchomienia procesu psychoanalitycznego, który w znacznej części oparty jest na dotarciu do nieświadomości'. (fot. iStock) "Częste spotkania są niezbędne dla uruchomienia procesu psychoanalitycznego, który w znacznej części oparty jest na dotarciu do nieświadomości". (fot. iStock)

Id, ego i superego w konflikcie

Uprawnionymi do prowadzenia psychoanalizy są licencjonowani psychoanalitycy będący członkami Polskiego Towarzystwa Psychoanalitycznego, którzy odbyli wieloletnie szkolenie. Pomimo to zdarza się, że terapię prowadzą osoby bez odpowiedniego szkolenia i niepoddające swojej pracy superwizji. Zakończenie następuje wtedy, gdy zarówno pacjent, jak i terapeuta uznają, że to odpowiedni moment.

Analityk podczas sesji unika kontaktu fizycznego, zachowuje się powściągliwie, nie ujawnia żadnych osobistych informacji dotyczących swojego życia. To wszystko umożliwia powstanie mechanizmu przeniesienia, czyli swobodnego przypisywania terapeucie cech i właściwości. Z tego powodu Marta mogła w terapeucie zobaczyć swojego ojca czy męża. Terapeuta z kolei podlega mechanizmowi przeciwprzeniesienia, czyli może przypisywać swojemu pacjentowi cechy, które nie ma - sprawy te powinien za każdym razem omówić podczas własnej terapii lub superwizji.

Psychoanaliza nazywana jest metodą badania umysłu, tego, jak został ukształtowany w toku przebywania ze znaczącymi osobami. Istotne jest również, w jaki sposób jednostka radzi sobie z konfliktami pomiędzy id, ego i superego. Id odpowiada za impulsy, popędy, to pierwotna energia, która popycha w stronę przyjemności i pozwala uniknąć tego, co przykre. Ego kontaktuje się ze światem zewnętrznym, pomaga odróżnić fantazje od tego, co realne, podejmować racjonalne decyzje. Z kolei superego to poziom idei, nazywany sumieniem, tutaj przechowujemy nakazy i zakazy, pragnienie bycia doskonałym. W trakcie psychoanalizy chodzi o rozwinięcie obserwującego ego, czyli tej części naszej osobowości, która jest w stanie pogodzić pragnienie id z wymogami superego. Już od czasów Freuda uważa się, że nierozwikłany konflikt pomiędzy tymi dwoma obszarami generuje napięcie i choroby psychiczne.

Czy psychoanaliza uzależnia?

Gdy Marta podjęła decyzję o zakończeniu terapii, musiała przez długi czas mierzyć się z poczuciem winy wobec swojego psychoanalityka, czuła, że go zawiodła. I chociaż była mu wdzięczna za wiele ważnych odkryć, sporo czasu zajęło jej, by na nowo zaufać swoim myślom i uczuciom – za każdym razem pojawiał się w niej odruch skonsultowania sposobu myślenia z terapeutą. By uwolnić się od niepokojących myśli i odczuć, wyjechała na samotne wakacje. Ostatecznie znalazła oparcie w samej sobie, dziś czuje się otwarta na nowy związek, chociaż niepozbawiona obaw, czy uda jej się wejść w niego bez porównywania nowego partnera do byłego męża, ojca i terapeuty – trzech najważniejszych mężczyzn jej życia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy potrafisz sobie współczuć?

Umiejętność  współczucia wobec siebie to klucz do lepszego życia. (fot. iStock)
Umiejętność współczucia wobec siebie to klucz do lepszego życia. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Być dla siebie czułym, wybaczającym, nieoceniającym, empatycznym. Pozwalać sobie na najróżniejsze emocje, nawet jeśli są one społecznie nieakceptowane. Egocentryzm? Wręcz odwrotnie. Zdaniem profesor Ireny Dzwonkowskiej postawa współczucia wobec samego siebie pozwala czuć się lepiej i być lepszym też dla innych. Jak ją praktykować?

„Współczucie wobec samego siebie?! Co to za nowa filozofia! W życiu trzeba być silnym, a nie użalać się nad sobą” – usłyszałam dzisiaj od pewnej osoby.
Rzeczywiście jest problem w rozumieniu „współczucia wobec samego siebie”, szczególnie że w psychologii zachodniej to jest stosunkowo nowe pojęcie. Pierwsza praca na ten temat opublikowana została przez profesor Kristin Neff w 2003 roku w Stanach Zjednoczonych. Kristin Neff, prekursorka współczującego podejścia do siebie, wyraźnie zaznaczyła, że nie ma ono nic wspólnego z użalaniem się nad sobą, choć w potocznym rozumieniu bardzo często ludzie nie widzą różnicy. Doświadczyłam tego sama, gdy kilka lat temu zaczęłam zajmować się tym zjawiskiem. „Jak to jest możliwe, żeby współczuć samemu sobie? To znaczy co? Użalać się nad sobą?”, pytano mnie. Mówiłam, że absolutnie nie. Użalanie się nad sobą w psychologii amerykańskiej nazywane jest self-pity, gdy współczucie wobec siebie self-compassion. Gdy ludzie użalają się nad sobą, to mają – zresztą jak sam termin wskazuje – żal do samych siebie, skłonność do przeżywania innych negatywnych uczuć, takich jak poczucie winy, wstyd. A ponieważ ich psychika broni się przed taką ilością negatywnych uczuć, włączają się różnego rodzaju mechanizmy obronne polegające na przenoszeniu tych emocji – obwiniania innych, że im się wiedzie źle. „To przez szefa zawaliłam projekt, to przez męża, ojca mam nieszczęśliwe małżeństwo”. Ludzie użalający się nad sobą kiepsko czują się wówczas, kiedy innym wiedzie się dobrze, ponieważ mają bardzo dużą skłonność do porównywania się z otoczeniem.

Myślę, że wielu ludzi  porównuje się z innymi. Tego nas zresztą w dzieciństwie uczono: „Zobacz, ona się tak świetnie uczy, taka jest porządna, bierz z niej przykład”. Rodzice bardzo często porównują też rodzeństwo.
Oczywiście, to jest bardzo mocny przekaz nie tylko w domach rodzinnych, ale też w szkole. Porównania, rankingi ocen. To jest pewien utarty styl oddziaływania na dzieci, często bez głębszego rozumienia, jak to wpływa na psychikę, na rozwój osobowości. A wpływa bardzo źle, co dokładnie pokazują też badania nad współczuciem do samego siebie. Potem z tych dzieci ocenianych, porównywanych wyrastają dorośli, którzy dążą do porównywania się z innymi i rywalizacji. Do tego, by mieć więcej, bardziej, lepiej, po to, żeby dobrze wypadać na tle innych. Kiedy się to nie udaje, wpadają w spiralę samooskarżania, wciąż porównują się z innymi i czują się marnie na ich tle. Tę drugą osobę postrzega się jako kompletnie inną, nie zauważa się wspólnoty losu. Tego, że ona najprawdopodobniej wcześniej też wiele w życiu przeszła, cierpiała. Użalający się widzi tylko siebie, swoje niepowodzenia i wyolbrzymia je na tle pozytywnych cech tej drugiej osoby. W związku z tym cieszy się, kiedy bliźniemu dzieje się źle, bo wtedy jego samoocena rośnie. Osoba litująca się nad sobą myśli: „Jeśli moją koleżankę rzucił mąż i ona cierpi, to na tle jej cierpienia moje kiepskie małżeństwo już nie jest takie złe, bo przynajmniej wciąż trwa”.

Ci, którzy praktykują współczucie wobec siebie, nie oceniają?
Nie. Bo cała filozofia opiera się na nieoceniającym stosunku do siebie, ale też wobec innych. Co więcej, wszystkie badania pokazują, że takie podejście ułatwia i pomaga pokonywać różnego rodzaju wewnętrzne trudności i przeszkody. W naszej kulturze funkcjonuje kult wysokiej samooceny. My, psycholodzy, gloryfikowaliśmy ją przez wiele lat, wierząc, że pomaga niemal we wszystkim. Roy Baumeister, wybitny uczony, zrobił podsumowanie wielu lat badań w różnych dziedzinach funkcjonowania człowieka i doszedł do wniosku, że dalece przesadziliśmy, wierząc, że wysoka samoocena jest panaceum na całe zło. Okazuje się, że ci, którzy mają wysoką samoocenę, wykazują sporo agresywności interpersonalnej, mają również dosyć mocno zniekształcony obraz samych siebie.

Narcystyczny?
Niekoniecznie, choć wysoka samoocena często łączy się ze skłonnościami narcystycznymi. Głównie jednak chodzi o nieustanną huśtawkę wewnętrzną, której podlega taka osoba. Zwykle potrzebuje wzmocnień z zewnątrz, ciągłego potwierdzania, że jest tak doskonała, jak myśli. A dziś ludzie głównie rywalizują ze sobą, a nie zachwycają się sobą. Poza tym wszyscy nie mogą być najlepsi. Prędzej czy później mierzymy się z porażkami i błędami. Niemożność osiągnięcia wysokich standardów prowadzi do stanów lękowych, depresji, wewnętrznych konfliktów. Badania pokazały, że ludzie z wysoką samooceną są kolekcjonerami pozytywnych informacji o sobie i nie dopuszczają tych negatywnych. Nawet jeśli mają negatywny feedback, nie słyszą go. Nie mają też w związku z tym skłonności do pracy nad sobą, rozwijania tych cech, które są w nich słabsze. Zwykle uważają się za pomocnych, ale ich bliscy tego nie potwierdzają. To osoby skłonne do uprzedzeń, do dyskryminacji innych, choć do tej pory uważano, że to niska samoocena sprzyja takiemu stosunkowi do świata.

Kristin Neff twierdzi, że postawa współczucia wobec samego siebie jest remedium na pogoń za wysoką samooceną i jej negatywnymi skutkami. Na czym konkretnie polega?
Inspirowana jest filozofią Wschodu, gdzie od kilku tysięcy lat mówi się o współczuciu do innych i samego siebie jako podstawowej wartości życia. Składa się z trzech głównych komponentów. Jeden z nich to łagodność i zrozumienie wobec siebie, jednym słowem życzliwość w myślach, uczuciach i działaniach.

To znaczy?
Wyobraźmy sobie, że przeżywamy jakieś trudne zdarzenie. Cierpimy, czujemy fizyczny ból. Nie oceniamy się jednak, nie krytykujemy. Jesteśmy dla siebie dobrzy, myślimy o sobie tak, jakby myślał o nas najlepszy przyjaciel.

Współczucie wobec siebie często mylimy z użalaniem się nad sobą. Jednak słowo 'użalanie' niesie za sobą negatywny przekaz. Empatia wobec siebie niesie miłość. (fot. iStock) Współczucie wobec siebie często mylimy z użalaniem się nad sobą. Jednak słowo "użalanie" niesie za sobą negatywny przekaz. Empatia wobec siebie niesie miłość. (fot. iStock)

Nie oceniamy, czyli nie mówimy: „Znowu nawaliłaś, to twoja wina”?
Tak, dokładnie. To są te narracje w naszych głowach, które pojawiają się, gdy mamy skłonność do użalania się nad sobą. Przemawia w nas surowy krytyk. „Znowu ci się nie udało, jesteś beznadziejna”. Warto się łapać na takich myślach, bo one są wyznacznikiem tego, jak siebie traktujemy. Co więcej – takie myślenie nie przynosi nam ulgi, tylko pogłębia naszą frustrację. Drugim ważnym elementem jest refleksyjność, inaczej mindfulness, uważność. I nie tyle chodzi o refleksyjność wobec świata zewnętrznego, co refleksyjność wobec własnych cech, własnych przeżyć.

Analizowanie?
Nie, absolutnie. To, o czym pani mówi, może przeradzać się w tzw. przeżuwanie różnych zdarzeń, rozdrabnianie ich, ciągłe powracanie do bolesnych problemów bez realnego ich rozwiązywania. Osoby współczujące tego nie robią. To je też czyni mocniejszymi w chwilach stresu, trudności, nawet dramatów. Refleksyjność polega na cierpliwym, spokojnym, zdystansowanym obserwowaniu samego siebie jako istoty przeżywającej konkretne emocje.

Mamy sobie mówić: „Teraz cierpisz, to jest normalne”?
Teraz cierpię, teraz czuję się źle. Przeżywam teraz złość, teraz odczuwam wrogość wobec kogoś. Osoba, która ocenia sama siebie, ma skłonność do wypierania takich myśli, zaprzeczania im, bo to są uczucia niepopularne, nieakceptowane społecznie. „Ja przeżywam zawiść? Ja?”. Proszę zobaczyć, ile tu oceny. Osoba refleksyjna obserwuje swoje życie psychiczne zupełnie tak, jakby obserwowała chmury. Nie musi ich oceniać, ona je widzi. Tak samo widzi swoje uczucia negatywne. Ale też nie przywiązuje się do nich. Co to oznacza? Ona ich nie włącza do poczucia tożsamości. Bywa tak, że gdy przeżywamy gniew, traktujemy się jako osoby gniewne. Osoba z refleksyjnym podejściem do samej siebie wie, że przeżywa gniew, ale równie dobrze wie, że to, co jest teraz, za chwilę minie. Gniewu nie będzie. Uczucie przepływa jak wiatr, jak chmury. „Wytrzymaj” – można by powiedzieć. To, że teraz jesteś gniewna, jest normalne, inni też tak mają. Ludzie przeżywają gniew, zawiść, doznają porażek. Nie tylko ci, którym kiepsko się wiedzie, wszyscy. Bogaci, nasi idole, nasze wzory. Wszyscy przeżywają stratę, chorują, starzeją się, różne rzeczy się im nie udają. My najczęściej nie mamy wglądu w cudze życie, więc je idealizujemy. Osoba współczująca samej sobie dostrzega swoje negatywne przeżycia, cechy w kontekście doświadczeń całej ludzkości. I to jest trzeci element – poczucie wspólnoty z innymi ludźmi. To przynosi ulgę w cierpieniu zamiast poczucia alienacji i wyizolowania.

Takie podejście pomaga?
Bardzo. Badania pokazują, że jeśli praktykujemy takie podejście do życia, znacznie lepiej funkcjonujemy emocjonalnie. Łatwiej radzimy sobie z negatywnymi emocjami, jesteśmy mniej skłonni do przeżywania stresu, depresji czy lęku. Przeżywamy pozytywniej siebie i świat. Jesteśmy generalnie szczęśliwsi, bardziej zadowoleni z życia, mamy lepsze relacje z innymi ludźmi. Do niedawna zastanawiano się też, czy osoba współczująca samej sobie, życzliwie do siebie nastawiona będzie też altruistyczna, gotowa do niesienia pomocy. Jak wynika z badań Neff – tak. Zresztą ja również prowadziłam takie badania. I co się okazało? Takie osoby są mniej agresywne, bardziej empatyczne, bo potrafią spojrzeć na świat oczami innych, wejść w ich perspektywę, jednocześnie zachowując zdrowy dystans. Współczujący samym sobie nie identyfikują się z własnymi emocjami, pozwalają im być, nie walczą z nimi, wiedzą, że to minie, tym bardziej nie identyfikują się też z emocjami innych, bo też wierzą, że one przejdą. Przez to są bardziej altruistyczni, nie uciekają od bólu, nie unikają ludzi, którzy cierpią.

Dużo ludzi potrafi współczuć samym sobie?
Myślę, że wiele zależy od kultury, w której się wychowujemy. Jak już wcześniej mówiłyśmy, Polacy mają skłonność do narzekania, do ocen, to wykluczałoby wysoki poziom współczucia wobec samego siebie.

Ale rozumiem, że tego można się nauczyć? Co mam zrobić, jeśli załóżmy, mam dosyć cierpienia, użalania się nad sobą?
Każdy może się tego uczyć, choć wiadomo, że osobom z natury neurotycznym, lękowym będzie trudniej wypracować sobie takie podejście. Ale to, że komuś będzie łatwiej, a komuś trudniej, nie oznacza, że nie mamy próbować. Na pewno na początek warto zrozumieć tę filozofię. Odróżnić litowanie się nad sobą od współczucia. Przestać się bać swoich uczuć, nie zaprzeczać im, mieć świadomość siebie i pracować nad własnym „ja”. Co to oznacza? Wiem, jaka jestem. Nie mogę zmienić swojego temperamentu, ale nad pewnymi aspektami mogę pracować. Wiedza o sobie jest wielką siłą. Kolejnym krokiem jest rezygnacja z oceniania samego siebie, która zamienia się w osądzanie. Trzeba ćwiczyć obserwację tego, co się w naszym wewnętrznym życiu dzieje. Co jest dane innym ludziom również.

A jeśli widzę, że jestem zazdrosna, zawistna albo mściwa?
Wstydzimy się takich uczuć, gdy przepuszczamy je przez pryzmat ocen. A te uczucia nie znaczą, że jestem złym człowiekiem. Po prostu tak teraz czuję. W tym momencie. Pozwólmy temu pobyć. Poobserwujmy, bez konieczności dociekania, skąd to się u mnie wzięło, bez nadinterpretacji. Przeżywam zawiść wobec koleżanki? To nie znaczy, że jestem zawistną osobą. Życzę źle kobiecie, która rozbiła mój związek? Tak teraz czuję, to nie znaczy, że jestem mściwa w ogóle, w życiu. To budowanie dystansu do własnych przeżyć. Bez próby walczenia, zmieniania na siłę. Pomocna w tym może być joga, praktyka oddechowa, relaksacyjna. Ważne, by nie uciekać od myśli w alkohol, jedzenie czy inne używki, a mamy tendencję, żeby to robić, bo dziś naczelną zasadą w życiu jest czuć się dobrze. Naszym celem jest nie cierpieć, bo jak cierpimy, to znaczy, że coś z nami nie tak. Zresztą przecież często słyszymy: „Bądź silna”, „nie płacz”. Więc udajemy silne, a potem popadamy w schematy narzekań, ocen, zgryźliwość.

Przeczytałam, że istotą współczucia samemu sobie jest bycie dla siebie jak najlepszy przyjaciel.
To prawda. Możemy nawet zwizualizować przyjaciela czy przyjaciółkę. Gdy wspominamy przykre wydarzenia, warto sobie wyobrazić, że my siedzimy na jednym krześle, na drugim nasz przyjaciel. I rozmawiamy ze sobą. My mówimy, jak nam źle. On nas wspiera, tłumaczy nam, że to minie, jest z nami w naszym bólu. Innym sposobem jest napisanie listu do samego siebie. Proszę sobie wyobrazić przyjaciółkę, która chce panią wesprzeć w trudnej sytuacji. Co by powiedziała, w jaki sposób okazała troskę? Kolejnym krokiem jest przelanie naszego wewnętrznego monologu na papier. Trenowanie tego, by być własnym przyjacielem w trudnych chwilach. Takim, który udziela wsparcia, nie ma nic wspólnego z narcyzmem ani egocentryzmem. Daje natomiast bardzo dużo siły i dystansu.

Irena Dzwonkowska: profesor dr hab. SWPS; naukowo i dydaktycznie zajmuje się zagadnieniami z dziedziny psychologii społecznej, osobowości oraz emocji i motywacji.

  1. Psychologia

W co grasz we własnym życiu? Podpowie ci analiza transakcyjna

</a> Analiza transakcyjna przede wszystkim może pomóc osobom, które czują stłumione, przytłoczone lub mają poczucie, że nie idą swoją drogą (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Analiza transakcyjna przede wszystkim może pomóc osobom, które czują stłumione, przytłoczone lub mają poczucie, że nie idą swoją drogą (fot. Getty Images/ Gallo Images)
Według koncepcji analizy transakcyjnej wszyscy nie tylko w coś gramy w relacjach międzyludzkich, ale też realizujemy nie swoje scenariusze, które utrudniają nam osiągnięcie szczęścia. Praca terapeutyczna w nurcie psychologii transakcyjnej pozwala porzucić stare schematy i dawne role, a w zamian zyskać autonomię, czyli radosną wolność.

Alina poszła na terapię po tym, jak uderzyła mamę w twarz. Mieszkają razem od zawsze. Alina ma 28 lat, skończyła pedagogikę w Poznaniu, w którym pracuje jako nauczycielka edukacji przedszkolnej. Jadwiga też była nauczycielką, uczyła chemii, niedawno przeszła na emeryturę, od 8 lat porusza się na wózku inwalidzkim. Alina czuje się w obowiązku opiekować mamą, jeździć z nią do lekarza, załatwiać formalności związane z domem. Zdaniem córki Jadwiga choruje na depresję, straciła chęć do życia. Kobieta rzeczywiście zazwyczaj pozostaje wycofana, co jakiś czas jednak wybucha, krytykuje córkę, zarzuca jej, że sporo czasu spędza poza domem. Podczas jednej z takich kłótni Alina spoliczkowała matkę i chociaż szybko się opamiętała, przeprosiła, to zrozumiała, że przekroczyła granicę. Od dawna czuła się przytłoczona, pozbawiona prawa do życia po swojemu. Miłość do mamy mieszała się w niej z poczuciem zniewolenia, a nawet pogardą i fantazjami o śmierci – swojej lub mamy.

Na studiach ze wszystkich nurtów psychologicznych najbardziej zafascynowała ją analiza transakcyjna, koncepcja stworzona w połowie XX wieku przez amerykańskiego psychiatrę Erica Berne'a. Skontaktowała się z Polskim Towarzystwem Analizy Transakcyjnej w Poznaniu. Na terapię transakcyjną chciała trafić do kobiety, bo zakładała, że skupi się głównie na relacji ze swoją mamą.

Trzy scenariusze życia według teorii transakcyjnej

Analiza transakcyjna, czyli analiza relacji, wymiany, do jakiej dochodzi pomiędzy ludźmi, zakłada, że każdy żyje według powstałego w dzieciństwie scenariusza, w którym ściśle określono role, jakie mamy pełnić. W tym skrypcie zawarte są również wszelkie ograniczenia, które należy porzucić, aby osiągnąć szczęście (albo raczej autonomię, jak uważają transakcjoniści). Claude Steiner, który po śmierci Erica Berne’a kontynuował jego badania naukowe w dziedzinie psychologii transakcyjnej, podzielił skrypty życiowe na trzy dominujące: „bez miłości”, „bez rozumu” i „bez radości”. Każdy z nas ma tendencję do realizowania swojego życia w jednym z tych obszarów, zwłaszcza gdy mierzy się z problemami albo doświadcza traumy.

W scenariuszu „bez miłości” doszło do utraty możliwości przeżywania z innymi ludźmi wszystkich emocji w sposób nieskrępowany, możliwości bycia blisko siebie i tych, których kochamy. Główne przesłanie, czyli inaczej przekaz, który dana osoba dostała w dzieciństwie, można zawrzeć w zdaniach typu: „Nie bądź tym, kim jesteś”, „Nie podchodź do mnie”. Dziecko zazwyczaj nie słyszy dokładnie tych zdań – przekaz dociera do niego pozawerbalnie, np. poprzez pozostawianie płaczącego samemu sobie, nieprzytulanie, odtrącanie, poniżanie czy bicie. W efekcie ten scenariusz życiowy, sformułowany przez założenia teorii transakcyjnej, może skończyć się depresją, a nawet samobójstwem.

Scenariusz „bez rozumu” pozbawiony jest świadomości, to funkcja odpowiedzialna za podejmowanie decyzji, rozwój, umiejętność obserwacji świata zewnętrznego i własnych przeżyć. Główny przekaz, który otrzymały osoby z tym scenariuszem, brzmi: „Nie rozwijaj się”, „Nie myśl”, „Nie pytaj”. Dotyczy to sytuacji, w których dziecko jest stale dyscyplinowane, karane za dociekliwość, zmuszane do naśladowania lub porównywane do innych. W dorosłym życiu efektem realizacji tego scenariusza jest zagubienie, niezdolność do samodzielnego, jasnego myślenia, pozostawanie w zależnych związkach, a czasami również obłęd.

Ostatni typ scenariusza zbudowany na podstawie analizy transakcyjnej psychologia określa mianem „bez radości”, gdyż związany jest z utratą spontaniczności. Dorosły człowiek realizujący siebie w obrębie tego skryptu sprawia wrażenie jakby żył bez uczuć. Główny przekaz, który odebrał w dzieciństwie, brzmiał: „Uspokój się”, „Nie czuj”, „I tak ci się nie uda”. To właśnie ludzie ze skryptem „bez radości” najczęściej sięgają po używki, uzależniają się od psychotropów lub innych ludzi.

Analiza transakcyjna przede wszystkim może pomóc osobom, które czują stłumione, przytłoczone lub mają poczucie, że nie idą swoją drogą (fot. Getty Images/ Gallo Images) Analiza transakcyjna przede wszystkim może pomóc osobom, które czują stłumione, przytłoczone lub mają poczucie, że nie idą swoją drogą (fot. Getty Images/ Gallo Images)

Na drodze terapii transakcyjnej Alina dowiedziała się, że realizuje ostatni skrypt, nie tylko dlatego, że dzień zaczyna od podwójnej kawy, a kończy lampką wina, ale przede wszystkim dlatego, że nie potrafi wyrazić, a nawet rozpoznać, co tak naprawdę czuje. Alina bała się żyć na własną rękę, marzyła o związku i miłości, jednak unikała mężczyzn, poszukiwała bliskości, ale nie miała przyjaciół. Tłumaczyła sobie, że to wina jej mamy, którą musi się opiekować – i to właśnie ją uczyniła odpowiedzialną za swoje życie.

Co zgodnie z analizą transakcyjną deformuje naszą osobowość?

Terapeutka Aliny oprócz informacji o skryptach przekazała jej także inne założenia psychologii transakcyjnej, zgodnie z którymi pracuje. Alina zyskała w ten sposób nie tylko nową wiedzę taką, jaką mają transakcjoniści, ale równeż poczucie bezpieczeństwa. Terapeutka wyjaśniła, że każdy ma w sobie sześć stanów, które tworzą „ja”, czyli sześć głosów, przy czym tylko jeden lub kilka dominuje. Każdy składa się z Dziecka Naturalnego, które czuje i spontanicznie wyraża emocje; Dziecka Uległego, które się podporządkowuje, prosi i przeprasza; Dziecka Zbuntowanego, które mówi: „Nie, bo nie”; Dorosłego, który jest niczym komputer, analizuje, zadaje pytania; Rodzica Normatywnego odpowiedzialnego za zasady i powinności oraz Rodzica Ochraniającego, który troszczy się, pomaga, a czasami bywa nadopiekuńczy. W sytuacji doskonałej mamy równy dostęp do każdego z tych stanów, zazwyczaj jednak opieramy się na jednym czy dwóch dominujących, które deformują naszą osobowość.

W trakcie sesji terapii transakcyjnej, gdy Alina wypowiadała jakieś zdanie, terapeutka prosiła ją, by zastanowiła się, czyim głosem w tej chwili mówi, jaki stan przez nią przemawia. W ten sposób szybko zrozumiała, że ma w sobie dużo aspektów Dziecka Uległego i Rodzica Normatywnego.

Analiza transakcyjna: jakie stosuje techniki?

Transakcjoniści stosują określone techniki pracy, które nazywa się operacjami. Wykorzystują własne stany „ja”, by wzmocnić lub osłabić określone stany „ja” pacjenta. Dla Aliny przełomowa była zwłaszcza sesja, podczas której mówiła z żalem, że to przez mamę nie ma chłopaka. Terapeutka spojrzała wtedy na nią i powiedziała: „Myślę, że teraz kłamiesz”. Alina na chwilę zaniemówiła, ale kontynuowała swoją opowieść o mamie, z którą musi być bardzo blisko, by móc kontrolować jej samopoczucie. Terapeutka jej przerwała i powiedziała, że w ramach takiego sprawdzania może przecież do niej zadzwonić i powtórzyła: „Myślę, że znowu kłamiesz”. Alina nie wytrzymała i powiedziała, że nie życzy sobie takich oskarżeń. Zdziwiły ją gratulacje od terapeutki, która wyjaśniła jej, że właśnie opuściła stan „ja” Dziecka Uległego i przeniosła się do Dziecka Zbuntowanego. Operacja, której użyła terapeutka wykorzystująca analizę transakcyjną, psychologia nazywa konfrontacją z pozycji Rodzica Normatywnego – zamiast wyjaśniać pacjentce, że może stawiać granice mamie i używać złości, by zrozumieć, że jej własne granice zostały przekroczone, wolała, aby pacjentka doświadczyła swojej złości w bezpiecznej przestrzeni gabinetu terapeutycznego. Inne operacje używane przez terapeutów transakcjonistów to zadawanie pytań; specyfikacja, czyli precyzowanie zdobytych informacji; ilustracja, czyli praca z metaforą, anegdotą czy bajką; perswazja, czyli Rodzicielska zachęta skierowana do Dziecka pacjenta, by skorzystało z określonej propozycji.

Bardzo często pacjenci otrzymują zadania domowe: od napisania listu, przez nawiązanie kontaktu ze swoim zaniedbanym stanem „ja”, aż do namowy skonfrontowania się ze swoimi rodzicami. W Polsce nie istnieje szkoła psychoterapii w koncepcji analizy transakcyjnej, dlatego nurt ten zazwyczaj towarzyszy innemu stosowanemu przez terapeutę.

Niecały rok po rozpoczęciu terapii transakcyjnej Alina zyskała znacznie większy dostęp do swego Dziecka Naturalnego, czyli emocji, pragnień, ale też pociągu seksualnego, który tłumiła. Pozwoliła sobie również na bunt i skorzystanie ze swojego Rodzica Ochraniającego, którego postanowiła używać nie tylko wobec innych, ale również siebie. Nie chciała rezygnować z opieki nad mamą, co wspierała jej terapeutka, ale inaczej ją zorganizowała, z uwzględnieniem swoich potrzeb bliskości i związku oraz potrzeb mamy, która, jak się okazało, również czuła się zniewolona stałą obecnością córki.

Jakim nakazom ulegasz?

Podczas terapii Alina poznała jeszcze jedną ważną dla analizy transakcyjnej koncepcję – nakazów. Zgodnie z teorią psychologa Taibi Kahlera, w dzieciństwie każdy z nas otrzymuje pięć głównych nakazów: „bądź idealny”, „bądź silny”, „postaraj się”, „sprawiaj przyjemność”, „śpiesz się”. Alina rozpoznawała w sobie dominujący nakaz: „sprawiaj przyjemność”.

Podczas kolejnych sesji terapeutka pokazała jej również, jak wygląda trójkąt dramatyczny, w którym tkwimy, gdy zamiast być z kimś blisko wolimy grać. Trójkąt dramatyczny, zdefiniowany przez psychologię transakcyjną, zamieszkują trzy role, a każdy z nas ma swoją ulubioną: Ofiara, Ratownik i Prześladowca. Alina zrozumiała, że chętnie gra w gry Ratownika („Chciałam tylko pomóc”), po to by za chwilę zmienić się w Prześladowcę swojej mamy, która z kolei inicjowała często gry z pozycji Ofiary. Wiedza, którą zyskiwała Alina, pomagała jej zrozumieć swój wewnętrzny świat i znacznie poszerzać wolność, poczucie wpływu i autonomii, czyli tę cudną mieszankę intymności, świadomości i spontaniczności.

  1. Psychologia

Miłosne IQ – do stworzenia dobrego związku nie wystarczą same uczucia

Czy rozum idzie w parze z miłością? Jak najbardziej! Inteligencja jest nam niezbędna w miłosnych związkach. (Fot. iStock)
Czy rozum idzie w parze z miłością? Jak najbardziej! Inteligencja jest nam niezbędna w miłosnych związkach. (Fot. iStock)
Bystry umysł i uczuciowość są potrzebne, by wieść szczęśliwe życie we dwójkę. Już dwa wieki temu powiedziała to Jane Austen, autorka powieści opisujących życie angielskiej klasy wyższej. Dzisiaj psychologowie mówią o inteligencji miłosnej. Co to oznacza? Być zuchwałym i nieugiętym, ale również delikatnym i wrażliwym. Czy można się tego nauczyć? Tak.

Szkoda, że umiejętności radzenia sobie z emocjami nie uczymy się w szkole. Nie mamy profesorów od empatii, nie chodzimy na lekcje aktywnego słuchania, nie mówiąc już o wykładach z kochania siebie i akceptacji tego, że nieustannie się zmieniamy. Wiedzę o tym, jak żyć w związku, najczęściej wynosimy z domu rodzinnego i najczęściej z jego ograniczeniami. Tak naprawdę nasza edukacja na temat miłości jest mierna. Ktoś może powiedzieć - wystarczy kochać. Otóż to za mało. Zdaniem znanego amerykańskiego psychoterapeuty Johna Valentisa, specjalizującego się w zagadnieniach związków, w miłości postępujemy jak głupcy. W stanie zakochania decyzję, by z kimś być, podejmujemy z poziomu jedynie serca i bodźców erotycznych. Umysłem i ciałem rządzą wówczas hormony, odpowiedzialne za przedłużenie gatunku. Nawet, gdy uda ci się spotkać bratnią duszę, wiele obiecująca relacja, pełna wspólnych marzeń i szerokich perspektyw, może się skończyć, jeśli nie dysponujesz emocjonalnym know-how. Im więcej miłosnego IQ wniesiesz w swoje życie, tym bardziej silny i znaczący będzie twój związek, tym mniej doznasz bólu i rozczarowań.

Miłość według Valentisa to trójwymiarowa konstrukcja złożona z myśli, emocji i fizycznego pożądania. Składnik intelektualny obejmuje nasze ogólne wyobrażenia o związkach, obraz własnej osoby (w kontekście intymności), oczekiwania wobec partnera. Na tym poziomie posługujemy się rozumem. Tak, on w miłości jest niezbędny. Dzięki uważnemu przyglądaniu się sobie i partnerowi, umiemy zajrzeć pod powierzchnię spraw. Umiejętność zaglądania za fasadę - czy jest nią maska urody, urok pieniędzy czy też fascynująca praca - by dostrzec za nią prawdę o człowieku, to jedna z kwalifikacji osoby inteligentnej w miłości. Być może tego właśnie najtrudniej nauczyć się w związkach.

Składnik emocjonalny to między innymi styl nawiązywania i zrywania więzi uczuciowych. Także lęki związane miłością, bliskością i jej utratą. Emocje przydają głębi i znaczenia temu, czego chcemy. Popychają nas do działania, każą nam się śmiać, wyciskają z oczu łzy. O ile posłużymy się nimi inteligentnie, powiedzą nam co jest dla nas dobre, podszepną niezbędne zmiany. Emocje czynią nas ludźmi.

Składnik fizyczny to erotyczny aspekt związku. Poziom wzajemnego zaangażowania i umiejętność wyrażania pożądania w atmosferze troski i szacunku do drugiej osoby. Jeśli pożądanie ogarnia nas za sprawą uczuć, gotowi jesteśmy na każdy wysiłek, by osiągnąć spełnienie. By pozbyć się wreszcie napięcia między naszymi pragnieniami, a tym co mamy. John Valentis inteligencją miłosną nazywa zbiór postaw i zachowań z tych trzech poziomów. Udowadnia, że można się ich nauczyć. To one uczynią twój związek satysfakcjonującym i wzbogacającym. Dzięki pracy nad inteligencją miłosną, lepiej zrozumiesz kim jesteś i kim są inni. Twoje uczucia staną się intensywniejsze, miłość bardziej bezwarunkowa.

Aby mądrze postępować w związku, trzeba między innymi:

  • umieć rozpoznawać, rozumieć i akceptować własne stany emocjonalne oraz sterować nimi,
  • z empatią podchodzić do nastrojów i uczuć partnera oraz całej jego osobowości,
  • czuć się pod względem emocjonalnym równie komfortowo w kontakcie z partnerem, jak i sobą samym,
  • świadomie kształtować swoje umiejętności komunikacyjne,
  • myśleć i działać odważnie i prostolinijnie,
  • być zuchwałym i nieugiętym, ale również delikatnym i wrażliwym,
  • być szczerym i autentycznym, postępować zgodnie z tym, co myślisz i czujesz,
  • wyeliminować powierzchowne emocje, impulsywne reakcje, ponieważ z uczuciami nie mają one wiele wspólnego.

John Valentis obiecuje, że dzięki inteligencji miłosnej stajesz się bardziej sobą, nie grasz komedii, wyzbywasz się fałszywych pretensji. Twoje życie nabiera celu i sensu, zyskujesz poczucie wartości i godności. Związek osób inteligentnych w miłości cechuje elastyczność, naturalność i spontaniczność. Kobieta i mężczyzna nie trzymają się ściśle sztywnych reguł, ustalających zachowanie każdej strony. Nie przypisują stereotypowych ról płciowych. Ich postawy zmieniają się, lecz jednocześnie zdają sobie oni sprawę z różnic między sobą.

Na podstawie książki „Inteligencja miłosna. Bądź umiejętny w miłości i seksie”, Mary i John Valentis, wyd. Jacek Santorski & Co

  1. Psychologia

Praca to nie wszystko – mężczyźni poszukują duchowości

Coraz więcej mężczyzn zdaje sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać. (Fot. iStock)
Coraz więcej mężczyzn zdaje sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać. (Fot. iStock)
W czasie cywilizacyjnego kryzysu wielu mężczyzn orientuje się, że poświęcili bezwolnie wiele lat życia sprawom, które w istocie do tego kryzysu się przyczyniły. Intensywnie poszukują więc zgodnej z ich potrzebami życiowej ścieżki. To dobry kierunek – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Przyjaciel powiedział mi, że traci firmę, musi sprzedać dom. Dodał, że pokonał go COVID-19, ale to i tak jego wina, bo powinien lepiej się zabezpieczyć. Czy mężczyźni zawsze biorą winę na siebie, gdy tracą firmę?
Tak, bo mają nieomal zapisaną w genach odpowiedzialność za materialne i finansowe bezpieczeństwo rodziny. Mają też wpisany w męski przekaz międzypokoleniowy wyścig samców, którego wynik ustawia ich w męskiej hierarchii w zależności od poziomu, na którym żyją, prestiżu, władzy i wpływu. Najgorsza pozycja, jaką mogą zająć w tym wyścigu, to „nieudacznik”; a gdy przyczyny klęski są obiektywne, to „pechowiec”. Reguły męskiego rykowiska są twarde i bezwzględne. Nieudacznicy i pechowcy nie mają szans na względy atrakcyjnej kobiety. A jeśli zdobyli ją wcześniej, to teraz czują, że zawiedli. No i tak zapewne czuje się dziś twój przyjaciel, podobnie jak tysiące innych mężczyzn w podobnej sytuacji.

Ale przecież mamy pandemię...
Pozornie sytuacja pandemiczna jest dla mężczyzn prestiżowo łatwiejsza, bo jest obiektywną przyczyną katastrofy wielu firm. Nikt też nie mógł takiej sytuacji przewidzieć ani nie jest w stanie jej dalszego rozwoju kontrolować. Trudno więc się czuć odpowiedzialnym za to, że pojawił się ten wirus i że wiele firm nie może sprzedawać tego, co do tej pory sprzedawało. Ale część mężczyzn i tak nie potrafi się z tej odpowiedzialności zwolnić, bo ich poczucie wartości, szacunku dla siebie, a nawet sens istnienia opierają się w ogromnej mierze na pracy. Od początku istnienia naszego gatunku mężczyzna – prócz płodzenia dzieci – był niezbędny do polowania, ciężkiej pracy i do walki z wrogiem. Tak więc nie ma się co dziwić, że na tym odwiecznym powołaniu nadbudowało się uniwersalne poczucie męskiej tożsamości i wartości. Patrząc z tego punktu widzenia, łatwo zrozumieć, dlaczego ostatnie 30 lat rozwoju technologii, emancypacji kobiet i przemian obyczajowych spowodowało wśród mężczyzn powszechną tożsamościową katastrofę, kompensowaną równie powszechną eksplozją patriarchalnego konserwatyzmu i szowinizmu.

Pracować mogą maszyny, a walczyć – drony czy już wkrótce roboty. Mamy też sztuczne zapłodnienie...
Właśnie. Pomijając coraz większe męskie kłopoty z płodnością, to nawet odwieczny wzorzec mężczyzny – dostarczyciela żywności, pieniędzy i innych dóbr potrzebnych do tego, aby rodzina bezpiecznie funkcjonowała, również zanika, bowiem kobiety coraz lepiej sobie radzą z zarabianiem na siebie i na dzieci. Mało tego, mężczyznom obecnie tylko się wydaje, że w ostrej rywalizacji zdobywają atrakcyjne kobiety. Dziś to raczej kobiety wybierają coraz rzadsze okazy płodnych, odpowiedzialnych i gwarantujących bezpieczeństwo mężczyzn.

Z tych wszystkich powodów mężczyzna tracący firmę, którą stworzył, w swoich własnych oczach traci wszystko. Zachowanie stałego i obfitego źródła dochodów nadal spełnia podstawowe kryteria tradycyjnego męskiego wzorca. Dziś w bardzo wielu męskich sercach i głowach kłębią się autodestrukcyjne uczucia i myśli, a szczególnie groźnymi czyni je tradycyjny scenariusz męskiej roli podpowiadający tak zwane honorowe wyjście – czyli samobójstwo. Zaznaczmy jednak, że współczesne samobójstwo niekoniecznie oznacza pozbawienie siebie życia. Może równie dobrze przybrać inną autoagresywną formę: depresję, ciężką chorobę somatyczną, wpadnięcie w nałóg, katastrofę wizerunkową lub katastrofę sumienia w postaci zejścia na drogę przestępczą.

Mój przyjaciel boi się, że żona od niego odejdzie, jeśli on sprzeda dom i nie będzie miał tyle pieniędzy, ile do tej pory…
Dotykamy tu kolejnego składnika męskiego stereotypu, zgodnie z którym mężczyzna kobietę zdobywa, porywa lub kupuje, nie zważając na jej uczucia ani wolę. W konsekwencji więc nie może liczyć z jej strony na stabilizującą związek miłość czy choćby przywiązanie, a tym samym na wierność czy lojalność. Ten stereotyp z góry zakłada, że kobieta prowadzi z partnerem wyrachowaną grę o zapewnienie sobie bezpieczeństwa i przetrwania. Może więc w każdej chwili go opuścić, gdy jakiś inny mężczyzna zaoferuje w tych sprawach więcej pewności.

Warto zauważyć, że wspomniany stereotyp do dziś znajduje potwierdzenie w faktach, bowiem tysiąclecia patriarchalnego zniewolenia i niedostateczna obecność ojców w wychowaniu dziewczynek pozostawiły w zbiorowej świadomości kobiet trwałe przekonanie, że na miłość zdobywcy nie ma co liczyć. A w konsekwencji nie wolno angażować serca w relację z nim. Z tych powodów wiele męsko-damskich związków ma nadal charakter transakcji: seks, obsługa i ewentualnie dzieci – w zamian za bezpieczeństwo i odpowiednio wysoki poziom życia. W tej sytuacji mężczyzna zdobywca słusznie boi się, że straci żonę, gdy nie będzie go stać na spłacanie rat i odsetek od ustalonej pierwotnie ceny.

Czyli pod tym zdobywcą ukrywa się chłopiec, który nie czuje się kochany. Myśli, że musi dać mamie – a teraz partnerce – kwiatek, żeby go kochała.
Przekonanie większości mężczyzn, że za uznanie i lojalność kobiety trzeba zapłacić i zasłużyć na nie ciężką pracą, bywa często uzasadnione. Kobieta, która chce mieć dzieci i rodzinę, nie wybierze na partnera faceta bez pracy, aspiracji i pomysłu na życie. Dla takiej kobiety priorytetem jest bezpieczeństwo dzieci, a wysokość uposażenia kandydata i jego zdolność do pracy w ogromnej mierze to gwarantują. Jeśli więc mężczyzna nie oferuje nadziei na materialne bezpieczeństwo, to może być dla kobiety jedynie dodatkiem, obiektem przemijającego zachwytu i ewentualnie źródłem zmysłowej przyjemności, ale nie mężem ani ojcem wspólnych dzieci.

Czyli mężczyźni muszą inwestować swoje siły w pracę, bo inaczej nie znajdą kobiety? Nie przesadzasz trochę?
Kobietę może znajdą, ale nie będzie to odpowiedzialna, długo­letnia partnerka do współwychowywania dzieci i założenia rodziny. Takie kobiety z całą pewnością pominą leniwych, pechowców i nieudaczników w swoich zasadniczych życiowych wyborach. Bezpieczeństwo dla kobiet w takich sprawach bywa najważniejsze. Często ważniejsze niż romantyczna miłość. Mówię to oczywiście na podstawie własnych obserwacji.

A dla mężczyzny? Co jest ważniejsze? Miłość czy praca?
To zależy od tego, w jaki sposób uformowało mężczyznę jego dzieciństwo. Jeśli matka w okresie do czterech lat nie dała synowi miłości bezwarunkowej, a potem nagradzała go czułością wyłącznie za osiągnięcia – a na dodatek syn widział, że ten sam schemat działa w związku rodziców – to gdy dorośnie, będzie nadmiernie, a nawet obsesyjnie poświęcał się pracy, nieświadomie rujnując zarówno siebie, jak i więź z partnerką.

Mój inny przyjaciel pracuje w korporacji, zarabia dużo, ale chciałby mieć więcej czasu na rozwój wewnętrzny. Tymczasem nie ma, bo dzieci i dom. No i ostatnio poprosił mnie o numer telefonu do jakiegoś psychiatry…
W czasie cywilizacyjnego kryzysu, w którym coraz bardziej się pogrążamy, wielu mężczyzn orientuje się, że bezwolnie poświęcili wiele lat życia, potu, łez i krwi sprawom, które w istocie do tego kryzysu się przyczyniły, a jednocześnie widzi, że systemowa rzeczywistość staje się coraz mniej przewidywalna. Z tych dwóch powodów coraz więcej mężczyzn intensywnie poszukuje teraz bardziej autonomicznej i zgodnej z ich prawdziwymi wartościami i potrzebami życiowej ścieżki. Staje się to dziś potrzebą wielu milionów mężczyzn na świecie, a także bardzo wielu kobiet. Bo nasze gatunkowe, megalomańskie przekonanie o tym, że jesteśmy w stanie podporządkować sobie przyrodę, okazuje się iluzją o katastrofalnych skutkach. A to każe nam dostrzec, że poświęcanie życia egoistycznej pogoni za bezpieczeństwem, przyjemnością i statusem, kosztem przyrody i życia innych gatunków zamieszkujących naszą planetę, jest w istocie autodestrukcją.

W związku z tym coraz więcej ludzi dochodzi do jeszcze jednego ważnego wniosku. Mianowicie zdają sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać.

Jest jakaś specjalna męska duchowość odkrywana w czasach takich jak dziś?
My, mężczyźni, często mamy zamknięte serca, więc nasza duchowość jest jednostronnie racjonalna, teoretyczna – staje się intelektualnym konstruktem, a nie żywym przeżyciem doznawanym z chwili na chwilę. Aby więc doświadczyć żywej duchowości, musimy otworzyć serca na miłość, empatię, współodczuwanie i troskę, czyli na to, co stereotypowo uznawane jest nadal za atrybuty kobiecości. To samo w sobie nie jest łatwe, a dodatkowo wymaga odwagi skonfrontowania się z wypartym, skumulowanym bólem własnego serca i sumienia, przed którymi od wieków uciekamy.

Jeśli mężczyzna odkrywa, że źle inwestuje czas i energię, pracując tam, gdzie pracuje, to jak to może wpłynąć na jego życie?
Rozwój duchowy – czy choćby podążanie za swoimi prawdziwymi potrzebami – z reguły wymaga radykalnej zmiany kierunku i stylu życia, co łączy się często z obniżeniem poziomu materialnej egzystencji. Ale kryzys temu sprzyja, bo tak zwana normalność już nie wróci. Świat, w którym zaczynamy żyć, będzie nas coraz bardziej skłaniał do minimalizmu, zmniejszania kosztów, do prostoty i ograniczenia rozpasanej, obsesyjnej konsumpcji. Bo przecież nie wymaga to nadzwyczajnej przenikliwości, by dostrzec, że także ideologia permanentnego wzrostu gospodarczego okazała się nader szkodliwą iluzją.

Mężczyźni w pandemii mogą przejść duchową przemianę?
I przechodzą. Nie tylko tę wymuszoną, spowodowaną obiektywnymi trudnościami i zablokowaniem przez pandemię perspektywy dalszej kariery i rozwoju. Coraz częściej obserwuję transformacje całkowicie dobrowolne, wynikające z pogłębionej refleksji nad sobą i swoim życiem. Bywają to przemiany naprawdę spektakularne. Na przykład: młody prawnik z własną dobrze prosperującą kancelarią i perspektywą rozwoju zdał sobie sprawę, że to, co robi, jest niezgodne z jego głębokimi potrzebami i aspiracjami. W rezultacie w ciągu dwóch lat zlikwidował biuro, zrezygnował z bardzo dobrych dochodów i cały swój potencjał zaangażował w proekologiczne akcje społeczne. Inny przykład: korporacyjny menedżer, przez lata ślepo i całkowicie oddany pracy, odkrył, że to jest niezgodne z jego prawdziwymi potrzebami i wartościami, i postanowił zająć się stolarką i ciesielstwem.

Co może zrobić mężczyzna, żeby się nie zabić, kiedy straci wszystko?
W takiej sytuacji pomaga perspektywa duchowa, czyli świadomość swojej prawdziwej tożsamości, a tym samym wartości. Innymi słowy, dostrzeżenie wartości życia jako takiego – i że nasze życie jest tylko jednym z niezliczonych jego przejawów. Z tym nieodzownie wiąże się świadomość postrzegania procesu życia jako nieustannej zmiany, a także tego, że nasze przemijanie jest naturalnym i oczywistym elementem tej wiecznej przemiany. Trzeba więc przestać marudzić i włączyć się na całego w ten proces – poddawać się zmianie i cieszyć się nią, zamiast chwytać się tego, co nieuchronnie przemija.

Ale co powiemy kobietom, które nie akceptują obniżenia standardu życia i oczekują od mężczyzn, żeby nadal zapewniali im wygodę i luksusy?
W takiej sytuacji mężczyzna powinien się zastanowić, czy naprawdę chce poświęcić swój czas, swoją przyszłość, swoje prawdziwe potrzeby, cele i aspiracje dla kobiety, która go zwyczajnie nie kocha. Z kolei kochające partnerki, które często mają tendencję do lekceważenia skali problemu, jakim dla mężczyzny jest utrata pracy i statusu, powinny pamiętać, że deficyt ich empatii w tej sprawie wynika być może stąd, iż dla części kobiet zdolnych do rodzenia dzieci macierzyństwo w naturalny i zasłużony sposób staje się wystarczającym sensem ich życia. Pozbawieni takiej możliwości mężczyźni są więc niejako skazani na poszukiwanie sensu ich życia w pracy, kreatywności, twórczości, budowaniu, dostarczaniu, a także w bronieniu i walce.
Warto chyba przypomnieć w tym miejscu to, co wiele razy już mówiłem: aby w dobie kryzysu i transformacji uratować mężczyzn, musimy wszyscy zapomnieć o społecznych stereotypach płci, bo dzięki temu będziemy mogli myśleć i zachowywać się w zgodzie z okolicznościami. Wtedy dopiero mężczyzna tracący pracę i skonfrontowany z koniecznością podjęcia zadań nadal pracującej żony nie będzie tego traktował jako wstydu i degradacji, lecz bycie w domu uzna za wyzwanie uruchamiające jego zasoby kreatywności, zaradności, siły oraz zdolności do zabawy. Wtedy nic złego mu się nie stanie, a wszyscy w rodzinie na tym zyskają.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.