1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Psychoanaliza na kozetce

Psychoanaliza na kozetce

Fotochannels
Fotochannels
Żaden z uczonych w minionym stuleciu nie budził tylu sporów i namiętności co twórca psychoanalizy, wiedeński psychiatra Zygmunt Freud. Jedni przyrównywali jego rewolucyjną teorię do przewrotu kopernikańskiego, inni głosili, że psychoanaliza to zbiór nonsensów, których nie sposób udowodnić.

Faktem jest jednak, że nie można ich również obalić. Jeśli na przykład ktoś pali cygara, w myśl psychoanalizy zaspokaja swoje potrzeby oralne. Jeśli palący to przyzna, potwierdzi jedną z tez psychoanalizy. Ale jeśli zaprzeczy, znaczy to tylko tyle, że nie jest świadomy motywów swego zachowania. To też potwierdza prawdziwość psychoanalizy. Psychoanaliza jest niewywrotna. Można nie zgadzać się z jej założeniami, ale trudno podważać wielki wpływ teorii Freuda nie tylko na psychologię i psychoterapię, lecz także na inne dziedziny nauki, na obyczajowość, literaturę i sztukę.

Teoria Freuda

U jej podstaw leży przekonanie, że świadomość jest zaledwie powierzchnią życia psychicznego. Jego istotą jest nieświadomość, w której kłębią się siły determinujące zachowanie. Freud dzieli osobowość na trzy części: id, ego i superego. Id to część nieświadoma, instynktowna, popędowa, która kieruje się zasadą przyjemności. Superego to normy społeczne, nakazy i zakazy wynikające z życia w określonej kulturze. Od dzieciństwa przyswajamy je w procesie socjalizacji i części z nich możemy nie być świadomi. Najbardziej świadome jest ego, które kieruje się zasadą realizmu. Ego jest permanentnie atakowane przez id, które za wszelką cenę domaga się zaspokojenia popędów, oraz przez superego domagające się spełnienia norm. Gdy ego nie potrafi rozwiązać konfliktów wynikających z instynktownych popędów i społecznych norm, pojawia się lęk. Aby go zmniejszyć, ego stosuje mechanizmy obronne. Najważniejszym z nich jest wyparcie spychające zagrażające treści do nieświadomości.

Freud twierdził, że główną siłą napędową w życiu człowieka jest libido, czyli popęd seksualny. Popęd ten budzi się bardzo wcześnie i jest zaspokajany kolejno za pomocą różnych stref erogennych naszego ciała. Pierwsza jest faza oralna, w niej strefą erogenną są usta. Zdaniem Freuda dziecko karmione piersią nie tylko zaspokaja głód, lecz także czerpie przyjemność z obcowania z piersią matki. Faza analna związana jest z opanowywaniem przez dziecko czynności wydalania i czerpaniem z tego przyjemności. Faza falliczna wiąże się z odkryciem przez dziecko genitaliów i różnic między płciami. Chłopiec odkrywa, że ma członek, którego są pozbawione dziewczynki, a to prowadzi do lęku przed kastracją. Dziewczynki odkrywają, że nie mają członka, co prowadzi do poczucia niepełnej wartości.

Chłopiec jest dumny ze swojego narządu. Bawi się nim, odczuwając przy tym pobudzenie seksualne. Zaczyna fantazjować na temat uwiedzenia matki, ale na drodze stoi ojciec, który może go wykastrować. To słynny kompleks Edypa, którego rozwiązaniem jest niełatwa identyfikacja z ojcem, czyli rywalem, i przyswojenie sobie jego męskich cech. Dziewczynka przeżywa kompleks Elektry. Czuje niechęć do matki, która wydała ją na świat jako seksualną kalekę. Zazdrości chłopcom, zwraca się więc ku ojcu, którego członek chciałaby posiadać. Pragnienie to przekształca się w chęć posiadania dziecka z ojcem. W dorosłym życiu kobiece pragnienie członka zaspokajane jest w miłosnym związku z mężczyzną.

Po zakończeniu fazy fallicznej, około 6.–7. roku życia, następuje faza latencji, w której dziecięca seksualność wygasa do czasu, gdy przekształci się w dojrzały popęd płciowy, czyli przejdzie w fazę genitalną.

Koncepcja zazdrości o penisa, będąca przejawem męskiego egocentryzmu czy też fallocentryzmu kultury, spotkała się z krytyką ze strony feministek. Kate Millett pisała: „Freudowska logika skutecznie przekształciła rodzenie dzieci, stanowiące wspaniałą możliwość kobiety, w mizerne polowanie na męski organ”. Koncepcja Freuda sankcjonowała przekonanie, że kobiety to istoty gorszego gatunku.

Całkowita dyskrecja – całkowita szczerość

Psychoanaliza jest nie tylko systemem teoretycznym, lecz przede wszystkim metodą leczenia nerwic. Nerwica to stan, w którym ego nie radzi sobie z wymaganiami id, superego i rzeczywistości. Nieświadome konflikty wywołują lęk, pacjent traci radość życia i coraz gorzej wypełnia role społeczne. Nie rozumie swojego zachowania i emocji. Nerwica rozwija się powoli, a jej początki sięgają dzieciństwa. Zadaniem psychoanalityka jest odkrycie nieświadomych konfliktów (przeniesienie nieświadomego do świadomości) i pomoc w racjonalnym rozwiązaniu ich przez ego pacjenta. To powinno doprowadzić do zniknięcia objawów neurotycznych i znacznej zmiany osobowości. W myśl psychoanalizy samo usuwanie objawów nie ma sensu. Jeśli leżące u ich podłoża konflikty pozostaną nierozwiązane, w miejsce jednych objawów pojawią się inne.

Pacjent rozpoczynający leczenie zawiera z analitykiem kontrakt: całkowita dyskrecja za całkowitą szczerość. Pacjent ma mówić wszystko, co mu przychodzi do głowy, nawet jeśli wydaje mu się to nieważne, niestosowne czy głupie. To technika swobodnych skojarzeń, dzięki której nieuświadamiane pragnienia czy wspomnienia mają szansę przedostać się do świadomości. Analityk wykorzystuje także przecieki z nieświadomości obecne w czynnościach pomyłkowych, do których należą przejęzyczenia, błędne odczytywanie napisów, zapomnienie czyjegoś nazwiska lub terminu spotkania. Te pomyłki, zdaniem Freuda, ujawniają nasz stosunek do rzeczywistości. Współcześni analitycy zwracają uwagę na reakcje fizjologiczne, np. czerwienienie się, oraz inne sygnały niewerbalne – ton głosu, postawę, gesty.

Przedmiotem analizy są również sny, które Freud nazwał „królewską drogą do nieświadomości”. Gdy śpimy, mechanizmy samokontroli są słabsze, nie wyłączają się jednak całkowicie, narzucając marzeniom sennym formę możliwą do przyjęcia, np. penis zostaje zastąpiony wężem, a pochwa szkatułką. Analityk nie traktuje snów dosłownie, a stara się dotrzeć do ukrytych znaczeń.

 
Cały proces psychoanalizy odbywa się w gabinecie, który ma wywołać poczucie bezpieczeństwa i poufności. Kiedyś pacjent leżał na kozetce, która pomagała mu się odprężyć, a terapeuta siedział za nim. Dziś pacjent zwykle widzi terapeutę. Ważne, że terapeuta zachowuje neutralność, co – prędzej czy później – prowadzi do przeniesienia. Przeniesienie jest procesem, w którym pacjent utożsamia terapeutę z ważnymi dla siebie osobami z życia, najczęściej rodzicami, jakby mylił teraźniejszość z przeszłością. Pojawiają się oznaki przywiązania do terapeuty, a często także zazdrość prowadząca do wrogości i agresji. Przedmiotem analizy staje się żywa relacja emocjonalna, która pomaga pacjentowi zrozumieć własne zachowanie.

Gdy terapeucie trudno jest zachować neutralność z powodu własnych nierozwiązanych konfliktów, może pojawić się przeciwprzeniesienie. Terapeuta może na przykład przenosić na pacjentkę uczucia żywione do córki. W czasie szkolenia terapeuci sami przechodzą psychoanalizę, by mogli uświadomić sobie swoje konflikty. Przeciwprzeniesienie, jeśli jest się go świadomym, niekiedy może ułatwić terapię.

Wszystkie techniki stosowane w psychoanalizie mają zwiększyć poziom świadomości pacjenta, a terapeucie dostarczyć materiału do interpretacji. To ona powinna doprowadzić do osiągnięcia przez pacjenta wglądu w konflikty leżące u podłoża jego zachowań. Nim jednak dojdzie do wglądu, może pojawić się opór. Ego pacjenta broni się przed uświadomieniem sobie treści nieświadomych i mimowolnie przeciwstawia się wysiłkom terapeuty, odrzucając jego interpretacje. Opór sam w sobie też jest przedmiotem interpretacji.

Dla młodych i elokwentnych

Psychoanaliza najlepiej sprawdza się w przypadku wykształconych neurotyków, tzw. YAVIS (young, attractive, verbal, intelligent and successful – młodzi, atrakcyjni, elokwentni, inteligentni, odnoszący sukcesy).

Główna wada psychoanalizy polega na tym, że trwa kilka lat, a sesje odbywają się od dwóch do pięciu razy w tygodniu, co sprawia, że jest kosztowna. Współczesne terapie o orientacji psychoanalitycznej często są krótsze, analityk jest bardziej aktywny, zadaje pytania i koncentruje się na sferach istotnych dla konkretnych problemów pacjenta. Zdarzają się także krótkoterminowe formy terapii analitycznej, które wprowadzał już uczeń Freuda Sandor Ferenczi, oraz psychoanalityczna terapia grupowa, której zalety doceniali Jung i Adler. W terapii grupowej swobodne skojarzenia zastępuje się dyskusją bez cenzury. Przeniesienie pojawia się nie tylko w relacji z terapeutą, ale również z innymi członkami grupy.

Psychoanaliza po Freudzie

Psychoanalizę od początku krytykowano – głównie za brak możliwości empirycznej weryfikacji tez, wyolbrzymianie roli popędu seksualnego, budowanie ogólnej teorii na podstawie obserwacji pojedynczych przypadków osób zaburzonych. Mimo to ruch psychoanalityczny rozwijał się dynamicznie. Do grona pierwszych uczniów Freuda należeli Alfred Adler, Carl Gustav Jung, Sandor Ferenczi, Otto Rank. Adler i Jung zerwali z Freudem, tworząc własne szkoły. Od założeń Freuda odeszli także twórcy neopsychoanalizy: Karen Horney, Harry Stack Sullivan, Erich Fromm, którzy największe znaczenie w kształtowaniu osobowości przypisywali czynnikom kulturowym, a nie biologicznym.

Najważniejsze dziś szkoły psychoanalityczne

  • szkoła ortodoksyjna, czyli wiedeńska. Terapia jest tu najbardziej zbliżona do opisanej przez Freuda i jego pierwszych uczniów.
  • psychodynamiczna terapia Melanie Klein, czyli szkoła angielska, oparta na teorii relacji z obiektem. Tu najważniejsza jest analiza reakcji przeniesieniowych pacjenta. Wczesne związki z bliskimi traktuje się jako decydujące o charakterze późniejszych relacji.
  • szkoła lingwistyczna Jacques’a Lacana, czyli francuska. Zajmuje się przede wszystkim ujawnianiem tego, co nieświadome, przez analizę języka, słów, sposobu wypowiadania się pacjenta, jego omyłek i fantazji, a w znacznie mniejszym stopniu wykorzystuje analizę przeniesień.
  • amerykańska szkoła psychologii ego, również oparta na teorii relacji z obiektem.
Coraz większa liczba psychoanalityków stosuje zasady wywodzące się z różnych szkół, dopasowując technikę prowadzenia analizy do problemów konkretnego pacjenta.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak radzić sobie z uzależnieniem? Zamiast odcinać się od zmysłów, zmniejsz ilość bodźców

Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. (Ilustracja: iStock)
Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jako ludzie łakniemy i szukamy przyjemności. Zatraciliśmy jednak umiejętność zarządzania nimi – ten swoisty instynkt zachowawczy, chroniący nas przed autodestrukcją. I to właśnie popycha nas w ramiona nałogu – twierdzi psychoterapeuta Robert Rutkowski, kiedyś sam uzależniony. 

Czy dzisiejsze czasy sprzyjają uzależnieniom? Dowodem na to, jak bardzo, są niedawne amerykańskie badania, w których obliczono, że człowiek w czasach średniowiecza przyjmował w ciągu całego swojego życia tyle informacji, ile współczesny człowiek przyjmuje w ciągu jednego dnia. Na przestrzeni wieków nie zmieniliśmy się wcale, jeśli chodzi o rozmiar i pojemność urządzenia, jakim jest mózg, natomiast ilość bodźców, jaką nim odbieramy, przerażająco się zwiększyła. Mówiąc kolokwialnie, przegrzewają nam się styki. Nie wyrabiamy. Futurysta Alvin Toffler w latach 50. ubiegłego wieku napisał książkę „Szok przyszłości”, w której prorokował, że przyjdą takie czasy, kiedy człowiek przestanie ogarniać te wszystkie nowinki technologiczne, z którymi będzie się stykał. I miał rację.

Czasy są więc podłe i przerażające, a na dodatek ta niemożliwa do ogarnięcia ilość bodźców styka się z naszymi słabościami: lenistwem, niefrasobliwością, brakiem chęci chronienia siebie. Człowiekowi wysiada instynkt samozachowawczy, czyli swoiste zabezpieczenie przed szkodliwym wpływem świata, przejawiające się np. poprzez smak czy wstyd.

W jaki sposób działa to zabezpieczenie? W bardzo prosty. Człowiek, jeśli coś mu nie smakuje, czuje obrzydzenie. To ono pojawia się na twarzy, kiedy pierwszy raz w życiu pije się wódkę czy wypala papierosa. Mogę tu wymieniać jeszcze inne substancje, na przykład heroinę, którą znam, a z którą pierwszy kontakt kończy się zawsze torsjami, czyli szokową reakcją organizmu. To są sygnały wysyłane do nas, żeby zrobić STOP. A czym jest wstyd? Uczuciem, które chroni nas przed rozwiązłością, przed wchodzeniem w niejasne relacje seksualne. A obecnie wstyd jest się wstydzić. Przyszedł do mnie niedawno 20-letni mężczyzna, który wyznał, że ma problem z seksem. „Na czym on polega?” – spytałem. „Na tym, że mam 20 lat i jestem prawiczkiem”. „Chłopie, o czym ty mówisz? Dlaczego uważasz, że to jest problem?”. Ano dlatego, że on się porównuje z innymi. I czyta, że 13-, 14-latki rozpoczynają życie seksualne i że to jest norma, czyli on nie jest w normie. A przecież każdy ma swoją drogę, swoją ścieżkę i późniejsza inicjacja seksualna nie musi być od razu chorobą. Świat naprawdę zwariował! A ci, którzy nie mają barier ochronnych, czyli silnego poczucia własnej wartości, będą wchodzić w różnego rodzaju pęknięcia, jak na przykład uzależnienie.

W definicji uzależnienia często podaje się, że to ucieczka od samego siebie, ale czy w tych – jak pan mówi – „podłych i przerażających” czasach nie jest ono też próbą wypisania się z otaczającej nas rzeczywistości? Czy uzależnienie jest ucieczką od siebie, czy od świata? Moim zdaniem to są kolejne etapy. Cel jest ten sam – żeby było lżej, żeby mniej bolało. Uzależnienie jest zadaniem sobie bólu w innym miejscu, żeby w tamtym przestało boleć. To jak, kiedy boli ząb, wbić sobie igłę w piętę. Ból pięty na chwilę pozwoli zapomnieć o zębie. I podobnie człowiek, którego boli dusza, sięga po narkotyki – a mówiąc „narkotyki“, mam też na myśli alkohol. To jeden z najbardziej niebezpiecznych narkotyków, bardzo silnie uzależniający i bardzo silnie negatywnie działający na cały organizm człowieka. I podstępny, bo występujący w anturażu czegoś miłego.

W filmie „Najlepszy” matka mówi do syna, narkomana: „Jureczku, już lepiej, żebyś pił”. Ludzie mówią, że alkohol to dla nich reset. Tymczasem alhohol nie rozluźnia, on paraliżuje. Ludzie mówią, że alkohol poprawia nastrój. Nie, on go zmienia. Człowiek pod działaniem alkoholu jest zatruty, odurzony, odcina się od zmysłów. Dla mnie semantycznym dowodem na to, jak nie radzimy sobie z traktowaniem naszych zachowań, jest słowo „rausz“. Z czym się pani kojarzy „bycie na rauszu“?

Z czymś w rodzaju miłego pobudzenia, upojenia. A wie pani, co znaczy słowo „rausch“ po niemiecku? Upojenie, ale też otępienie. Albo „napić się dla kurażu“. „Courage” to po francusku odwaga, która też jest odcięciem się od zmysłów. Ale dobrze nam się kojarzy, prawda? W ten sposób oswajamy sobie truciznę. Podobnie jest dziś z paleniem marihuany, które zaczyna się wkradać na salony i być dobrze postrzegane. Ja się kiedyś wstydziłem, że palę marihuanę, teraz to jest trendy. Tak jak kokaina. Trzeźwość nie jest już dziś trzeźwością sensu stricto i można być pozornie trzeźwym człowiekiem, który sobie okazjonalnie wciąga kokainę, pali marihuanę... Ale to nie wszystko.

Miałem niedawno sesję z parą, do życia której wkradła się zdrada i która usłyszała od poprzedniego psychologa, a właściwie usłyszała to zdradzona kobieta: „Ale czym się pani przejmuje? Przecież to naturalne, mężczyzna musi sobie od czasu do czasu na boku coś bzyknąć“. Jak widać, niektórzy przedstawiciele mojego zawodu załapali się na wspomnianą dewaluację pewnych wartości.

Nie mówię, że wszyscy powinniśmy być mnichami zen, ale nazywajmy rzeczy po imieniu. Jeżeli nauczyciel pali papierosy i mówi młodzieży o szkodliwości brania narkotyków, to kim on jest? Hipokrytą. Jest niewiarygodny, dzieciaki od razu to wyczują. Warto mówić prawdę. „Nie radzę sobie z moim nikotynizmem“, „To jest moja słabość“, „Nie jestem z tego dumny, nie popieram tego“, a nie przekonywać, że narkotyki są złe, ale palenie jest w porządku. Jeśli ktoś się decyduje być takim pomagaczem i radzić innym w ich problemach, to musi być spójny. Powinien zastanawiać się nad tym, co mówi, bo jego słowa mogą zdemolować komuś życie.

Są uzależnienia bezsprzecznie postrzegane jako szkodliwe: narkotyki, dopalacze. Alkohol i papierosy też – choć tu pewnie z dużym marginesem przyzwolenia. Ale są także uzależnienia, których nie traktuje się jako niebezpieczne. Na przykład poprawianie urody.

Ono się zawiera w takim ogólnym terminie o nazwie „uzależnienie od własnego wizerunku”. Ten nałóg szczególnie dotyka ludzi z piedestału, eksponowanych. Ludzie w ogóle bardzo szybko przyzwyczajają się do tzw. głasków, do miłych rzeczy. Nie ma w tym nic złego, dopóki nie dzieje się tak, że kiedy tego zabraknie, to następuje utrata sensu życia. Tak jest z politykami, uzależnionymi od wydzielania się neurohormonów, które powoduje już samo bycie na piedestale. Oni celowo generują zamieszanie wokół siebie. I tak się tworzy tzw. szum medialny.

Już Stanisław Lem zauważył w „Bombie Megabitowej“, że znalezienie jakiegoś terminu w Internecie jest poprzedzone setkami tysięcy informacji kompletnie zbędnych. Lepiej iść do zwykłej biblioteki. Sam to robię i widzę, że w bibliotekach jest coraz więcej ludzi. Oni już zrozumieli, że obecnie najważniejsza jest umiejętność selekcji. Jako gatunek ludzki jesteśmy ogromnie podatni na bodźce zewnętrzne, dlatego musimy sami się od nich odgradzać.

Skoro nałogi odcinają nas od zmysłów, trzeba do tych zmysłów powrócić? W rzeczy samej. Istotą jest odcięcie bodźców, nie zmysłów. Uzależnienia odcinają właśnie zmysły, a im więcej bodźców do nas wtedy dociera, tym większy szum powoduje. Jeśli bodźców będzie mniej, to nasze zmysły będą bardziej nastawione na ich odbiór.

W książce „Pułapki przyjemności“ mówi pan: jeżeli jemy obiad, jednocześnie oglądając telewizję, to nie czujemy smaku tego, co mamy na talerzu. Zgadza się. Podsumowując ten kawałek naszej rozmowy, człowiek jest coraz bardziej słaby, pozbawiony wartości, fundamentów, a przez ciągłe porównywanie się – także pewnych barier wewnętrznych, które sam na własne życzenie i własną zgubę likwiduje, by się wpisać w kontekst. Dlatego niezmiernie ważne jest środowisko, w jakim funkcjonujemy. Nic dziwnego, że rodzice tak martwią się, gdy ich dziecko wpada w tzw. złe towarzystwo.

Na ile to, czy popadniemy w uzależnienie, zależy od środowiska, a na ile od naszej wrodzonej podatności? A może człowiek jako gatunek czuły na bodźce jest po prostu z natury podatny na uzależnienia? Jesteśmy urodzonymi poszukiwaczami przyjemności. To atawizm. Gdyby człowiek nie chciał, by było mu przyjemniej, toby nie odkrył ognia. Kiedy pierwszy raz ogrzał się przy ogniu i zjadł mięso z upolowanego zająca, opieczone na tymże ogniu, zrozumiał, że jest to o wiele przyjemniejsze niż siedzenie w ciemności, w zimnie i żucie surowego jedzenia. Cały rozwój naszej cywilizacji był możliwy dzięki wrodzonemu pędowi do szukania przyjemności.

I ułatwiania sobie życia. Kiedyś człowiek, żeby napić się wody, musiał pójść kilometr do wodopoju, zażył trochę ruchu, poobserwował okolicę. Dziś nie ma takiej potrzeby, wszystko jest dostępne na aplikacji. Człowiek się zredukował na własne życzenie. Śmiem twierdzić, podążając za Tofflerem, że osiągnęliśmy czasy zerowe. W tej chwili może nas uratować jedynie świadome odchodzenie od nadmiaru bodźców. Sztuką dobrego życia nie jest robienie trzeciego fakultetu czy szukanie nowych kanałów dostępu do informacji, tylko właśnie nierobienie tego. Nie dodawanie, tylko odejmowanie. Sztuka selekcji. Jako człowiekowi dojrzałemu oczywiście jest mi łatwiej się z tym uporać, bo też osiągnąłem jakieś punkty zerowe. Dlatego świadomie nie chcę być dobrze poinformowany, nie chcę mieć pozornie łatwiej i przyjemniej, nie szukam dwóch rzeczy w cenie jednej, kiedy potrzebuję tylko jednej.

Twierdzi pan, że powinniśmy się nauczyć zarządzać naszymi przyjemnościami? Tak naprawdę musimy się nauczyć zarządzać samym sobą. Wtedy będziemy gotowi na przyjemności. Łatwiej jest radzić sobie z jedzeniem człowiekowi niegłodnemu, który jadł trzy godziny temu posiłek, więc nie czuje histerycznego głodu. Niech pani sobie wyobrazi kogoś, kto jada regularnie w ciągu dnia, i kogoś, kto przez cały dzień nic nie jadł, bo nakręcała go adrenalina, jaką daje praca, i nagle o 19.45 idą obaj do restauracji.

Pierwszy pewnie zamówi to, na co ma ochotę, drugi, cokolwiek, byle szybko i dużo. Albo zrobi tak jak grubas ze słynnej sceny z „Sensu życia według Monty Pythona“, który zamówił wszystko z karty. W czym? W wiadrze. Z kolei pierwszy z uśmiechem na ustach, spokojnie będzie wybierał, selekcjonował, zastanawiając się, na co tym razem ma smak. I tę metaforę można przełożyć na nasze wewnętrzne poukładanie. Jeżeli jesteśmy wewnętrznie wygłodniali, popękani, jeżeli nie mamy bazy w postaci poczucia własnej wartości, będziemy zachłystywać się nowymi bodźcami: co chwila nowa partnerka, nowy samochód, nowe buty. Można tak wymieniać bez końca rzeczy czy zachowania, które mają nas zaspokoić. Jaki jest tego efekt? Głód nie gaśnie. Jest coraz większy.

Człowiek woli albo w ogóle zrezygnować ze wszystkich pokus, czyli nie piję, nie palę, nie uprawiam seksu, nie biegam, nie jem i jestem całkowicie z boku – albo korzystać ze wszystkiego. Wolimy to, niż zadać sobie trud i popracować nad kontekstem, w którym funkcjonujemy. Nie trzeba być od razu abstynentem, można próbować alkoholu, ale być świadomym, co on mi daje, a co zabiera. Ja celowo rezygnuję z alkoholu, ponieważ on nie daje mi nic, a wielu rzeczy pozbawia. I wcale nie jestem wojującym ortodoksem neofitą, który kiedyś pił za dużo, a teraz nie pije wcale...

...tylko nie pije pan dlatego, że panu to już nie służy. Dokładnie tak. Alkohol przestał mi służyć i jest dla mnie stratą czasu. Pod wpływem alkoholu nie jestem sobą, a od kiedy się polubiłem, bycie sobą jest przyjemne. Kiedyś piłem dla swoistego kontekstu, czyli dla towarzystwa. Alkohol służył mi do pokrycia, zatuszowania moich kompleksów. A ponieważ wziąłem się za siebie, poszedłem na jedną terapię i drugą, to zniknęły kompleksy. I nagle alkohol też przestał działać, przestał być potrzebny. Przestałem chcieć kłamać, a alkohol to kwintesencja kłamstwa.

Zauważyłem, że wielu moich pacjentów, ludzi biznesu, pije nie dla samego smaku alkoholu czy jego działania, ale dlatego że piją ich kontrahenci. Czyli mamy coś, co się bardzo często pomija w analizach psychologicznych. Mamy uzależnienie fizyczne, psychiczne i to uzależnienie społeczne, środowiskowe.

Presja społeczna to silne narzędzie wpływu. Często najtrudniejsze do pokonania przez uzależnionych pacjentów.

Pana praca polega na pokazaniu im, jak mogą się uniezależnić od opinii innych zamiast od konkretnej substancji? Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. Czy zaprzestaniu jakiś zachowań, jeśli mówimy o uzależnieniu behawioralnym, jak np. seksoholizm. Nie, tu chodzi o całkowite przeprogramowanie człowieka.

Przychodzimy na ten świat głodni przyjemności. Jak się zachowuje małe dziecko? „Jakiż kontrast między promienną inteligencją dziecka a ograniczoną umysłowością dorosłego“ – napisał gdzieś Zygmunt Freud. To jest kwintesencja naszej rozmowy – wracajmy do naszego wewnętrznego dziecka. Ono dużo lepiej wie, jak żyć. Kiedy jest głodne, to co robi? Płacze, bo chce zaspokoić głód. A co robi dorosły? Gasi go, eliminuje. Bo w tym momencie ma dużo ważniejsze rzeczy do zrobienia. Przestaliśmy o siebie dbać. Nie jemy, nie śpimy, nie odpoczywamy, bo mamy projekt do wykonania. Pogubiliśmy się do tego stopnia, że prawdopodobnie dlatego ludzkość wymiera i tak mało się rodzi dzieci, bo one wzbudzają w nas poczucie winy.

No, takiej teorii jeszcze nie słyszałam... Oczywiście żartuję sobie trochę, ale coś w tym jest. Nie chcemy płodzić dzieci, bo jesteśmy uzależnieni od wygodnego życia. Ja mam teraz w domu 5-miesięcznego bobasa i rozkoszuję się tzw. dojrzałym ojcostwem. Syn jest moim trenerem uważności. Pierwszą rzecz, jaką pod jego wpływem zrobiłem, było skrócenie czasu pracy. Przyjmuję mniej pacjentów. Stwierdziłem, że nie chcę sobie odbierać przyjemności obcowania z nim. Jeśli miałbym zatem na koniec pokusić się o jakąś radę, to brzmiałaby ona tak: uczmy się od swoich dzieci odróżniania rzeczy ważnych od tych nieistotnych.

Robert Rutkowski psychoterapeuta, pedagog, trener umiejętności psychologicznych. Prowadzi prywatny Gabinet Psychoterapii i Rozwoju Osobistego w Warszawie, specjalizuje się w leczeniu uzależnień, depresji, nerwic oraz w zarządzaniu stresem. Współautor książek „Spowiedź narkomana” i „Pułapki przyjemności” (wyd. Muza)

Wywiad archiwalny. 

  1. Psychologia

Jak podświadomość reaguje na nasze słowa?

Uważaj, co mówisz. Słowa działają na podświadomość i wpływają przez nią na nasze działania. (fot. iStock)
Uważaj, co mówisz. Słowa działają na podświadomość i wpływają przez nią na nasze działania. (fot. iStock)
Nasza podświadomość nie zawsze rozumie wypowiadane przez nas słowa dokładnie tak samo jak my. Tłumaczy je po swojemu, wyłapuje ukryte znaczenia. Nie wszystkie nam sprzyjają. O słowach programujących naszą podświadomość z Alicją Bednarską, trenerką rozwoju osobistego, rozmawia Jolanta Berent.

Pamiętam, że pierwszym słowem, na które zwróciłaś mi uwagę, odkąd zaczęłyśmy się spotykać, było „powinnam”. A co niesie ze sobą „powinnam”? Tak się składa, że – abstrahując od etymologii, od jakichkolwiek językoznawczych rozważań – w samym słowie zawarte jest pojęcie winy. Jeżeli „powinnam”, to jestem winna, bo jeszcze tego nie zrobiłam, być może ociągam się, zaniedbuję coś. Idąc dalej: skoro coś powinnam zrobić, a tego nie robię, to muszę się w jakiś sposób ukarać – choćby nie najlepszym samopoczuciem.

Samo słowo „wina” wciąż odmieniane jest przez wszystkie przypadki. Postrzegamy świat w kategoriach winy – wystarczy, że jakaś drobna rzecz ułoży się nie po naszej myśli, szukamy winowajcy. Nawet jeśli ktoś mówi „to nie twoja wina”, w podtekście jest przeświadczenie, że kogoś trzeba tą winą obarczyć, ukarać. To zawdzięczamy w dużej mierze praktykom kościelnym – publicznemu wyznawaniu winy, biciu się w piersi. W naszej kulturze winę wysysamy z mlekiem matki, niesie ją ze sobą grzech pierworodny. Rodzimy się winni, po czym wciąż pielęgnujemy w sobie to poczucie winy. Ten program bardzo trudno jest zmienić.

A jak jest z „muszę”? Jeżeli musisz, to zastanów się, kto cię zmusza, kto lub co powoduje ten przymus. Słowo „muszę” ściąga w dół, niesie w sobie wyjątkowo ciężką energię...

Funkcjonujemy w świecie, w którym mamy pewne obowiązki i często powodują one, że coś rzeczywiście musimy. Na szczęście zawsze można zmienić to świadomie na „chcę” i zrzucić z siebie brzemię tego przymusu – wówczas zadanie, które nam powierzono lub które sobie wyznaczyliśmy, będzie mieć inną jakość. Nie chodzi o to, żeby stosować cenzurę, wykreślać pełnoprawne słowa z języka, tylko o świadomość tego, co mówię, jak mówię i w jaki sposób może to wpłynąć na moją energię, moje samopoczucie, moją rzeczywistość. Czasem rzeczywiście coś muszę, ale jeśli przestawię sobie w głowie, że chcę to zrobić, nie będę przeżywać z tego powodu katuszy, zrobię to szybciej, łatwiej. Ja stosuję od lat mantrę „robię bez robienia i jest zrobione”. Działa.

Zmiana „muszę” na „chcę” może być jednak dla niektórych zbyt radykalna, wywoływać opór. Co powiesz na „mam do zrobienia”? Tak, „mam do zrobienia” jest neutralne. Oczywiście wszystko zależy od sytuacji, bo łatwiej prawdopodobnie przyjdzie nam powiedzieć „chcę kupić kwiaty do wazonu” niż „chcę skopać ogród”.

 
Kwestia upodobań. Czasem stwierdzenie „muszę pójść na imieniny szefa” jest jedyną, niepodważalną prawdą o danej sytuacji. I nie ma powodu, żeby tego tak nie wyrazić, ważne, byśmy w pełni zdawali sobie sprawę z ciężaru wypowiadanych przez nas słów. Na przykład „chcę”, „pragnę” to tak zwane słowa mocy i warto odwoływać się do nich, kiedy dążymy do realizacji naszych celów. „Chciałbym zdać egzamin”, „chciałabym mieć dziecko” nigdy nie będzie miało takiej mocy jak „chcę...”. Jeśli naprawdę czegoś chcemy, nie ma się co tak asekurować.

Skoro już o asekuracji i planowaniu, przypomniało mi się, że nie lubisz słowa „spróbować”. Tu znowu oczywiście wiele zależyod sytuacji. Jeśli ktoś nigdy nie robił żadnych wypieków i mówi „spróbuję upiec ciasto”, to znaczy, że podejmuje wyzwanie i przyjmuje, że rezultat może być mało zadowalający – wyjdzie albo i nie. Ale jeśli ktoś przyjdzie do mnie na sesję oddechową czy warsztaty, poczym stwierdza, że spróbuje coś zmienić w życiu, to jest bardzo wysokieprawdopodobieństwo, że tego nie zrobi. „Zrobię to” ma moc, „spróbuję” jest bardzo zachowawcze, nie popycha spraw do przodu. „Spróbuję się nauczyć”, „spróbuję się obudzić”, „spróbuję być na czas” – mówiąc w ten sposób, daję sobie automatycznie przyzwolenie, że tego nie zrobię, że mi się nie uda.

„Powinienem, powinnam” niesie w sobie poczucie winy. W naszej kulturze wysysamy tę winę z mlekiem matki. Mówiąc „muszę”, wrzucamy sobie na barki ogromny ciężar, odbieramy sobie prawo wyboru

Czasem mówimy tak, żeby nie składać obietnic bez pokrycia, nie rozczarować innych, zostawić sobie margines bezpieczeństwa. Gorzej, kiedy takie niezobowiązujące obietnice składamy sami sobie. Kiedy słyszę od kogoś deklarację w rodzaju „spróbuję”, mówię: „To teraz spróbuj wstać. Ale nie wstawaj, tylko spróbuj”. Słowo „spróbować” obwarowuje daną sytuację warunkami: zrobię to, ale... A „ale” – wiadomo – kwestionuje pierwszy człon wypowiedzi. To takie słowa znoszące. Kiedy podczas warsztatów dochodzimy z uczestnikami do pewnych odkryć, „ale” oznacza zwykle krok do tyłu, tworzenie przeszkód i koncentrowanie się na tych przeszkodach.

A jak jest z „problemem”? To też słowo, którego używamy z lubością. Najdrobniejsza przeszkoda, niedogodność, uciążliwość wystarczy, by powiedzieć „mam problem”. On jest przy tym taki uniwersalny, obecny we wszystkich językach...

Lubię mówić: problemem nie są nasze problemy tylko to, jak sobie z nimi radzimy. W mojej pracy widzę, w jak różny sposób ludzie reagują na te same sytuacje. Niedawno przyszła do mnie osoba, której spiętrzyło się dużo trudnych spraw, ale w ogóle nie mówiła o nich „problemy”, ktoś inny ma „poważny problem”, bo zepsuł mu się pilot od telewizora. Tak naprawdę wszystko to są sprawy do załatwienia, do rozwiązania. Na szczęście coraz więcej osób traktuje je jako sposobność, żeby zmienić coś w życiu, poprawić jego jakość. W tym sensie nie ma problemów. Tak jak nie ma błędów, tylko lekcje.

Tak jak nie ma negatywnych emocji? Owszem, nie ma. Nazywając lęk czy złość negatywnymiemocjami odrzucamy je, nie chcemy im się przyjrzeć. A to są takie same emocje jak wszystkie inne, chcą nas o czymś poinformować, zwracają nam na coś uwagę, domagają się jakiejś reakcji. Co wcale nie znaczy, że – jeśli odczuwamy złość – musimy podnieść nakogoś głos czy rękę. Zawsze mamy wybór.

Kiedy dokonujemy ważnych wyborów życiowych, często mówimy, że coś poświęciliśmy. Czy to nie jest tak, że w ten sposób robimy z siebie automatycznie cierpiętnika? O, my uwielbiamy cierpieć. To nasza narodowa specjalność.

 
„Za miliony kocham i cierpię katusze”, „cierpienie uszlachetnia”... No właśnie: z jednej strony tradycja narodowa, a z drugiej znów – katolicka. Stąd też kultywowany przez pokolenia wizerunek matki Polki. Moja mama całe życie poświęcała się dla dobra dzieci – to był jeden wielki obowiązek, ja też to potem robiłam przez wiele lat.

Potem zrozumiałam, że życie składa się z wyborów: wybieram to, co dla mnie w danym momencie najlepsze, a z innych rzeczy po prostu rezygnuję. I nie rozprawiam o poświęceniu, bo to ogromnie obciąża dziecko. Do tego te konotacje ze świętością... Tymczasem dla wielu osób „poświęcenie” jest znakomitym alibi, usprawiedliwieniem: nie robię tego, bo się poświęciłam. Ale chyba najbardziej podstępnym słowem, jakiego często używamy, jest „zasługiwać”.

Na czym polega podstęp? To słowo wprowadziła w książce „Zasługuję na miłość” Sondra Ray, zresztą u Louise Hay w afirmacjach też to się pojawia. One pisały swoje poradniki wiele lat temu, do tego nie wiadomo, w jakim stopniu można zaufać tłumaczom, w każdym razie to „zasługuję” mocno zakorzeniło się w naszej kulturze – przekonanie, że muszę zasłużyć na to, żeby mnie kochano. „Pan Bóg nie będzie cię kochał, jeśli będziesz niegrzeczna”, „Mamusia nie będzie cię kochała, jak zabrudzisz sukienkę, nie zjesz, nie posprzątasz zabawek”.

Najskuteczniejsze afirmacje to te formułowane w czasie teraźniejszym, z najwyższą dbałością o szczegóły zamówienia. Uważaj, o co prosisz – naprawdę możesz to dostać.

I powstaje program: na wszystko, co dobre, trzeba zasłużyć, nie ma nic za darmo. To, co dobre, jest nam po prostu dane, a my przyczepiliśmy się – między innymi z powodu naszego poczucia winy – by postrzegać świat w kategoriach nagrody i kary. Warto uświadomić sobie, czym tak naprawdę jest zasługiwanie. „Zasługuję na miłość, obfitość...”, ale jak, jakie są warunki? Co muszę zrobić, kim muszę się stać, żeby zasłużyć? Przyjmujemy, że bez zasług pewne rzeczy nam się nie należą, odrzucamy więc bezwarunkową miłość, prawo do odpoczynku, dobrego samopoczucia...

Często chcąc kogoś wesprzeć, mówimy „zasługujesz na coś lepszego” i wydaje nam się, że to jest OK, że pomagamy mu podnieść poczucie wartości. Jeśli mówimy „zasługujesz na lepsze stanowisko” komuś, kto wykazał się premiowanymi w danym miejscu pracy rezultatami, to rzeczywiście jest to OK. Natomiast jeśli chodzi o tożsamość, bycie, uczucia, na nic nie trzeba zasługiwać: przychodzisz na ten świat i z samego faktu, że tu jesteś, warta jesteś miłości.

Z tego, co mówisz, można wywnioskować, że tworzenie afirmacji to wyższa szkoła jazdy. Wiadomo, że nie mogą zawieraćnegacji, bo nasza podświadomość nie zna słowa „nie”. Odpadają więc zdania w rodzaju „żebym nie była chora”, czy „nic mi nie grozi”, ale również takie jak „jestem wolna od lęków” czy „rezygnuję z wszystkichtrosk”, bo programują naszą podświadomość na lęk i troski właśnie. Najlepsze są moim zdaniem takie afirmacje, w których formułujemyprostymi słowami – koniecznie w czasie teraźniejszym– to, czego chcemy, precyzując w szczegółach zamówienie. Na przykład: „Mój dochód rośnie z każdym dniem o co najmniej 10 złotych”. To „co najmniej” jest bardzo ważne, żeby nie wprowadzać sobie ograniczeń. Zawsze mówię ludziom, z którymi pracuję: „Uważaj, o co prosisz, bo możesz to dostać”. Może się zdarzyć na przykład, że ktośprosi o „dużą kasę” i dostaje wielką, opancerzoną kasę pancerną. Do tego pustą.

  1. Psychologia

Uzdrawianie Theta - skuteczne usuwanie blokad

Tetha Healing pomaga w usuwaniu blokad uniemożliwiających realizację pełnego potencjału. Dzięki tej metodzie możemy odnajdywać stare, niesłużące nam wzorce i zastępować je pozytywnymi, sprzyjającymi szczęściu. (Fot. Getty Images)
Tetha Healing pomaga w usuwaniu blokad uniemożliwiających realizację pełnego potencjału. Dzięki tej metodzie możemy odnajdywać stare, niesłużące nam wzorce i zastępować je pozytywnymi, sprzyjającymi szczęściu. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Czasem, zapisany w podświadomości, stary i już nieaktualny program przeszkadza w osiągnięciu szczęścia. Trzeba go znaleźć i zastąpić nowym – takim, który pozwoli wreszcie iść dalej.

Czasem zapisany w podświadomości, stary i już nieaktualny program przeszkadza w osiągnięciu szczęścia. Trzeba go znaleźć i zastąpić nowym – takim, który pozwoli wreszcie iść dalej.

Mam dość błąkania się po zawiłych ścieżkach miłości. Jestem zmęczona tym, że każda prowadzi w ślepy zaułek. Pora to zmienić! Ale jak? Zaczęłam szukać narzędzi. I znalazłam: Theta Healing, czyli alchemia duszy. Eksploracja podświadomości i uzdrawianie zapisanych w niej programów. Dzięki wprowadzeniu umysłu w odpowiedni stan można zajrzeć tam, gdzie nie sięga myśl. Zajrzeć i poszukać barier, które stoją na drodze do szczęścia. Bo coś musi się kryć w mroku mojej podświadomości. Coś, co wiąże mi ręce i nie pozwala dojść tam, gdzie bardzo bym chciała.

Jak komputer

– To prawda, w podświadomości mamy pozapisywane różnego rodzaju programy, które blokują nasze działanie – mówi Anita Putkiewicz, coach i certyfikowana terapeutka Theta Healing. – Działają one jak programy w komputerze: raz zapisane, same nie znikną. Większość z nich została wgrana w dzieciństwie, wskutek absorbowania informacji z otoczenia. Czasami te programy są proste: dyktują, że nie jesteśmy warci miłości, i tak też się czujemy. Innym razem są dualne: człowiek sądzi, że jest mądry, ale podświadomie się obawia, że jest inaczej.

To, co zostało wgrane w dzieciństwie, bywa wynikiem stosunków panujących w rodzinie, ale też wielopokoleniowego przekazu przodków. Miewa realne podstawy, ale bywa też irracjonalne. Możemy mieć wgrany program „nikt mnie nie pokocha”, ponieważ któreś z rodziców naprawdę nas opuściło. Ale czasami dziecko ze swojej perspektywy przeinacza to, co się wydarzyło.

– Pracowałam z klientką, która nie umiała wejść w bliskie relacje. Kiedy zajrzałyśmy do jej podświadomości, znalazłam program bycia odrzuconą. Ale wchodząc jeszcze głębiej, odkryłyśmy, że ten program zaczął się od tego, że ojciec nie wziął jej na ręce, gdy jako dziewczynka płakała i bardzo chciała być przytulona. Być może był wtedy czymś zajęty. Może nie zrozumiał sygnału ze strony maleńkiej córeczki. Dla niego to nie było nic wielkiego, a dla niej skaza na całe życie. A że rzeczywistość odzwierciedla nasze głębokie przekonania, jej kolejne związki niosły zawsze element odrzucenia, bo albo wybierała partnerów niegotowych na relację, albo takich, którzy mieli taki sam program bycia odrzuconym. A wtedy dwie osoby wzajemnie potwierdzają sobie swoją prawdę o świecie, czyli że nie zasługują na miłość – opowiada terapeutka. Ta opowieść sprawia, że podnoszę czujnie głowę. W końcu przychodzę z podobnym problemem. – Udało się tej dziewczynie? – pytam. – Udało – uśmiecha się Anita Putkiewicz. A więc jest dla mnie nadzieja…

Powiedz mi, ciało

Zanim zaczniemy terapię, pani Anita chce dowiedzieć się o mnie czegoś więcej. Nie, nie za pomocą zwykłych pytań i odpowiedzi. Takie odpytywanie skończyłoby się tylko tym, że powiedziałabym to, w co wierzę, co sądzę i co mi się wydaje – a nie to, co naprawdę noszę głęboko w sercu. Bo do tej wiedzy często ze świadomego poziomu nie mamy dojścia. Pierwszy dialog terapeutki i mojego serca odbył się za pomocą ciała. Ciało nie kłamie. Rozmowę z nim umożliwia tzw. test mięśniowy. – Gdy odpowiedź na zadawane pytanie brzmi „tak”, ciało samoistnie wychyla się do przodu. Przy odpowiedzi „nie” wychyli się do tyłu, lekko, choć wyraźnie – wyjaśnia Anita Putkiewicz.

Poinstruowana staję więc twarzą w kierunku północnym, przyjmuję rozluźnioną pozycję, oddycham głęboko, opuszczam luźno ramiona, zamykam oczy. Sprawdzimy, czy ciało jest gotowe do dialogu – pod dyktando pani Anity poprosiłam: „moje ciało, pokaż mi »tak«”. Przez ułamek sekundy nic się nie działo, a potem… poczułam, jak całe ciało, niezależnie od mojej woli, wychyla się w przód! Kolej więc na pytania. Moje ciało było pytane o to, czy siebie kocham i akceptuję, czy uważam się za kogoś mądrego, czy zasługuję na miłość i czy się jej nie boję. Wiele ważnych pytań – i wiele zaskakujących odpowiedzi. Okazało się, że na niektóre pytania moje ciało odpowiadało inaczej, niż zrobiłaby to moja głowa. Świadomość dyktowała mi, że jestem mądra, godna miłości i że jej pragnę. Ciało zaprzeczało: nie akceptuję siebie, mam wiele zastrzeżeń i boję się uczucia. Już widzę, że będzie nad czym pracować…

Umysł na czubku wszechświata

Po teście mięśniowym jeszcze przez kilka minut rozmawiamy – o moich problemach emocjonalnych, relacji z ojcem i matką, wspomnieniach z dzieciństwa. I Anita Putkiewicz już wie, gdzie szukać przyczyn mojego rozchwiania. – Zwykle ludzie mają cały wachlarz tematów, z którymi chcą pracować, na jednej sesji zwykle skupiamy się na jednej rzeczy. Ale nigdy nic nie wiadomo: czasem się okazuje, że kilka problemów ma wspólne podłoże i usunięcie przyczyn jednego automatycznie powoduje rozwiązanie pozostałych – mówi. – Nad czym pani chce dziś pracować?

Zastanawiam się. – Może nad tym, żebym przestała wybierać partnerów, którzy są z jakiegoś powodu niedostępni, czy to fizycznie, czy emocjonalnie – mówię. Pani Anita kiwa głową. Teraz mam wygodnie usiąść, zamknąć oczy, znów zrelaksować ciało i umysł. Trwa to chwilę, bo myśli biegną jak szalone, coś się przecież dzieje… Ale w końcu jestem gotowa. Pora na wejście w stan theta – w którym umysł łączy się z głębokimi emocjami, odsłania stare wzorce i swe tajemnice. Anita Putkiewicz już jest w stanie theta, dlatego łatwiej jej wprowadzić w niego klienta. Warto się tego nauczyć – nie tylko dla powodzenia obecnej sesji. Kiedy posiądę umiejętność wchodzenia w stan theta, będę to mogła robić również w domu, i przyglądać się sobie. Zaczynamy! Terapeutka mówi: – Proszę zamknąć oczy i przenieść świadomość w okolicę serca. Teraz proszę sobie wyobrazić, że z samego środka ziemi podpływa pod pani stopy energia, która łagodną strugą wlewa się w pani ciało, napełniając wszystkie komórki spokojem, poczuciem bezpieczeństwa i pewności siebie.

Wizualizuję to sobie. Trochę z wysiłkiem, bo moja wyobraźnia potrzebuje treningu, ale w końcu się udaje. Potem mam sobie wyobrazić, jak energia, której jest już bardzo dużo, wypływa przez czubek mojej głowy, tworząc wielką świetlistą kulę. Mieszczę się w niej! Wznosimy się coraz wyżej. Terapeutka opisuje kolejne poziomy świadomości, które mijam, zamknięta w swej kuli energii. Jest ich siedem. W końcu docieram do ostatniego – jest tu dobrze i bezpiecznie, a ja staję się jednością z energią. Spokój, relaks, błogość… Czuję się doskonale. Podczas gdy napawam się tym relaksem, terapeutka zaczyna ćwiczenie: wysyła do mojego Wewnętrznego Dziecka miłość i zaczyna leczenie złamanej duszy. Prosi o moją zgodę. Wyrażam ją. Czy muszę coś robić? Nie, na razie mam się tylko relaksować. Na długą chwilę zapada cisza. Niby nic się nie dzieje – ale mój stan relaksu się pogłębia, czuję się… jak w domu. Pani Anita wyjaśnia, że potrzebuję uzdrawiania z perspektywy źródła, uwolnienia od błędnych przekonań i wyobrażeń. Dodaje też, że nie może wprowadzić żadnego programu bez mojej aprobaty. Każde kolejne ćwiczenie czy wizualizację zaczyna od pytania, czy się na to zgadzam.

Emocjonalna huśtawka

Pierwsze zadanie: mam sobie wyobrazić, że znajduję idealnego partnera, takiego, jakiego bym chciała, i pytanie – co by się wtedy stało najgorszego? Dzięki temu, że umysł jest w stanie theta, mam szansę zobaczyć swój prawdziwy strach. Wizualizuję więc mężczyznę swoich marzeń. Zakochuję się w nim, on we mnie. A wtedy… Widzę oczyma duszy, że on się do mnie wprowadza, zajmuje kanapę, przejmuje pilota, oczekuje, że będę gotować i robić herbatkę. Zaczyna zagarniać moją przestrzeń i oczekiwać, że będę się krzątać wokół niego! Nie czuję wsparcia, jakie on mi daje – widzę tylko oczekiwania, żądania, roszczenia. Zaczyna mi się błąkać po głowie myśl: „życie jest ciężkie, a tu trzeba jeszcze faceta za sobą ciągnąć”. Mówię o tym. – To jeden z pani programów – wyjaśnia Anita Putkiewicz. – Czy wie pani, skąd się wziął? Domyślam się. Moja mama powtarzała, że cały ciężar życia spoczywa na barkach kobiety. A mężczyzna to nie pomoc, tylko dodatkowe obciążenie. Czy ja tak uważam? Nie. A przynajmniej nie chcę tak uważać. Okazuje się jednak, że mam w tle program, który prezentuje właśnie taką wersję rzeczywistości. Terapeutka za moją zgodą wprowadza nowy program: już wiem i czuję, jak to jest mieć partnera, który jest pomocny, jest moim wsparciem, a nie obciążeniem. Drążymy dalej. – Dlaczego wybiera pani partnerów, którzy są niedostępni? – pada pytanie. Odpowiedź, jaka mi się nasuwa: „bo sobie z tym poradzę”. Terapeutka więc pyta: – A dlaczego chce sobie pani z tym radzić? Odpowiedzi mam szukać we wnętrzu. Szukam więc. I… widzę! Gdybym znalazła partnera bez wad, dojrzałego, gotowego na związek, a wraz z nim dojrzałą miłość, byłoby… za mało emocji. Bez tej huśtawki emocjonalnej byłoby nudno i rutynowo. Szukam więc ekscytacji, adrenaliny, przeżyć. Ale już mnie to męczy. Już tego nie chcę. Terapeutka jednak drąży dalej: – Gdyby znalazła pani mądrego faceta, gotowego na dojrzały związek, co by się najgorszego mogło stać z panią i pani życiem?

Ale zanim poszukam, terapeutka wprowadza mi nowy program, pozwalający znajdować ekscytację także w dojrzałym związku, w którym oboje partnerzy realizują się tak, jak pragną, i umieją wyrażać potrzeby i uczucia z zachowaniem wolnej woli i swoich praw. Czy w nowe rejony prowadzi mnie jej głos? Nie, on tylko pomaga. Prowadzi mnie moja własna, wewnętrzna wizja.

Sama na to pozwalam

Rozmawiamy dalej. W pewnym momencie Anita Putkiewicz mówi: – Czuję, że powinnyśmy popracować nad granicami i umiejętnością ich stawiania. A ja… doznaję olśnienia. To właśnie to! Korzeń i źródło mojego lęku. Potrafię zauważać i respektować granice innych, ale nie umiem szanować własnych. Widzę to bardzo wyraźnie, jak na dłoni. Związki, w które wchodziłam, kończyły się dla mnie uczuciem wykorzystania. Tak jakbym była gotowa dać dużo, ale druga strona i tak wzięła więcej, niżbym chciała. Widzę moje stare założenie: wchodząc w relację, trzeba mieć otwartość i gotowość na zmiany; gotowość, by się w życiu przesunąć i zrobić miejsce drugiej osobie. A druga osoba weźmie tyle, ile trzeba – i spotkamy się pośrodku. Zawsze ufałam, że kiedy powiem „masz i bierz” – on weźmie dokładnie tyle, ile trzeba. Mężczyźni tego jednak nie czuli. Brali więc i brali – a ja nie mówiłam „stop”. Wierzyłam wciąż, że nie wezmą więcej, niż jestem w stanie dać. Tylko skąd mieli wiedzieć, kiedy przekraczają moje granice, skoro ja tego nie sygnalizowałam? Byłam za bardzo elastyczna. Kiedy powiedziałam o tym terapeutce, wprowadziła nowy program: jak być w bliskiej i ciepłej relacji bez bycia pochłoniętą przez drugą stronę, mieć intymność, ale zachować też swoją przestrzeń i wolność – i dać to samo drugiej stronie. I znów mam wyobrazić sobie związek. Co widzę?

Fajnego faceta, który jest otwarty na nową mnie. Jest silny i ciepły. Istotny jest dla niego kontakt fizyczny, dużo i często dotykamy się na co dzień. Jestem dla niego ważna, pokazuje mi to, układając własne życie. Jest między nami to, co trzeba, nie za mało, nie za dużo. Harmonia aktywności i bierności. Potrafimy komunikować się jasno i z wdziękiem. Czuję się bezpieczna. Wyobrażam sobie nas za tydzień, po dwóch tygodniach, po miesiącu, roku, po kilku latach. – Co pani czuje? Czy pojawiają się jakieś lęki? – pyta Anita Putkiewicz. Lęki? Nie. Jestem zachwycona! Czy obawiam się, że utracę niezależność? Już nie. Czuję, że umiem kochać, ale też obronić siebie.

Niech nowe pracuje

Kończymy sesję radosną, jasną i barwną wizualizacją mojego przyszłego szczęścia. Odniosłam mały sukces: nazwałam mój problem. Być może jeden z wielu, ale od czegoś trzeba zacząć. Ania Putkiewicz mówi: – Proszę teraz obserwować swoje życie, uczucia, myśli i nastawienie do mężczyzn. Powinna pani zauważyć pierwsze zmiany. Nowe już będzie pracowało.

I rzeczywiście, pracuje: może nie znalazłam w cudowny sposób miłości w ciągu dwóch tygodni, jednak jest różnica. Inaczej myślę o relacjach – czuję i wiem, że mogę i potrafię stworzyć związek pełen bezpieczeństwa, pasji, przywiązania i ciepła. Związek dobry też dla mnie, w którym dbamy o siebie nawzajem i w którym będę się codziennie na nowo zakochiwać w moim partnerze. Wiem też, że znajdę mężczyznę, jakiego szukam. Tym bardziej że zaczęłam inaczej patrzeć na mężczyzn: znów ich lubię. Ostatnio widziałam w nich głównie najeźdźców, którzy zagarniają mnie i moją przestrzeń. Teraz znów widzę przyjaciół, którzy potrzebują miłości i partnerstwa. Tak samo jak ja.

Theta Healing, czyli „uzdrawianie theta”

Pomaga w usuwaniu blokad uniemożliwiających realizację pełnego potencjału. Kiedy umysł jest w stanie theta, odbieramy więcej informacji. Możemy kontaktować się z podświadomością, odnajdując stare, niesłużące nam wzorce i zastępując je pozytywnymi, sprzyjającymi szczęściu. Terapeuta jest tylko moderatorem procesu, pacjent pracuje sam, a wspiera go wyższa inteligencja, energia i esencja, która przepływa przez cały świat i wszystkie istnienia. Metodę tę stworzyła Vianna Stibal, amerykańska naturoterapeutka i uzdrowicielka. Kilkanaście lat temu zdiagnozowano u niej raka, wobec którego medycyna była bezsilna. Pamiętając, że jesteśmy tym, co myślimy, dzięki pracy z podświadomością pokonała chorobę, wprawiając w osłupienie lekarzy. Theta Healing pozwala doświadczyć pozytywnych zmian na wszystkich poziomach: fizycznym, emocjonalnym i duchowym.

Anita Putkiewicz, dyplomowany nauczyciel i terapeutka pracująca metodą Theta Healing.

  1. Psychologia

Co podświadomość przekazuje nam poprzez ciało? – wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Ciało jest jak swoisty barometr. Przekazuje nam zawsze ważne dla naszego życia informacje. Jak czytać sygnały płynące z ciała? (fot. iStock)
Ciało jest jak swoisty barometr. Przekazuje nam zawsze ważne dla naszego życia informacje. Jak czytać sygnały płynące z ciała? (fot. iStock)
Jeśli podczas zwyczajnej rozmowy nagle serce zaczyna ci kołatać albo czujesz mdłości, czy jest to znak, że dzieje się coś złego? Twój rozum nie dostrzega zagrożenia, ale widzi je ciało? Czy ono wie coś, o czym umysł nie ma pojęcia? Czym jest ta mądrość ciała – jeśli istnieje – i jakie znaczenie ma dla niej duchowość – wyjaśnia psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Podczas trudnej rozmowy z przyjaciółką wsłuchałam się w to, co płynęło z mojego ciała. Było spokojne. Pomyślałam więc, że to, co słyszę, jest prawdą. Oparłam się na tzw. mądrości ciała. Czy to miało sens? To przejaw idealizacji ciała. Uznajemy ciało za depozytariusza mądrości, prawdy, a nawet sumienia, by przeciwstawić je skołatanej i zagubionej głowie. Jazgotowi sprzecznych myśli i poglądów. To na swój sposób miłe, czasami pomocne, ale jednak tylko symboliczne uproszczenie. Bo jak się bliżej przyjrzeć temu, co się z ciałem dzieje w takich sytuacjach, to zobaczymy, że ono tylko przepisuje nasze mentalne i emocjonalne konflikty na odczuwalne sygnały. Szczególnie te konflikty, które wyrzucamy poza obręb świadomości. A więc jeśli nauczymy się trafnie odczytywać sygnały płynące z ciała, staną się one źródłem informacji o nieuświadomionym konflikcie, dyskomforcie, niechęci itp. Sygnały te mogą mieć postać np. kołatania serca, mdłości, duszności czy bólu głowy.

Mówisz o moim konflikcie, a ja myślałam, że ciało sygnalizuje konflikt, jaki przeżywa mój rozmówca, udając na przykład sympatię. Mam kłopot z połapaniem się, o co innym chodzi, więc pytam ciało: czy ta osoba jest mi życzliwa, czy nie? To też się może zdarzyć. Jeśli jesteśmy bardziej świadomi od osoby, z którą wchodzimy w interakcję, a ona wypiera ze swojej świadomości – czyli nie chce się sama przed sobą przyznać do jakiegoś uczucia czy pragnienia – to możemy w języku doznań ciała i związanych z tym emocji przeżywać to, czego ona nie chce wiedzieć o sobie. Jeśli umówiliśmy się na kawę z kimś, kto jest zagniewany i sfrustrowany, ale nie dopuszcza tego do świadomości, to po jakimś czasie, nie mając do tego powodów, zaczynamy czuć się zagniewani i sfrustrowani. Sami się sobie dziwimy i odbieramy ten stan jako nie nasz, jakby narzucony z zewnątrz. To się nazywa identyfikacja projekcyjna. Jeśli w danej sytuacji nasze ciało milczy albo nadaje sygnały dobrego samopoczucia, to znaczy, że umysł niczego przed sobą nie ukrywa, nie przeżywa nieuświadomionych konfliktów ani wątpliwości. To znaczy także, że nie odbiera sygnałów zagrożenia z instynktownej obserwacji języka ciała, wyrazu oczu, tonu głosu, sposobu oddychania tej drugiej istoty. Ale to nie ciało, tylko umysł czyta i analizuje, tyle że poza naszym świadomym podglądem, i tłumaczy je na język ciała. Tak więc w wielu sytuacjach ciało odgrywa rolę rzecznika podświadomości, która używa języka doznań jako feedbacku – informacji zwrotnej – dla świadomej części naszego umysłu.

W baśniowej metaforze można to opisać tak: królowa Świadomość nie radziła sobie z zarządzaniem odziedziczonym po przodkach, bogatym i pięknym królestwem noszącym nazwę Życie. Postanowiła więc zatrudnić doradczynię, która cieszyła się świetną reputacją i nazywała Podświadomość. Jednak to nie załatwiło problemu. Zatrudniona Podświadomość – mimo że była kuzynką królowej – używała bowiem języka dla niej niezrozumiałego. A też często nic nie mówiła, tylko wymownie patrzyła na królową albo wymownie nie patrzyła. Świadomość rozpuściła więc wieści, że szuka tłumacza, by jej to, co Podświadomość przekazuje swoim językiem i milczeniem, wyjaśniał. Wiele czasu upłynęło i królowa już traciła nadzieję, gdy w końcu przed jej obliczem stanęła zmysłowa, niesforna i trochę dziecinna kobieta o imieniu Ciało, która bez wahania podjęła się roli tłumaczki. Od tej pory królowa wiedziała, że jeśli Ciało miało mdłości, gdy królowa zabierała się do podpisywania jakiegoś traktatu, to absolutnie nie należało go podpisywać. Że był to wyraz dezaprobaty Podświadomości, która miała dostęp do tajnych danych wywiadowczych i do prastarych archiwów. Podobnie gdy królowa Świadomość postanawiała zaprosić jakiegoś rycerza albo dworzanina – w ramach nagrody za wierną służbę – do swojej łożnicy, bacznie wsłuchiwała się w niezbędną tłumaczkę Ciało i gdy ta informowała ją o ciężarze na sercu i zaciśniętym kroczu, to Królowa odsyłała delikwenta. I tak dzięki dobrze układającej się współpracy wielkiej trójki w królestwie Życie zapanowały harmonia, dobrobyt i spokój.

Krótko mówiąc: jeśli między naszą świadomością i podświadomością pojawia się konflikt, to podświadomość wysyła do świadomości sygnał, używając do tego języka ciała. Wtedy w jakimś miejscu odczuwamy dyskomfort.

Czy to, w którym miejscu odczuwamy ów dyskomfort, ma znaczenie dla zrozumienia przekazu naszej podświadomości? Każda przestrzeń ciała poprzez swoją funkcję specjalizuje się w dostarczaniu świadomości pewnego rodzaju doznań i emocji. (Szczegółowo mówiliśmy o tym w poprzednich wywiadach). Miednica specjalizuje się w dostarczaniu informacji o potrzebach seksualnych i preferencjach dotyczących np. doboru partnerów. Obszar splotu słonecznego i przepony specjalizuje się w motywacji w dążeniu do celu i poziomie niepokoju, frustracji z tym związanych oraz w budowaniu swojej popularności i wpływie wywieranym na innych. Obszar serca dostarcza świadomości informacji o konfliktach emocji i sumienia. Gardło informuje o poziomie wstydu i rozpaczy. Plecy i kręgosłup o przeciążeniach związanych z odpowiedzialnością. Nogi o zagrożeniu poczucia wolności i autonomii. Ręce o motywacji do działania, o bezradności i sprawczości. Bywają jednak duże różnice indywidualne. Każdy ma po części swój własny język ciała.

Na pewnej wymuszonej randce skręciłam nogę i ona boli mnie w podobnych sytuacjach od wielu lat. To właśnie przykład mechanizmu różnicowania i indywidualizowania języka ciała. Gdy w jakiejś przestrzeni ciała nastąpi doświadczenie silnego bólu, zranienia, traumy, to ponowne zranienie przypomina cały kontekst sytuacji pierwotnego zranienia, a to powoduje podobne do pierwotnych objawy. Na tej samej zasadzie u różnych osób w różnych miejscach ciała może się pojawiać informacja o zamiecionym pod dywan podświadomości konflikcie wewnętrznym.

A kiedy serce łomocze? Gdy serce łomocze, to zazwyczaj chodzi o zagrożenie i związaną z nim mobilizację organizmu. Może być też tak, że walczą w umyśle dwie konkurencyjne interpretacje sytuacji, w jakiej się znajdujesz, np. „jest fajnie – zostaję” i „jest okropnie – uciekam”. Konflikt sprawia, że serce łomocze. Postępujemy ze sobą tak, jakbyśmy jednocześnie dodawali w samochodzie gazu i wciskali hamulec.

To co w takiej sytuacji robić? Zarejestrować, co się dzieje. Na przykład: „Podczas rozmowy z tym facetem dziwnie wali mi serce. O co chodzi?”. Ciało, oczywiście, nie odpowie, ono tylko nada sygnał, że coś jest nie tak, że jest jakiś konflikt, że dzieje się coś, z czego sobie nie zdajemy sprawy. To doinformowany umysł musi rozstrzygnąć: czy ten mężczyzna budzi lęk, czy pożądanie. Dobrą metodą jest dokonanie wyobrażeniowej próby obu sytuacji. I ta, w której będzie więcej energii i przekonania, to trafna odpowiedź na pytanie: o co chodzi?

Co mogłoby to jeszcze być? Te dwie interpretacje kołaczącego serca wydają się jedyne. Serce może walić także z powodu konfliktu sumienia związanego z tym mężczyzną, z tą sytuacją. Może coś przed nim ukrywasz? Albo boisz się, że on coś ukrywa? Wiele różnych sytuacji uzasadnia bicie serca. Jeśli mamy zdolność do głębokiej i szczerej autoanalizy, to sami sobie poradzimy. W przeciwnym razie warto pójść do pracującego z ciałem psychoterapeuty. Bo łatwo tu się pomylić.

Jak można się pomylić? Jeśli w sytuacji niemającej nic wspólnego z erotyką czy z seksem odczuwamy nagle silne podniecenie, to wcale nie znaczy, że chodzi o seks. Skojarzenie może być odległe i zapośredniczone. Gdy młoda dziewczyna doświadczała zakazanych i wypieranych ze świadomości pragnień seksualnych związanych z nieuwodzącym, opiekuńczym ojcem, to gdy w dorosłym życiu spotka mężczyznę, który podobnie jak ojciec opiekuńczo i ciepło zachowa się wobec niej, może odczuć niezrozumiałe dla niej podniecenie. Czyli kontekst sytuacyjny sprawi, że uruchomią się stare wypierane uczucia i pragnienia. Ciało reaguje zgodnie z tym, co twój podświadomy umysł pamięta.

To, co mówisz, świadczy o tym, że terapia zorientowana na ciało, o której w tym roku opowiadałeś, najtrafniej pozwala poznać siebie. Niestety, jeszcze niewielu ludzi rozumie i praktykuje psychoterapię, używając ciała jako medium. Nikt nas tego nie uczy, więc nie ma tego w naszej kulturze. I jak coś się dzieje z ciałem, to idziemy do lekarza, a ten daje nam lekarstwo, po którym niepokojący objaw mija. Ale z punktu widzenia psychologii ciała objaw jest po to, aby skłonić świadomość do poszukiwania prawdziwych przyczyn. Bo zgodnie z tą koncepcją choroba jest spowodowana konfliktem lub traumą na poziomie emocji i umysłu. Aby naprawdę wyzdrowieć, trzeba znaleźć ten konflikt i go rozwiązać. Jeśli skoncentrujemy się na likwidacji objawu – zgubimy trop.

Jakie inne stany umysłu mogą jeszcze szkodzić ciału? Podstawowy konflikt, który większość z nas przeżywa nieświadomie, to konflikt między tzw. małym umysłem, czyli ego, i dużym umysłem, czyli duchem. Konflikt ten bywa brzemienny w skutki, ale jest przez nas nieuświadamiany, ponieważ ego tak się panoszy, że przykrywa ducha. Doświadczamy wtedy jakichś uporczywych, ale niespecyficznych i trudnych do odczytania objawów na poziomie ciała, których lekarze nie są w stanie powiązać z zaburzeniem jego funkcji czy struktury. Czasami takie objawy nazywamy chorobą duszy.

Czyli ciało nie ma swojej mądrości, nie kombinuje po swojemu? Nawet nie możemy być pewni, że sfera instynktów pozostaje w pełni niezależna od treści świadomości i podświadomości. Doświadczenia psychoterapeutów ciała, a także hipnotyzerów, mistyków, a ostatnio fizyków kwantowych świadczą raczej o tym, że ciało i umysł nie są odrębnymi bytami, które pozostają ze sobą w jakiejś częściowej i niejasnej relacji, lecz podobnie jak energia i materia – dwoma sposobami przejawiania się tego samego. Z tego punktu widzenia zarówno materializm uznający, że świadomość i duch są funkcjami wysoko zorganizowanej materii, jak i spirytualizm, uznający materię za emanację świadomości lub ducha, są w błędzie. Nie ma podstaw do traktowania ciała jako niezależnej od umysłu przestrzeni, gdzie tylko biologiczne i chemiczne oddziaływania mają sens. Patrzmy więc na ciało i umysł jak na dwie strony tego samego medalu. Wprawdzie jeszcze nie wiemy, z czego zrobiony jest ten medal, ale dla naszych rozważań nie ma to takiego znaczenia. Zajmiemy się tym w następnym cyklu.

Skoro ciało i umysł to dwie strony medalu, to jaki stan umysłu najbardziej szkodzi ciału? Gdy mały umysł ego zaczyna walczyć z ciałem albo je ignoruje i nadużywa. Podejmuje skrajne decyzje, takie jak na przykład: „seks jest najważniejszy” albo „żadnego seksu”, albo „będę palić, pić i objadać się”, albo „ będę jeść ziarnko ryżu dziennie”. Tego typu decyzje to aberracje niepoukładanego ego, które nie może znaleźć ani umiaru, ani kontaktu z ciałem. W rezultacie ciało nadużywane w służbie ego prędzej czy później zachoruje, aby przywołać ego do porządku. Ciału więc pomaga temperowanie ego. Czyli psychoterapia, psychologiczna praca z ciałem, medytacja i inne zaawansowane praktyki duchowe. Ego jest fałszywym królem, więc im mniej ego, tym lepiej dla ciała. Im mniej ego, tym więcej ducha, a z duchem ciało nie ma kłopotu, bo duch widzi rzeczy takimi, jakimi są, i od niczego się nie oddziela. Nie ma więc żadnych konfliktów ani napięć. Wtedy ciało może wreszcie odpocząć od szalonego jeźdźca uzurpatora i realizować swój potencjał w spokoju.

Uważa się, że potrzeby ciała przeszkadzają w rozwoju duchowym, i to umysł musi je tonować. Ciało jest w naszej kulturze ofiarą ego, które przypisuje mu własne aberracje. Król uzurpator o imieniu Ego, aby ukryć swoją niekompetencję i szaleństwo, znalazł w ciele kozła ofiarnego. Wygodnie jest sądzić, że to nie ja, tylko moje nieme ciało jest siedliskiem zła, zwierzęcych, nieokiełznanych popędów i agresji oraz wynaturzonej seksualności. Ale w istocie to ego wynaturza naturalne potrzeby ciała.

Św. Paweł mówił o ościeniu, z którym żył, zapewne to metafora pożądania, ale też dodawał, że to miejsce siły i spotkania z Bogiem, czyli rozwoju duchowego. To wszytko prawda, tylko ja bym tego ościenia nie umieszczał w Bogu ducha winnym ciele.

No dobrze. To pójdziemy w stronę duchowości również po to, aby nasze ciała mogły wreszcie odpocząć. I zachować zdrowie.

  1. Seks

Erotyka w snach. Co ci się dziś śniło?

Marzenia senne mogą dać istotne przesłanki co do faktycznego stanu zarówno twego umysłu, jak i potencjału erotycznego. (Fot. Getty Images)
Marzenia senne mogą dać istotne przesłanki co do faktycznego stanu zarówno twego umysłu, jak i potencjału erotycznego. (Fot. Getty Images)
Niektóre marzenia senne, zwłaszcza te erotyczne, budzą nieuzasadniony lęk, obawę, a czasem wstyd. Czy są wskazówką na temat tłumionych pragnień? A może – starą zasadą – należy je odczytywać „na odwrót”?

Galopujący koń? Wypadające zęby? Sylwester w Nowym Jorku? Cokolwiek to było, na pewno chodziło o seks. Tak powiedziałby Zygmunt Freud, który uważał, że sny to sposób, w jaki manifestują się nasze ukryte pragnienia, a te na ogół dotyczą seksu. Tylko że od czasów Freuda wiele się zmieniło. Coraz mniej fantazji seksualnych pozostaje w sferze marzeń. Coraz więcej z nich wolno nam zrealizować. Więc skoro nie mamy już specjalnych sekretów, sny chyba nie są w stanie wnieść niczego nowego do naszego życia? Są czasem miłe, zabawne lub szokujące, ale kompletnie bezużyteczne… Tak myślałam, kiedy zaczęłam pisać ten artykuł. W trakcie zmieniłam zdanie.

Tajemniczy nieznajomy

Zacznijmy od tego, że wcale nie czujemy się tak komfortowo w łóżku, jak mi się wydawało. Tak przynajmniej twierdzą eksperci. – Żyjemy w społeczeństwie powściągliwym w sferze seksu – uważa Graham Masterton, autor poradnika „Erotyczne sny i ich interpretacje”.

Jego zdaniem mamy wiele tajemnic – sami przed sobą, przed partnerem albo przed tzw. społeczeństwem. Ukrywamy skłonności homoseksualne, fantazje, które wydają nam się niestosowne, zbyt wybujały – naszym zdaniem – temperament. Czasami też po prostu nie dajemy sobie pozwolenia na przeżywanie przyjemności. Albo boimy się powiedzieć „nie” pomysłom partnera, w obawie, że wtedy przestanie nas kochać.

Psycholog dr Gayle Delaney, autorka „Snów erotycznych”, podziela jego zdanie i dodaje, że powściągliwość to jedna z podstawowych przyczyn braku satysfakcji seksualnej: – Żony mają zbyt wielkie opory, żeby poszaleć, mężowie są zbyt nieśmiali, żeby okazać inicjatywę – uważa Delaney. Jest też właścicielką „Dream Center” w San Francisco, gdzie próbuje, z tą rezerwą mężów i żon na bieżąco się rozprawiać.

– Sny erotyczne są właściwie jedyną sytuacją w codziennym życiu, kiedy myślimy o seksie niemal bez zahamowań – dochodzi do wniosku Masterton. Wysnuwa trudną do obalenia tezę: skoro natura wymyśliła sny (także erotyczne), muszą one czemuś służyć: – Twój umysł i cały organizm wkładają sporo energii w marzenia senne, musi być jakiś powód po temu. Tylko jaki to powód?

Skrzynka odbiorcza

– Istnieją dwa typy snu: sen wolnofalowy, składający się z czterech faz non-REM, oraz sen paradoksalny, znany jako faza REM (rapid eye movement) – tłumaczy psychoterapeutka i seksuolog Ariadna Rokujżo z Ośrodka Psychoterapii i Rozwoju w Piasecznie. – W trakcie snu zachodzą przeróżne procesy na poziomie fizjologicznym oraz biochemicznym, o których można by wiele mówić. Szczególnie interesujący jest sen paradoksalny, służący do „regeneracji” psychiki, również podczas tej fazy pojawiają się marzenia senne, nazywane przez nas snami.

W głowie wyświetla się wtedy film. Czasem jest to horror, czasem romans, a czasem porno. Czy poza tym, że w nocy udaje nam się załapać na bezpłatny seans, są jeszcze jakieś zalety tej sytuacji?

Dr Delaney podpowiada, że sny mogą być inspiracją dla życia erotycznego. Jeśli pojawią się w nich obrazy, które nas kręcą – możemy wprowadzić je w życie. Wykorzystać podczas seksu z partnerem lub solo. Albo przypominać je sobie, kiedy potrzebujemy dodatkowego impulsu do osiągnięcia orgazmu. Ale to nie wszystko. – Sen jest swoistego rodzaju wiadomością wysyłaną z nieświadomości – tłumaczy Ariadna Rokujżo.

– Potrafi wznieść cię na nowy poziom odczuwania przyjemności seksualnej i pomóc uwolnić się od niepotrzebnych zahamowań – to z kolei dr Delaney. – Potrafi sprawić, że przypomnisz sobie swoją własną żywiołowość seksualną, której pozwoliłaś zgasnąć. Występujące w nim metafory wibrujące czystym, nieskażonym seksem potrafią zapoczątkować nowy etap rozwoju emocjonalnego czy twórczego lub zasygnalizować jego nadejście.

I jeszcze coś z Grahama Mastertona: – Marzenia senne mogą dać istotne przesłanki co do faktycznego stanu zarówno twego umysłu, jak i potencjału erotycznego oraz pomóc ci podjąć decyzje i działania przydatne w twoim związku seksualnym. Przekonali mnie.

Zero logiki

Jest tylko jeden problem: skąd mamy wiedzieć, co konkretny sen chce nam powiedzieć? Zwykle jest zaskakujący, nielogiczny, czasem kompletnie zwariowany i trudno go odnieść do rzeczywistości. Czy mamy zaglądać do senników, żeby go rozgryźć? Psychologowie nie są „za”. Ale nie są też „przeciw”. Z jednej strony – ten sam symbol może dla różnych osób oznaczać coś innego. Weźmy na przykład… seks z policjantem... Inaczej zinterpretuje go księgowa, a inaczej policjantka, o osobie, która jest na bakier z prawem, nie wspominając.

Ariadna Rokujżo twierdzi, że sprawdzanie dosłownego znaczenia snu jest niewystarczające, może wręcz ograniczyć wyjątkowość i niepowtarzalność naszego snu. – Nie sposób zinterpretować sen bez powiązania go z osobą, jej światem wewnętrznym, doświadczeniami, emocjami – mówi.

Ale choć bezrefleksyjne zaglądanie do senników niewiele da, czasem dobrze jest przeczytać kilka haseł. Nie po to, by przywiązywać się do tłumaczeń w stylu „Śni ci się ciąża – czeka cię wielkie szczęście”, ale by zastanowić się, czy rzeczywiście ciąża kojarzy ci się ze szczęściem. A może z utratą smukłej sylwetki i sprawności fizycznej? Czy boisz się jej, czekasz na nią, czy traktujesz jak małżeński obowiązek? No i czy ta ciąża śni ci się po raz pierwszy?

– Czasami pojawiają się sny, które wracają do nas potem w prawie niezmienionej formie – zauważa Ariadna Rokujżo. – Przypominają o czymś, czego nie chcemy pamiętać lub zwyczajnie powtarzają to, czego jeszcze nie zrozumieliśmy. Być może jest coś, czemu powinniśmy się bliżej przyjrzeć.

Kod dostępu

– Sny erotyczne są tak dalece osobiste i intymne, że nie można rozwikłać ich sensu bez aktywnego udziału samego śniącego – zachęca do refleksji Masterton. Uważa, że warto się pochylić nad każdym snem. Wiedząc, że nasza pamięć jest zwodnicza, lepiej zapisać wszystkie detale, a nawet narysować występujące w snach przedmioty czy scenerie. I zastanowić się nad symboliką, biorąc pod uwagę wszystkie skojarzenia i uczucia, które się w nas budzą.

– Zachęcam do tego, by sen potraktować jako wiadomość, by eksplorować jego znaczenie, nie oceniać, tylko przypatrywać się, z czym może być związany, co się dzieje we mnie i w moim otoczeniu, czy czegoś potrzebuję, a może jest tak, że czuję nadmiar i obciążenie – radzi Ariadna Rokujżo. – Dotyczy to również snów erotycznych. Sen może zainspirować do większego rozumienia siebie oraz relacji z innymi.

Psychologowie zachęcają też do prowadzenia dzienników snów, by zobaczyć, czy jakieś elementy się powtarzają. Radzą, by – notując kolejny sen – przeczytać zapiski z poprzednich, by dostrzec różnice i podobieństwa. Nie można pomijać żadnego szczegółu.

„Wiele osób, budząc się, nie posiada się ze zdumienia, że podczas snu tak serio traktowali trywialne i dziwne zdarzenia zachodzące wokół nich” – czytamy w „Erotycznych snach i ich interpretacjach”. „Nie powinni oni jednakże zbyt lekko odrzucać swoich odczuć. W snach działa szósty zmysł co do sensu i znaczenia rzeczy – intuicyjne poczucie, które nader rzadko występuje w nas za dnia – a przywołując te intuicje na pamięć, możemy się bardzo wiele nauczyć o sobie”.

Masterton radzi też, by unikać oczywistych skojarzeń. Zastanawiając się nad snem, nie poprzestawajmy na jednej interpretacji – a już na pewno nie na tej, która nasuwa nam się jako pierwsza. – Gdy wierna żona coraz częściej śni o seksie z innymi mężczyznami, wcale nie musi to oznaczać, że rozważa zdradę małżeńską, ale że chciałaby, aby jej mąż był seksualnie aktywniejszy – podpowiada.

Sen o homoseksualizmie nie zawsze wskazuje na ukryte pragnienia homoseksualne. Czasem to seks z samym sobą – z jakąś częścią naszej osobowości, którą chcielibyśmy zaakceptować. Sen, który zawstydza albo szokuje – na przykład stosunek z papieżem, szefem, własnym ojcem… może być metaforą jakichś konfliktów z tą osobą. Może też sygnalizować strach przed tak zwaną opinią publiczną. Albo niebezpieczne uwikłanie w stereotypy. Ale możliwych interpretacji jest nieskończona ilość…

I tak jak sen o seksie nie musi mówić o nierozwiązanych problemach łóżkowych, tak też sen, w którym się nie kochamy, może być naładowany erotyką. Przejażdżka na koniu albo wycieczka do jaskini to klasyczne Freudowskie symbole seksualne, ale każdy umysł tworzy swoje własne, prywatne skojarzenia i metafory.

Skok w dal  

Czy we śnie możemy podejrzeć, co nas spotka w życiu? Obiecują to niektóre senniki... Psychologowie twierdzą, że tak, w pewnym sensie sny bywają prorocze. „Ukazują one emocje nurtujące nas w podświadomości, na długo zanim jesteśmy gotowi przyznać się do nich przed samymi sobą na jawie” – czytamy u Mastertona.

Dr Delaney twierdzi, że mogą nam dawać pewne wskazówki, inspirować do refleksji. Jej pacjentom zdarzało się ponoć, że po tym, co im się przyśniło, odwoływali ślub lub się rozwodzili. Ale też przeciwnie – dostrzegali w partnerze zalety, których do tej pory nie doceniali. Zdaniem psycholog sny pomagają też odpowiadać na nurtujące nas kwestie i tym samym mogą wpływać na naszą przyszłość.

Wystarczy, że zadasz sobie pytanie, na które chcesz znać odpowiedź, zapiszesz je wieczorem na kartce, a potem będziesz powtarzać je przed snem  – tak długo, dopóki nie zaśniesz. Czy to działa? Sprawdźna sobie! Jeśli jednak nie przekonuje cię ten sposób – Ariadna Rokujżo podpowiada inny. Kartka i długopis nie będą potrzebne. – Warto porozmawiać z partnerem o swoich potrzebach seksualnych – radzi psychoterapeutka. – A wtedy zarówno sen, jak i życie dadzą wiele satysfakcji.