1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Wojciech Eichelberger: Czy masz już modną pasję?

Wojciech Eichelberger: Czy masz już modną pasję?

123rf.com
123rf.com
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
W życiu człowieka sukcesu musi być na nią miejsce. Powstają dziesiątki poradników, jak ją odkryć, a potem użyć do sukcesu w pracy. Ale czy pasja ma temu służyć? Czy nie pozwalamy okradać się z czegoś naprawdę cennego? Jak ją mieć, a nie ulegać modzie na jej posiadanie – odpowiada Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Widziałam ostatnio bieżnię, którą montuje się przy biurku. To pewnie ma być idealne rozwiązanie dla tych, których pasją jest i jogging, i praca.

Musimy chyba zdemistyfikować to, co uznajemy dziś za pasję. Choć nie jestem do końca pewny, że i w tej sprawie powinniśmy odbierać ludziom złudzenia. Ale skoro prawda wyzwala, to nie mamy wyjścia. Zacznijmy od tego, co dobrze robi pasji. A więc dobrze jej robi, gdy skromnie i dyskretnie służy swojemu entuzjaście. Gdy nie obnosimy się z nią i nie wykorzystujemy jej do transakcji towarzyskich, marketingowych czy finansowych. Gdy nie służy do wywierania wrażenia na własnej lub przeciwnej płci. Pasji szkodzi natomiast wykorzystywanie jej do budowania pozycji zawodowej, traktowanie przedmiotowo. Prawdziwa pasja jest jak cudowna kochanka lub kochanek – wybrana/y sercem, a nie rozsądkiem czy z wyrachowania. Afiszowanie się i rozgłos ją unicestwiają. Najwięcej mamy z niej radości, gdy dyskretnie i bezinteresownie oddajemy się jej w pełni, nie szczędząc darów, ofiar ni pieniędzy.

Ale się rozmarzyłeś...

Chyba tak, bo coraz trudniej o taką pasję. Zabawę i satysfakcję psuje nam konsumpcyjne rozpasanie i powszechny, agresywny marketing pasji. Rynek dobrze wie, że na tym można zarobić – więc kto nie ma pasji, niech się wstydzi i nie pokazuje w towarzystwie. Teraz już nie musimy szukać pasji pośród mglistych tęsknot w głębi naszych serc i trzewi. Mamy je podane na talerzu, do wyboru. Bo media i szeptany marketing podpowiedzą nam, jakie pasje są w modzie i jaki sprzęt należy nabyć, aby sprawiać wrażenie autentycznie zaangażowanego pasjonata. W efekcie nasze pasje stają się często pseudopasjami; przymusową, kosztowną udręką naśladowczego i bezdusznego kolekcjonowania gadżetów.

Dlaczego dajemy się na to nabrać? Czemu „kupujemy pasję”, zamiast poszukać jej w sobie?

Marketing pasji trafia najszybciej do tych, którzy swojej pracy nie lubią, bo na przykład stawia ona w trudnej sytuacji ich poczucie godności lub sumienie. Wtedy każda pasja – choćby ta kupiona w supermarkecie – kompensuje frustrację związaną z pracą: „Zarabiam na tym, czego nie lubię i nie cenię, ale przynajmniej wydaję na to, co kocham”. To przynosi zrozumiałą ulgę.

Pasja jako alibi? Kup złote kable, nazwij się audiofilem, a usłyszysz wszystko poza sumieniem?

Ale jesteś bezkompromisowa! Ludzie muszą z czegoś żyć. Nie wylewajmy dziecka z kąpielą. Jak ktoś twierdzi, że czerpie głęboką satysfakcję, odpoczywa i rozwija się – słuchając tak muzyki, to dobrze, niech słucha. Pozwólmy sfrustrowanym pracą czerpać ukojenie i nową, lepszą tożsamość ze słuchania muzyki czy robienia czegokolwiek, co ich bardziej zajmuje niż nierozwijające zarabianie. Milej nam się definiować i przedstawiać jako np. audiofil, kolekcjoner czy koneser niż jako np. gospodyni domowa czy dziennikarz tabloidu. To zrozumiałe i naturalne.

Czyli prawdziwa pasja daje nam odpoczynek, satysfakcję i rozwój, a nawet wspiera poczucie tego, kim jesteśmy?

Jak najbardziej. To powszechne ludzkie doświadczenie: to, co robimy dla odpoczynku, rozrywki czy satysfakcji, bardziej nas rozwija niż praca służąca wyłącznie zarabianiu. Pod wspomnianym już warunkiem, że pierwszym i podstawowym powodem zaangażowania się jest szczera miłość oraz szacunek połączony z dyskrecją. Jakże trudno temu dziś sprostać! Wystarczy rzucić okiem na to, co dzieje się w sieciowych komunikatorach, gdzie na setkach forów i portali założonych przez różnych pasjonatów – prócz pożytecznej wymiany doświadczeń – trwa nieprzerwany konkurs narcystycznego lansu: kto więcej na swoją pasję wydaje, kto więcej swojej pasji poświęcił, kto więcej o niej wie itp.

Jest jeszcze jedno zagrożenie, szef mówi: „Dostaniesz coacha, nie nadążasz”. Coach pyta: „jaką masz pasję?”. „Gotowanie”. Więc uczy, jak sięgać w pracy do tego, co czujesz w kuchni. Pracuje ci się lepiej, ale czy gotowanie nadal jest twoją pasją? Może lepiej powiedzieć: „łapy precz od mojej pasji!”. Pieniądze można zarobić choćby na pazerności…

Nie wiem, czy gotowanie nadal będzie pasją tej osoby. Może nie? Ale nie wykluczam, że pasja może być użyteczną metaforą dla zmiany stosunku do pracy. Jeśli coach chce pomóc komuś, kto przeżywa pracę jako przymus i znój, to może nakłaniać go, by dokonał połączenia pasja – praca i przeniósł część swojego zaangażowania z pasji na pracę. To zabieg pożyteczny, acz nie zawsze skuteczny ze względu na obiektywne przeszkody, np. niemądrego szefa, złośliwych współpracowników, przeciążenie czy brak pozytywnej misji organizacji, na rzecz której pracujemy. Bo pasja ma to do siebie, że naturalnie – bez żadnego przymusu – ku niej dążymy, gdyż realizowanie jej daje nam radość i satysfakcję. Czyli oferuje to, czego praca większości z nas nie dostarcza.

Znajdź swoją pasję, a potem zacznij na niej zarabiać i nigdy już nie będziesz musiał pracować – takie słowa znajdziemy w wielu poradnikach.

Święta prawda – ale niełatwa w realizacji. Najłatwiej jest tym, którzy mają jakiś szczególny talent i potrzebę realizowania go. Jeśli to robią, mają satysfakcję, a przy okazji pieniądze. I nie myślę tylko o artystach. Podobnie rzecz się ma ze sportowcami, psychoterapeutami, nauczycielami itd. Ilość talentów, które można zamienić w pracę, jest nieograniczona. I wtedy rzeczywiście pasja staje się zawodem. Ale i tu trzeba zachować umiar, bo jak ktoś się uprze, to wypali się ukochaną pasją tak samo jak niechcianą pracą.

Czyli przyznawać się do swoich pasji?

Hm. To zależy od tego, jak bardzo chcemy chronić intymny obszar naszego życia. Myślę, że w czasach zaniku barier i granic warto się zatroszczyć o zachowanie intymnej i dyskretnej relacji ze swoją pasją. Ale potrzeba internetowej ekspozycji jest obecnie tak wielka, że trudno nie ulec pokusie, by – przykładowo – nawet z masturbacji próbować czynić szacowną pasję, którą można rozwijać i rozwijać... Przesadzam? Zajrzyj do sieci. Bo też dziś – pod chlubnym terminem „pasja” – często ukrywamy wstydliwe uzależnienie. Pasja nie ma nic wspólnego z uzależnieniem, czyli z przymusem. Bywa silnym pragnieniem, lecz takim, nad którym panujemy. To my zarządzamy pasją, a nie pasja nami. Co więcej, ona winna być okazją do rozwijania nowych zasobów, umiejętności i cnót charakteru, których nie mamy okazji rozwijać gdzieś indziej. Jeśli naszą pasją jest szydełkowanie, to poświęcając mu czas i tworząc wartościowe i piękne przedmioty, rozwijamy sprawność manualną i zarządzające tą sprawnością rejony mózgu... Przede wszystkim jednak kształcimy cnotę koncentracji, zaangażowania i cierpliwości. A więc gdy to, co nazywamy pasją, staje się przymusem, źródłem destrukcji dla nas samych i naszych związków – to znaczy, że mamy do czynienia z groźnym uzależnieniem.

Moja teściowa Anna miała wystawę zrobionych przez siebie serwetek...

Sukces powinien być co najwyżej produktem ubocznym pasji – nigdy celem. Pasje są po to, abyśmy mogli wypocząć od przymusu odnoszenia sukcesu. Pasja jest działaniem samowzmacniającym się, wartością samą w sobie. W realizowaniu pasji droga jest celem. Pasja ma prawo być bezużyteczna i bezsensowna z punktu widzenia wszelkich praktycznych kryteriów. Możemy na przykład czerpać niewymowną satysfakcję z gry na fortepianie, mimo że artystyczny poziom naszej gry jest do przyjęcia tylko dla tych, którzy nas kochają. Użyteczność pasji może być co najwyżej przypadkowa. Dlatego pasja z założenia wprzęgnięta w budowanie naszej wartości w oczach innych traci wymiar samodoskonalenia, niezamierzonej pracy nad sobą – i przestaje być pasją… Ale rozumiem też tych, którzy w nielubianej pracy nie osiągają sukcesów. Oni też chcą gdzieś wygrać: choćby w wyścigu kolarzy amatorów. Każdy z nas potrzebuje jakiegoś – choćby minimalnego – sukcesu i pasja może być dla niego przestrzenią, gdzie upragniony sukces się wydarza.

W korporacyjnych small talkach dobra, modna pasja jest jak znalazł.

Jeśli kolejność jest taka: muszę sobie znaleźć pasję, żeby mieć o czym rozmawiać z szefem na lunchu – to niedobrze. Kolejność powinna być odwrotna: najpierw wciąga nas fizyka kwantowa i teoria strun, a potem dopiero, gdy ktoś zapyta: „jaką masz pasję?”, możemy go odpowiedzią zastrzelić. Pasjonaci mówią o swoich pasjach, bo je kochają, a nie po to, by zrobić wrażenie. Naśladownictwo i konformizm z reguły narażają nas na kłopoty i śmieszność.

Jak bohatera „Czterdziestolatka”, który gdy został dyrektorem i dowiedział się, że pasją dyrektorów jest polowanie, wybrał się do lasu. A tam postrzelił ministra i zgubił psa...

Ale też może się zdarzyć, że poprzez naśladownictwo odkryjemy coś, co nas naprawdę zacznie pasjonować. Często jesteśmy pogubieni, chaotyczni, powierzchowni – zwłaszcza gdy zbyt ciężko nam się żyje i pracuje. Doszukać się wtedy swojej pasji nie jest prosto, nie wystarczy usiąść i pomyśleć. Trzeba szukać przez doświadczenie. Np. dać się wyciągnąć na wyprawę na pustynię albo w góry, albo na koncert. Próbować tego, co nowe i nieznane. Może w pewnym momencie poczujemy: „To mnie naprawdę kręci – tego mi brakowało”. Ale uwaga, uwaga! Często naszą pasją staje się to, co na początku wydawało się trudne i nieatrakcyjne. Nie zawsze jest tak, że do nierozpoznanej pasji od razu nas ciągnie. Miewamy do niej ambiwalentny stosunek. Na przykład marzymy, by chodzić po górach, ale okazuje się, że po 500 m realnej wspinaczki mamy dość, bo brak nam kondycji. Przy sportowych pasjach musimy dawać sobie czas, by organizm za nimi nadążył. Jeśli przeczuwamy, że to ma być muzyka klasyczna, to też musimy nauczyć się jej słuchać.

A może w czasach konsumpcji i pracoholizmu brak nam prawdziwej pasji życia, tak twierdzą niektórzy, i dlatego wymyślamy sobie pseudopasje?

Ważnym wskaźnikiem tego, że realizujemy prawdziwą pasję, są pojawiające się od czasu do czasu chwile szczęścia, czyli poczucie – często nie do końca jasne – dotykania ważnego, wręcz podstawowego wymiaru życia. Jeśli zabraknie nam szczęścia lub determinacji w pełnym realizowaniu naszej pasji, to nieświadomie będziemy szukać pośrednich lub zastępczych, czasami destrukcyjnych dróg jej realizacji. Tak jak mężczyzna, który nie zrealizował swojego talentu i pasji do boksu, więc by poprawić sobie samopoczucie i niskie o sobie mniemanie, szuka przeciwników w barach i sprawdza się w rozróbach. Albo jak ktoś z niezaspokojoną pasją podróżowania i zwiedzania świata spędzający połowę życia na obserwowaniu pociągów na dworcu czy samolotów na lotnisku.

No to mamy dziś pasje czy nie?

Jeśli pytasz o pasję zdefiniowaną w taki wymagający sposób, jak to zrobiliśmy, to mało kto ją ma. Większość ma pasję, bo wypada ją mieć, albo by kompensować swoje gorzkie bytowanie w pracy czy żeby błyszczeć w towarzystwie i mieć co powiedzieć HR-owcowi podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Prawdziwa pasja – jak powiedzieliśmy podobna zakochaniu – wpływa na nasze życie z mocą kochanka/kochanki. Boimy się w nią w pełni zaangażować, bo może przewrócić do góry nogami nasze życie i wydawałoby się ustalone priorytety. Może skłonić nas do porzucenia fałszywego splendoru miasta i kariery, by zająć się permakulturą czy prowadzeniem schroniska dla zwierząt, albo skłonić do tego, by narażać zdrowie i życie w obronie ekosystemu w bataliach Greenpeace’u. Z pasją nie ma żartów. Ale z tego właśnie powodu warto prawdziwej pasji pragnąć i szukać. Może się okazać naszym wybawieniem, najwłaściwszą z dróg i najlepszą przystanią.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Pierwsza kobieta w życiu mężczyzny - relacja z matką ma wpływ na całe życie

Relacje syna z matką ustalają jego sformatowanie w relacjach z kobietami na resztę życia. (Fot. iStock)
Relacje syna z matką ustalają jego sformatowanie w relacjach z kobietami na resztę życia. (Fot. iStock)
Czy to prawda, że im mniej chłopiec otrzymał od matki: bliskości, czułości, troski i akceptującej miłości jako dziecko, tym bardziej będzie z nią związany jako dorosły? – pytamy psychoterapeutę Wojciecha Eichelbergera.

Relacja z matką – trudny temat. Mężczyźni niechętnie o tym rozmawiają. Zwłaszcza gdy nie jest ona dobra. Ale jakie ma znaczenie, jaka była matka, kiedy syn jest już dorosły? Ma własną firmę, jest dyrektorem albo prawnikiem…
Relacje syna z matką ustalają jego sformatowanie w relacjach z kobietami na resztę życia. Ona jest pierwszym, najważniejszym wzorcem kobiecości. Tego, jak się zachowuje, jak się wyraża, jakie ma emocje i jaką ma instrukcję obsługi. Nie trzeba dodawać, że uczy się tego wszystkiego w kontakcie tylko z jedną przedstawicielką tej różnorodnej, barwnej i niedającej się zamknąć w uogólnieniach populacji. Nabywa więc wiedzy, doświadczeń i przekonań bardzo specyficznych, uwarunkowanych i ograniczonych. Oczywiście dla jego przyszłych relacji z kobietami duże znaczenie ma też to, czy jego rodzina jest pełna i jakie uczucia cementują związek rodziców. Obserwując ich, uczy się, jak wygląda i na czym polega relacja dorosłego mężczyzny z dorosłą kobietą.

Czyli to, czym chłopiec nasiąknie w relacji z matką, decyduje o tym, jakim będzie partnerem? A jeśli nasiąknie niekochaniem?
To, co wydarza się w rodzinnym domu, ustawia chłopca na całe życie. Chyba że podejmie świadomą, trudną i wytrwałą pracę nad zmianą swojego nastawienia. Jeśli nie podda refleksji i weryfikacji tego, co odziedziczył ze swojego systemu rodzinnego, to będzie związki z kobietami budował na zasadzie: kopiuj – wklej. Na próżno też będzie szukać możliwości kompensacji tego, czego mu od matki zabrakło w dzieciństwie.

Matki moich partnerów były często zimne emocjonalnie, wymagające, oceniające, krytyczne…
Matka zimna emocjonalnie, która nadmierną krytyką i karami zamyka serce syna i demoluje jego poczucie wartości, funduje mu bardzo trudne życie w związkach. Wychowa mężczyznę, który będzie miał ukryty pod pozorem układności lub jawnie agresywny stosunek do kobiet. Choć jednocześnie jego niezaspokojone w relacji z matką potrzeby, takie jak: bliskość, czułość, troska i akceptująca miłość, sprawią, że będzie szybko i mocno uzależniał się od każdej kobiety, która go zechce, lecz która (jak się później okaże) nie będzie potrafiła go kochać…

Patrzysz na mnie i myślisz, że skoro wiązali się ze mną mężczyźni mający zimne matki, to sama mam w sobie lodową część?!
Bywają rzadkie odstępstwa od tej reguły. Ale najczęściej jest tak, że kobiety wybierające na partnerów synów oziębłych i wrogich matek, są córkami odrzuconymi przez swoje matki. Wybierają spragnionych kobiecej akceptacji, bliskości i troski mężczyzn, bo to łatwy łup. Wystarczy sięgnąć i taki miś przylepka i słodziak jest ich. Wspaniale i wesoło – ale na krótko. Szybko zaczynają się komplikacje i napięcia. Bo misio słodziak będzie od swojej kobiety oczekiwał niemożliwego, czyli tego, czego sama nie dostała od swojej matki.

I zaczyna się emocjonalna szarpanina: pretensje i szukanie dziury w całym?
Właśnie. Ratunkiem jest odżałowanie swoich frustracji i deficytów z dzieciństwa. Zadowolenie się tym, co w dorosłym związku z partnerką jest możliwe, czyli tym, co można dostać tu i teraz. Choć będzie tego tylko trochę, to jednak trochę to dużo więcej niż nic. Jeśli potrafimy być wdzięczni za „trochę”, to uleczymy starą ranę w sercu i sprawy zaczną układać się wystarczająco dobrze.

A co z matkami, które były jawnie agresywne, biły, wyzywały?
Matka jawnie nienawidząca swojego syna zapewne od ojca albo starszego brata doświadczyła przemocy i upokorzenia. Mogła też zostać w jakiś sposób seksualnie lub erotycznie wykorzystana. Takie doświadczenie – często zresztą wyparte i zapomniane – z reguły zaszczepia głęboko ukrytą, przejawiającą się na różne sposoby niechęć, a nawet nienawiść do mężczyzn. Często objawia się ona w zakamuflowany sposób jako agresja wobec syna. Szczególnie wtedy, gdy zostaje z synem sama, bo wtedy widzi w nim nieobecnego, znienawidzonego partnera i z braku właściwego obiektu wywiera nieświadomą zemstę na synu. Czasami są to wyzwiska, przemoc fizyczna, znęcanie się psychiczne. Od czasu do czasu daje synowi iskrę nadziei, że gdyby tylko się zmienił, gdyby był inny, a nie taki podobny do ojca – to byłaby szansa na to, żeby go pokochała. Tak potraktowany syn może całe życie spędzić, będąc uwikłanym w emocjonalną grę matki, i na próżno starać się, by zasłużyć na jej miłości. Prawdopodobnie nie zwiąże się na dłużej z żadną kobietą, bo będzie przekonany, że jest coś z nim nie tak, a to coś dyskwalifikuje go w oczach kobiet. Gdy matka umiera, grozi mu depresja, gdyż ostatecznie traci nadzieję na to, że kiedykolwiek usłyszy od matki upragnione: „Dumna jestem z ciebie i kocham cię”.

Mam smutną, ale nie wiem, czy w pełni uznaną obserwację życiową: im mniej matka dała, tym bardziej syn jest z nią związany.
Zgoda. Bo frustracja dziecięcej naturalnej potrzeby bycia bezwarunkowo kochanym przez matkę może na całe życie uwikłać dziecko w nadzieję, oczekiwanie i staranie się za wszelką cenę o miłość – często w trybie autoagresji, na przykład polegającej na przepracowywaniu się, podejmowaniu ryzykownych decyzji życiowych. A ewentualne partnerki zamęczał będzie dziecięcymi oczekiwaniami i potrzebami, które powinny być adresowane wyłącznie do matki, jak: potrzeba bezpieczeństwa, opieki, komfortu i przyjemności, czyli karmienia, ubierania, dawania prezentów, nieustannej obecności, pochwał, zachwytów i seksu. A ponieważ dorośli nie są w stanie zaspokoić tych dziecięcych potrzeb, niedokochany chłopiec zamienia się w chorobliwie zazdrosnego, kontrolującego, a nierzadko także przemocowego potwora.

A co z seksem? Czy mężczyźni głodni miłości matki są wierni?
Na ogół są niewierni. Doświadczenie odrzucającej matki budzi w mężczyźnie przekonanie, że nie zasługuje na miłość kobiety, że nie ma na nią szans. No bo skoro nawet matka mu tej miłości nie dała, to tym bardziej nie ma nadziei na dostanie jej od obcych, niespokrewnionych ludzi. W rezultacie taki mężczyzna, będąc w bliskiej relacji z kobietą, żyje w poczuciu zagrożenia nieuchronnym porzuceniem. Wtedy skutecznym sposobem redukowania jego lęku jest bycie w dwóch lub więcej związkach jednocześnie.

A więc wiele kobiet zamiast jednej, by uniknąć bólu?
Tak właśnie, bo szuka tylko przyjemności. Jak dziecko chce być bezwarunkowo i bez żadnych zobowiązań kochany przez kobietę. A ponieważ kobiety potrzebują też czuć się wybrane, ważne, kochane i bezpieczne i z czasem zaczynają się o to upominać, więc wówczas niedokochany przez mamę mężczyzna ucieka przed taką kobietą i biegnie tam, gdzie te oczekiwania ze strony nowej kobiety jeszcze się nie pojawiły. Czyli skacze z kwiatka na kwiatek i spija sam nektar, unikając trwałych więzi i jakichkolwiek zobowiązań. Na nieświadomym poziomie ma ambiwalentne uczucia do uwodzonych przez siebie kobiet: pragnie ich, żyć bez nich nie może, ale jednocześnie ma do nich wiele skrywanej agresji i żalu, które są obroną przed upokarzającym uczuciem wiecznego nienasyconego pragnienia kobiety i uzależnienia od jej nieustannej obecności w jego życiu.

Rozwiązanie dla takiego mężczyzny?
Tylko psychoterapia albo głębokie duchowe przebudzenie. No, może jest jeszcze szansa na zmianę, jeśli usłyszy od wielu kobiet, że ma nieadekwatne i niedojrzałe oczekiwania, że odrzuca i rani tych, którzy go kochają.

A matka nadopiekuńcza? Nie czyni chyba takiego spustoszenia w sercu chłopca?
Nadopiekuńczość to też strategia wikłania, która ma nie pozwolić synowi odejść od matki. W istocie jest obezwładniającą syna agresją. W skrajnym przypadku matka nadopiekuńcza stara się być dla syna niezbędna, ale żeby być niezbędna, musi pozbawiać go możliwości uczenia się tego, co uczyni go kiedyś niezależnym i autonomicznym. A więc prawie wszystko robi za niego i dla niego. Nie pozwala mu ścielić łóżka, sprzątać, przygotowywać posiłków, robić zakupów, grać z kumplami w piłkę, a nawet liczyć pieniędzy. Będzie z nim wszędzie chodzić: do lekarza, do apteki, na pocztę, do urzędów, kupować mu ubrania. Będzie negatywnie recenzować jego kolegów i koleżanki, a szczególnie sympatie.

Nie ma szans na to, żeby związał się z jakąś kobietą?
Może się związać tylko z taką, którą matka zaakceptuje, a więc którą będzie mogła zdominować, skontrolować. No i oczywiście będzie miała klucz do ich mieszkania. O ile oni się w ogóle od niej wyprowadzą, bo na ogół tacy mężczyźni mieszkają z matkami nawet po ślubie, instalując partnerkę w przestrzeni należącej do matki. A wtedy matka będzie im sprzątać, gotować, grzebać w szafach i uczyć partnerkę syna, jak powinna się nim opiekować.

Otrucie potrawką z muchomora to dobre rozwiązanie?
Na szczęście rzadko do tego dochodzi, bo agresja do nadopiekuńczej matki jest głęboko wyparta i na ogół nie osiąga natężenia tego, co nazywa się morderczą pasją. Ale zdarza się, że taki mężczyzna może zachować się wobec niej bardzo agresywnie, a nawet stać się…

Seryjnym mordercą kobiet?!
Czasami tak. Ale aby coś tak strasznego się z nim stało, musiałyby zaistnieć w jego życiu lub w jego systemie rodzinnym jeszcze inne silnie demoralizujące czynniki lub kompletna blokada rozumu i sumienia pod wpływem jakichś substancji odurzających.

Co jeszcze może się stać z chłopcem uwikłanym w nadopiekuńczą, agresywną matkę?
Wiele zależy od tego, jak wygląda związek tej matki z ojcem syna. Często bywa tak, że dominująca, agresywna matka doprowadza też do psychicznego wykastrowania swojego partnera, a w jej uczuciach do niego dominuje pogarda. Syn, widząc, jak matka upokarza i niszczy jego ojca, może podjąć podświadomą decyzję, że nigdy nie znajdzie się w podobnej upokarzającej sytuacji. Wówczas nabyty w jego doświadczeniu z matką uogólniony lęk przed kobietami może go skłaniać do tego, aby potrzebę bliskości, a także bycia akceptowanym i chcianym realizować w związkach z mężczyznami. Mówimy wówczas o psychogennych przesłankach do wyboru orientacji homoseksualnej.

A matki uwodzące, które pochylając się nad dorastającym synem, żeby go otulić kołdrą, półświadomie eksponują biust?
Albo siedząc w wannie, mówią do dorastającego synka: „Chodź, umyjesz mi plecy”. To zdarza się samodzielnym matkom dość często szczególnie wtedy, gdy z różnych powodów rozstały się z ojcem syna, są po bolesnych zdradach i rozwodach albo gdy wcześnie w życiu syna jego ojciec z jakichś powodów odszedł z tego świata – lecz matka zachowała jednak w swoim sercu przywiązanie. Wtedy ich syn ma szansę stać się zastępczą, a nawet lepszą wersją utraconego partnera. Lepszą, bo kochającą wiernie, zawsze i stale. Ale taka sytuacja może się stać również początkiem, zazwyczaj nieświadomej, uwodzącej gry ze strony matki, której trudno się pogodzić z tym, że kiedyś ukochany syn odejdzie do innej kobiety, ale która może też po prostu nie radzić sobie z niezaspokajanym libido. Dla syna jednak taka sytuacja jest bardzo trudna, bo piętrzy w nim potężne i sprzeczne uczucia. Dwa najważniejsze to: trwożna i zarazem wielka nadzieja na fizyczną bliskość z matką oraz lęk przed złamaniem obyczajowego tabu. Dochodzą do tego niejasne poczucie bycia manipulowanym i wykorzystywanym oraz lęk przed ośmieszeniem jego ewentualnych seksualnych prób. Tu kolejny cytat z doświadczeń moich pacjentów: „Synku, ja się teraz przebiorę w piżamę, ale nie musisz wychodzić, wystarczy, że zamkniesz oczy”. Oczywiste jest, że chłopiec zmruży oczy, ale z bijącym sercem będzie chciał przez te zmrużone oczy coś zobaczyć. Wytwarza się po obu stronach jakieś erotyczne napięcie, któremu towarzyszą silne, konfliktowe emocje.

Są na szczęście matki po prostu zachwycone swoimi synami!
Ale jeśli pochwały i zachwyty są bezkrytyczne i bezpodstawne – to taka mama wychowa narcyza, czyli mężczyznę o zaburzonym, w tym wypadku nadmiernie wysokim i nieustannie zagrożonym, poczuciu wartości własnej. Bo w głębi serca będzie przeczuwał, że został wykreowany, że nie wie, jaka jest jego prawdziwa wartość. Wszystko to sprawi, że narcyz z lęku, „że się wyda, jak mało jest wart”, będzie unikał głębokiego związku z kimkolwiek, dopuszczając do siebie tylko osoby bezkrytycznie nim zachwycone, których jednak nie będzie szanował. Grozi mu życie samotne i poświęcone nieustannej walce o zachowanie pozorów sukcesu i szczęścia. Ale gdy trudne okoliczności życia zachwieją tą fasadą, wpadnie w rozpacz i depresję.

A co czeka syna pracoholiczki, alkoholiczki, hazardzistki?
Najprawdopodobniej znajdzie sobie kobietę od czegoś uzależnioną i będzie powtarzał sytuację ze swojego dzieciństwa, która ukształtowała w nim przekonanie: „Nigdy dla nikogo nie będę najważniejszy”. W dorosłym związku będzie to usiłował przewalczyć w nadziei, że swoją kobietę bohatersko uwolni od nałogu i wtedy w końcu stanie się dla niej najważniejszy. To się jednak zazwyczaj nie udaje. A jeśli się uda, to ona odchodzi, bo brakuje wtedy spoiwa tego związku, czyli współuzależnienia.

Są mamy, które nie krzywdzą nikogo, ale są krzywdzone.
Kobieta, która daje się upokarzać partnerowi, ryzykuje, że wychowa chłopca z psychopatycznym rysem charakteru. Mówiliśmy o tym w naszym cyklu: że będąc świadkiem bezradności matki i jej cierpienia – z lęku przed ojcem – syn utożsami się z nim i przejmie pogardliwy stosunek wobec kobiet. Żona lub partnerka będzie dla niego domową niewolnicą. Od prawdziwego seksu będą kochanki, obdarowywane hojnie ciuchami i biżuterią…

Nie zapomnijmy o kochających, fajnych matkach!
Niech żyją. Wygląda na to, że jest ich na szczęście coraz więcej. To te, które są dojrzałe, poukładane, potrafią kochać, słuchać, okazywać czułość, a jednocześnie mają własne życie. To matki, które miały dobrą relację z własnym ojcem i które mogły patrzeć na udaną relację swoich rodziców i uczyć się od nich kochania. Synowie takich matek będą mieli partnerskie, uczciwe, kreatywne związki z kobietami.

Ale ci, którzy nie mieli tyle szczęścia, też mają szansę, prawda?
Przede wszystkim taki mężczyzna musi sobie zdać sprawę ze swoich trudnych uwarunkowań i bardzo chcieć zmiany. Wtedy wszystko jest do naprawienia. Ale jeśli nie pojawi się świadomość ani chęć zmiany, to i tak działa pewien bezpiecznik. Bo nawet silna niechęć i agresja do kobiet są w sercach i brzuchach mężczyzn kontrowane i mitygowane przez ogromną potrzebę czułości i bliskości. Nawet ci najbardziej przez matki skrzywdzeni zawsze pragną tego, czego nie dostali, i mają nadzieję, że kiedyś to dostaną. Tylko utrata tej nadziei może czasami zmienić ich w potwory. 

  1. Styl Życia

Motanki – ludowa forma autoterapii 

Motanki Ziarnuszka i Bogacz. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej)
Motanki Ziarnuszka i Bogacz. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej)
Zobacz galerię 11 Zdjęć
Pradawne słowiańskie lalki były formą talizmanu. Motane z nici i skrawków materiału, wypełniane słomą, roślinami albo ziarnem miały strzec domowników przed złymi duchami, pomagać ciężarnym i matkom w opiece nad dziećmi, ochraniać podróżnych, wspierać gospodynie w prowadzeniu domu. Arteterapuetka Aneta Grzegorzewska pracuje z lalkami słowiańskimi od niemal dziesięciu lat i nieustannie zachwyca ją piękno oraz moc symbolicznych znaczeń ukryta w niewielkim gałgankowym ciałku motanki.

Aneta Grzegorzewska (Fot. Archiwum prywatne Anety Grzegorzewskiej) Aneta Grzegorzewska (Fot. Archiwum prywatne Anety Grzegorzewskiej)

Motanki są nadal bardzo popularne w Ukrainie, Białorusi czy Rosji. Czy wiemy jaką funkcję pełniły dawniej słowiańskie lalki? Czym lub kim były dla ówczesnych ludzi? Tradycja związana z motankami przekazywana była ustnie i dopiero w XX w. zaczęto zbierać informacje na ich temat. Na Ukrainie tradycja motania lalek jest przebadana najdokładniej i tam korzeni tej tradycji upatruje się w kulturze trypolskiej z III-V w. p.n.e. To jest czas, kiedy figurki boginiczne pojawiały się na całym świecie. Badacze sugerują, że lalki nawiązywały do kultu Wielkiej Matki, która w tradycji słowiańskiej przerodziła się w kult bogini Mokosz. Motanki były związane z wieloma słowiańskimi obrzędami obchodzonymi w trakcie cyklu rocznego. Chociażby nasza Marzanna, która też jest mocno osadzona w temacie lalkowym. Motanki towarzyszyły ludziom także na co dzień, przede wszystkim w ważnych momentach przejścia, takich jak ślub czy narodziny dziecka. Symbolizowały drogę rozwoju człowieka, wzmacniały życzenia i intencje. Współcześnie Motanki odwołują się do kobiecego pierwiastka, mocy kreacji i tworzenia, boskiej sprawczości. Według mnie są spotkaniem z czymś pierwotnym, co znajduje się głęboko w nas.

Mamy tu bardzo wiele wątków, co tylko pokazuje ile w jednej motance było skumulowanych symboli i znaczeń. Wszystkie związane są z kobiecością. Czy to oznacza, że tylko kobiety mogły motać lalki? W niektórych regionach uważano nawet, że dziewczyna może robić motanki dopiero w momencie, w którym zacznie miesiączkować. Tradycja motania lalek od początku była zarezerwowana wyłącznie dla kobiet i dzisiaj również słowiańskie lalki motane są głównie przez kobiety.

Lalka Rodzina, na płodność i opiekę. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej) Lalka Rodzina, na płodność i opiekę. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej)

Lalka spiralna, rodowa. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej) Lalka spiralna, rodowa. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej)

Nierozłączki. Lalki ślubne. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej) Nierozłączki. Lalki ślubne. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej)

Gdzie po raz pierwszy spotkałaś się z  motankami? Jak one do ciebie trafiły? Nasze spotkanie zaczęło się bardzo magicznie. W tamtym czasie robiłam porządki w swoim życiu i mieszkaniu. Zawsze miałam tendencję do gromadzenia tkanin, byłam związana z tekstyliami hobbystycznie i zawodowo. Zastanawiałam się co zrobić z tymi wszystkimi materiałami. I usłyszałam w sobie słowo „motanki”, które przyszło do mnie z głębi duszy. Zaczęłam szukać informacji w Internecie. Wcześniej nie słyszałam w ogóle o lalkach słowiańskich, ale ten temat od razu mnie wciągnął. Bardzo szybko sama zaczęłam robić motanki. Wydaje mi się, że motanie było mocno wpisane w moje korzenie, ale to nie dotyczy tylko mnie. Kobiety, które trafiają na moje na warsztaty i zaczynają robić swoje lalki często opowiadają, że motanie jest dla nich czymś bliskim i bardzo znajomym.

Motanki spełniały bardzo wiele zadań, każda z nich odpowiadała za coś innego. Czy możesz opowiedzieć o najbardziej popularnych rodzajach lalek? Były lalki Otulaczki, które robiono dla nowonarodzonego dziecka i umieszczano w kołysce. Najczęściej wykonywano je z nasączonych zapachem i energią kawałków ubrań należących do rodziców. Otulaczki motano z intencją ochrony i wsparcia, wierzono, że lalka mogła przyciągać do siebie złe moce, by ochronić dziecko. Było to związane z ludowym bestiariuszem, w słowiańskim świecie na każdym rogu czaił się jakiś demon i czyhało coś złego, dlatego wytwarzano przedmioty, które pełniły rolę amuletów. Było też mnóstwo motanek związanych z macierzyństwem i płodnością. Jeśli w domu było dużo dzieci, które dobrze się chowały, to taką lalkę przekazywano z pokolenia na pokolenie. Była też motanka Wieduczka, czyli lalka wiodąca, którą dorastająca dziewczynka otrzymywała od swojej matki. Przedstawiała ona dużą postać kobiecą, która trzymała przed sobą mniejszą laleczkę, obie były połączone dłońmi. Taka motanka przekazywała błogosławieństwo całego kobiecego rodu. Kiedy dziewczyna była gotowa do zamążpójścia przygotowywała dla siebie lalkę z długą szyją, oplecioną 7 lub 9 wstążeczkami. Nakładając każdy z pasków dziewczyna wizualizowała cechy, które miał posiadać jej przyszły mąż. Taką motankę wystawiano w oknie i była to informacja dla świata i swatów, że w chacie mieszka dziewczyna na wydaniu. Były też lalki przejścia, które z jednej strony symbolizowały młodą dziewczynę, a z drugiej dojrzałą kobietę. Matka albo babka przygotowywała taką motankę dla córki lub wnuczki, żeby oswoić ją z momentem przejścia z jednego stanu w drugi. Były też lalki obfitości. Ziarnuszka to korpulentna i okrąglutka motanka, którą przygotowano każdego roku po żniwach, gdy spełniła swoje zadanie rozplątywano ją, ziarno którym była wypełniona wysiewano na polu, a resztki lalki palono.

Pierwotnie lalki były wykonywane przez matki i babki dla rodziny i najbliższych, były symbolem ochrony i wsparcia. Dziś najbardziej popularne są motanki, które tworzy się z osobistą intencją. Żadanica ma spełniać życzenia, powierza się jej określone zadanie dotyczące spraw duchowych, wartości i marzeń.  Dla mnie motanki to przede wszystkim lalki intuicyjne.

Jak wygląda sam proces motania lalek. Czy są tu jakieś wytyczne, co do materiałów czy samego sposobu motania? Lalki motamy z osobistych tkanin, najlepiej takich, które dobrze nam się kojarzą i są nośnikiem dobrej energii. Kiedyś ceniono przede wszystkim materiały należące do przodków, wierzono, że za ich pośrednictwem otrzymujemy wsparcie całego rodu. Dziś ważna jest też idea przetwarzania i nadawania tkaninom nowego życia. Jest również zasada, która mówi o tym, że lalki ubierają się same, że to nie my, tylko one decydują o swoim wyglądzie. Oprócz naturalnych tkanin do motania lalek wykorzystujemy także rośliny oraz związaną z nimi symbolikę. Jeśli chcemy pracować z tematem kobiecości, możemy skorzystać z dzikiej róży. Jeśli potrzebujemy się doenergetyzować, możemy sięgnąć po mięte. Gdy chcemy się oczyścić i szukamy równowagi, to dobry będzie piołun albo krwawnik. Ziarnuszki wypełniane są z kolei ziarnem zbóż, kaszy, grochu czy fasoli, które symbolizują nowe życie, związane są z czasem wzrostu i rozwoju, a także obfitości i sytości.

Lalki motane są w jednym ciągu czasowym, nie na raty. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej) Lalki motane są w jednym ciągu czasowym, nie na raty. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej)

Motanki tworzone są ręcznie, bez użycia ostrych przedmiotów, aby „nie ukłuć losu”. Sposób, w jaki je przygotowujemy sprawia, że lalki przechowują moc dobrych myśli i ciepło ludzkich dłoni. Technika motania wiele mówi też o tym, w jaki sposób możemy traktować siebie -  w sposób łagodny, miękki, z uważnością. Motanie nie jest czynnością techniczna, na każdym etapie wpływamy na ostateczny kształt lalki. Dla mnie motanki to przede wszystkim lalki intuicyjne. Poddając się procesowi motania, możemy  po prostu przyjrzeć się sobie. Motanie jest symboliczne na każdym poziomie: to jakie kolory mnie przyciągają, jaką postawę przyjmie lalka, którą zrobię, jakiej będzie wielkości - wszystko ma tu ogromne znaczenie. Z motankami jest podobnie jak z baśniami, jest w nich zapisana ludowa mądrość. Jeśli uważnie przyglądamy się słowiańskim lalkom i świadomie z nimi pracujemy, możemy odkryć w nich bardzo wiele znaczeń.

Lalki tworzymy w jednym ciągu czasowym, nie przerywamy etapu motania, co oznacza, że nie porzucamy swojego marzenia. Gotową lalkę obdarowujemy prezentem, to może być koralik czy tasiemka, a że w motankach wszystko ma znaczenie, ten symboliczny upominek pokazuje też, czym ja siebie obdarowuje, dzięki czemu ta moja intencja, z którą tworzę lalkę będzie mogła się spełnić. Kiedy podejmujemy decyzję o tym, że chcemy zrobić motankę, to tak naprawdę decydujemy o tym w jakimś kierunku wyruszamy. I to jest kluczowe. Samo przygotowywanie motanki daje możliwość przyjrzenia się sobie. Zawiązując każdy supełki na lalce afirmujemy miłość, szczęście, radość, zdrowie. Lalki trzeba robić przede wszystkim wtedy, gdy jesteśmy w pozytywnym nastroju. Dawne przekazy mówią, żeby motanki tworzymy na przybywającym księżycu, czyli w czasie, w którym wzrasta energia. Ja uważam, że ważniejsze jest to jak się czujemy. Jeśli dobrze, możemy przystąpić do motania.

Trzy archetypy kobiecości. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej) Trzy archetypy kobiecości. (Fot. archiuwum Anety Grzegorzewskiej)

Dlaczego lalkom nie nadawano żadnego oblicza i czy wszystkie motanki nie mają twarzy? Ludowe przekazy mówią, że gdyby lalki je miały, to zajęłyby się swoimi sprawami. A zadaniem motanki jest wspieranie naszej intencji. Dawniej uważano, że oczy są zwierciadłem duszy, przez które w lalkę mogłoby wniknąć coś niedobrego. Żeby intencja była chroniona i dobrze zamknięta motankom nie nadawano rysów twarzy. Dla mnie to ma znaczenie psychologiczne, z którego wynikała mądrość naszych babek. Twarzą lalki staje się intencja, w której można się przejrzeć, zobaczyć siebie i swoje dążenia. Kiedy motanka nie ma rysów, pracuje też nasza wyobraźnia, a my możemy zwizualizować nasze wewnętrze stany.

Ale są też lalki ukraińskie z charakterystycznym krzyżem przeplecionym na twarzy, który pierwotnie symbolizował życie i  był elementem równowagi między światem materialnym i duchowym, energią kobiecą i męską. Ukraińskie motanki odwoływały się prawdopodobnie do świata bogów, dlatego często ich głowy skierowane były w stronę nieba, czyli duchowości.

Co działo się z laleczką po wymotaniu? Lalkami, które były robione z osobistą intencją nie należało się chwalić, nie mogły ich również dotykać obce osoby. Co innego Ziarnuszka czy Bogacz, te motanki stawiano przy piecu, czyli tam gdzie dawniej gromadziła się rodzina, w miejscu będącym symbolicznym sercem domu.

A gdy uznano, że motanka spełniła swoje zadanie? Podstawowy przekaz mówi o tym, że gdy lalka spełni nasze marzenie, to należy oddać ją naturze – spalić lub zakopać w ziemi. Jest to zamknięcie etapu, ale pokazuje również, że od początku do końca odpowiadamy za to, co powołałyśmy do życia.

Z tego o czym opowiadasz można wysnuć wniosek, że lalki słowiańskie pełnią dziś przede wszystkim funkcję autoterapeutyczną. Faktycznie tak jest? Lalki słowiańskie traktuję jak ludową psychologię. Można oczywiście zrobić motankę nie zagłębiając się w jej symbolikę, ale według mnie w momencie, w którym połączymy się z tą wielowiekową tradycja, to już zacznie na nas w jakiś sposób działać. Każda lalka ma znaczenie, dlatego można z nimi pracować na różne sposoby. Jeśli robimy Ziarnuszkę to pojawia się temat obfitości, z kolei lalka przejścia pozwala z jednej strony pracować i zatroszczyć się o nasze wewnętrzne dziecko, z drugiej pobudzić radość i kreatywność.

Podczas warsztatów obserwuję w jaki sposób kobiety pracują z motankami i które lalki robią na początku. Niektóre uczestniczki zaczynają od lalki przedstawiającej Babę Jagę, co można odczytać jako takie archetypiczne stanięcie w swojej wewnętrznej mocy. Dla innych kobiet najważniejsze będzie zaopiekowanie się swoim wewnętrznym dzieckiem. Ważne, aby  poczuć gotowość w sobie, wiedzieć z jakim tematem chcemy pracować i jaki obszar jest dla nas ważny.

Wspominałaś, że pracujesz nad książką, która będzie poświęcona motankom. Na naszym rynku brakuje takiego wydawnictwa. W Ukrainie powstało całkiem sporo publikacji poświęconych lalkom słowiańskim. Są prace badawcze i zbiorowe, często spisują je same twórczynie. Zajmuję się motankami już dziesięć lat i uznałam, że książka będzie zwieńczeniem mojej pracy z nimi.

Aneta Grzegorzewska prowadzi na Facebooku stronę „Motanki - słowiańskie lalki mocy”, poprzez którą można zapisywać się na warsztaty tworzenia słowiańskich motanek.

  1. Styl Życia

Slow travel - sposób na odpoczynek od życia w biegu

Jesteśmy coraz bardziej zagonieni, a slow travel, czyli powolne podróżowanie koleją, jest sposobem, by od tej gonitwy odpocząć. (Fot. iStock)
Jesteśmy coraz bardziej zagonieni, a slow travel, czyli powolne podróżowanie koleją, jest sposobem, by od tej gonitwy odpocząć. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Choć dziś lokomotywy wyglądają inaczej niż w wierszu Juliana Tuwima, to wagony nadal pełne są interesujących podróżnych. Pociągi dają poczucie wolności, a poza tym są bardziej eko niż samoloty czy samochody – mówi Torbjørn Færøvik, norweski pisarz i propagator slow travel – powolnej podróży koleją. 

Torbjørn Færøvik, norweski historyk i pisarz, przez wiele lat był zagranicznym korespondentem prasowym i telewizyjnym. (Fot. archiwum prywatne) Torbjørn Færøvik, norweski historyk i pisarz, przez wiele lat był zagranicznym korespondentem prasowym i telewizyjnym. (Fot. archiwum prywatne)

Dlaczego wybiera pan slow travel, czyli powolną podróż koleją, skoro samolotem można dolecieć szybciej i więcej zobaczyć w tym samym czasie? Dziś wiele osób lata na przykład na 10 dni do Chin. Nasze życie zmieniło się dramatycznie w przeciągu ostatnich 20–30 lat. Jesteśmy coraz bardziej zagonieni i slow travel jest moim sposobem, by od tej gonitwy odpocząć. Wyjeżdżam na dwa, trzy miesiące albo nawet na pół roku. Rzeczywiście wielu ludzie podróżuje do Chin na tydzień–dwa, ale jeśli ten czas spędzą głównie w Pekinie, który jest obecnie nowoczesnym, wspaniałym miastem, to tak naprawdę nie poznają Chin. Centrum Pekinu można dziś równie dobrze pomylić z Londynem czy Nowym Jorkiem. W porównaniu ze starym Pekinem (z jego niskimi i szarymi budynkami), który istniał jeszcze, gdy byłem tam w 1974 roku, takie zwiedzanie jest zwyczajnie nudne.

Aby poznać Chiny trzeba podróżować po wsiach. Pojechać pod Wielki Mur, ale zobaczyć też, jak rolnicy pielęgnują stare śliwy. To olbrzymi kraj, prawie kontynent. I jest zróżnicowany jak cała Europa, w której mamy tak odmienne kulturowo państwa, jak Albanię, Polskę czy Francję. Ale rozumiem, że ktoś ma tylko tydzień urlopu i brakuje mu czasu na jeżdżenie do małych wiosek. Może jednak to, co zobaczy, spodoba mu się na tyle, żeby poprosić pracodawcę o dłuższy urlop?

Powolna podróż przygotowuje nas do poznania nowego miejsca? Latanie powoduje, że podróżuje się zbyt szybko: wsiadasz do samolotu w Warszawie i kilka godzin później jesteś w Pekinie. Kiedy przemieszczasz się wolno, widzisz, jak zmienia się nie tylko krajobraz, ale też kultura, ludzie, systemy polityczne. Takie powolne zmiany otaczającego świata są jak aklimatyzacja dla himalaistów – stopniowym przyzwyczajaniem się do warunków.

Poza tym jazda pociągiem to najbardziej socjalizujący sposób podróżowania – poznaje się wiele osób, można z nimi swobodnie porozmawiać, zjeść w wagonie restauracyjnym, tym samym próbując lokalnej kuchni. Jest też bardzo elastyczna – jeśli po drodze spodoba ci się jakieś mijane miejsce, możesz wysiąść na dowolnej stacji. To daje poczucie wolności. W pociągach nie kontrolują bagaży jak na lotniskach, nie trzeba stać aż w takich kolejkach: wystarczy kupić bilet i wsiąść. Znacznie łatwiej czytać w nich książki czy pracować na komputerze. W autobusie lub samolocie jest to trudniejsze. No i jest to również środek lokomocji bardziej ekologiczny niż samochody, autobusy czy samoloty.

W mojej ostatniej książce „Orient Express” opisałem swoją podróż koleją z Londynu aż do Samarkandy. W Europie system kolei jest bardzo rozbudowany, więc można udać się prawie w każdym kierunku. Jest wiele rodzajów wagonów: mniej lub bardziej luksusowe, sypialne – łatwo dobrać właściwy do swoich potrzeb i możliwości.

Czy czasem lata pan jeszcze samolotami? Tak. Nie mogę za każdym razem jechać pociągiem – to zajęłoby mi zbyt wiele czasu. Ale byłem już w Chinach kilka razy koleją: jechałem pociągiem z Oslo, przez Finlandię, Moskwę i Koleją Transsyberyjską. A kiedyś nawet pojechałem śladami Marca Pola: z Wenecji przez Turcję, Iran, Afganistan, Pakistan, Tybet i prowincje tzw. Mongolii Wewnętrznej.

Nowy Orient Express kursuje od początku lat 80. XX wieku. (Fot. iStock) Nowy Orient Express kursuje od początku lat 80. XX wieku. (Fot. iStock)

Obecnie fascynująca jest jazda z Wielkiej Brytanii pod kanałem La Manche – podróż z Londynu do Paryża zajmuje dwie i pół godziny. Generalnie uważam, że w Europie podróże koleją są lepsze niż samolotami. Szybkie (na przykład z Paryża aż do Wiednia pociąg jedzie z prędkością 300 km na godzinę, zatrzymując się w głównych miastach) i  nie aż tak drogie. Ale jeśli chce się zakosztować egzotyki, koniecznie trzeba pojeździć po Indiach.

Byłem. Ciekawa przygoda! Czy nadal wywieszają przy wejściach do wagonów listę imienną pasażerów? Tak! Można powiedzieć wiele złego o kolonializmie, ale Brytyjczycy zrobili sporo dobrego dla rozbudowy infrastruktury kolejowej w swoich koloniach. Zwłaszcza w Indiach mają silnie rozbudowaną sieć. I chyba najbardziej staromodną, dużo więcej pasażerów bywa na dachu pociągu niż w jego środku. Wagony są w kiepskim stanie, słabo utrzymywane, więc wypadki zdarzają się często. Jednak mnie nigdy się nie przydarzył, choć jeździłem tam dużo.

Już kilkadziesiąt lat jeździ pan głównie pociągami. Czy ta forma podróżowania jakoś pana zmieniła? W trasie generalnie dużo czytam o przeszłości każdego państwa, przez które jadę. Sądzę, że to jeżdżeniu koleją zawdzięczam lepsze poznanie powiązań między krajami, ich kulturami, wynikające często z przeszłości. To dzięki powolnemu podróżowaniu wciągnęła mnie historia Azji, zwłaszcza Chin. Dziś dostrzegam szerszą perspektywę, bo historia Chin musi być postrzegana przez wpływy Mongolii, Indii czy Japonii.

Lubi pan cytować amerykańskiego powieściopisarza Henry'ego Millera „Celem podróży nie jest określone miejsce, ale nowy sposób postrzegania rzeczy”. Co pan spostrzegł inaczej po dwóch miesiącach spędzonych w Orient Expressie? Mimo że we wszystkich krajach, przez które jedzie pociąg, byłem już wcześniej, w niektórych nawet kilka razy, to przed tą wyprawą musiałem je poznać na nowo. Przeczytałem wiele książek i dzięki tej nowo zdobytej wiedzy obejrzałem muzea, miejsca, zabytki, których wcześniej nie widziałem.

Peron dworca w Bucharze. Na zdjęciu: obiad dla pasażerów. (Fot. archiwum prywatne) Peron dworca w Bucharze. Na zdjęciu: obiad dla pasażerów. (Fot. archiwum prywatne)

Na przykład Bułgaria, która należy do biedniejszych państw Unii Europejskiej – ma tak bogate zabytki, bo była miejscem, w którym Wschód spotykał się z Zachodem. Podobnie rzecz się ma z Turkmenistanem, o którym wiele osób nawet nie słyszało. A to kiedyś było ważne miejsce na Szlaku Jedwabnym. Wszędzie pozostały zabytki, ruiny, dawne miasta, resztki murów obronnych.

Dzięki slow travel człowiek nie tylko zdobywa wiedzę o nowych kulturach, ale także zyskuje szacunek dla mieszkańców, którzy są przecież częścią historii danego kraju.

Czy zawsze podróżowanie było dla pana takie ważne? Tak, przez całe życie. Pochodzę z małej miejscowości w środkowej Norwegii, zaściankowej i mało otwartej na świat. Moi rodzice przenieśli się do okręgu Oslo, gdy miałem dziewięć lat. Wtedy trafiłem do zupełnie nowego świata... Zacząłem czytać książki o podróżach na Jawę, do Chin, Indii, Afryki. Zafascynowały mnie. Kiedy studiowałem historię w Oslo, zacząłem pracować w agencji informacyjnej, miałem więc okazję jeździć do Azji zawodowo. Później zawsze szukałem pracy, w której mogę łączyć przyjemne z pożytecznym. Teraz mam 72 lata, ale podróżowanie nadal sprawia mi tyle przyjemności, że pracuję dla biura podróży „Escape travel”. Zabieram pojedyncze osoby nad wielkie rzeki: Mekong, Ganges, Jangcy. To jest niezwykle interesujące, bo wszędzie tam, gdzie jest woda, powstały duże cywilizacje: Chiny, Indie, kultura Angkor... Moja matka niedawno zmarła w wieku 104 lat. Żartuję więc, że będę podróżował, aż osiągnę ten sam wiek.

Torbjørn Færøvik, norweski historyk i pisarz, przez wiele lat był zagranicznym korespondentem prasowym i telewizyjnym. Jest autorem 11 książek, po Polsku ostatnio ukazał się reportaż „Orient Express”.

'Orient Express. Świat z okien najsłynniejszego pociągu' Torbjørn Færøvik, wyd. Poznańskie "Orient Express. Świat z okien najsłynniejszego pociągu" Torbjørn Færøvik, wyd. Poznańskie

  1. Styl Życia

Namalowane nitką

Paulina haftuje już od trzech lat, i to praktycznie codziennie, ale twierdzi, że też miała swoje wzloty i upadki, a każde, nawet to nieudane dzieło czegoś ją nauczyło. (Fot. archiwum Pauliny Pleskot)
Paulina haftuje już od trzech lat, i to praktycznie codziennie, ale twierdzi, że też miała swoje wzloty i upadki, a każde, nawet to nieudane dzieło czegoś ją nauczyło. (Fot. archiwum Pauliny Pleskot)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wymagają czasu, cierpliwości i skupienia. Te bardziej profesjonalne – także wprawy i artystycznego zacięcia. Ale najpiękniejsze hafty powstają z zamiłowania do rękodzieła i szacunku do jego historii. Dowodem na to są prace Pauliny Pleskot.

Odkąd pamięta, była związana z rękodziełem. – Próbowałam swoich sił w wielu dziedzinach: rysunku, malarstwie, robieniu na drutach czy szydełkowaniu. Każdą z nich lubiłam, ale nie czułam, by to było „to” – opowiada Paulina. – Któregoś dnia, przeglądając Instagrama, natrafiłam na zdjęcia haftowanych prac dziewczyn z zagranicy. Pomyślałam sobie: „O! Ciekawe, czy dałabym radę coś takiego zrobić?”. Od razu zamówiła potrzebne materiały w pasmanterii, trochę na czuja, bo w tamtym czasie nie było w Polsce wielu osób zajmujących się tym tematem. Spróbowała i przepadła. Haft stał się jej pasją, a wkrótce również pomysłem na biznes. – Haftowałam różne motywy, jednak od początku najbardziej ukochałam sobie haft cieniowany. Bardzo przypomina malarstwo, a igłą z nitką maluje się obraz zupełnie jak pędzlem z farbą – mówi. Jej celem jest zawsze jak najdokładniejsze odwzorowanie rzeczywistości, z pracy na pracę chce być w tym coraz lepsza. Może dlatego pracuje głównie na większych tamborkach – wtedy jest więcej szczegółów, na których można się skupić i które można dopracować. Haftuje już od trzech lat, i to praktycznie codziennie, ale twierdzi, że też miała swoje wzloty i upadki, a każde, nawet to nieudane dzieło czegoś ją nauczyło. Z wykształcenia jest nauczycielką plastyki, jednak nie przepracowała w zawodzie jednego dnia. Obecnie haftowanie i jego uczenie (warsztaty, które prowadzi, z powodu pandemii zostały chwilowo zawieszone) to jej jedyne źródło utrzymania.

Prace Pauliny można kupić w jej sklepiku na Etsy. Ceny (w zależności od rozmiaru) wahają się od 140 do 1500 zł. (Fot. archiwum prywatne) Prace Pauliny można kupić w jej sklepiku na Etsy. Ceny (w zależności od rozmiaru) wahają się od 140 do 1500 zł. (Fot. archiwum prywatne)

Magia tamborka

– By zacząć haftować, nie potrzeba wiele – uspokaja. Poza chęciami. – Nie trzeba też posiadać żadnych szczególnych umiejętności, jednak na pewno przydają się podstawowe zagadnienia z dziedziny rysunku, malarstwa czy kompozycji. Wtedy łatwiej tworzy się własne wzory i samodzielnie dobiera kolory. Ale jest to oczywiście coś, co każdy z nas może wyćwiczyć. Na start wystarczą: pojedynczy drewniany tamborek dobrej jakości, kawałek bawełnianego materiału (idealnie nada się stare prześcieradło), igła, może być zwykła do szycia, a także mulina albo nici. Tyle! Gotowe zestawy do nauki haftu można kupić w jej sklepie – mereshkashop.pl . Zawierają wszystkie niezbędne materiały, których sama używa i które są potrzebne do wykonania pierwszego haftowanego dzieła. Do zestawu dołączona jest dokładna instrukcja krok po kroku, która przeprowadza przez każdy z etapów.

Inspiruje ją natura, głównie zwierzęta. – Uwielbiam haftować ptaki ze względu na ich piękne, różnokolorowe upierzenie – opowiada. – Najtrudniejsze są dla mnie kompozycje kwiatowe, szczególnie nowoczesne, bardziej trójwymiarowe. Zupełnie nie czuję tego tematu i już dawno postanowiłam, że zostanę przy tym, co sprawia mi najwięcej radości i daje najwięcej satysfakcji, czyli właśnie różnego rodzaju fauna. Zdarzało jej się haftować metryczki i pamiątki chrztu na zamówienie, ale – jak zapowiada – w tym roku chciałaby skupić się na haftach zwierzęcych. – Jeśli znajdą się chętni, z przyjemnością wyhaftuję czyjegoś pupila – dodaje. Jej zdaniem obecna moda na haft była czymś nieuniknionym. – Coraz więcej młodych ludzi sięga po rękodzieło. Chcą się wyróżniać, stworzyć coś niepowtarzalnego, ale też być bliżej natury, bardziej eko. Triumfy święciły robienie na drutach i szydełkowanie, potem tkanie makatek. Musiał więc przyjść czas i na haft. Ludzie dziwią się, że haft to nie tylko krzyżyki i że za pomocą zwykłego kawałka nitki i igły można wyhaftować właściwie wszystko, oprawić w zgrabny tamborek i powiesić na ścianie – komentuje.

Zestaw startowy do nauki haftu „Zimowy motyl” (na zdjęciu głównym) 70 zł; instrukcja w wersji PDF – 30 zł. Zestaw startowy do nauki haftu „Zimowy motyl” (na zdjęciu głównym) 70 zł; instrukcja w wersji PDF – 30 zł.

Historia we krwi

Haftowanie jest retro, i to jego kolejna zaleta. Paulina przyznaje, że sama też jest bardzo retro. Już jako dziewczynka była starą duszą w młodym ciele. Jednak dopiero niedawno nauczyła się, że nie ma w tym nic złego, a jej miłość do przeszłości może się wyrażać też poprzez strój. – Większość pewnie nazwałaby go babcinym. Dla mnie ma swój urok, a do tego jest wygodny. Na zdjęciach na moim Instagramie (@mereshka_shop) także widać tę tęsknotę za starymi czasami – dodaje. Paulina interesuje się też historią hafciarstwa. – Historia ogólnie jest fascynująca, jeśli tylko odejdzie się od militariów, klepania dat i nauki o bitwach, wielkich przegranych i utalentowanych dowódcach – mówi. – Czyli od narracji prowadzonej głównie przez mężczyzn (język angielski to świetnie oddaje: his story – „jego historia”). Może dlatego tak bardzo urzekł mnie haft – bo to było typowo kobiece zajęcie, zamknięty świat, do którego mężczyźni nie mieli wstępu, swoista her story. Doskonale oddaje to historia najpopularniejszych nożyczek do haftu, czyli tak zwanych bocianek. Jak pisze Paulina na blogu, od dawien dawna bociany były kojarzone z narodzinami dzieci. Mało kto wie jednak, że bocianki swoje początki mają w torbach XIX-wiecznych europejskich położnych. Nie były wtedy nożyczkami, lecz zaciskiem służącym do tamowania przepływu krwi w pępowinie nowo narodzonego dziecka. A że porody czasami trwają naprawdę długo, bywało, że położne musiały czekać długie godziny na rozwój akcji porodowej. Trzeba było ten czas czymś wypełnić, trzymały więc w swoich torbach małą robótkę do szycia lub haftowania, by zawsze mieć ją pod ręką. Z biegiem czasu bociankowe zaciski zaczęły zmieniać swój kształt i funkcję, aż w końcu przeobraziły się w nożyczki do haftu, które znamy dzisiaj. Można je kupić między innymi na stronie Pauliny. 

  1. Styl Życia

"Śpiewam, bo lubię". Katarzyna Miller zaczyna nową przygodę

Mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Miniony rok? Nie był wcale taki zły, choć nie obyło się też bez trudnych rozliczeń z samą sobą. A kiedy już przyszedł spokój i pogodzenie, Katarzyna Miller ruszyła jak burza. Czego dowodem jest płyta „Choćby tylko na chwilę”, na której śpiewa – tak, tak – swoje własne piosenki. O tym, co psycholożce (w pewnym wieku) wypada, a co nie, rozmawia z Joanną Olekszyk.

Jak się czujesz, Kasiu?
A różnie, bo są różne części mojego czucia się. Jedna jest bardzo miła i związana z tym, że niedługo ukazuje się moja płyta. Druga, też miła, bierze się z tego, że jestem z siebie dumna, bo trzymam dietę. Trzecia jest smutna, bo mi się ta dieta trochę nudzi i na razie mam tak zwane plateau i już nie spadam z wagi. Ale czwarta jest taka, że wiem, że się nie poddam!

No to masz niezły bukiet uczuć, jak to piszemy w książce „Poznaj siebie. Karty emocji”! Podekscytowanie, znużenie, duma, zadowolenie...
Zgadza się, a do tego jeszcze dobrze czuję się u siebie w domu. Lubię być w moim mieszkaniu, podoba mi się, jak jest urządzone i jakie jest. Czyli kolorowe i naćkane, jak to u mnie.

A jaki był dla ciebie miniony rok? Jak się czułaś?
Nie był wcale zły. Zdaję sobie sprawę, że niektórym ludziom jest strasznie trudno i bardzo im z tego powodu współczuję, zwłaszcza tym, którzy stracili pracę albo którym padły firmy. Ja jednak patrzę na to, co było dobre. Na przykład poznałam moją firmę muzyczną – Life Art Group i chłopaków, z którymi zrobiłam płytę. Kolejne moje książki powychodziły, inne się powoli nakręcają. Ta pandemia mi się przydała. To, że przestałam wyjeżdżać na różne warsztaty na terenie całej Polski, początkowo mnie zmartwiło, a zaraz potem ucieszyło, bo byłam zmęczona i przepracowana, choć to bardzo lubię. Poczułam nawet ulgę, że przez jakiś czas nikt się do mnie nie odzywał zawodowo, bo wszyscy byli  skupieni na kwarantannie. Przeczytałam wtedy tyle kryminałów jak nigdy, a kryminały lubię, tylko do tej pory miałam na nie za mało czasu.

Ja wyznaję zasadę, że zawsze znajdzie się czas na kryminał. Choćby cztery stroniczki dziennie.
Dla mnie kryminał to lektura na wolny czas – urlop, wakacje. No, a teraz sobie wreszcie do woli poleżałam. Leżenie i czytanie, choć muszę dodać, że jednak przeważnie nie kryminały czytam, to jest w ogóle sytuacja, do której dążę w życiu. Czyli: wszystko pozałatwiać, by się położyć i czytać. Potem jednak dotarło do mnie, że jest pusto na ulicach, nie ma moich ukochanych knajp i ukochanego kina. No i nie ma spotkań, eventów, promocji książek czy płyt. Ja jestem mocno imprezowa. Lubię być zapraszana jako uczestnik i jako widz.

Potwierdzam!
Jestem i introwertyczna, i ekstrawertyczna. Pół na pół, na zmianę. Gdy posiedziałam w domu, to zapragnęłam wyjść. A że nie było dokąd, zrobiło mi się smutno. I ponieważ, poza fajnymi wyjątkami, byłam głównie ze sobą, zaczęłam się w siebie zagłębiać. Weszłam na poziom dość poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie.

Z czego się rozliczałaś?
Z siebie samej, ze wszystkiego, co wydarzyło się w moim życiu. Przeszłam proces, który jest bardzo potrzebny do zmiany wewnętrznego nastawienia i zmiany życia, czyli: najpierw musisz zaakceptować to, że czegoś nie możesz, a dopiero potem już możesz. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale postanowiłam sobie rzecz cudowną: że nie będę mieć do siebie o nic pretensji. Bo nie robię nic złego. I tego też uczę ludzi. Po prostu wybaczyłam sobie, to niesamowicie ważne.

I kiedy tak sobie poprzeżywałam, to potem poszłam jak burza. Dostałam energii, wróciła pogoda ducha, wszystko się zaczęło samo układać. Co jest dowodem na to, że to był dobry rachunek sumienia, i uczciwy. Niektórym trudno uwierzyć, że trzeba zaakceptować siebie, jak mówię, bez celofanu i kokardki, czyli taką, co to nie potrafię, nie wychodzi mi, źle się z czymś czuję czy źle myślę. Taką siebie trzeba przyjąć, w dodatku z czułością. Po tym wszystkim zrobiłam rzeczy, których wcześniej nie potrafiłam. I zrobiłam to w sposób konsekwentny. Wiem, że nie odpuszczę.

Doświadczyłaś momentów przełomowych...
W dodatku tak się cudnie poskładało – dla niektórych to śmieszne, a niektórym bliskie – że one zbiegły się z przesileniem dnia z nocą, z końcem kalendarza Majów, z rozpoczęciem ery Wodnika... Cieszę się, że weszliśmy w erę Wodnika, a pożegnaliśmy erę Ryb. Ryby jako znak zodiaku są łatwo uzależniające się, Wodnik zaś – towarzyski, wesoły, lotny, twórczy. W zodiaku chińskim był to rok Szczura, który też jest trudnym znakiem, ale weszliśmy teraz w rok Bawoła – bardziej pozytywnego, mocniejszego i pewniejszego od poprzednika. Era Wodnika jest wspaniała, cały świat wiąże z nią wielkie nadzieje. Ci, którzy się zajmują astrologią, bardzo się na te zmiany cieszą; ja astrologią się nie zajmuję, ale lubię ją i szanuję, jest dla mnie dobrą metaforą wielu spraw. I też mam nadzieję, że w tej nowej erze zmądrzejemy, staniemy się bardziej twórczy i społecznie uświadomieni. Chciałabym, by okazało się, że pandemia dała nam szansę na przemyślenia.

Niektórzy mówią, że to był najwspanialszy rok w ich życiu...
Ja nie powiem, że był najwspanialszy, bo właściwie nie wiem, który był najwspanialszy. Zawsze jestem zdania, że najcudowniejszy moment to ten, w którym jestem teraz. Nawet jeśli mi jest smutno.

A utożsamiasz się ze swoim znakiem zodiaku? Jesteś, zdaje się, Wagą...
Owszem, podoba mi się jej opis. Wagi są bezstronne, widzą zawsze oba końce tego samego problemu, dlatego spokojnie mogę pracować z parami, bo zawsze jestem po obu stronach. Ale czasami mi to „wyważenie” przeszkadza, bo z jednej strony – racja, ale z drugiej strony... (śmiech) Dużo bardziej mnie to męczy przy małych decyzjach niż przy dużych. Już wstać czy jeszcze poleżeć? I to nęci, i to kusi. Lubię to, że jestem Wagą. W całym naszym zachodnim zodiaku jest pierwszym znakiem, który zwraca się ku społeczności, a nie ku sobie – dla mnie to było zawsze szalenie ważne, by tworzyć wspólnoty. Ale co mnie naszło na te ezoteryzmy w naszej rozmowie, to nie wiem...

Wszystko przez erę Wodnika, tak sądzę.  Idźmy dalej tym tropem – kim jesteś w chińskim horoskopie?
Dzikiem. Bardzo łagodny, o dziwo, znak. Ja jestem dość mocna i potrafię się złościć, a świnia jest bardzo ciepła. No, ale ciepła też umiem być, lubię i bywam. Świnia w wielu aspektach jest podobna do Wagi. Waga jest dyplomatyczna, artystyczna. W numerologii jestem Trójką, a to totalny artysta. I lubi tworzyć dobrą atmosferę.

Z tą ezoteryką nie jesteś osamotniona, w tym roku nastąpił prawdziwy rozkwit zainteresowania astrologią.
I bardzo słusznie. Skoro przeszedł przez świat jeden wielki marsz czegoś dziwnego – bo pandemii nie uważam za rzecz straszną, są gorsze problemy i choroby – to chcemy to jakoś zrozumieć, wyjaśnić sobie i odnaleźć się w tym. Każda podpowiedź jest dobra – również ta prosto od gwiazd. A może gwiazdy są mądrzejsze od nas, ludzi?

W ubiegłym roku miałam kilka razy takie poczucie, że oto na naszych oczach dzieje się historia i że to doświadczenie jednoczące wszystkich.
Wojny też były wspólnymi doświadczeniami, i dżumy także. Widzę to jako przypomnienie: „zdajcie sobie sprawę, że jesteście równi, niezależnie od stanu majątkowego, pozycji społecznej i urody”. Bo każdego może capnąć. Choć podobno jednak nie każdego. Słyszałam, że ludzi z grupą krwi 0 RH- koronawirus bierze mniej, a ja taką mam.

A jak radziłaś sobie w tym roku z tym, że nie do końca od ciebie zależało, co ci się uda zrobić, a co nie? Wakacje, plany zawodowe – wszystko było odwoływane.
Jednych rzeczy nie zrobiłam, ale w ich miejsce zrobiłam coś innego. To dla mnie było od początku jasne, że kiedy jedno wypada, to robi się miejsce na coś innego. Jest tylko to, co jest. Marzenie jest marzeniem, jest planem, który wyjdzie albo nie. Oczywiście trzeba je mieć – i marzenia, i plany – bo człowiek lubi eksplorować siebie „na przyszłość”, ale tej przyszłości nie ma, więc my nie wiemy, która z tych rzeczy, co je chcemy, może się spełnić. I tak część się spełnia. A część nas zaskakuje. Jeśli będziemy nastawieni na sztywno, to nie przyjmiemy tych fajnych niespodzianek. Wróżki, tasując karty, mówią często taki tekst: „co cię spotka, co ci serce zaspokoi”. A może cię zaspokoi coś, czego się nie spodziewasz?

To jak było z płytą „Choćby tylko na chwilę”? Jej nagranie było twoim marzeniem?
Te piosenki, tak jak i wiersze zresztą, właściwie same do mnie przyszły. Napadły na mnie. Bez żadnej mojej prośby czy świadomej intencji. Ja jestem natchnieniowiec – coś mi się układa w głowie, gada do mnie, a kiedy mi się spodoba, to zapisuję. Czasami niestety gada w nocy i jeśli nie zdążę zapisać, to rano najczęściej już nie pamiętam. Pierwsza piosenka, która na mnie napadła, jest zresztą pierwszą na płycie, nazywa się „Spokój”. To było już dość dawno temu i w dodatku nie miało nic wspólnego z moim życiem. Po prostu pojawiła mi się taka opowieść o ludziach, którzy żyją ze sobą i właściwie nic innego sobie nie dają, poza poczuciem bezpieczeństwa. Są razem, a nie sami. „Nie ma klęsk, nie ma wzlotów, nie ma rozstań, powrotów, nie ma nic, tylko spokój”.

Pięknie…
„Nasze dni już bez zdarzeń, nasze oczy bez łez, nasze sny już bez marzeń, nasze ciała – bez serc”. Kiedy się słyszy te słowa, to ten spokój nie jest już taki beztroski, prawda?

Ale śpiewasz to takim błogim i przyjemnym głosem...
Bo w tym głosie jest łagodna akceptacja tego, że czasem tak żyjemy. Bardzo wielu ludzi tak żyje. I to wcale nie jest najgorsza wersja. Spokój to jest bardzo dużo. Wiele osób prosi mnie o „Dojrzałą miłość”, sama też lubię tę piosenkę. Z kolei „Pamięć” jest dla mnie ważna dlatego, że moje dwie przyjaciółki w odstępie paru miesięcy straciły ukochanych mężów – a nie każdy, kto ma męża, może powiedzieć, że jest on „ukochany” – i były w takiej żałobie po nich, że byłam w tym z nimi. To jest piosenka, która bardzo mnie obchodzi. „Otwieram książkę, twoją ostatnią i spać nie idę, by nie spać samotnie”. Wzrusza mnie to. Ale piszę też o tym, że czasem faceci sobie myślą, że pieniądze to wszystko. A to nieprawda. W „A mogło być coś z tej miłości” śpiewam razem z Maćkiem Szulcem. Tekst jest przewrotny, a puenta pozytywna.

Ostatnio weszłam na poziom poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale potem postanowiłam sobie, że nie będę mieć do siebie o nic pretensji - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński) Ostatnio weszłam na poziom poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale potem postanowiłam sobie, że nie będę mieć do siebie o nic pretensji - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)

Te piosenki przychodzą do ciebie od razu z melodią?
Niektóre tak. Na przykład „Idę w ciebie jak w tango” to jest mój dar od Bozi, w ogóle wszystkie są darami od Bozi, książki zresztą też. Stałam wtedy pod prysznicem i nagle, ku swojemu zaskoczeniu, zaśpiewałam: „Idę w ciebie jak w tango” w rytmie tanga właśnie. „O kurde! Ale fajne” – pomyślałam.  I zaraz poszło dalej: „Idę w ciebie jak w dym, moja ręka w twojej, ja i ty to rym”. Jak to cudnie iść tak w kogoś, prawda?! Później oczywiście musiałam trochę popracować nad tekstem, pomogła mi w tym Bela Olejnik. A potem zaśpiewała na promocji mojej pierwszej książki „Chcę być kochana tak jak chcę”. W ogóle paru fajnych aktorów i aktorek śpiewało wtedy moje piosenki. Pierwszy raz zaryzykowałam, że zaprezentuję je ludziom. A później one się już układały masowo. Siedziałam na przykład na koncercie w „Jazzowni”, cudownym klubie, którego już nie ma, a który mieścił się na Rynku Starego Miasta i w którym też sama występowałam; słuchałam sobie muzyki i w trakcie „napisał” mi się „Babski blues”. Coś zagrało, coś mi w duszy zaśpiewało, i ciach. Calutki tekst poszedł na serwetkę. Mówię, że to są nagrody, dary od mojej Pani Bozi, bo to jest dla mnie najlepsza wersja tego, co nad nami jest – czy to jest Nadświadomość, czy to jest Absolut, czy energia boska.

Pani Bozia?
Moja Pani Bozia. Moja osobista! Bardzo ją kocham i bardzo ją szanuję. Jest piękna, eteryczna, a jednocześnie bardzo prawdziwa.

Pewnie do tego ruda...
A nie mam pojęcia! Nie wznoszę wzroku tak wysoko! Pokornie się do niej modlę i nieustannie jej dziękuję, a i czasem proszę o pomoc, kiedy trzeba. Ostatnio proszę też moją mamę, i przyszła do mnie we śnie, tak bardzo ciepło. To jeden z ważnych przełomów w moim życiu, który nastąpił właśnie w ubiegłym roku. Mama  przyszła do mnie wtedy, kiedy zrobiłam coś bardzo ważnego, w dodatku przyszła razem z moją przyszywaną ciocią Zosią, czyli swoją przyjaciółką, którą bardzo kochałam. Siedziały sobie ze mną i były dla mnie bardzo dobre. To ważny sen. Wracając do mojej Pani Bozi, jest kochana i spełnia moje marzenia, choć czasami trzeba na nie poczekać. A piosenki same się piszą i, mam nadzieję, same mnie wybierają. Miałam okres, kiedy pisałam tzw. psychokicze. Dawałam też wtedy występy, które nazywałam „Psychokicz i liryka”.

Jakiś fragment?
„Marzę, by ciebie pomścić i zabić potrafię, uderzę wiele razy, grzech nie ma znaczenia, niechaj się spełnią drogi mego przeznaczenia”. Czyż to nie piękne? No taki kicz, że hej! „Czerwona suknia” na nowej płycie pochodzi właśnie ze zbiorów moich „psychokiczów”. To od nich się wszystko zaczęło – kiedy już się ośmieliłam śpiewać „psychokicze”, to słyszałam od ludzi: „Jakie to fajne!”. I chcieli więcej. Kilka razy śpiewałam w Kazimierzu Dolnym i na Kazimierzu w Krakowie, ale też w „Saloniku poetów” w Gdańsku czy w „Nowym Świecie” i „Pożarze w burdelu” w Warszawie. I w paru prywatnych klubach. Największa publiczność „naraz” była na promocji mojej książki – 350 osób u Porazińskich. Wszystko wtedy było pierwsze – pierwsza książka, pierwsze piosenki. Mnóstwo emocji!

Nie stresowałaś się?
Ależ oczywiście, że się stresowałam! A jednocześnie byłam tak podekscytowana. Misiu, przecież jako psychoterapeutka występuję od lat...

Co innego robić taki psychologiczny stand up, a co innego śpiewać!
Jestem psychoterapeutką, która pracuje nad sobą. A praca nad sobą dotyczy wszystkiego: głosu i emisji też. Chodzi o to, żeby mnie słyszano i słuchano, żeby moje ciało było swobodne, nawet jeśli jest grube i się niektórym nie podoba. Jako psychoterapeutka po przejściach mogę dużo: mogę się jednocześnie stresować i cieszyć.

Dziś nikogo już nie dziwi, że psycholog czy coach wychodzi na scenę i bawi publiczność do łez. Ty, jakieś 30 lat temu, byłaś tego prekursorką.
Dziękuję. Zawsze mówię i na poważnie, i na śmiesznie...

A teraz do tego jeszcze śpiewasz! Śpiewająca psycholożka – tego jeszcze nie było!
No to już jest. A w dodatku śpiewająca psycholożka w tym wieku (śmiech).

W Wikipedii podają, że jestem rocznik '62. I proszę bardzo, nie będę tego prostować. Choć nie jest to prawda. Czasami się przyznaję, choć nie zawsze mi się chce.

Ale chce ci się śpiewać. To pewne. Czy tą płytą rozpoczynasz karierę muzyczną?
Nie mam pojęcia, co nią rozpoczynam! Choć nie, jedno wiem, rozpoczynam nową przygodę. Moja praca też jest wielką przygodą. I nieustającą. To, że mnie dużo ludzi czyta, że na ulicy padają mi w ramiona i dziękują, że im życie uratowałam – jest wprost rozkoszne. Dziękuję mojej Pani Bozi, że mam taką robotę. I naprawdę czuję, że po to żyję. Wiem, że mam pomagać. Ludziom, którzy się gubią. Pierwszy raz to poczułam, kiedy zaczęłam pracować z alkoholikami. I zawsze o ludziach myślę nie, że są nie tacy jak trzeba i ja mam ich naprawić, tylko że jeszcze sami siebie nie odnaleźli. Wracając do płyty, chciałabym, by te piosenki po prostu się ludziom spodobały. Kiedy pierwszy raz dałam do przeczytania swoje wiersze mojej grupie terapeutycznej, to zaraz dziewczyny zaczęły je przepisywać, bo to „było o nich”. Jak ja się ucieszyłam! Raz przyszła do mnie studentka na gender studies, na których miałam wykłady, i przyprowadziła koleżankę. Usłyszałam, że mój tomik uratował ją od samobójstwa. „Pani mnie wtedy tak podtrzymała, tak ucieszyła, że warto żyć” – powiedziała. Wyobrażasz sobie, co ta dziewczyna mi dała za prezent?!

To o czym ty tam pisałaś?
Pisałam po prostu całą prawdę, dobre i smutne rzeczy też. Pierwszy wiersz był o tym, że można mi wszystko zrobić, również można mnie zabić, ale jestem.

„Byłam, bo chciałam” – śpiewasz na nowej płycie.
W ostatniej piosence. Cała płyta się kończy tymi słowami: „Byłam, bo chciałam”. Ale czasami nie chciałam być, więc rozumiem, że ludzie też czasem nie chcą. Można rozmawiać ze mną i o śmierci, i o samobójstwie, i o żałobie. Ja to wszystko znam...

Czyli mówisz, że wydajesz tę płytę nie tylko dla swojej przyjemności...
Przede wszystkim dla swojej przyjemności! Ale dla cudzej, mam nadzieję, też. Niektórzy mówią, że na nią czekają. Wiem, że będą również tacy, co powiedzą: „A czegóż to się jej zachciewa na stare lata?!”. I mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza, póty próbowania. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać. Ile mamy na to dowodów! Znam DJ Wikę, boską dziewczynę, znam Mazurównę – laska, że paść można. I Irenkę Santor – niech nam króluje po wsze czasy! Jest Ula Dudziak, Barbara Krafftówna. Danuta Szaflarska – niestety niedawno nas opuściła, ale co to była za kobieta! Grała do ostatniej chwili, błyszcząc intelektem. Długo by wyliczać!

Mnie mniej interesują ci, którym twoja płyta się nie spodoba, bardziej ci, którzy dzięki niej przestaną myśleć, że w pewnym wieku nie wypada. Zwłaszcza jeśli jest się psycholożką, urzędniczką, prawniczką, nauczycielką...
A jakie nauczycielki dzieci lubią najbardziej? Te, którym wypada! Niektóre kobiety po sześćdziesiątce mówią mi, że one nie pójdą na kurs, bo się wstydzą, że czegoś nie potrafią. Ale w takim razie ja bym nigdy nie wzięła się do pisania do gazet. Kiedy mi to kiedyś zaproponowano, dostałam ostrego pietra, bo przecież  NIGDY TEGO NIE ROBIŁAM. Ale na szczęście pewien przyjaciel spytał mnie: „Kasia, czytasz gazety?”. „Czytam”.  „Masz poczucie, że czasem ludzie bełkot piszą?”. „Mam”. „I się nie wstydzą”. Wiesz, że mnie tym przekonał?

Co jest wyznacznikiem tego, że trzeba za czymś iść? Że sprawia przyjemność? Że jest komuś potrzebne?
Że to cię rozwija. Śpiewałam jako dziecko i dużo tańczyłam, bo to kochałam. Tata raz mi powiedział, że fałszuję, więc się zawstydziłam i śpiewałam tylko na ogniskach i koloniach. I sama sobie. Ale śpiewanie było zawsze moim marzeniem. Kiedy mnie pytano, jaki dar chciałabym mieć, to odpowiadałam: piękny głos. Taki, który by się niósł po wielkiej sali koncertowej. Jak Barbra Streisand. Choć podobają mi się też niskie, czarne głosy, jakie miały Aretha Franklin czy Billie Holiday. A teraz LP. No ale zdawałam sobie sprawę, że nie mam takiego. Choć czasem ktoś powie, że ładny. No i nut nie znam. Muzycy mi zapisują to, co wyśpiewam. Mówisz, że się ośmielam. Z moimi przyjaciółkami piosenkarkami chodzimy po knajpach i czasem im mówię: „Mam nową piosenkę” – i śpiewam ją na głos. Wtedy mili ludzie wokół biją brawo, i to jest przeurocze. A one mi wtedy mówią: „My byśmy tak nigdy nie zaśpiewały”. „No bo wy jesteście profesjonalistki, a kim jestem ja? Wesołą amatorką, to i się ośmielam”.

Myślisz sobie: „A co ja mam do stracenia!”?
No pewnie. Przecież na tym nie zarabiam, bo zarabiam gdzie indziej.

A czemu właśnie teraz?
Ostatnio tak sobie pomyślałam: „Tyle lat ciężko pracuję i jestem zmęczona. Od czasu do czasu dam jakiś występ, ale do tego trzeba się też przygotować, no i ktoś musi mnie zaprosić, bo żebym sama coś zaproponowała, to nawet nie mam głowy i przestrzeni”. Więc mówię do przyjaciół: „A może to już sobie odpuszczę?”. A oni na to: „Czyś ty zwariowała? Przecież kiedy o tym mówisz, to masz gwiazdy w oczach. Ty masz to robić, i koniec”. Albo pytają: „A czemu ty płyty nie masz?”. „A co to ja za piosenkarka jestem, żeby płytę mieć?”. „Ale masz przyjemny głos i przede wszystkim twoje piosenki są o czymś”. I pomyślałam sobie: „Kurde, mają rację”. Powiem ci tak: śpiewam, bo lubię. A kiedy mnie jeszcze o to proszą, to jestem tak ucieszona, że nie czekam na dodatkową zachętę.

Co chciałabyś powiedzieć ludziom tą płytą?
Że warto kochać. Życie, siebie, ludzi. Oczywiście nie da się kochać bez przerwy, nie jestem naiwną nastolatką i nie wierzę w romantyczną miłość, o co dziewczyny mają do mnie czasem pretensje, ale wierzę w miłość jako pozytywną postawę wobec życia. Kiedy kochasz, zdajesz sobie sprawę, że są rzeczy straszne i smutne, że na niektóre nie mamy wpływu i musimy się z tym pogodzić, ale też na wiele spraw – mamy. A już na pewno mamy wpływ na to, jak traktujemy siebie i innych. I na to, czy sobie pozwolimy się śmiać, tańczyć, malować, pisać wiersze, dziergać, lubić niektórych szczególnie i cieszyć się... Proszę sobie wstawić w to wykropkowane, co komu potrzeba.

Płyta "Choćby tak na chwilę", wyd. MTJ, muzyka: Maciej Szulc, Wojciech Stec, słowa: Katarzyna Miller.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).