1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Życie w cieniu góry – historie żon polskich himalaistów

Życie w cieniu góry – historie żon polskich himalaistów

Izabela i Artur Hajzer; całus podczas trekkingu w dolinie Khumbu, Nepal, rok 2009. (Fot. archiwum prywatne)
Rozmawiając z żonami himalaistów, zastanawiałam się, jak dużo jesteśmy w stanie poświęcić w naszych związkach, żeby partner mógł realizować swoją pasję, nawet najbardziej ekstremalną. Gdzie leży granica między jego samorealizacją a jej tolerancją? W imię czego żony i partnerki himalaistów, najczęściej anonimowe, żyją w cieniu wielkiej góry? – pisze Katarzyna Zdanowicz w swojej książce „Zawsze mówi, że wróci”.

Kiedy oni wspinają się na szczyt, one piorą, gotują, prasują, zawożą dzieci do szkoły i na zajęcia. Kiedy oni dotykają głową dachu nieba, one głaszczą ich wspólne córki i synów przed zaśnięciem i zapewniają, że wszystko będzie dobrze, tata wróci, przecież zawsze wraca. Kiedy oni, już po szczęśliwym powrocie na dół, brylują w mediach, rozdają autografy, przebijają się przez tłumy wielbicieli na spotkaniach „z wielkimi polskimi himalaistami”, one z duszą na ramieniu czekają, kiedy znowu usłyszą: „Wyjeżdżam na kolejną wyprawę” – to fragment wstępu. Dalej autorka oddaje głos kobietom, które są „niewidzialnymi” bohaterkami.

Izabela Hajzer

Pochodzi z Katowic, rocznik 1967. Oczko w głowie ojca, który bardzo pragnął, by została architektem. Wybrała jednak geografię. Jej mąż Artur był jednym z bardziej znanych polskich himalaistów. Górskim celebrytą i skutecznym biznesmenem. Ich małżeństwo otoczenie postrzegało jako oazę szczęścia.

Artur mnie oszukał. Widzę zdziwienie w pani oczach… Proszę mnie dobrze zrozumieć. Wyszłam za mąż za byłego himalaistę. Nie sądziłam, że wróci do wspinania. Pyta mnie pani, czy mnie na to przygotował. Teraz widzę, że podświadomie robił to przez lata. Przez naszą firmę co rusz przewijali się czynni wspinacze. Nieraz słyszałam: „Artur, nie wygłupiaj się, jedź z nami”. On się śmiał z takich sugestii, a ja, głupia, też. W końcu pękł i nie było mi już do śmiechu. (…)

Po upadku Alpinusa zajmowaliśmy się naszym nowym dzieckiem – marką HiMountain. Wyniki finansowe były niezłe, więc Artur zaczął się nudzić. Taki miał charakter – dopiął swego i szukał kolejnych wyzwań. A to oznaczało, że rzuca wszystko i oddaje się nowej pasji.

Po latach, kiedy przeczytałam książkę „Artur Hajzer, droga Słonia” Bartka Dobrocha, zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę mój mąż nigdy nie opuścił gór. Uświadomił mi to Piotr Pustelnik. W rozmowie z Bartkiem stwierdził, że „Artur był ciągle na bieżąco ze sprawami górskimi”. Może nie chodził w góry, ale jego tęsknotę za nimi było widać na każdym kroku. To nie był zwykły biznesmen. (…)

Pamiętam z jego wyprawy fantastyczny film, który nakręcił: „Czekając na Rosę”. Rosa to pluszowy łoś, maskotka podarowana Arturowi przez Kubę, kiedy Kuba miał pięć lat. Na jakimś wyjeździe narciarskim kupiliśmy mu pluszowe łosie: Rosę i chłopaka dla niej, łosia Detlefa. Jak to często bywa u małych dzieci, Kuba zaczął zbierać małe łosie i nadawać im imiona. Kiedy Artur wyjeżdżał na wyprawę, dostał całą gromadę łosi, w tym Rosę. Łosie jeździły z nim na wyprawy przez kilka lat. Teraz Rosa jest z nim pochowana. (…)

Wyprawa na Gaszerbrum I miała być w lipcu, nasz urlop w sierpniu. (…) Odprowadziłam go na lotnisko w Katowicach. Pożegnaliśmy się. Nie wiem dlaczego, ale zaczęłam płakać. Łzy cisnęły się same. Do samego końca nie mogłam się pogodzić, że wyjeżdża. (…)

Najtrudniejsze były pierwsze dni po śmierci. Nie byłam gotowa, by stawić czoło organizacyjnym wyzwaniom. Przede mną jeszcze pożegnanie z mężem. Jego ciało opuszczono do szczeliny lodowcowej. Zdecydowałam tak po konsultacjach z mamą Artura. Powiedziała, że katowickie robaki nie będą go jadły. Został w miejscu, które kochał. W górach. Poza tym transport ciała wiązał się z ogromnym ryzykiem. Teren był trudny. Pogrzeb odbył się 17 lipca. Pochowali go w szczelinie na stokach Gaszerbrum, niedaleko obozu II, gdzie odnaleziono zwłoki.

Elżbieta Pawlikowska

Od dzieciństwa mieszka w Zakopanem, w rodzinnym domu, w tym samym, w którym się wychowała. Ten dom jest żywą pamiątką rodziny. Obaj synowie, dwudziestotrzyletni Przemek i starszy o dwa lata Wawrzyniec wyszli już z domu, choć często do niego wracają.

Elżbieta Pawlikowska na Słowacji, Łomnicka Przełęcz, 2018r. (Fot. archiwum prywatne)

Do takiego życia nie można się przyzwyczaić. Bezustannie są myśli i obawa, czy wróci cały i zdrowy. To nie mija, z czasem nawet się nasila. Szczerze mówiąc, najbardziej lubiłam wyprawy, kiedy nie było telefonów komórkowych, Internetu. Nie było z nim kontaktu. Zabrzmi to dziwnie, może i okrutnie, ale potrafiłam w takiej sytuacji zachować względny spokój. Wiedziałam, że nie będzie go w domu przez trzy miesiące. (…)

Aż około 2000 roku pojawiły się te wszystkie „cudowne” udogodnienia komunikacyjne. Media informowały o każdym ich kroku podczas wypraw. A ja siedziałam przed telewizorem i wsłuchiwałam się w wiadomości. Czułam się tak jakbym sama zdobywała ten szczyt. To mnie wykańczało, nie pozwalało zająć myśli czymś innym. Najgorzej było wieczorami, kiedy kładłam dzieci spać. Miałam czas dla siebie, ale nie potrafiłam z niego korzystać. Czytałam wiadomości w Internecie, spoglądałam w niebo, jakby można było z gwiazd cokolwiek wyczytać. Myślałam, co tam z nim, czy się nie odmroził, czy jest cały i zdrowy. (…)

Pasja Maćka odbijała się na rodzinie. Chłopcy nie pokazywali po sobie, że za nim tęsknią. Może trochę młodszy Przemek, jest bardziej uczuciowy. Dla nich wyprawa oznaczała luz. Nie lubili tylko pakowania. Mam nawet takie zdjęcie w rodzinnym albumie: chłopcy siedzą na kanapie ze spuszczonymi głowami. Wiedzą, że Maciek zaraz wyjedzie. Wawrzek miał osiem lat, Przemek sześć. Zresztą ja też nie lubiłam tego momentu. W domu było głośno, wszędzie walały się rzeczy alpinistyczne. Maciek unosił się, kiedy chłopcy chcieli się z nim bawić. Nigdy go nie odprowadzaliśmy na dworzec. Ale zawsze czekałam na lotnisku na jego powrót. (…)

Nie wiem, skąd brałam siłę na to wszystko. Nigdy nie miałam czasu, żeby za dużo myśleć. Jedno zadanie goniło kolejne. Praca, dom, praca, dom, dzieci, dom, praca… Na mojej głowie był cały dom, mieszały mi się role matki, ojca. Maciek, gdy był w domu, pomagał. Starał się jakoś wynagrodzić ten czas rozłąki, ale z wieloma rzeczami musiałam radzić sobie sama. (…)

Żony himalaistów żyją w ciągłym napięciu. Któregoś dnia siedziałyśmy większą paczką u mnie. Słuchamy radia, a tam informacja o wielkiej tragedii pod Mount Everestem, pięciu Polaków zginęło w lawinie. Szok. Znałyśmy prawie wszystkich chłopaków, którzy tam zginęli. (…)

W 1989 roku mój Maciek wyruszył z Jurkiem Kukuczką na Lhotse. To była jesień, akurat grabiłam liście, kiedy przy furtce naszego domu pojawił się Maciej Berbeka. Gdy go zobaczyłam, zamarłam, grabie wypadły mi z dłoni. Maciek nigdy wcześniej mnie nie odwiedzał pod nieobecność mojego Maćka. W sekundzie przeleciały mi przez głowę najgorsze myśli. Ale on już od furtki zaczął krzyczeć, że wszystko dobrze z Maciejem, żebym się o niego nie martwiła. Wiedziałam jednak, że coś się stało, Maciek był jakiś nieswój. Ewidentnie przyszedł, żeby przekazać mi coś złego. Intuicja mnie nie zawiodła, był telefon z Polskiego Związku Alpinistycznego, że zginął Jurek Kukuczka. Szedł z Ryśkiem Pawłowskim. Byli pierwszym zespołem. Dzień za nimi wyruszył mój Maciek z Tomkiem Kopysiem. Kiedy zobaczyli schodzącego samego Pawłowskiego, wiedzieli już, że coś złego się stało. Jurek odpadł od ściany, zerwała się lina, spadł aż do podstawy ściany. Nie było szans na ratunek.

Maciek nie chciał o tym rozmawiać. Zawsze był małomówny, oszczędny w słowach, tym razem założył jeszcze bardziej szczelny filtr na informacje. Był bardzo z Jurkiem związany. Musiałam zadać mu sto pytań, żeby coś wyciągnąć. Po tej tragedii nie pojechał w Himalaje przez kolejne lata. Miałam nadzieję, że może już nigdy nie wyjedzie w wysokie góry, co najwyżej w Alpy. (…)

Pamiętam taką sytuację – w 1997 roku Maciek był na Nanga Parbat z Andrzejem Zawadą. Siedziałam w pracy, w pewnej chwili koleżanka podła mi słuchawkę telefonu, a tam głos: „Tu ambasada w Islamabadzie…”. Po pierwszych słowach zamarłam, nogi się pode mną ugięły. Pewnie dzwonią, żeby przekazać najgorszą informację. Ledwo usłyszałam dalszą część zdania: „Czy chce pani rozmawiać z mężem?”. Po czym usłyszałam w telefonie głoś Maćka. Chciał mi tylko szybko opowiedzieć, że bezpiecznie dotarli do bazy. Nie mogłam zadać żadnego pytania, ciągle coś przerywało, a on non stop mówił. Kiedy odłożyłam telefon, byłam blada jak ściana.

Czy gdyby dziś ktoś przyszedł z konkretną propozycją, Maciek zaryzykowałby mimo wieku? Oczywiście. I nic nie zmienia faktu, że zdobył wszystko, co był w stanie zdobyć. Nadal jest aktywny, nie siedzi w domu na kanapie przed telewizorem. Pracuje w TOPR, choć jest już emerytowanym ratownikiem, ponadto czasem chodzi w góry jako przewodnik.

Elżbieta i Maciej Pawlikowscy; Słowacja, 2011 rok, Żarska Przełęcz. (Fot. archiwum prywatne)

Katarzyna Wielicka

Żona Krzysztofa Wielickiego, legendy światowego himalaizmu, urodziła się w 1976 roku, pochodzi z Zabrza. Mocno podkreśla rolę kobiet, walczy o ich miejsce w górskim świecie. Zaangażowana jest w stworzenie programu Kobiecy Himalaizm.

Chce pani porozmawiać, jak to jest być żoną sławnego himalaisty. Od razu odpowiem tak: nie zamierzam być tylko żoną wielkiego Krzyśka Wielickiego. Na szczęście nie jest piłkarzem, bo na celebrytkę się nie nadaję. Mam swój świat, swoje marzenia, plany, pomysły związane z górami, więc jest nam pod drodze. Ale pomimo że podziwiam, co Krzysiek zrobił, jestem dumna z niego, to nie umiałabym realizować się poprzez jego sukcesy. Krzysiek już wiele osiągnął. Teraz czas na mnie. Chcę oddać się swojej pasji. Nie zamierzam poświęcać życia górom, ale chcę je zdobywać. Wspinać się, zwiedzać i sprawić, by w polskim himalaizmie na dobre zadomowiły się kobiety. (…)

Teraz na wyprawy zazwyczaj jedziemy razem. Tak jakoś się ułożyło. Krzysiek bardzo się zmienił. Lubi nasze wyjazdy. Dla mnie taka sytuacja jest o tyle komfortowa, że mniej mnie zamęcza pytaniami, co w domu. Bo jak jeździł sam, zdecydowanie za często do mnie pisał. Jakby chciał ukoić wyrzuty sumienia, że nie ma go obok, że ja zostałam ze wszystkim sama. (…)

Podczas wyprawy himalaiści mają dużo wolnego czasu. Na wyprawie jesteś albo w akcji górskiej, gdzie trzeba iść, walczyć ze swoim organizmem, albo siedzisz w obozie i czekasz na okno pogodowe, a to trwa. Gdyby to wszystko policzyć, to dni wspinaczkowych w stosunku do wypoczynkowych jest mało. Na ośmiotysięczniku przez dziesięć dni się wspina, a trzydzieści dni siedzi się w bazie. To nie są wakacje, ten czas jest potrzebny, żeby przygotować organizm do wejścia na wyższe partie gór, zaaklimatyzować się. Nauczyć wytwarzać większą ilość czerwonych krwinek, które będą transportowały większą porcję tlenu. Tego nie da się przeskoczyć. Wychodzimy z bazy na kolejną wysokość, po czym wracamy. I tak przez kilka dni. Więc jak Krzysiek siedział w górach, żył takim rytmem. A ja tutaj nieustannie w biegu, z torbami zakupów, dzieciakami, obowiązkami, a on czeka w obozie na pogodę i dzwoni. Widzę, że śle już trzeciego SMS-a, gdzie jestem, dlaczego mu nie odpowiadam. A ja właśnie pakuję torbę syna na trening i w tym momencie dużo bardziej niż szczyt K2 zajmuje mnie, żeby młody zdążył na salę gimnastyczną.

Katarzyna i Krzysztof Wieliccy; podróż do Nepalu na Ama Dablam w 2006 roku. (Fot. archiwum prywatne)

Elżbieta Dąsal

Urodziła się 1 września 1954 roku w Częstochowie. Od dzieciństwa uwielbiała góry. W technikum zapisała się na kurs jaskiniowy. Została speleologiem. Zdobywała jaskinie w Tatrach i Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. W górach poznała swojego przyszłego męża, Mirosława Dąsala (koledzy zwracali się do niego Falco).

Tuż przed wyjazdem mówił mi, że to ostatnia góra, na którą musi wejść. Na początku mu nie wierzyłam, to jasne. Ot, mówi to dla samego mówienia, a zrobi inaczej. On bez gór? Absurdalne, wręcz nieprawdopodobne. A on swoje: „Wrócę i już się nie ruszę. Czas odpocząć. Mam tyle rzeczy do zrobienia”. (…)

Tego dnia spakował się skrupulatnie, zarzucił na plecy wielki plecak, pocałował mnie i wyszedł na pociąg. Kilka minut później do mieszkania wpadł zdyszany syn Mateusz, wtedy dziesięciolatek. Wcześniej skończył lekcje, więc przybiegł do domu. „Tata jeszcze jest?” – wysapał. Popatrzyłam na niego i zdecydowałam, że postaramy się dogonić Falco. Pobiegliśmy na peron. Pociąg jeszcze nie nadjechał, on stał spokojny, wpatrywał się w dal torów. Wtulili się w siebie. Więc widzieliśmy się ostatni raz jak w filmie. Jakaś nieprawdopodobna intuicja mnie popchnęła na ten dworzec. Nigdy bym sobie nie wybaczyła, gdybym wtedy podjęła inną decyzję. (…)

Tego wieczora usiadłam w fotelu jak zawsze. Mateusz spał, a ja chciałam w spokoju usłyszeć, co u nich. Kibicowałam każdej jego wyprawie. I uwierzy pani, że nigdy nie przeszła mi przez głowę myśl, że może nie wrócić? Jak to możliwe? Falco przyzwyczaił mnie do tego, że zawsze wracał. I nigdy nie opowiadał, że otarł się o śmierć. Oszczędzał mnie. Nie chciał martwić. (…)

Tego dnia jak zawsze zaparzyłam czarną herbatę. Włączyłam telewizję… Szok. Pamiętam tylko jedno zdanie, obraz rozszedł się we mgle. Zginęli. Nie żyją. Rozpadłam się na milion kawałków. Emocje były tak silne, że prawie wszystko z tamtego wieczora wyparłam. Co się ze mną działo, czy płakałam, siedziałam jak sparaliżowana? Może krzyczałam? Nie wiem. (…)

Musiałam wziąć się w garść. Zostaliśmy z synem sami. Od tego dnia byłam dla niego nie tylko matką, ale i ojcem. Wiedziałam, że rozpamiętywanie nic nie pomoże. Niektórzy tego nie rozumieli. Patrzyli na mnie jak na dziwoląga. Nie wydzwaniałam do Polskiego Związku Alpinistycznego, do kolegów. Nie dopytywałam o szczegóły wypadku. Dla mnie liczyła się jedna myśl: Falco nie stanie w drzwiach naszego domu. Nie przytuli. Nie uściska synka.

Nie byłam typową wdową. Tuż po śmierci zaczęłam ubierać się bardzo kolorowo. Nosiłam jaskrawe ciuchy chyba na znak protestu. Chciałam się odciąć od śmierci i smutku. (…)

Czasami zastanawiam się, że może było mi łatwiej niż innym, którzy stracili kogoś bliskiego. Kiedy tak mówię, ludzie patrzą na mnie jak na wariatkę. Nie wiedzą, jak zareagować. Wtedy proszę: „Zapytajcie, co mam na myśli”. Bo ja długo przed jego śmiercią nauczyłam się żyć z tęsknotą. Falco bardzo często wyjeżdżał. Zdarzało się, że w ciągu roku dwa razy był w wysokich górach. To prawie pół roku nieobecności w domu. Nie byliśmy typową rodziną, w której ojciec wraca do domu o 15.30 po pracy. Przez kilka miesięcy siedziałam z Mateuszem sama. I musiałam sobie radzić.

Tamte wyprawy były inne niż te współczesne. Mieli słabszy sprzęt, nie było telefonów komórkowych. Niebezpieczeństwo nieporównywalnie większe. Mimo to nigdy nie zabroniłam mu wyjechać. Czasami buntowałam się, ale gdy zaczynał planować kolejną wyprawę, analizować, kto jedzie, jaki będzie plan, odpuszczałam. Widziałam w nim tę radość. Choć momentami przypominaliśmy włoską rodzinę. Kiedy rozmowa wymykała się spod kontroli, rzucał argument, po którym niewiele mogłam dodać: „Wiedziałaś przecież, że kocham góry. Nie ukrywałem tego”. Szach i mat.

Agnieszka Korpal

Zdobyła Rowerową Koronę Gór jako pierwsza Polka, przejeżdżając samotnie 1750 kilometrów w piętnaście dni i piętnaście godzin. Zaliczyła też Koronę Gór Polskich. Wbiegła na wszystkie 28 szczytów w 89 godzin. Brała udział w tak wielu zawodach, że trudno je wszystkie opisać. Jest współautorką książki „Magisterkowalski.blog. Historia przerwanej miłości”.

Agnieszka Korpal i Tomasz Kowalski; wspólny rajd rowerowy po przepięknych ścieżkach via ferrata nad Jeziorem Garda, maj 2012. (Fot. archiwum prywatne)

Jest marzec 2013 roku, po długiej zimie wszyscy wypatrują wiosny. Krzysztof Wielicki – zdobywca Korony Himalajów i Karakorum – kieruje ekipą Polaków, którzy mają zdobyć Broad Peak. Same sławy, Maciej Berbeka, Artur Małek, Adam Bielecki i mój Tomek, najmłodszy z nich, najmniej doświadczony na ośmiotysięcznikach.

5 marca około 17.30 zrobili to! Pierwsi na Ziemi wspięli się na ten szczyt zimą. Radość, duma.

Dzwonię do rodziców Tomka. Jesteśmy w euforii. Entuzjazm tonuje mama Tomka. „Poczekajmy, niech bezpiecznie zejdą do bazy” – te słowa brzmią mi z tyłu głowy do dziś.

Pierwszy sygnał o problemach dostaję, siedząc ze znajomymi w jednej z poznańskich knajpek. Wtedy jeszcze niczego nieświadomi spotkaliśmy się, żeby świętować sukces Tomka. Zadzwonił do mnie tata Tomka. Zaczynam się denerwować, chociaż ciągle nie dopuszczam do siebie myśli, że naprawdę może stać się coś złego. Próbuję się trzymać, nie dać po sobie niczego poznać, ale w środku jestem kłębkiem nerwów.

Wracam do domu, zasypiam. Ze snu wyrywa mnie poranek. Pierwsze, co robię po otwarciu oczu – komórka. Martwy ekran, żadnych wiadomości, sygnałów, połączeń. Cisza. (…)

Koło południa przychodzi najgorsze. Wiadomość przekazuje tata Tomka: „Zginął, nie żyje, nie żyje Tomek, nie żyje Maciek Berbeka”.

Wpadam w histerię. Nie mam słów, żeby powiedzieć, jaki to ból. Niewyobrażalny. Czuję, dosłownie czuję, jak rozpadam się na milion kawałków. Ból tak przeszywający, że odczuwałam go fizycznie. Nie mogę oddychać.

Przez pierwsze dwa tygodnie nie wychodzę w ogóle z domu. Moi bliscy martwią się, że już się nie pozbieram. Czuwają przy mnie na zmianę. Mają rozpiskę dyżurów, kiedy kto przychodzi.

Rozmawiamy, przytulamy się, płaczemy, oglądamy zdjęcia Tomka. Czasami idziemy na spacer, ale niedaleko, tylko do parku… Tylko tam jestem w stanie dojść, krótki spacer, a czuję się, jakbym przebiegła maraton.

Wcześniej czasami nachodziły mnie czarne myśli. Bałam się o Tomka. Ale on nigdy nawet nie dopuszczał dyskusji na takie tematy. Natychmiast je ucinał. Mówił: „Mała, nie myśl o złych rzeczach, bo to ściąga złe rzeczy”. Trafiał do mnie takim argumentem. Dziś wiem, że nie chciał mnie denerwować. Kobieca wyobraźnia nie zna granic. Już na samą myśl, że mogłoby mu się coś stać, czułam wielki ból. Potworny. Mówiłam: „Ja tego bym nie przeżyła”. A jednak musiałam się z tym zmierzyć. (…)

Po śmierci Tomka cały ból dźwigałam sama. Nie poszłam do psychologa. Taka już jestem. Musiało minąć kilkanaście miesięcy, żebym na nowo zaczęła się uśmiechać, cieszyć z drobnych rzeczy. Ten długi proces podzielony był na wiele etapów. Czasami już myślałam, że jest lepiej, że jest dobrze. Udało się nie płakać przez cały dzień, i druga doba bez łez, i trzecia... Każdą liczyłam, aż w głowie pojawiała się znienacka jakaś myśl…

Ludzie… Czasami ich szukałam, czasami miałam dość. Pytali: „Jak ci jest? Trzymasz się? Brakuje ci Tomka?”. Uświadomiłam sobie wtedy, że nie potrafimy rozmawiać o stracie. Zadajemy pytania, które nigdy nie powinny paść, są niepotrzebne. Przecież wiadomo, że jest źle. Wiadomo, że nic nie ma sensu. Bądź, tylko bądź, wystarczy, żebyś był… Nie musisz w kółko mówić. Pomilczmy sobie razem, tak też jest dobrze. (…)

Łzy wylewałam w domu, na ulicy, w restauracjach, w hostelowej toalecie, w samochodzie, podczas świąt. Najczęściej zdarzało mi się to w pociągach. (…)

Wiedziałam, że sport i góry mogą być tym, co mnie uzdrowi. Nie miałam pojęcia, jak wrócić do sportu, nie czułam w tym już nic radosnego, tak jak wcześniej. Wiedziałam, że tym, co może mnie zwabić, będzie jedynie jakieś wyzwanie, jakiś wielki cel.

Pierwszym pomysłem była Biegowa Korona Gór Polski, czyli wyzwanie, które planowaliśmy jeszcze z Tomkiem i Grzegorzem Łuczką, naszym biegowym kompanem. Grześ trochę nieśmiało zagadnął mnie, czy jednak mimo wszystko nie chciałabym zrealizować tego projektu – dla Tomka, tak jakby tu był i robił to z nami. Nie wahałam się. Mimo że bez przygotowania fizycznego przebiegliśmy Koronę Gór Polski (wbieg na dwadzieścia osiem najwyższych szczytów polskich pasm górskich) i ustanowiliśmy ówczesny rekord – sto piętnaście godzin i trzydzieści minut. Powoli zaczęłam czuć, że sport, mój ukochany towarzysz życia, od którego tyle się nauczyłam, może być również tym, co pomoże mi wyrwać się z psychicznego i fizycznego dołka. Potrzebowałam jednak jakiejś wyjątkowej motywacji do treningów, do regularnego wychodzenia z domu „mimo wszystko”. Wymyśliłam, że spróbuję pobić biegowy rekord na najtrudniejszym szlaku górskim w Europie – GR20 na Korsyce. Szlak ma sto osiemdziesiąt kilometrów długości i ponad dziesięć tysięcy metrów przewyższenia. Trening miesiąc po miesiącu pomagał mi się oczyścić. Z litrami wylanego potu wylewałam smutek, ból i tęsknotę. Męczyłam się, krzyczałam, płakałam, a jednak nabierałam sił. Po dziewięćdziesięciu najtrudniejszych kilometrach trasy, które pokonałam w trzydzieści pięć godzin, wiedziałam już, że mam bardzo małe szanse na pobicie kobiecego rekordu, który wynosił prawie pięćdziesiąt dwie godziny. Ale nie o rekord tu tak naprawdę chodziło. Zbiegając do wioski, w której czekała na mnie koleżanka Ewa, ze łzami w oczach powiedziałam sobie, że ja już pobiłam swój rekord. Tak wiele mnie kosztowało, żeby w ogóle znaleźć się na tej wyspie, że nie muszę już biec dalej. Miałam wtedy poczucie, że ten „wielki cel” już osiągnęłam. Zawalczyłam o siebie samą i swoje życie. Mogłam wrócić do domu bez rekordu, ale dumna z siebie.

Powoli zaczęłam myśleć, że moje istnienie może jednak ma jakiś sens. (...)

Fragmenty książki „Zawsze mówi, że wróci” Katarzyny Zdanowicz.

O swoim życiu i trudnej miłości opowiadają: Ewa Kurtyka, Katarzyna Wielicka, Izabela Hajzer, Elżbieta Pawlikowska, Elżbieta Dąsal, Aniela Łukaszewska, Anna Solska Mackiewicz, Aleksandra Leksińska, Agnieszka Korpal.

Życie w cieniu wielkich gór

Zwykle łączyła ich miłość do gór, do wspinaczki... tak zaczynały się te związki. Później podział uczuć stawał się jasny, choć dla wielu kobiet trudny do przyjęcia: miłość do gór była tą pierwszą. Wciągająca i dająca do myślenia książka jest zbiorem przeplatających się historii – wszystkie opowiedziane szczerze, od serca, bez oceniania. Niezwykła pasja i ryzyko w zderzeniu z codziennością sprawiają, że trudno się od tej lektury oderwać… Z Katarzyną Zdanowicz, dziennikarką, autorką książki „Zawsze mówi, że wróci” rozmawia Katarzyna Margielska.

Za każdym razem, gdy czytam o wyprawach himalaistów to myślę nie tylko o tej niesamowitej pasji, ale też o ich żonach, partnerkach, dzieciach… O tych, którzy zostają „na dole”. Czy Panią do napisania książki skłoniła podobna refleksja, czy może coś znaczącego wydarzyło się w Pani życiu?
Skłoniła mnie reporterska pasja. Chęć oddania głosu tym, których na co dzień nie słyszymy. Chciałam dopełnić obraz górskiego herosa, wypełnić lukę. To temat ciekawy, ludzki, niewyeksploatowany, niosący za sobą dług wdzięczności, który od dawna był społecznie do spłacenia. Pisząc tę książkę mogłam go oddać. Taka jest funkcja reportażu. Ekscytujemy się kiedy „Nasi” zdobywają kolejne ośmiotysięczniki, podziwiamy ich pasję, wyczyny, zapominając jednocześnie, że za każdym sukcesem stoi rodzina, żona, partnerka. Aczkolwiek kiedy pracowałam nad książką uświadomiłam sobie, że dotykam uniwersalnych problemów, radości i samotności. Te tematy dotyczą nie tylko środowiska górskiego, ale nas wszystkich pracujących w korporacjach, świecie mediów, robiących karierę. Jest wiele wspólnych mianowników. Zdanie „dlaczego znów Cię nie ma”, „kiedy wrócisz”, „nie chcę ciągle być sam” wiele razy słyszałam od partnera. Powroty i rozstania. Niekończąca się sinusoida i próba wybrania: kariera czy rodzina.

Jaki widzi Pani wspólny mianownik tych historii? Każda rodzina i małżeństwo są przecież inne. Bohaterki również się od siebie różnią, nie tylko charakterem, ale też podejściem do związku i do partnera (niektóre potrafiły ugruntować sobie mocną pozycję)… Jednak samotność tych kobiet jest podobna. Każda z nich żyła „w cieniu góry”, z mężczyzną, który na pierwszym miejscu stawiał swoją pasję. Co łączy jeszcze te historie z Pani perspektywy?
Te historie łączy też rywalizacja, walka o pierwszeństwo w miłości. Otóż wszystkie kobiety zdają sobie sprawę z tego, że mają rywalkę. Żyją z tą świadomością. Wiedzą, że jest pociągająca, destrukcyjna, ekscytująca, niezwykle piękna, jej urok nie mija. Potrafi też być milcząca i złowieszcza. Tą rywalką są szczyty górskie. Jedne o niej nie myślą, inne łudzą się, że odeszła, a pozostałe wiedzą, że nie mają z nią szans. Każda z moich bohaterek ma jednak w podświadomości zakodowane, że musi walczyć o uwagę, atencję, miłość partnera. O codzienność.

Kim są naprawdę te kobiety? Jak odebrała Pani swoje rozmówczynie, gdy poznała je bliżej? Zakładam, że stały się Pani bliskie.
Na pewno stały się bardziej zrozumiałe. Połączyła nas pewna więź na linii autor- bohater. Ona wykracza poza standardową pracę. Żeby powstał dobry materiał trzeba jednak umieć zachować granice. Reporter nie jest przyjacielem. On musi zrozumieć bohatera, wysłuchać go, czasami podpowiedzieć, otworzyć i nakierować. Potrzeba do tego dużo empatii. To była taka właśnie relacja. Po odzewie czytelników widzę, że udało się wypełnić lukę życia z górskim twardzielem. Każda z tych kobiet jest inna, niekiedy różni je pokolenie, ale każda jest współuzależniona od pasji, emocji partnera. W przeciwnym razie ich związki nie przetrwałyby. Czy są silne, bohaterskie, a może słabe? Niech każdy znajdzie odpowiedź sam. Na pewno dużo przeszły i wiele sytuacji udźwignęły.

Pisała Pani, że niektóre bohaterki książki trudno było nakłonić do rozmowy. Co sprawiło, że dały się w końcu przekonać?
Nie ma jednego, wspólnego powodu. Wszystkie kobiety były oporne. Nie chciały rozmawiać, rozdrapywać ran, być w świetle kamer. A jednak się zgodziły. Co znaczy, że tkwiła w nich potrzeba opowiedzenia tego z czym na co dzień muszą się mierzyć, jak żyją, jakie mają lęki, obawy, dylematy i radości. Natomiast co legło u podstawy chęci opisania swojego życia? - Myślę, że każdą z nich trzeba byłoby zapytać indywidualnie.

To ważna książka, bo wreszcie przedstawia temat od innej strony: kobiet, rodzin, które zawsze czekają na swoich bliskich, wiedząc przy tym, że ryzykują życiem. Spotkała się Pani z jakimś odzewem ze strony mężczyzn?
Odzew jest bardzo duży. Obu płci. To książka mocno feministyczna, którą powinni przeczytać mężczyźni. I tak się stało. Może było to z mojej strony naiwne, bo nikt nie lubi czytać o sobie krytycznie, ale zżarła ich ciekawość co tam jest. I wie Pani co niektórzy piszą? Zastawiają się jak można być takim egoistą? Na warszawskich targach książki podeszła do mnie żona lekarza. Kupiła książkę dla męża. Dlaczego? Jej głos w domu jest niesłyszalny. Ma nadzieję, że głos innych kobiet o samotności w związku do niego dotrze.

Zastanawiam się, czy przeczyta ją któryś z himalaistów… poza tymi opisanymi w książce.
Mam nadzieję. To powinna być dla nich lektura obowiązkowa.

Katarzyna Zdanowicz: dziennikarka, prezenterska telwizyjna. Pracowała w Gazecie Wyborczej w Bydgoszczy i Toruniu, bydgoskim radiu GRA. Od 2007 roku mieszka w Warszwaie. Była producenktą Wydarzeń w Polsacie. Prowadziła programy w Polsat News. Od 2013 roku związana jest z TVN24. Pisze do Tygodnika Polityka.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze