1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Społeczeństwo dziś: Mieć czy nie mieć

Społeczeństwo dziś: Mieć czy nie mieć

123rf.com
123rf.com
Demografowie przestrzegają: nadchodzące pokolenie z o wiele mniejszą potencjalną liczbą matek niż teraz przyniesie jeszcze mniejszą liczbę urodzeń. To ostatni moment, żeby coś zmienić. Problem w tym, by młodzi chcieli rodzicielstwa.

Kilka miesięcy temu Maria Czubaszek, poetka, satyryczka, dziennikarka, wywołała prawdziwą burzę wypowiedzią, że tak naprawdę nigdy nie chciała mieć dzieci i dwukrotnie poddała się aborcji. W naszym katolickim kraju to nie do pomyślenia – wszak wszyscy powinni chcieć dzieci, taki nasz święty obowiązek.

Szkopuł w tym, że coraz więcej młodych ludzi jawnie deklaruje, że w najbliższym czasie dzieci mieć nie zamierza. Jak wynika z badań Instytutu Statystyki i Demografii Szkoły Głównej Handlowej, twierdzi tak ponad połowa Polaków w wieku 20–39 lat! Na pytanie, czy w ciągu trzech lat planują potomstwo, około 50 procent bezdzietnych kobiet i prawie 60 procent bezdzietnych mężczyzn odpowiada: „nie”. Podobnie deklaruje około 53 procent kobiet i 45 procent mężczyzn z jednym dzieckiem.

Żeby pracowały na nasze emerytury

Demografowie biją na alarm. W Polsce co prawda odnotowuje się obecnie więcej urodzeń niż zgonów (przeciwne zjawisko, czyli depresję urodzeniową, zaobserwowano w latach 2002–2004), ale spada tak zwana dzietność, czyli średnia liczba dzieci przypadająca na 100 kobiet. Powinna oscylować między 210 a 215, tymczasem wynosi 138, co oznacza, że na 100 kobiet przypada zaledwie 138 dzieci. Tendencję spadkową obserwuje się od początku lat 90., kiedy to na każde dziesięć tysięcy Polaków rodziło się ponad 40 dzieci, w 2010 roku dziewięcioro, a rok później – tylko czworo. Taki trend odnotuje się także w innych krajach Europy.

Kinga, 32 lata, copywriterka w dużej firmie reklamowej, od dwóch lat w wolnym związku: – Dzieci? Jeszcze nie teraz. Teraz chcę wycisnąć z życia co się da, nacieszyć się wolnością, podróżować, bawić się, poznawać ludzi. Na razie nie wyobrażam sobie siebie jako mamy. Mam dużo pomysłów, planów, marzeń. Nie da się ich pogodzić z macierzyństwem. Na dziecko przyjdzie czas. Kiedy? Jak nasycę się wolnością, zarobię na większe mieszkanie, lepszy samochód, odłożę na opiekunki i dobrą szkołę.

W podobnym tonie wypowiada się wiele potencjalnych rodziców. Jak wynika z badań SGH, których współautorkami są Monika Mynarska i Anna Matysiak, młodzi ludzie pytani o dzieci na ogół odpowiadają, że w ogóle to i owszem, chcą je mieć, tylko nie teraz. I odkładają decyzję o rodzicielstwie, czasem na wieczne nigdy.

Demografka społeczna Monika Mynarska: – Kobiety, pytane o powody odraczania decyzji o macierzyństwie, podają takie argumenty, jak: brak partnera, nieukończoną edukację, trudną sytuację materialną, brak mieszkania, nieustabilizowaną pozycję zawodową. Właściwie wszędzie kobiety uzależniają posiadanie dzieci od ukończenia nauki, a – jak pokazują badania Anny Matysiak – w Polsce dodatkowo – od stabilizacji zawodowej. Polkom nie wystarczy dobrze zarabiający partner. Zanim zaczną myśleć o dzieciach, chcą również mieć stały dochód. W badaniach przyznają się też do obaw, czy sobie poradzą z obowiązkami, czy pogodzą macierzyństwo i pracę zawodową, czy zapewnią dziecku dobry poziom życia i nauki, dodatkowe zajęcia, bo wiedzą, ile kosztuje żłobek, przedszkole, a nie wszystkie mogą liczyć na pomoc babci.

Na drugim biegunie obserwujemy dziś więcej kobiet w ciąży (pokolenie wyżu lat 80.), ale to nie poprawia niepokojących tendencji demograficznych, ponieważ tak zwana dzietność jest wciąż drastycznie niska. A co się stanie, gdy (już za kilka lat) w wiek reprodukcyjny wejdzie niż demograficzny?

Demografowie przestrzegają: nadchodzące pokolenie z o wiele mniejszą potencjalną liczbą matek niż teraz przyniesie jeszcze mniejszą liczbę urodzeń. To ostatni moment, aby coś zmienić.

Problem w tym, by młodzi chcieli rodzicielstwa. Ale oni pytają wprost: „po co nam dzieci?”. Politycy ze wszystkich właściwie opcji politycznych przekonują, że tylko dzieci mogą zapracować na nasze przyszłe emerytury. Jednak zachęt prourodzeniowych jak na lekarstwo.

Żeby miał kto zaopiekować się na starość

W jednostkowym i rodzinnym wymiarze raczej w ogóle nie uzasadnia się potrzeby posiadania dzieci. Jeżeli już, to tym, żeby miał kto na starość podać szklankę wody.

Psycholog Jarosław Przybylski: – Współcześni rodzice są bardzo przejęci swoją rolą: chodzą do szkół rodzenia, potem na warsztaty dla rodziców, dyskutują o wychowaniu na forach internetowych, czytają poradniki, często jednak takie, jakie wpadną im w ręce, a w tych poradnikach jedna teoria zaprzecza drugiej. Starają się, ale miotają od ściany do ściany. Kiedy pytam ich: „A właściwie po co wam dzieci, na kogo chcecie je wychować, jakie wartości zaszczepić?”, nie wiedzą, co powiedzieć. Jedna z matek, skądinąd inteligentna, wykształcona, wypaliła mi szczerze, że dziecko potrzebne było jej jako argument do ślubu. Młoda, atrakcyjna doktorantka, on, znany profesor mający rodzinę i dzieci – stary jak świat schemat romansu. Ona w pewnym momencie nalega na małżeństwo, on nie mógł się zdecydować i dziecko jest tym języczkiem u wagi. Kobieta postanawia „złapać” mężczyznę na dziecko, co zresztą jest nie tylko domeną kobiet, mężczyźni też usidlają w ten sposób kobiety. Z mojej praktyki wynika, że mało jest takiej dogłębnej refleksji na temat rodzicielstwa. Dzieci się ma, bo wszyscy mają. Taka jest naturalna kolej rzeczy. Będzie kto miał się nami zaopiekować. Mało kto zadaje sobie pytanie: „dlaczego chcemy mieć dzieci?”.

Postanowiłam zapytać o to kilkoro młodych rodziców w różnych miejscach Warszawy, gdzie bywają rodzice z dziećmi.

W kinie Muranów po sobotnim poranku filmowym podeszłam do Magdy, 29 lat, mamy Kacpra (cztery lata) i Mai (dwa lata). Po chwili namysłu odpowiedziała: – Szczerze? Nasze dzieci nie były planowane. Tak wyszło. Oczywiście, chcieliśmy je mieć, ale nie tak wcześnie. Dlaczego chcieliśmy? Co za pytanie! Dom bez dzieci jest ułomny, jak gdyby niedokończony. Obydwoje z mężem pochodzimy z wielodzietnych rodzin, ja mam brata i siostrę, mąż – trzech braci. Nie wyobrażaliśmy sobie, żeby w naszym domu mogło być inaczej. Ale nie zdawaliśmy sobie sprawy, że dzieci wprowadzają w życie aż taką rewolucję. Zmieniają wszystko, nic nie jest już tak jak wcześniej. Bywa naprawdę ciężko. Ale dzięki temu człowiek docenia każdą chwilę bez gorączek, zaparć, cieszy się z banalnych rzeczy, jak wyjście do sklepu czy fryzjera. I chyba po to są dzieci – żeby było trudno i żeby umieć cieszyć się, gdy sobie z tymi trudnościami poradzimy.

Żeby mieć dla kogo żyć

W ogródku jordanowskim przy ulicy Grochowskiej spotkałam Katarzynę, 44 lata, mamę trzyletniego Jasia (a także 19-letniej Jagody, 18-letniej Sylwii i Michała, lat dziesięć): – Jesteśmy wierzący, praktykujący. Poznaliśmy się z mężem na rekolekcjach, działamy w katolickim środowisku. Dla nas dzieci to dar od Boga, to jego świadectwo. Nigdy się nie zastanawialiśmy, ile mieć i kiedy. One przyszły do nas, a my je po prostu przyjęliśmy z miłością i pokorą. Po urodzeniu starszych córek miałam poważne problemy ze zdrowiem, lekarze orzekli, że już nie będę mogła mieć dzieci, a tu, proszę, po latach Bóg zesłał nam Michała, a potem Jasia. Dla nas dzieci są nieodłączną częścią nas, a jednocześnie dowodem na istnienie Boga. Nieustannie przypominają nam, co w życiu ważne. Jak człowiek ma dzieci i jest prawdziwie wierzący, to nie ma szansy, żeby się pogubił. Wie, jaki jest sens tej jego krzątaniny na ziemi.

W kawiarni Plac Zabaw przy Jeżewskiego zwrócił moją uwagę Jacek, lat 35, tata Janeczki (trzy lata). Najpierw wykręcał się od odpowiedzi:

– Niech sobie przypomnę… No chyba jednak nie mam nic do powiedzenia, bo nie chciałem mieć dzieci. Nie żeby w ogóle, ale na pewno nie wtedy. Gdy facet kończy trzydziestkę, dopiero zaczyna się rozkręcać, a dzieci to megaodpowiedzialność.

– To skąd Janeczka? – dopytuję.

– Z miłości. Szalonej. Poznaliśmy się z Kaśką, odebrało nam rozum i stało się… urodziła się Janka.

– No i jak jest? – ciągnę za język.

– A nie widać? Kompletnie mną zawładnęła. Od pierwszych dni po urodzeniu wywróciła mi świat do góry nogami. Nagle musiałem stać się dorosły. Nie myśleć tylko o tym, gdzie pojechać na wakacje, gdzie zaszaleć w weekend, z kim się napić, a z kim zagrać w tenisa. Bo wcześniej tak żyłem: jeździłem po świecie, imprezowałem, ale ciągle czegoś człowiekowi brakowało, mało co cieszyło. Teraz cieszy wszystko. Na przykład, że Janka powiedziała nowe słowo, zjadła obiad, przespała noc.

– Po to potrzebne jest dziecko?

– Mnie córka postawiła do pionu. Wiem, dla kogo żyję.

Żeby zobaczyć w nich siebie

Przeprowadziłam jako dziennikarka dziesiątki rozmów z rodzicami, a także z ludźmi, którzy jak Dorota Kędzierzawska, reżyserka, i Artur Reinhardt, operator, z wyboru pracują z dziećmi. Dla większości z nich pytanie: po co dzieci?, jest pytaniem retorycznym.

Dorota Kędzierzawska (mama córki): – Jestem zakochana w naszych filmowych dzieciach, szczególnie tych z „Jutro będzie lepiej”. Najmłodsze z nich, Oleg Ryba, dzieciństwo spędziło w domu, bardzo rzadko gdzieś z niego wychodziło. Ma niesamowitą wrażliwość i wyobraźnię. Po pierwszym etapie zdjęć jest ognisko, a on, który pierwszy raz w życiu coś takiego widzi, stoi, wpatruje się z przejęciem w ogień i nagle zaczyna płakać. Pytam, co się dzieje, a on mówi, pochlipując: „przecież to drewno boli”. To coś niebywałego, żeby do palącego drewna poczuć tyle empatii!

I drugi obrazek: jesteśmy pierwszy raz na zdjęciach w lesie, starsi chłopcy już przeszli wyznaczoną ścieżkę, a Oleg idzie ostatni. Nagle zatrzymuje się w połowie drogi, odwraca się tyłem do kamery, podnosi coś z ziemi i krzyczy z takim przejęciem, jakby znalazł nie wiadomo co: „Mama, mama, ja szyszku naszoł!”. To niesamowite, że można cieszyć się z każdego drobiazgu. Taki zachwyt w odkrywaniu świata zawsze mnie dziko wzrusza. Myślę sobie wtedy: „szkoda, że to zatraciliśmy”.

Artur Reinhardt: – Uczę się od dzieci uczciwości, szczerości i otwartości. One nikogo nie udają, są sobą, mówią, co myślą, pokazują, co czują. Nie lubię czytać recenzji filmowych, a uwielbiam czytać te, które dostajemy od dzieci. Nie ma w nich zakłamania, a emocje są zupełnie czyste. Uczę się tego od nich, bo lubię szczere, uczciwe relacje.

Danuta Stenka (mama dwóch córek): – Złapałam się kiedyś na tym – i to wypisało mi się drukowanymi literami – że wszystkie cechy i zachowania, które mnie w nich drażnią, które usiłuję w nich wytępić, dostały ode mnie. Prawdopodobnie gdzieś na dnie głowy nie akceptuję ich w sobie i w ten sposób z nimi walczę. Dzieci to takie zwierciadełka. Można w nich zobaczyć siebie.

Podobnego zdania jest aktor Wiesław Komasa, tata czworga dzieci: – Człowiek opiekuje się dziećmi, chce je wychowywać, a potem okazuje się, że one od samego początku też nas wychowują. Pod ich wpływem musimy przestawiać swoje myślenie, powściągnąć egoizm, dojrzeć i dzieje się to w sposób naturalny. Zauważyłem, że to, co mnie najbardziej w nich denerwuje, to są moje cechy, które w nich widzę. Irytują mnie, ale tak sobie myślę, że to ja muszę z tym coś najpierw zrobić.

Dzieci bardzo mnie ukształtowały. Dopowiedziały wiele rzeczy, ponazywały, ale też jakoś ograniczały. Szybko jednak zrozumiałem, że to ograniczenie czyni człowieka dojrzałym inaczej. Tak mi się wydaje. Bo tak naprawdę ponazywać ten radosny obowiązek jest trudno. Ale cóż to znaczy wobec wigilijnego stołu?

Henryk Sawka (tata dwojga dorosłych dzieci): – Dzieci mnie bardzo inspirują. Kuba ma dużą świadomość językową. Mówię mu na przykład: „idziemy na uroczystość”, a on (miał wtedy pięć lat) stwierdza: „To znaczy, że będzie uroczo i czysto”. Innym razem proponuję: „zostaniesz sam w domu”. Protestuje. Pytam: „A pamiętasz Kevina samego w domu?”. On: „Kevin nie był sam, przecież tam były kamery”.

Marta Hryniak (córka Krzysztofa Kieślowskiego, mama trzech córek): – Dla mnie bycie mamą to walka ze sobą, ze swoimi egoistycznymi potrzebami, lękami. Dlatego gdy chcę coś zmienić w dzieciach, zaczynam od siebie.

Katarzyna Stoparczyk (mama dwóch synów): – Wierzę, że to dzieci wybierają sobie rodziców. One nie są naszą własnością, tylko naszym wielkim przywilejem. Mamy szczęście, że możemy je wychowywać. Życie nas kiedyś rozliczy, co z tym przywilejem zrobiliśmy.

Żeby stać się bogatym

To, że dzieci wybierają sobie rodziców, a nie odwrotnie, głosi wiele duchowych teorii. Według nich dusze, zanim poczną się w łonie matki, dość perfekcyjnie wybierają sobie ojca i matkę. A wszystko po to, aby optymalnie, oczywiście z duchowego punktu widzenia, przejść lekcję życia tu, na ziemi.

Ksiądz profesor Janusz Tarnowski, pedagog, wychowawca kilku pokoleń uczniów, słynie z tego, że ma wyjątkowy kontakt z dziećmi. Wszędzie podkreśla, że to on uczy się od dzieci. Powiedział mi w jednym z wywiadów, że nie może zgodzić się z porównaniem wychowawcy do rzeźbiarza, który z bezkształtnej bryły marmuru powoli kształtuje rzeźbę. Według niego taka wizja wychowania jest nie do przyjęcia. Po pierwsze dlatego, że degraduje wychowanka do roli przedmiotu, a po drugie – rolę aktywną przeznacza jedynie dla wychowawcy. A według profesora Tarnowskiego wychowanie to spotkanie współdziałających stron, a każda z nich – choć w różnym stopniu odpowiedzialności – ma charakter podmiotowy.

W książce „Szczęśliwsze i prostsze życie z dziećmi” (Studio Emka) Wernera Tikiego Kustenmachera, ewangelickiego pastora, i jego żony Marion, czytam: „Ten, kto posiada dziecko, jest bogaty. To zdanie napiszcie dużymi literami nad drzwiami pokoju dziecinnego, na segregatorze, gdzie trzymacie wszystkie rachunki bankowe. Myślcie o tym stwierdzeniu nawet wtedy, gdy środki masowego przekazu będą was bombardować zdaniem: Nie stać nas na posiadanie dzieci. Śledząc losy ludzkości, dowiecie się, że już od zarania dziejów pieniądze i dobra materialne nie były dla ludzi najważniejszą zdobyczą. Dobre samopoczucie, sens życia, bogate życie wewnętrzne możemy na pewno osiągnąć, jeżeli będziemy posiadać potomstwo. Nieważne jest to, czy rodzice są małżeństwem, czy żyją bez ślubu, czy też mieszkają osobno”.

Jako mama dwóch synów – potwierdzam, choć muszę dopowiedzieć, że owo bogactwo okupione bywa potwornym zmęczeniem, trudami, wątpliwościami. Ale to dzięki dzieciom stajemy się prawdziwie dorośli, potrafimy lepiej się zorganizować, ustawić swoje priorytety, cieszyć się z małych spraw. Dzieci wyostrzają naszą wrażliwość, leczą z egoizmu, choć z drugiej strony – dopingują też do walki o siebie. Rozwijają nas i uczą. Ja na przykład dzięki starszemu synowi parę ładnych lat temu zgłębiłam tajniki komputera i Internetu, przekonałam się do sportu, muzyki w stylu grunge, dredów i martensów. Młodszy, pasjonat gotowania, pokazał mi kuchnię jako sztukę i cały czas uczy życia w tempie slow. Świat bez nich? Niewyobrażalny.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Ratujmy dzieci w pandemii – 10 propozycji do wprowadzenia od zaraz

Ograniczenia związane z pandemią nasilają ryzyko depresji u najmłodszych. Warto więc pomóc zachować dzieciom radość dzieciństwa. (Fot. iStock)
Ograniczenia związane z pandemią nasilają ryzyko depresji u najmłodszych. Warto więc pomóc zachować dzieciom radość dzieciństwa. (Fot. iStock)
Co dzieci zapamiętają z minionego roku? Gry na komputerze, lekcje online, rozdrażnionych dorosłych... Dziś już wiemy, że pandemia nie skończy się z nadejściem wiosny, a związane z nią ograniczenia nasilają ryzyko depresji u najmłodszych. Pedagożka Ewa Nowak proponuje – by zamiast liczyć, że to tylko tymczasowe – wprowadzać zmiany, które pomogą zachować radość dzieciństwa.

Usłyszałam od sąsiadki, że co drugie dziecko cierpi teraz na obniżenie nastroju, więc to jest już norma. Protestuję i nie przyjmuję tego do wiadomości, bo to, że z powodu covidowych restrykcji nasi najmłodsi mają obniżony nastrój, nie znaczy, że wszystko jest w porządku albo że „po pandemii jakoś się ułoży”. Czyli kiedy? Tego nie wie nikt... Zatem może lepiej przyjąć postawę „pandemia będzie już zawsze”, bo dopóki rodzice będą traktować dzisiejszą sytuację jak stan przejściowy, dopóty nie zatroszczą się o swoje dziecko jak trzeba. Wbrew pozorom taka zmiana może zmotywować i wyzwolić kreatywność. Od czego zacząć? Oto 10 propozycji do wprowadzenia od zaraz:

1. W zdrowym ciele zdrowy duch

Ponieważ ciało zawsze reaguje na nasz stan psychiczny, użyjmy tej korelacji w odwrotną stronę: wybiegane, zmęczone, wykrzyczane i dotlenione dziecko to element prewencji dziecięcej depresji. Także otyłości, zwłaszcza że słychać w mediach, że zaczęła się plaga i że jest to związane z obniżeniem nastroju. Nie pokuszę się tu o wyliczanie zasad zdrowego żywienia, ale pamiętajmy, że otyłość zaczyna się w sklepie. Zatem embargo na niezdrowe, wysokokaloryczne zakupy – to najważniejszy postulat w temacie zdrowia psychicznego uwięzionych w domach malców. Drugi to ruch, ale nie pozorowany, tylko prawdziwy, żeby dziecko każdego dnia się spociło.

Kolejne zdrowotne zalecenie to troska o wzrok, bo dzieci spędzają dziś większość dnia przed komputerem, laptopem, smartfonem... W jednej pozycji, z oczami pozbawionymi naturalnej ruchliwości źrenic. A wśród pięciu zmysłów kluczową rolę odgrywa wzrok, dosłownie wchłaniamy świat oczami, bo bodźce wizualne trafiają bardzo szybko do mózgu. Zatem pamiętajmy, żeby zabawa i przerwa od nauki wiązała się także z wytchnieniem dla oczu.

2. Dobra atmosfera

Wygłupy, łaskotki, udawanie potwora, naśladowanie głosów, dziwaczne zachowania, przekręcanie słów – to wszystko wprowadza w domu luz. Wygłupiajcie się. Chichoczcie, śmiejcie się wymuszonym opętańczym śmiechem, naśladujcie głosy zwierząt w nieoczekiwanych momentach. Jeszcze na studiach uczono mnie, że poza zaspokojonym głodem i poczuciem bezpieczeństwa do udanego dzieciństwa potrzeba wesołych i uśmiechniętych rodziców. A uśmiechać możemy się przecież bez ograniczeń.

3. Poczucie bliskości fizycznej

Atmosfera psychozy związanej z pedofilią odbija się na dzieciach. Boimy się je dotykać, tymczasem kontakt fizyczny – gilgotki, mocowanie się na ręce, tarzanie, nauka chodzenia na rękach, leżenie przed telewizorem i dotykanie się stopami – jest jak witamina. Także dla udającego, że tego nie potrzebuje dziesięciolatka. Małe dziecko możesz poprosić, żeby zrobiło ci masaż deptany – niech połazi po twoich plecach. To bezpieczna, dająca ogromną frajdę zabawa (tylko musisz leżeć na twardym podłożu, czyli łóżko ani kanapa nie wchodzą w grę).

4. Nowe doświadczenia

Magia czynności, którą wykonujesz po raz pierwszy, jest wielka! Jak ugotować jajko na miękko? Jak obrać ziemniaki? Jak nawodnić storczyki? Jak przetkać zlew? Jak wymienić baterie w pilocie? Na każdym kroku pozwalaj, żeby dziecko zrobiło coś pierwszy raz i to całkiem samodzielnie. Przypomnij sobie, w jakiej euforii jest człowiek, który minutę temu czegoś nie umiał.

5. Czytanie

Statystyki wskazują, że w Polsce dzieci czytają do 10. roku życia, czyli do czasu, gdy czytają im na głos rodzice. Nie dziwię się, gdyż wielu rodziców każe czytać samodzielnie dzieciom w wieku wczesnoszkolnym, kiedy one chcą już zanurzyć się w skomplikowane historie, a same nie są jeszcze w stanie ich czytać. Dlatego czytaj na głos, nawet jeśli słucha cię nastolatek! I nie proponuj, że zrobicie to na zmianę, bo wtedy dziecko będzie tylko w stresie czekać na swoją kolej. I nici z relaksu!

6. Wszyscy razem

Wiele metod wychowawczych podkreśla znaczenie angażowania całej rodziny w obowiązki domowe. Jednak nie chodzi tu o to, by wdrożyć córkę czy syna do sprzątania domu po remoncie ani sprawdzać testem białej rękawiczki, czy na pewno dobrze wytarli góry szafek kuchennych. Zamiast nakazywać, poproś o pomoc – dzieci cierpią psychicznie z powodu nudy, niedostatków różnorodnych bodźców, braku kontaktu z rówieśnikami i tego, że czują się bezużyteczne. Zatem wyznacz coś stosownego do wieku i środowiska waszej rodziny, np. „masz jakiś pomysł, jak zmieścić wszystkie zakupy w lodówce?”. I powstrzymaj się wtedy od komenderowania, poganiania czy wyrażania niezadowolenia.

Nie samymi obowiązkami człowiek żyje, więc warto dzielić i przyjemności. Czy gracie w planszówki? A może śpiewacie razem? Śpiew usprawnia przeponę, reguluje ciśnienie krwi, rozładowuje napięcie, poprawia pracę mózgu i sprawia frajdę. Można się bezkarnie wykrzyczeć, zmęczyć, odreagować. A śpiewy na całe gardło dzieci będą pamiętać zawsze.

7. Zapiski z czasów pandemii

Izolacja, dni spędzane w domu, kino i kościół online sprawiają, że tygodnie zlewają się, a to nie wpływa dobrze na nikogo. Pokaż dziecku, jak je odróżnić. Na przykład prowadźcie kalendarz, w którym każdy będzie codziennie wpisywać lub rysować jedną rzecz wyróżniającą ten dzień.

8. Spotkania w realu

Jeśli jedziesz do dziadków z zakupami, do biblioteki, żeby wymienić książki czy nawet po odbiór przesyłki do paczkomatu – weź dzieci ze sobą. Niech zobaczą dziadków, nawet tylko z daleka, niech porozmawiają z innymi ludźmi nawet na odległość. Nie wtrącaj się do tej rozmowy, niech dziecko wie, że poza rodzicami są na świecie inni dorośli. Tobie może się to wydawać nieprawdopodobne, ale dziś sporo dzieci martwi się przyszłością i tym, że nie będą miały na kogo liczyć.

9. Pochwały

To uniwersalna witamina wzrostowa, skądinąd równie skuteczna w przypadku dorosłych. Każde zachowanie da się pochwalić, nie bój się rozpieszczać dzieci. Nie wiem, czy to powiedział Janusz Korczak, czy profesor Ewa Tomasik, moja wykładowczyni na studiach, ale pamiętam do dziś: „Dzieci, które najbardziej potrzebują pochwał, to te, które najmniej na nie zasługują”. Zwłaszcza że ich niegrzeczne zachowanie może być reakcją na problemy z rówieśnikami, bo to, że dzieci mało widują się w realu, nie znaczy, że konflikty koleżeńskie przestają istnieć. Powodów może być wiele: źle działający Internet, brak słuchawek. Do tego dochodzi wyśmiewanie w mediach społecznościowych, nagrywanie. Rozmawiaj o tym, gdy tylko dziecko poruszy ten temat.

10. Zwierzak w domu

Kontakt z innym gatunkiem rozwija u dzieci empatię, daje poczucie sensu, bycie potrzebnym, zapobiega nudzie. A jeśli będzie to pies, to będą i kontakty społeczne, bo trzeba z nim wychodzić.

Ewa Nowak, pedagog, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży; najnowsza nosi tytuł „Orkan. Depresja”.

  1. Psychologia

Jak nie ulegać presji bycia idealnym rodzicem?

To, jakimi jestesmy rodzicami wynika z wartości, które wyznajemy. Inaczej będziemy się zachowywać, jeśli największymi wartościami są dla nas posłuszeństwo i dyscyplina, a inaczej, gdy tą wartością jest wolność. (Fot. iStock)
To, jakimi jestesmy rodzicami wynika z wartości, które wyznajemy. Inaczej będziemy się zachowywać, jeśli największymi wartościami są dla nas posłuszeństwo i dyscyplina, a inaczej, gdy tą wartością jest wolność. (Fot. iStock)
Zanim powiesz: „Jestem beznadziejną matką, bo nie piekę ciasteczek i nie jeżdżę na wszystkie mecze”, pomyśl, że większość dzieci ma w nosie, czy je ciastka z piekarnika, czy ze sklepu. Dziecko potrzebuje tylko sensownego kontaktu z rodzicem, chce czuć się ważne – mówi Beata Chrzanowska-Pietraszuk, pedagożka i psychoterapeutka.

Mam wrażenie, że otaczają mnie kobiety zwariowane na punkcie swojej macierzyńskiej roli: jedna zawsze zgłasza się do trójki klasowej, druga piecze ciasteczka na szkolne imprezy, trzecia zawala noce, ale szyje dla całej klasy stroje na przedstawienie. Ratunku, wracam do domu ledwo żywa, pełna kompleksów. Kto zwariował – ja czy one?
A ktoś musiał zwariować?

Matki, które nie są tak zaangażowane, czują się winne.
Jeśli czują się winne, to mają kłopot. Pytanie: skąd im się to wzięło? Jedne osoby mają potrzebę angażowania się, inne nie.

Z czego wynika ta potrzeba?
Powody są różne. Może moje dziecko jest trudniejsze, sprawia kłopoty wychowawcze. Wtedy sensowniej jest być w stałym kontakcie ze szkołą. A jak można mieć lepszy kontakt ze szkołą, niż będąc w trójce klasowej? Myślimy: „Jeśli ja pokażę się z fajnej strony, to ktoś życzliwiej spojrzy na moje dziecko”. To nie ma nic wspólnego z wyrachowaniem. Ale są też osoby, które po prostu są społecznikami. Uwielbiają działać. Łatwo je rozpoznać. Gdy trzeba zebrać pieniądze dla sąsiada, któremu spalił się dom, one będą organizować zbiórkę. Zawsze przyjadą do chorej koleżanki z pracy do szpitala, pomogą przy przeprowadzce. Udzielają się w trójce klasowej, ale też w samorządach.

Nie wszyscy mają na to czas.
Oczywiście. Pytanie, co jest moim priorytetem. Jako matki i jako człowieka. Rozwijanie swojej pasji zawodowej czy angażowanie się w szkołę dziecka?

Już widzę te reakcje, gdy matka mówi, że jej priorytetem jest rozwijanie pasji. Na to nie ma społecznego przyzwolenia. Często słyszę komentarze: „Ta to nigdy nie bywa na zebraniach, ta nigdy nie pojawiła się na szkolnym kiermaszu…”.
Bo dziś stawiamy macierzyństwo na piedestale. Mamy większą wiedzę niż kiedyś. Badania dotyczące roli matki w życiu człowieka dały fundament pod silny ruch promacierzyński. Matka stała się osobnym zawodem. Kobiety, które nie pracowały, a ich celem było wychowanie dzieci, poczuły się wzmocnione. Tak, wybrałam dobrą drogę. Z kolei te, które mają inne priorytety, poczuły się winne. Ale albo będziemy żyć pod dyktando innych – nieszczęśliwe – albo zgodnie ze swoimi oczekiwaniami. Gdy dziecko idzie do szkoły, to ta szkoła zawłaszcza nie tylko jego życie, ale i życie całej rodziny. Często pytam rodziców, o czym rozmawiają w domach. Co się okazuje? Że o wywiadówkach, zadaniach domowych, nauczycielach. Swoje dzieci też pytają tylko o to, co zadane, jaka ocena ze sprawdzianu. Tymczasem temat szkoły powinien zajmować 30 procent wszystkich rozmów.

Dużo jest takich rodziców zaangażowanych?
Nie, w większości są przeciętni. Pracują. Trochę inaczej jest w szkołach prywatnych, społecznych. Również wtedy, gdy matka nie pracuje. Ale naprawdę trudno porównywać kobietę, która ma 12 godzin na poświęcenie ich dziecku, bo mąż świetnie zarabia, z tą, która pracuje w korporacji i musi być w firmie minimum osiem, dziewięć godzin dziennie. Chciałabym też zaznaczyć, że odróżniłabym zwyczajne zaangażowanie od swego rodzaju „nadaktywności”.

Kiedy mamy do czynienia z tym drugim?
Kiedy rodzic za wszelką cenę próbuje dowiedzieć się, co dziecko w szkole mówiło, jak się zachowywało. Sprawdza wszystko. Wypytuje każdego nauczyciela. Syn stał czy chodził, grał w badmintona, nie grał, z kim rozmawiał na przerwie itd.

W szkole jest na śniadanie białe pieczywo, matka walczy o ciemne, robi wykłady o zdrowym żywieniu. To nie jest troska?
Nie lepiej po prostu jeść w domu zdrowo i przynosić to jedzenie do szkoły? Każda matka czuje się odpowiedzialna za dziecko. Za jego zdrowie. Ale przesadne poczucie odpowiedzialności może się przekładać na myślenie za dziecko, nadmierną opiekę albo kontrolę. Gdy on będzie miał 25 lat, pójdzie do jego firmy i sprawdzi, co mu gotują, a jak gotują niedobrze, zrobi awanturę? No przecież nie...

Co to jest nadmierna opieka?
Na przykład histeryczne pilnowanie 12-latka i tego, co je. Bieganie do nauczycieli i robienie afer, bo źle dziecko potraktowali. W przypadku młodszych dzieci mówienie: „Ubierz się cieplej”, bez pytania, czy im zimno, albo: „A ja ci każę: załóż sweterek”. Jest taka piękna psychologiczna definicja sweterka. Sweterek to jest ta część garderoby, którą musi założyć dziecko, kiedy mamie jest za zimno.

Znam matki, które nakazują dziecku: „Teraz zjesz, teraz pójdziesz do łazienki. Na pewno chcesz. Nie chcesz? Wydaje ci się”.
To nie jest troska, to niezwracanie na dziecko uwagi. Nadopiekuńczość to niewidzenie w dziecku drugiej osoby. Jeśli ja coś czuję, to ono też. Jeśli ja tak myślę, ono też. Czasem matka dopytuje: „Boisz się, ale boisz się?”. Albo stwierdza: „Rozumiem, że się boisz”, nie pytając, czy tak jest. Dlaczego? Bo sama się boi. Uważa więc za oczywiste, że dziecko też. Działania rodzica teoretycznie są nakierowane na pomoc dziecku, w praktyce to nieliczenie się z jego potrzebami.

To, jakimi jesteśmy rodzicami, wynika z…?
Wartości, które wyznajemy. Inaczej będziemy się zachowywać, jeśli największymi wartościami są dla nas posłuszeństwo i dyscyplina, a inaczej, gdy tą wartością jest wolność. Wyznawanie skrajnej wolności to puszczanie dzieci samopas, one mają prawo robić wszystko, nie należy ich ograniczać, same się wychowają. Wyznawanie skrajnego posłuszeństwa i dyscypliny to duszenie dziecka, pozbawianie go prawa do decydowania, kontrolowanie, mówienie, jak należy żyć. Ojciec wychodzi codziennie z synem, by nauczyć go jazdy na rowerze. Dziecko płacze, nie chce. Ale ojciec wyobraża sobie, że każdy musi jeździć na rowerze. Po co to robić? Przecież chłopiec prędzej czy później się tego nauczy. Albo i nie. Co z tego? Może lepiej zastanowić się, dlaczego on na tym rowerze nie chce jeździć. Może ma trudności z koordynacją ruchową i ani to dla niego fajne, ani łatwe. Dlaczego kogoś zmuszamy? Podobnie jak matka, która jeździ z córką na wszystkie zawody tenisowe, wywiera na nią presję wygranej. Po co? To, że dla matki sport jest wartością, to naprawdę nie znaczy, że dla jej córki też ma być. Dociskanie i kompletne odpuszczanie to dwie skrajności. A powinno się szukać złotego środka. Jasne, przyjdę do szkoły na mecz, gdy dziecko tego chce, ale nie będę się darła jak opętana, dopingując, albo krzyczała, bo niedostatecznie się stara.

Jak dzieci reagują na nadmierne zaangażowanie rodziców?
Nie znam takich, które się z tego cieszą. Żeby dobrze się rozwijać, dziecko potrzebuje trochę samodzielności i samotności. Czasu bez wszechwiedzącego rodzica, który je monitoruje, pilotuje. Jeździ na wycieczki, jest na każdym kiermaszu. Ono wtedy nie może być sobą, nie może się normalnie zachowywać, bo „oko matki czuwa”. Kiedyś dzieci wychowywały się na podwórku. Grupa rówieśników uczyła społecznych zachowań, rozwijała. Teraz wszędzie są rodzice. Czym innym jest interweniowanie, gdy dziecko jest szykanowane, czym innym bieganie za nim z parasolem ochronnym. Wyjątkiem są dzieci, które wymagają specjalnej opieki. Na przykład te mające zespół Aspergera. One potrzebują obecności rodzica, który będzie rozmawiał w ich sprawie, bo same mają problemy z komunikacją. Ale nawet tu potrzeba przytomnego rodzica, a nie kogoś, kto załatwi za dziecko wszystko.

Ale znam dzieci, które mówią: „Chodź, pojedź ze mną na szkolną wycieczkę, potrzebuję cię”.
Wtedy należy zastanowić się, z czego ta potrzeba wynika. Może z poczucia niepewności? Wtedy świetnym pomysłem będzie trening umiejętności społecznych czy trening dla dzieci nieśmiałych, aby się tej pewności nauczyły. Czasem warsztaty plastyczne, sport. To jest prawdziwe zaangażowanie – pomyślenie, co mogę zrobić, żeby mój syn czy córka działali sami. Inaczej dziecko nie nauczy się radzić sobie z kłopotami. Czasem matki mówią: „Dziecko potrzebuje”. A to nieprawda, to ja siedzę w domu i się nudzę, chcę wyjść. Albo jestem aktywistką. Albo lubię rysować, dlatego dekoruję klasę przed każdą imprezą czy świętem. Ale miejmy tego świadomość – tak, robię to dla siebie, nie dlatego, żeby mojemu dziecku było przyjemniej, tylko ja tego chcę. Jeśli tego nie rozdzielam, to kiepsko. Oceniam wtedy inne matki, jestem surowa.

A jeśli jestem po drugiej stronie i matki zaangażowane mnie złoszczą?
Warto się zastanowić, dlaczego nas złoszczą. W co naszego to uderza? Jeśli w poczucie winy, że ja tego nie robię – to pytanie, kto decyduje, która matka jest lepsza. Dlaczego ta, która piecze ciasteczka? Dla dziecka nie ma to znaczenia – ciasteczka można kupić. Ale może jeśli mnie irytują te matki, to znaczy, że ja bym się chciała bardziej angażować, a nie mogę. Albo słyszę ten głos w głowie: „Dobra matka to…”. Takie myślenie należy wywalić do kosza. To pułapka.

Odwieczne pytanie matek pracujących: „Ile czasu spędzać z dzieckiem?”.
Tyle, ile potrzebuje, jedno potrzebuje 15 minut aktywnego zaangażowana, drugie dwóch godzin, a trzecie tylko tzw. dostępności rodzica. Rodzic jest w domu, robi swoje, ale jeśli syn lub córka przychodzą i mówią: „Proszę, zrób coś ze mną”, to odpowiada na tę prośbę. Odkłada to, co robi, i jest dla dziecka. To bardzo ważne. Żadne „za chwilę”, „nie teraz”. To jest znacznie ważniejsze niż nasze obsesyjne podążanie za dzieckiem, towarzyszenie mu we wszystkich aktywnościach. Czasem na terapii otwieram oczy ze zdumienia. Dlaczego dziesięciolatek nigdy nie był w sklepie i nie przejechał sam nawet jednego przystanku autobusem? Nigdy nie sprzątał? Dlaczego 17-latkowi matka zabrania wracać po 22:00?

Tyle się słyszy o morderstwach, zaginięciach dzieci...
A o 20:00 nikogo nie mordują? A o 17:00? Napadów na szkołę też nie ma? Zadaniem rodzica jest opiekować się dzieckiem, ale nie opiekować się nim w sposób nachalny.

Beata Chrzanowska-Pietraszuk pedagożka specjalna, psycholożka i psychoterapeutka. Prowadzi szkolenia dla rodziców, psychologów i nauczycieli z zakresu umiejętności wychowawczych i budowania relacji. Pracuje z dziećmi z trudnościami rozwojowymi, zwłaszcza nadpobudliwymi, i ich rodzicami.

  1. Kultura

Kultura od kołyski

Instytucje kultury są coraz bardziej otwarte na postulaty rodzin. Chcą dostosować się do ich potrzeb. (Fot. iStock)
Instytucje kultury są coraz bardziej otwarte na postulaty rodzin. Chcą dostosować się do ich potrzeb. (Fot. iStock)
Wiadomo, że czym skorupka za młodu… Że im wcześniej zaszczepimy  w dzieciach potrzeby obcowania z kulturą, tym lepiej dla dzieci i kultury. Ale to nie takie proste. Same chęci rodziców nie wystarczą. Potrzebne jest także dostosowanie się instytucji kultury do potrzeb tej grupy odbiorców.

Takie wnioski wynikają z badań Fundacji Rodzic w mieście, która przebadała  1000 rodziców dzieci w wieku 0-6 lat ze wszystkich województw, o różnej sytuacji materialnej, płci, wykształceniu. Okazało się, że bez względu na dzielące rodziców różnice, wszyscy chcą korzystać z instytucji kultury, bo uznają, że takie placówki, jak muzea, galerie sztuki, teatry, kina, mają wartość edukacyjną i pomagają ich dzieciom się rozwijać. Jednak aż 64 proc. ankietowanych deklaruje, że od kiedy mają dziecko, rzadziej odwiedzają instytucje kultury. Co im to utrudnia?

Najczęściej wymienianą przeszkodą jest strach. 75 proc. badanych uważa, że wizyta w instytucji kultury z małych dzieckiem to źródło stresu. Rodzice boją się, że nie będą mieli gdzie przewinąć dziecka, nakarmić, a nawet usiąść. Aż 61 proc. z nich wyznało, że byli zmuszeni  opuścić wydarzenie bądź wyjść z instytucji kultury, ponieważ potrzeb dzieci nie dało się zaspokoić na miejscu. Obawiając się, że sytuacja się powtórzy, rezygnują z wizyt ze swoimi małymi dziećmi w muzeach, czy galeriach i wybierają inne aktywności.

Do tego dochodzi strach przed reakcją personelu. Rodzice mają obawy, że pracownicy nie rozumieją potrzeb i możliwości dzieci, będą zwracać im uwagę na „niewłaściwe zachowanie”, jak choćby hałas. Miejsca też nie zawsze są zorganizowane zgodnie z potrzebami dzieci i rodziców.

Z badania wynika, że współcześnie aż 3/4 rodziców liczy się ze zdaniem dziecka co do wyboru instytucji kultury, którą odwiedzą. Dla części z nich zdanie dzieci jest decydujące. To powinna być ważna wskazówka dla placówek.  Powinny one tak organizować swoje przedsięwzięcia, żeby były dla dzieci przeżyciem, niosły niepowtarzalne wrażenia. Schematyczne formy i powtarzalne treści na pewno skutecznie zniechęcą dzieci do powrotu. Dlatego Fundacja podkreśla, że projektowanie wydarzeń w instytucjach kultur jako przeżyć ma ogromne znaczenie.

Ważna jest też łatwość korzystania przez dziecko z zasobów danego miejsca, dostosowanie go do możliwości małego odbiorcy. Dobrym pomysłem są podwyższenia, usytuowanie eksponatów na odpowiedniej wysokości, czytelne i łatwe do zrozumienia opisy czy interaktywne ekrany ułatwiają dzieciom korzystanie z zasobów kultury.

Dobra wiadomość jest taka, że instytucje kultury są coraz bardziej otwarte na postulaty rodzin. Chcą dostosować się do ich potrzeb, jednak nie wiedzą jak to zrobić lub obawiają się wysokich kosztów. Okazuje się jednak, że w bardzo prosty sposób można rodzicom ułatwić wizytę w muzeum czy galerii. Co postulują rodzice? Najważniejsza jest profesjonalna i pomocna kadra, wyrozumiali i przyjaźni pracownicy – przewodnicy. Ogromnie ważną i w sumie prostą do zorganizowania sprawą, są miejsca do siedzenia: sofy, zwykłe ławki, które wpływają na komfort wizyty w placówce - na takie ułatwienie wskazało aż 51 proc. ankietowanych. Kolejny ważny postulat - możliwość dotykania przedmiotów, bo to wpływa na komfort rodzica, ale też trafia w potrzeby poznawcze najmłodszych gości.

Nowoczesność i uwzględnianie potrzeb dzieci – to jest ten pożądany kierunek, wynikający z badań. Warto nim podążać. Wyjdzie to na dobre i dzieciom i instytucjom kultury.

Rodzic w mieście to fundacja, która powstała z potrzeby reprezentacji w debacie publicznej rodziców żyjących w miastach. Głośno mówi o potrzebach rodziców, pełnym prawie do korzystania z miasta, swobodnego i bezpiecznego poruszania się po nim, godnej pracy, czyli takiej, która pozwala na rozwijanie ambicji zawodowych i jednoczesne życie w rodzinach. Więcej informacji o działaniach Fundacji można znaleźć na stronie: rodzicwmiescie.pl

  1. Psychologia

Jak uczyć dziecko mądrej asertywności?

Wielu rodzicom wydaje się, że asertywność oznacza przebojowość, która pozwoli dziecku wygrywać w rywalizacji, a tymczasem badania pokazują, że rywalizacja to często ślepa uliczka. (Fot. iStock)
Wielu rodzicom wydaje się, że asertywność oznacza przebojowość, która pozwoli dziecku wygrywać w rywalizacji, a tymczasem badania pokazują, że rywalizacja to często ślepa uliczka. (Fot. iStock)
Trzeba dać dzieciom szansę samodzielnego rozwiązywania problemów. Ale należy też podpowiadać, że dzielenie się zabawką – chociaż przez chwilę boli – daje radość – mówi psycholożka Dorota Wiśniewska - Juszczak.

Czy dostrzega pani dzisiaj większe zainteresowanie rodziców uczeniem swoich dzieci obrony przed brutalnością świata? Rzeczywiście widzę taką potrzebę wśród wielu rodziców, zwłaszcza potrzebę wychowania dziecka do bycia niezależnym, chyba też do kreowania dziecka na kogoś wyjątkowego. Myślę, że to nie jest tylko znak naszych czasów, choć  wydaje mi się, że teraz ta potrzeba jest przez rodziców silniej manifestowana.

Dlaczego? Z prostego powodu – bo niemal codziennie wchodzimy w kontakty rywalizacyjne, bo walczymy o dobra, których jest mało i musimy wykazywać, że jesteśmy lepsi niż inni.

Mamy wobec dzieci sprzeczne oczekiwania: Chcemy, aby umiały mówić „nie”, a z drugiej strony – podporządkowały się nam bez szemrania. Myślę, że czasem rodzice chcą, żeby dziecko było asertywne wobec innych, a nie wobec nich. Tym samym tłumią zdrową asertywność. I to jest paradoks: pragną nauczyć dziecka czegoś, co w rzeczywistości niszczą. Może to wynikać z opacznego rozumienia asertywności. Mam wrażenie, że jest duża moda na asertywność, ale i duże niezrozumienie, czym tak naprawdę ta asertywność jest.

A czym jest? Asertywność często kojarzy się z agresją i z takim mówieniem „nie”, bo nie. Tymczasem jest to rzeczywiście umiejętność mówienia „nie”, ale  uwzględniająca dobro innych. To ochrona własnego ja, ale z poczuciem, że swoją postawą nikogo nie krzywdzę. Mam wrażenie, że wiele ludzi zapomina, że może swoim „nie” zranić innych. Nie ma takiego pojęcia jak empatyczna asertywność, ale dobrze jest włączyć do asertywności emocjonalne zrozumienie racji innych.

Jak rozstrzygnęłaby pani odwieczny dylemat rodziców dziecka, któremu inne dziecko zabiera łopatkę? Zagrzewać poszkodowanego malca do walki o swoje, czy uczyć dzielenia się z innymi tym, co ma? To są rzeczywiście poważne dylematy: Czy pozwolić, żeby zabrano dziecku zabawkę i żeby z tego powodu poczuło się skrzywdzone, czy podkreślać, że trzeba się dzielić, czy – wprost przeciwnie - kształcić postawę obrony swego, uczyć stawiania granic. Obserwowałam w piaskownicy rodziców, którzy mieli podobny problem i często rozstrzygali go na korzyść granic, obrony swego. A ja myślę, że trzeba z tym bardzo uważać, bo jeżeli często mówimy dziecku: „nie dawaj się, broń własnej zabawki, to jest tylko twoje”, czyli gdy uczymy wyznaczania ostrych granic, to możemy wykształcić w nim postawę egoistyczną. W piaskownicy trzeba dać dzieciom szansę samodzielnego rozwiązania problemu. Ale można i trzeba też podpowiadać, że dzielenie się zabawką – chociaż przez chwilę boli – daje radość.

Nie możemy jednak zapominać o tym, z jakimi dziećmi mamy do czynienia – przebojowymi czy wrażliwcami. Pierwsze należy powstrzymywać, drugie zachęcać do odwagi? Myślę, że to podstawa – znać swoje dziecko. Rodzimy się z określonym typem osobowości czy raczej temperamentu, który jest silnie  uwarunkowany biologicznie. Mamy zatem możliwość obserwowania najczęstszych typów spontanicznego reagowania naszego dziecka na różne sytuacje. Dlatego, kiedy  nasza pociecha bawi się z innymi dziećmi w piaskownicy, uważnie obserwujący dziecko rodzic rozpoznaje, czy jego syn lub córeczka jest typem wrażliwca, przeżywającym, gdy ktoś mu coś zabiera i jednocześnie wtedy się wycofuje, czy ekspansywnym bojownikiem. Ale zachęcanie wrażliwca do bycia walecznym tak naprawdę niewiele przyniesie, bo takie dziecko musiałoby robić coś wbrew sobie. My nie zdajemy sobie sprawy z tego, że dziecko, tak, jak  dorosły, może czuć się czasem bezradne, bo z jednej strony słyszy głos, który jest dla niego absolutnym autorytetem: „nie pozwól Jasiowi, żeby zabierał ci twoją zabawkę”, a z drugiej wcale nie ma ochoty walczyć z Jasiem. Przeciwnie – ono chętnie by uciekło z tej piaskownicy, schowało za mamę i się rozpłakało.

Jak takim dzieciom pomóc? Trzeba dać im czas. Rozmawiać, opowiadać, czytać książki, które pokazują bohaterów umiejących stawiać granice. Znajomość psychologicznych aspektów rozwoju dziecka jest, owszem, bardzo pomocna, ale w gruncie rzeczy najlepsza jest wnikliwa obserwacja naszych dzieci i niedoceniana matczyna czy ojcowska intuicja. Jeżeli czuję, że moje dziecko może swoim zachowaniem skrzywdzić inne dziecko, to ja absolutnie zabraniam mu takiego zachowania, mówię zdecydowanie, że to jest niedopuszczalne i koniec. Gdy na przykład dziecko bije po głowie łopatką inne dziecko, czy sypie mu piaskiem w oczy, wkraczam do akcji. W takiej sytuacji nie czekam, aż dzieci same rozwiążą problem.

Dziecko nauczy się stawiania granic innym wtedy, gdy my będziemy stawiać mu wyraźne granice? Kiedy dziecko zauważy, że stawiane mu granice są bardzo wyraźne, zrozumie też, do którego miejsca może pozwolić sobie ze swoją ekspansywnością i niezależnością. Dla dziecka niezwykle ważna jest konsekwencja. Kiedy jej  brakuje, czuje się zagubione, bo nie wie, jak ma reagować na świat. To rodzice swoją konsekwencją wyznaczają mu drogę.

Wiedzą lepiej, co jest dla niego dobre? Na treningach biznesowych ukuliśmy pojęcie mądrej empatii, które można zastosować i w wychowaniu: Umiem wejść w emocje dziecka, zrozumieć jego zły nastrój, chęć posiadania cudzej zabawki, ale jednocześnie – zwłaszcza w okresie wczesnodziecięcym - mam poczucie, że wiem lepiej, co jest dla niego dobre, lepsze. I nie zawsze dobre jest to, czego ono akurat chce. To w gruncie rzeczy kluczowy element w wychowaniu. Mądra empatia to nie jest moralizowanie, mówienie: „robię to dla twojego dobra”, ale wczucie się w sytuację dziecka i pokierowanie nim tak, by mogło osiągać swoje cele, nie raniąc innych.

Idźmy z tej piaskownicy do szkoły. Dziecko, które nie umie się bronić, staje się w szkole obiektem agresji. Dzieci w tym wieku porównują się z rówieśnikami. Porównują się oczywiście częściej z tym lepszymi, cokolwiek to znaczy: silniejszymi, lepiej grającymi w piłkę, prymusami. I na tym etapie takie dzieci im imponują. Porównywanie się do innych to ważny element kształtowania własnego ja. Może się narażę, ale uważam, że na tym etapie ważne jest też posiadanie odrobiny konformizmu, często potrzebnego w życiu społecznym. Nie jest dobrze być wiecznym buntownikiem czy outsiderem. Ale jednocześnie trzeba uczyć dzieci, że mają prawo być sobą.

Jak to robić w praktyce? Podkreślać wyjątkową cechę dziecka, coś, co je wyróżnia. Nie radzi sobie na boisku szkolnym? Ale za to pięknie gra albo tańczy. Wzmacnianie mocnych stron dziecka daje mu atuty, które mogą obronić go przed agresorami. Pomyśli: „No rzeczywiście nie gram świetnie w piłkę, ale jestem dobry z matematyki”. I co ważne – podkreślanie wyjątkowych cech nie służy tylko podniesieniu samooceny i obronie, ale także współpracy, ponieważ tym, co mam wyjątkowego mogę wzbogacić kolegę, a on może mnie nauczyć czegoś, czego ja nie umiem. Mądre wzmacnianie atutów dziecka to jest tak naprawdę zachęcanie go do kooperacji.

Rodzicom chodzi chyba o coś zupełnie innego, kiedy mówią o asertywności. Bo wielu rodzicom wydaje się, że asertywność oznacza przebojowość, która pozwoli dziecku wygrywać w rywalizacji, a tymczasem badania pokazują, że rywalizacja to często ślepa uliczka. Dzieci, które rywalizują, są bowiem skoncentrowane na wyniku, nie zwracają uwagi na relacje z innymi, nie próbują podejść do problemu twórczo, bo to wynik jest najważniejszy. A poza tym, i to jest już niebezpieczne, postawa rywalizacyjna w szkole kreuje taką postawę wobec życia. Skoro ja rywalizuję, to otoczenie też ze mną konkuruje. A skoro wszyscy ze wszystkimi rywalizują, to nie ma za bardzo komu ufać, bo wszyscy są nastawieni wyłącznie na sukces, własny cel i nie ma miejsca na współpracę. Dziecko ma poczucie, że świat jest zły, wrogi. Wiemy, do czego prowadzi takie przekonanie – do wyobcowania. Owszem, dziecko może osiągnąć sukces, gdy natomiast poniesie porażkę, nie będzie nikogo, kto da mu wsparcie, bo gdzieś po drodze zgubiło przyjaźnie.

Jest takie powiedzenie: Najlepszą bronią jest atak. Jak nauczyć, że może być inaczej – że można bronić się nieagresywnie? Dobrym narzędziem jest tu chyba poczucie humoru. Bardzo dobrym. Ale poczucie humoru to drażliwy temat, bo nie znam osoby, która na pytanie, czy ma poczucie humoru, odpowiedziałaby przecząco. Jesteśmy przekonani, że mamy umiejętność śmiania się z siebie, ale jednocześnie uważamy, że inni jej nie mają. Poczucie humoru na własny temat jest bardzo silnie związane z poczuciem własnej wartości. Gdy mam wysoką samoocenę, to choć wiem, że może jestem kompletną łamagą na boisku, wiem też, że świetnie gram na skrzypcach. Mogę wtedy śmiać się z innymi z moich słabości. A śmiejąc się ze swoich słabych stron wytrącam broń z ręki agresorom. Walka jest skończona zanim do niej dojdzie. No bo ktoś rzuca argument, który ma mnie urazić, a czasem nawet jest prowokacją, a ja potrafię tak go odebrać, że atakujący czuje się zdezorientowany. W taki sposób reagują jednak ludzie o dużym poczuciu  własnej wartości.

O czym jeszcze powinniśmy pamiętać ucząc asertywności? Nam się wydaje, że asertywność polega tylko na umiejętności odmowy, reagowania na niesłuszną  krytykę, a tymczasem to jest też umiejętność przyjmowania pochwał.

Sami na ogół zaprzeczamy pochwałom. Tak, to bardzo polskie. Jeżeli mówimy komuś komplement to oczekujemy, że ten ktoś zaprzeczy albo skromnie powie: „nie, skądże, wcale nie jestem dobry”. Kształtujemy w dziecku wysoką samoocenę, a jednocześnie chcemy, żeby było fałszywie skromne. To niespójne. Dlatego uczmy dziecko, żeby, kiedy ktoś je wyśmiewa, samo się z tego śmiało, kiedy ktoś je niezasłużenie krytykuje, mówiło: „nie zgadzam się z tobą”. Ale z kolei, jak będą go chwalić, umiało powiedzieć: „tak, rzeczywiście dobrze mi to wychodzi.” I sami tak postępujmy. Bo to najskuteczniejsza forma nauki.

  1. Styl Życia

Montessori w domu. Pomóż dziecku rozwijać jego niezależność

Zastosowanie podejścia Montessori w domu naprawdę oznacza, że dzieci otrzymują bezwarunkową miłość i mogą ćwiczyć swoją siłą i swoje możliwości, gdyż ich rodzice są w stanie przekroczyć barierę strachu. ( Fot. iStock)
Zastosowanie podejścia Montessori w domu naprawdę oznacza, że dzieci otrzymują bezwarunkową miłość i mogą ćwiczyć swoją siłą i swoje możliwości, gdyż ich rodzice są w stanie przekroczyć barierę strachu. ( Fot. iStock)
Mów dziecku każdego dnia, że je kochasz. Wszystko inne jest ważne, ale drugorzędne. Wiedza o tym, że jest kochane, a zatem cenne i zdolne, to paszport, którego dziecko może użyć, aby dostać się tam, gdzie chce. Dzieci rodzą się kompletne, czyste, spokojne, zgodne z własnym wewnętrznym nauczycielem. Musimy tylko pozwolić im pozostać autentycznymi-  mówi Beatriz M. Muñoz, mama czterech córek, propagatorka metody Montessori.

Montessori – to system wychowawczy stworzony przez włoską lekarkę Marię Montessori, który pomaga we wszechstronnym rozwoju dziecka. Duży nacisk w tej metodzie edukacyjnej postawiony jest na środowisko oraz nauczycieli, dlatego dotychczas metoda ta stosowana była głównie w przedszkolach i szkołach. Ukazały się właśnie dwie książki, które są przewodnikami po metodzie Montessori do zastosowania w domu.

Fragment książki „Montessori. Wychowanie dziecka w wieku 0-6 lat.” Beatriz M. Muñoz

Stosowanie metody Montessori w domu ma dużo wspólnego z nauczaniem przez dawanie przykładu, a niewiele z zakupami (specjalnych mebli, materiałów, gadżetów - przyp. red.). Dzięki temu sami jesteśmy zmianą, którą chcemy widzieć w świecie, a ponadto staramy się być jak najlepszymi ludźmi. Korzystając z tej metody, uczymy się współczucia, uzdrawiania i przebaczania, gdy pracujemy nad wszystkim, co w naszym dzieciństwie szwankowało, aby nie powtarzać w założonych przez siebie rodzinach błędnych wzorców. Metoda ta pomaga nam również cieszyć się chwilą, żyć teraźniejszością, spędzać dobrze czas i żyć w pełni. Dzieci są niewątpliwie szczęśliwsze, ponieważ czują się szanowane i bardziej związane z rodzicami, ci z kolei mogą się stać dużo czystszym i bardziej gładkim lustrem, w którym ich pociechy zobaczą siebie. Zastosowanie podejścia Montessori w domu naprawdę oznacza, że dzieci należą do swojej rodziny i wiedzą o tym, że mogą być w niej użyteczne, że są słuchane, że mają zaspokojone poczucie niezależności i wolności, a przede wszystkim – że otrzymują bezwarunkową miłość i mogą ćwiczyć swoją siłą i swoje możliwości, gdyż ich rodzice są w stanie przekroczyć barierę strachu.

Bycie autentycznym, podążanie za własną naturą, ale z poszanowaniem zasad grupy społecznej, wspólnie przez nią przemyślanych i ustalonych, oraz posłuszeństwo sobie samym to dary, na które wszyscy zasługujemy, dary, które są prawdziwą pomocą w życiu.

Nie wolno nam bać się błędów. Wychowanie dzieci w strachu jest jednym z najgorszych uchybień, jakie mogą popełnić rodzice, pozytywne jest natomiast wychowywanie dzieci w spokoju. Powiedziałabym, że z miłością, ale nie wszyscy rozumiemy miłość w ten sam sposób, więc mówię o wychowaniu z wzajemnym szacunkiem, ponieważ jeśli będziemy traktować dzieci z szacunkiem, nigdy ich nie skrzywdzimy.

Powiedzieliśmy, że materiały nie są niezbędne w domu, ponieważ dla dzieci najważniejsze jest to, żeby spędzać czas ze swoimi rodzicami. Oferując im swój czas, nigdy się nie pomylisz. Bezwarunkowa miłość i instynkt nigdy nie zawodzą. Błąd jest motorem nauki, powinniśmy go traktować jako okazję do poprawy. Jeśli w dzieciństwie nauczono nas, żeby błąd kojarzyć z poczuciem winy i porażką, możemy się bać, że powtórzymy ten schemat. (…)

Wychowanie to odkrywanie

Maria Montessori mówi w swoich książkach, że największymi przeszkodami dla nauczyciela, a więc także dla rodziców, którzy są pierwszymi nauczycielami swoich dzieci, są duma i złość. Obie uniemożliwiają nam komunikowanie się z naszymi dziećmi z miłością. Duma skłoni nas do myślenia, że my, jako dorośli, wiemy więcej niż one, a towarzysząca jej złość pojawi się, gdy dzieci będą chciały podążać za swoją naturą, a nie robić to, czego my, dorośli, od nich oczekujemy. Krótko mówiąc, największym błędem w rodzicielstwie jest nadmierna kontrola. Pochodzi ona z przekonania, że wiemy więcej, i jest konsekwencją nieuzyskania oczekiwanych rezultatów. Pochodzi z naszego ego, z przekonania, że dziecko jest naszą własnością, a nie po prostu samym sobą. Mówił to już Khalil Gibran: „Wasze dzieci nie są waszymi dziećmi”.

Oczywiście, nie powinniśmy tolerować wszystkich zachowań dzieci, ale miłość i ochrona naszej więzi muszą być zawsze obecne w naszej relacji z nimi. Musimy być zarówno życzliwi, jak i stanowczy. W przeciwnym razie konsekwencje mogą być tak bardzo katastrofalne, że nasze dzieci spędzą resztę życia, próbując się pozbierać. Frederick Douglass powiedział, że łatwiej jest kształtować silne dzieci, niż naprawiać złamanych dorosłych, i myślę, że miał rację.

Dziecko daje nam możliwość naprawy naszego życia dzięki uczuciom przeciwstawnym dumie i złości – pokorze i cierpliwości; to są wielkie dary, jakie przynosi nam rodzicielstwo, jeśli jesteśmy gotowi je przyjąć. Maria Montessori mawiała, że wychowywanie jest pomocą na całe życie i czasami myślę, że prawdziwa pomoc na całe życie jest przekazywana w nasze ręce przez dzieci w momencie ich narodzin.

Naszym zadaniem jest towarzyszenie maluchom w tym procesie, który rozpoczyna się od poznania samego siebie, a następnie swoich rówieśników, swojej kultury i swojego społeczeństwa, a prowadzi do poznania wszechświata i odkrycia tego, co dzieci chcą robić w życiu. (…)

Włączaj dziecko do swojego życia, do praktycznych czynności życiowych, do załatwiania spraw, do posiłków, do spacerów. Otaczajcie się pięknem, kiedy tylko możecie, dzielcie się wszystkim, nawiązujcie więź, rozmawiajcie, szukajcie razem odpowiedzi – to jest najważniejsze. Czas, który spędzacie razem, jest najcenniejszym prezentem dla was obojga.

Być może w pewnym momencie poczułeś się przytłoczony, bezradny, zniechęcony. Pozwól sobie przypomnieć, że to, czego potrzebujesz, znajduje się w twoich rękach, ponieważ są one pełne miłości i dobrej woli. Jeśli wola cię zawiedzie i zdecydujesz się zrezygnować z tej drogi, to komu ją wskażesz? Jeśli nie zaczniesz procesu zmian od razu, teraz, gdy umysł twojego dziecka jest chłonny bardziej niż kiedykolwiek, to kiedy to zrobisz? Możesz zmienić świat. A świat potrzebuje ciebie, potrzebuje twojego światła, twojego pragnienia, twojej siły, twojego impetu, twojego przykładu.

Zrób wszystko, co tylko możliwe, aby cieszyć się każdą chwilą spędzoną z waszym dzieckiem, ponieważ dni mijają bardzo wolno i jednocześnie bardzo szybko.

Znaleźć najlepszą wersję siebie

(…) Kiedy zachowanie naszych dzieci nas denerwuje, dobrze jest zatrzymać się na chwilę i przeanalizować, co zakłóca nasz spokój. Jakieś wydarzenia z dzieciństwa? Jakieś aktualne wydarzenia? Jesteś zmęczony i zestresowany i masz tendencję do korzystania z „dolnego” mózgu zamiast „górnego”? Czujesz, że nie są spełnione twoje oczekiwania? Zachowanie, które nam przeszkadza, to sygnał do zanurzenia się w naszej świadomości. Podobnie, jeśli coś, o czym przeczytałeś w tej książce, ci przeszkadza, być może jest to również zaproszenie do przemyślenia i odkrycia, dlaczego tak się dzieje. Nie znam uniwersalnej prawdy ani odpowiedzi na wszystkie pytania, ale jeśli to, co wybrałeś dla swojej rodziny, działa, żadna książka nie powinna zmieniać twojego zachowania. Po prostu czuj, płyń, rozważaj, żyj.

Poczucie winy nas zakotwicza, powstrzymuje, blokuje przed postępem i poprawą. Nie obwiniaj się, zrób to dla siebie samego, ale także dla swojego dziecka lub dzieci. Gdybym cię zapytała, czy chciałbyś, aby twoje dzieci czuły się źle z powodu czegoś, czego nie można rozwiązać, jestem pewna, że odpowiedziałbyś: nie. Chcesz, żeby dzieci cieszyły się życiem, naprawiały swoje błędy, ale równocześnie nie pozwalały, aby te błędy ciągnęły je na dno. Błędy to wielkie możliwości, które oferuje nam życie, abyśmy mogli konstruować samych siebie, być tym, kim jesteśmy. Jestem dzisiaj taką, a nie inną matką z powodu błędów, które popełniłam z moimi córkami. Dzięki tym błędom możesz dzisiaj czytać tę książkę.

Nie zachęcam cię też do zastępowania poczucia winy – być może nieodłącznego elementu związanego z byciem matką lub ojcem – samozadowoleniem. Proszę tylko, abyś był dla siebie miły i zamienił poczucie winy na świadomą odpowiedzialność za to, co dajesz dzieciom jako najlepszą wersję samego siebie.

Rodzicielstwo to nie matematyka

W całej książce zachęcałam cię do skupienia się na długoterminowej perspektywie, na celu, na dorosłym, którym w przyszłości będzie twoje dziecko. Cel jest istotny, ale nie myśl już o tym. Ciesz się procesem tak jak dzieci, które koncentrują się na zadaniu, a nie na jego wyniku, i obserwuj, jak przebiega ten proces: a zobaczysz życie. Baw się dobrze, bo jeśli będziesz się dobrze bawić, jeśli spróbujesz sprawić, by podróż, a nie tylko jej cel, była warta zachodu, dostaniesz to, co chcesz: zostaniesz rodzicem, którym chcesz zostać.

Może próbowałeś czegoś, co nie zadziałało. Pamiętaj, że rodzicielstwo to nie matematyka. Nie znam wszystkich odpowiedzi, a nawet gdybym znała, nie mogłabym ci ich udzielić, bo pozbawiłabym cię przywileju ich znalezienia, dumy, szczęścia i mocy, które czujesz, gdy coś wreszcie działa i idzie po twojej myśli. Wszystkie odpowiedzi są w tobie i tylko w tobie. (…)

Dbaj o siebie i nie zapominaj, że jeśli nie dbasz o siebie, nie możesz zadbać o innych. Wprowadzasz to poczucie spokoju i chciałbyś, aby czuły je twoje dzieci. Złe dni miną, nie musisz sięgać po wszystko, pozwól sobie być człowiekiem.

Znajdziesz swoją drogę i będzie cudownie, bo to będzie twoja własna droga. Jeśli codziennie myślisz o tym, jak się poprawić, to dobrze ci idzie. Absolutnie fantastycznie. Nie musisz wierzyć mi, nie potrzebujesz mnie, po prostu spójrz na tę małą twarzyczkę, która jest tuż przy tobie, spójrz na nią, odpowiedź znajduje się w spojrzeniu twojego dziecka.

„Montessori. Wychowanie dziecka w wieku 0-6 lat.” Beatriz M. Muñoz;  „Montessori. 80 zabaw z dziećmi'. Beatriz M. Muñoz, Nitdia Aznárez; Wydawnictwo Samo Sedno „Montessori. Wychowanie dziecka w wieku 0-6 lat.” Beatriz M. Muñoz;  „Montessori. 80 zabaw z dziećmi". Beatriz M. Muñoz, Nitdia Aznárez; Wydawnictwo Samo Sedno