1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Na ile ukształtowali cię twoi przodkowie? Co musisz naprawić?

Na ile ukształtowali cię twoi przodkowie? Co musisz naprawić?

Czasem nie zdajemy sobie sprawy, co przejmujemy od poprzednich pokoleń, jakie traumy i niezałatwione sprawy przodków ciążą na nas do dziś. Ten emocjonalny spadek może wpływać na naszą teraźniejszość. (fot. iStock)
Czasem nie zdajemy sobie sprawy, co przejmujemy od poprzednich pokoleń, jakie traumy i niezałatwione sprawy przodków ciążą na nas do dziś. Ten emocjonalny spadek może wpływać na naszą teraźniejszość. (fot. iStock)
Lubimy myśleć o sobie jako o indywidualistach. Uważamy, że nasze życie zależy od nas samych. A już na pewno na jego kształt nie mają większego wpływu ci, którzy odeszli: nasi dziadkowie, babcie, prababcie. Łączy nas z nimi sentymentalna nić wspomnień, nie teraźniejszość, a tym bardziej przyszłość. Nowy świat budujemy sami. To błąd w myśleniu – przekonuje terapeuta Zbigniew Miłuński.

Długo szukałam kogoś, kto mi opowie o przodkach. Najwyraźniej nie jest to łatwy temat: przodkowie jako zasób, do którego możemy sięgać. Niby oczywistość, ale jednak nie w naszym kręgu kulturowym. Na szczęście jest się od kogo uczyć. W książce „Dawna mądrość na nowe czasy” von Lüpkego pewien sangoma, czyli południowoafrykański uzdrowiciel, mówi, że jeśli komuś nie wiedzie się w życiu, napotyka nieoczekiwane przeszkody – np. choć unika konfliktów, wciąż w nie wpada, nie może znaleźć pracy, marzy o założeniu rodziny, a nie może znaleźć partnera itp. – to sygnał, że została zerwana więź z przodkami. Mówi, że trzeba odzyskać brakujące ogniwo w łańcuchu pokoleń. Wtedy życie wróci na proste tory.

Jak pan to rozumie? Wiele osób nie przyznaje się do swoich przodków i odcina od korzeni. Oczywiście, można mieć poważne powody ku temu, chcieć żyć zupełnie inaczej. Rodzinne relacje bywają trudne.

Możemy też nie chcieć mieć wiele wspólnego z przodkami, których nie znaliśmy osobiście, ale nie pochwalamy tego, jak żyli, wstydzimy się za nich. Rozmowę z sangomą przeprowadza Niemiec, który mówi: „My w Europie nie chcemy mieć kontaktu z naszymi przodkami, bo oni robili złe rzeczy”. I na to ów sangoma odpowiada: „To błąd. Nie ma na świecie człowieka, który by czegoś złego nie zrobił. To nie powód, żeby się odcinać od przodków. Oni są częścią nas”.

Ja uciekłam od rodziny, żeby osadzić się w tym, co jest dla mnie ważne. Teraz próbuję te relacje nawiązać na nowo. I uświadomiłam sobie, jak mało wiem o swoich rodzicach, nie mówiąc już o dalszych przodkach... To powszechne zjawisko. Nie wiemy, kim byli nasi przodkowie, nie interesujemy się ich życiem. Nie poznaliśmy ich osobiście, nie pytamy o nich rodziców, a niekiedy nawet nie znamy ich imion.

Kiedyś nie chciałam się za siebie oglądać, bo widziałam tam samych ludzi pokiereszowanych przez wojnę. Szczególnie w męskiej linii – żołnierzy albo uciekinierów. I myślałam: „Nie chcę walczyć! Na nic mi taka spuścizna”. Po co mi te karabiny i granaty...

Nie mają mi nic do przekazania. Tak myślałam do momentu, kiedy podczas jednego warsztatu stanęłam w miejscu przodków. Był to rodzaj ustawienia. Pojawił się ruch: dziarskie maszerowanie. Kiedy weszłam w to głębiej, poczułam, jaka to fajna energia. Ile tam jest siły, wytrwałości, umiejętności dążenia do celu. Ale też pewnie niezłomność, waleczność, wytrwałość, stawanie w obronie tego, co ważne, gotowość do konfrontacji. Takie cechy w życiu bardzo się przydają.

A mnie ich brak – tak myślałam. I nagle zrozumiałam dlaczego: odcinając się od moich przodków, odcinam się od kawałka siebie samej, od swoich zasobów, zamykam je w pudełku z napisem „wojna”. Dotarło do mnie, że fakty z czyjegoś życia to jedno, a to, kim oni są, to drugie. Mogą mi się nie podobać rzeczy, które robili, ale ich cechy, talenty mogą być dla mnie wspierające. To ważny, psychologiczny aspekt relacji z przodkami, ale nie jedyny. Na ogół myślimy o nich jako o kimś osobnym. Więc jeśli już nie żyją i nie mamy z nimi kontaktu, to uważamy, że nie ma powodu, żeby się nimi zajmować. Tymczasem my jesteśmy naszymi przodkami. Czy tego chcemy, czy nie, oni w nas żyją. Również w sensie najbardziej namacalnym, biologicznym. Nitki DNA naszych rodziców spotkały się, splotły w miłosnym uścisku i tak powstała istota, którą jesteśmy. Ich DNA też jest splecione z DNA ich rodziców. Nasze ciało to więc żywi przodkowie, bo odtwarza zapis DNA naszego drzewa genealogicznego. W trakcie życia płodowego przechodzimy ewolucję. Od organizmu jednokomórkowego, przez płazy, gady, aż do człowieka. Nasze ciało zawiera całą informację o dziejach ludzkich. W tym kontekście mówienie, że nie chcemy mieć do czynienia z tym czy innym kawałkiem siebie, nie ma sensu. Równocześnie nie możemy jednak udawać, że przodkowie nie robili złych rzeczy, czy skupiać się tylko na ich pozytywnych cechach. Trzeba mieć świadomość, że jesteśmy miejscem spotkania przeszłości i teraźniejszości, dzięki czemu możemy zmieniać swoje dziedzictwo. Percy Ndithembile Konqobe, nasz sangoma, ujmuje to tak: przodkowie potrzebują nas, aby przyznać się do tego, co zrobili, by mogli stać się pozytywną siłą dla swoich potomków.

To znaczy, że my mamy szansę uświadomić sobie to, co oni zrobili, przebaczyć im i zmienić ten wzór? Sposób mówienia i myślenia w kategoriach oni – my zakłada, że jesteśmy od nich oddzieleni. A my jesteśmy nimi, oni nas współtworzą. Na przykład czy chcę, czy nie, w odruchu zdarza mi się wybuchnąć. Tak jak moim przodkom, którzy się wściekali, robili rzeczy bardzo gwałtowne, a skutki tego były katastrofalne. Wiem, bo poznałem historię rodziny. Jednak nie słucham tych historii, jakby dotyczyły wyłącznie kogoś innego. Mnie to też dotyczy. Mam w sobie tę spuściznę, wraz z doświadczeniami katastrofalnych skutków. Mogę się od tego dziedzictwa odciąć, ale ono i tak będzie we mnie obecne, tyle że poza moją świadomością. Albo mogę świadomie uznać, że to moje dziedzictwo, i z nim pracować, znaleźć większą równowagę. Na przykład wielu młodych Niemców – co budzi mój wielki szacunek – pracuje nad swoim dziedzictwem, nie odcina się, mówiąc: „To nie ja to zrobiłem, więc nie biorę za to, co się stało, odpowiedzialności”. Podejmują wysiłek, żeby przyjąć trudną spuściznę i ją przekształcić. To trudne zadanie, ale właśnie w ten sposób ci przodkowie w nich mogą przyznać się do tego, co zrobili, stać się pozytywną siłą. Działać poprzez swoich młodych następców tak, żeby zło, które wyrządzili, już się nie powtórzyło.

Indianie mówią, że mamy w sobie siedem pokoleń i to, co robimy, ma wpływ na kolejnych siedem. Wygląda na to, że tyle potrzeba, żeby traumę typu wojna domknąć i naprawdę przekształcić. Całkowicie się z tym zgadzam. Uświadamianie sobie i przekształcanie przeszłości to proces. Każde pokolenie ma szansę posunąć temat nieco dalej, aż do całkowitego uzdrowienia.

Na przykład ja mam małą cierpliwość do dzieci. Mój syn – dużo większą. Widzę tu pewien postęp. Świadome podejmowanie tematów rodowych przynosi wymierne rezultaty.

Kiedy mówię o przodkach, mam na myśli nie tylko ludzi, ale też dziedzictwo w szerszym znaczeniu. Czyli nasze korzenie? Często się od nich odcinamy. Wstydzimy się swojego pochodzenia. Na przykład są ludzie, którzy przenoszą się ze wsi do miasta i zmieniają w „supermiastowych”, odnoszą się do wsi z pogardą. Ich życie staje się przez to nieprawdziwe, niepełne. Zaprzeczają swojej tożsamości. Jakiś czas temu jeden z moich znajomych żalił mi się, że utknął w martwym punkcie i przestał się rozwijać jako psychoterapeuta. Powiedział mi, że nic mu nie idzie, że zwątpił w możliwość skończenia studiów. „Nie jestem już młody, powiedział, mieszkam w małym miasteczku, gdzie nic się nie dzieje, tylko starcy siedzą na ławkach i patrzą w dal”. Zamiast go przekonywać, że jest inaczej, powiedziałem mu: „To prawda. Jesteś z małego miasteczka i już nie jesteś młody”. Zachęciłem go, żeby poczuł się naprawdę stary i z tej perspektywy popatrzył na siebie i swoje studia. Strasznie go to walnęło. Uświadomił sobie, że przez lata studiował psychologię, żeby uciec z tego miasteczka, czyli od siebie, stać się kimś innym. Zrozumiał, że pracuje odtwórczo, wyłącznie zgodnie z procedurą. Procedury są ważne i trzeba je znać, ale to nie one pracują, tylko żywi ludzie. Jeśli ktoś nie wnosi do tego, co robi, swoich unikatowych zasobów, niewiele dokona. Zaprzeczanie dziedzictwu jest udawaniem kogoś innego, pozbawieniem siebie swoich darów, doświadczeń.

Dużo się mówi o tym, że jesteśmy wyjątkowi. A to właśnie takie pozornie nieatrakcyjne rzeczy jak pochodzenie z małego miasteczka nas wyróżniają i stanowią o naszej niepowtarzalności. Jesteśmy jak liście na drzewie – mówi sangoma. Życiodajne soki nie płyną, jeśli nie ma łączności między nami a pniem i korzeniami. To piękna metafora. Nawet w naszej kulturze mówi się o drzewie genealogicznym. Gdy się odcinam od tego drzewa i udaję, że jestem pojedynczym liściem w pustej przestrzeni, to z czego mam czerpać siłę? Nie mam kontaktu z ziemią i brak mi oparcia. Czuję się samotny.

Uświadomiłam sobie ostatnio, że mnie przodkowie kojarzą się z grobami. Moja babcia mieszkała w małej miejscowości, tam był kościół i obok cmentarz. Po niedzielnej mszy zawsze szło się na te groby. Rozmawiałem kiedyś z pewnym Indianinem, który w swoim plemieniu pełnił funkcję uzdrowiciela. Był pierwszy raz w Polsce. Zapytałem, co go tutaj najbardziej uderza. Odpowiedział, że kult przodków. Otworzyłem szeroko oczy: jaki kult przodków? Przecież jesteśmy katolickim krajem, cywilizowanym. Ale od tej chwili zacząłem się temu przyglądać i stwierdziłem, że on ma rację. W dzień Wszystkich Świętych cała Polska chodzi na groby. W Wigilię z każdego cmentarza w Polsce bije światło, na Wielkanoc też. Nigdzie indziej w Europie tak nie ma. Jednak takie nieświadome przywiązanie do przeszłości ma też negatywne strony. Na przykład trzymanie się przeszłej traumy. Czcimy ją, zamiast leczyć. Próby uzdrowienia naszego życia uznajemy za zdradę. Ten mechanizm jest w Polsce tak silny, bo przez długi czas nasze przetrwanie zależało od lojalnego trzymania się tradycji, kultywowania polskości. Świat się zmienił i nasza sytuacja też, ale wciąż trwamy w tym wzorcu, choć nam szkodzi, zamiast pomagać.

Odkryłam, że jestem też nieświadomie lojalna wobec przodkiń i ich cierpienia. Np. idzie mi dobrze i jestem zadowolona z siebie, więc robię nieświadomie coś, by się unieszczęśliwić, i w ten sposób pozostawać z nimi w solidarności. Bo one nie były szczęśliwe. Podobnie jest z mężczyznami. Na przykład piją, bo ojciec pił. Wszyscy dziedziczymy po przodkach skłonności do określonych zachowań. Myślę, że warto znaleźć zdrowszy sposób pielęgnowania ciągłości pokoleń. Sangoma mówi jeszcze jedno: „Nie wolno oszukiwać dzieci na temat ich pochodzenia, ukrywać tego, co robili przodkowie. To i tak jest obecne. Żeby móc coś zrobić ze swoim dziedzictwem, musimy je znać. Mamy prawo do tej wiedzy. Tajemnice i kłamstwa rodzinne obciążają i niszczą”.

Mam znajomego, który dowiedział się, że jest dzieckiem ze zdrady małżeńskiej. Ale matka nie chce mu powiedzieć, kim jest jego ojciec. Niedobrze. To pozbawia go podstawowej informacji na temat jego tożsamości. Ma dostęp do połowy siebie. Jak wygląda takie drzewo – z odciętą połową? Nie rośnie zdrowo. Nie wykorzystuje swojego potencjału. Duża część mojej pracy z ludźmi dotyczy właśnie tej trudności. Po to, żeby żyć w pełni, człowiek musi wiedzieć, kim jest, i jakoś z tym dojść do ładu. Wtedy może swobodnie tworzyć swoje życie i nie unikać odpowiedzialności za to, co robi, kim jest. To szczególnie istotne w wypadku mężczyzn. Mamy olbrzymie dziedzictwo przemocy, której biali heteroseksualni mężczyźni dopuścili się wobec kobiet, dzieci, innych mężczyzn, świata, siebie samych. Trudno się z tym spotkać, ogarnąć to jakoś, przyjąć, przekształcić, ale uważam, że to jest po prostu konieczne.

Z podobnymi tematami pracujemy w kręgach kobiecych. Tyle że my mamy do przyjęcia spuściznę ofiar, ale też manipulatorek, biernych agresorek. Świetny przykład tego, w jaki sposób jesteśmy miejscem, w którym nasi przodkowie mogą stać się pozytywną siłą. Na warsztatach dla mężczyzn zapraszałem do ćwiczenia: prosiłem uczestników, żeby wyobrazili sobie, jakiego dziadka chcieliby mieć. A kiedy już to zrobili, mówiłem: „Teraz już wiecie, ku czemu możecie dążyć”. Na tym polega nasza odpowiedzialność. Dzieci przejmą od nas taki świat, jaki dla nich stworzymy. Żyjemy i będziemy żyć w ich ciałach tak samo, jak nasi przodkowie żyją w naszych. Więc co zostawimy po sobie?

Zbigniew Miłuński: filozof i dyplomowany terapeuta psychologii procesu. Należy do Polskiego Stowarzyszenia Psychoterapeutów i Trenerów Psychologii Procesu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Skandale brytyjskich dworów - dlaczego interesuje nas życie wyższych sfer?

Skandale z udziałem brytyjskiej arystokracji zawsze wzbudzają ogromne emocje. W ostatnich dniach dużo mówi się o kontrowersyjnym wywiadzie, którego książę Harry i jego żona Meghan Markle udzielili Oprah Winfrey. (Fot. James Whatling/The Mega Agency/Forum)
Skandale z udziałem brytyjskiej arystokracji zawsze wzbudzają ogromne emocje. W ostatnich dniach dużo mówi się o kontrowersyjnym wywiadzie, którego książę Harry i jego żona Meghan Markle udzielili Oprah Winfrey. (Fot. James Whatling/The Mega Agency/Forum)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Dlaczego życie wyższych sfer to wyjątkowo wciągający i pouczający serial naszych czasów – pytamy Marka Rybarczyka.

Przyznaje pan, że brytyjska arystokracja fascynuje pana z dwóch powodów. Ze snobizmu, ale przede wszystkim z poczucia absurdu, które wywołują ich erotyczne, obyczajowe i finansowe ekscesy. Snobizm jest oczywisty, to bowiem jedna z ostatnich klas, która w świecie zachodnim pozostała – przynajmniej w niektórych obszarach czy aspektach – prawie nietknięta. Choć I wojna światowa, na którą Brytyjczycy poszli z dumy i poczucia imperializmu, a nie z konieczności, przetrzebiła szeregi arystokracji, to nadal ma ona ogromne przywileje. Na przykład w Izbie Lordów zasiada prawie 100 arystokratów, a około 800 nosi dziedziczne tytuły, poza tym w ich rękach jest 1/3 ziemi w Anglii – jak mówi angielskie przysłowie, wystarczy obrócić się trzy razy i rzucić kamieniem, by trafić w rezydencję jakiegoś lorda.

Arystokracja jest tu tak liczna i ważna z kilku powodów. Po pierwsze uniknęła rewolucji, która we Francji wycięła w pień dobrze urodzonych. Po drugie wyszła obronną ręką z rewolucji przemysłowej, uratowana przez falę małżeństw z amerykańskimi dziedziczkami, które wnosiły w posagach pokaźny zastrzyk gotówki. Po trzecie, zachowała wiele zamków i dworów, niezniszczonych w czasie II wojny światowej, które są obecnie w posiadaniu wielce szlachetnej organizacji, jaką jest National Trust, i udostępniane do zwiedzania. Obecność arystokracji jest więc zauważalna.

Członkowie rodziny królewskiej nazywają swoją familię „Firmą”. Na zdjęciu król Jerzy VI Windsor, Królowa Matka oraz ich córki - Elżbieta i Małgorzata. (Fot. BEW Photo) Członkowie rodziny królewskiej nazywają swoją familię „Firmą”. Na zdjęciu król Jerzy VI Windsor, Królowa Matka oraz ich córki - Elżbieta i Małgorzata. (Fot. BEW Photo)

Są też niepisane przywileje, polegające na tym, że jeśli pochodzisz z wielkiej rodziny, czyli – jak śmieję się razem z innymi autorami – masz nazwisko, którego pisownia ma się nijak do jego wymowy albo które jest wieloczłonowe – to jest ci o wiele łatwiej znaleźć pracę. Jest mnóstwo galerii sztuki czy firm PR-owych, w których jedno szepnięcie, że ktoś jest z takiej, a nie innej rodziny, gwarantuje zatrudnienie. Arystokraci kończą zwykle elitarne szkoły, jak Eton, ale tu studiują też potomkowie rodzin z dużymi pieniędzmi, więc te dwie klasy trochę się mieszają. Dzięki temu w Eton poznali się książę William i księżna Kate, wtedy Middleton. Jest mnóstwo sklepów oferujących towary i ceny nie na normalną kieszeń, jak pracownia garniturów przy Savile Row w Londynie, które dostarczają swoisty uniform dla arystokraty. Książkę „Skandale angielskich dworów” zaczynam od anegdoty o pewnie sunącym pojeździe z fioletową lampką z przodu, na który natrafiłem kiedyś zdziwiony na ulicy w Covent Garden. Ta lampa to symbol, że jedzie nim ktoś z rodziny królewskiej, komu trzeba ustąpić pierwszeństwa. I metafora tych przywilejów.

Rodzina królewska, kwintesencja i symbol potęgi swojej klasy, jest popularna nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale i w Polsce. Skąd u nas to zainteresowanie? Z tęsknoty za własną arystokracją? Brytyjska rodzina królewska to jest ewenement na skalę światową. Zaczęła pełnić rolę takiej soap opery, ulubionego serialu każdego, niezależnie od wieku czy pochodzenia. Wszystko zaczęło się od małżeństwa Karola i Diany, zakończonego publicznym praniem brudów, na co nałożyła się rewolucja w prasie i powstanie tabloidów, czyli imperium prasowego Ruperta Murdocha. Cały świat chciał czytać o rodzinie królewskiej, a dziennikarze to ochoczo podchwycili.

Królowa Elżbieta II i książę Filip. (Fot. Getty Images) Królowa Elżbieta II i książę Filip. (Fot. Getty Images)

W Polsce praktycznie nie mamy arystokracji, ona została w okrutny sposób wycięta i zniszczona przez komunizm i populizm, czyli demokrację. Za komuny tępiono ją planowo, natomiast demokracja zabiła szacunek dla tytułów i dla tradycji. A mamy przecież kilka wspaniałych rodów arystokratycznych, które jednak coraz częściej wynoszą się z Polski, bo czują się tu niemile widziane. Anglicy mają świadomość, że klasy wyższe niosą ze sobą przede wszystkim pewne wartości.

Jakie? Ja arystokrację zacząłem bardzo cenić, kiedy zdałem sobie sprawę, że bez niej – mam tu na myśli głównie arystokrację brytyjską – nie byłoby współczesnej cywilizacji europejskiej, i mówię to z całą powagą dziennikarza i politologa. Przede wszystkim była niesamowicie bogata, bogatsza nawet niż dzisiejsi potentaci z Doliny Krzemowej. Poza tym żyła w odcięciu od świata, dzięki czemu mogła się ugruntować i wyodrębnić. Przez wyspiarską izolację miała więcej spokoju i nie ulegała tak łatwo trendom. Stąd słynny angielski konserwatyzm.

Królowa Elżbieta II i jej córka, księżniczka Anna. (Fot. BEW Photo) Królowa Elżbieta II i jej córka, księżniczka Anna. (Fot. BEW Photo)

Tę klasę było stać na wiele – na picie kawy i herbaty w restauracjach, ale też na kupowanie dzieł sztuki, na mecenat artystyczny i na kult wolności. Arystokracja w XVIII wieku staje się uosobieniem niezależności i czynnie wspiera kult indywidualizmu. W Anglii do dziś ceni się oryginałów. Wielu arystokratów – często z nudów i nadmiaru wolnego czasu – było naukowcami, wynalazcami, odkrywcami czy podróżnikami. Oni wymyślili nam świat. Nic dziwnego, że uważają się za wyjątkowych, ale też szanują wyjątkowość innych. Byli promotorami liberalizmu, sztuki, ale też działalności charytatywnej, czuli się odpowiedzialni społecznie – a tego dotkliwie brak dzisiejszej klasie politycznej. Brytyjska rodzina królewska zakłada i wspiera tysiące organizacji, w tym bardzo nowoczesne, zajmujące się walką z cyberprzemocą, depresją czy zanieczyszczeniem środowiska.

Jedna sprawa to wartości, druga to zepsucie. Sam pan pisze, że byli też elitą brutalną, wyzyskującą, czerpiącą zyski z pracy niewolników. W XIX, ale i XX wieku arystokracja to zgnilizna moralna, dewiacje, wychowanie w szkołach z internatem. Są czarne karty historii arystokracji, jak niewolnictwo. Jest też nadal występujący zimny chów. Tak jak Elżbieta II wykończyła Karola, chłodem, brakiem czułości i surową szkołą z internatem, tak wielu innych arystokratów niszczyło swoje dzieci. Zwłaszcza poprzez wczesne oddawanie ich do szkół, gdzie były dowożone jak pakunki i doświadczały aktów sadyzmu ze strony nauczycieli i rówieśników, mówię tu głównie o XVIII wieku. Ale kary cielesne, zimne pokoje, osamotnienie – były na porządku dziennym też w XX wieku. W ten sposób hodowano późniejszych dewiantów. Trójkąty małżeńskie, dewiacje seksualne, praktyki sado-maso, wątki biseksualne – o tym wszystkim piszę w książce. Anglia kojarzy nam się z oziębłymi konserwatystami, którzy do łóżka zabierają najwyżej termofor z ciepłą wodą, ale to nieprawda – to oni wymyślili pierwszą rewolucję seksualną w XVIII wieku. To brało się z nudy, ale też z wychowania, które potem odreagowywali w sypialni. Londyn był miastem z największą liczbą domów publicznych w Europie, to tam swoją „edukację” zaczynali potomkowie arystokratycznych rodzin.

Brytyjska rodzina królewska, lata 80. (Fot. BEW Photo) Brytyjska rodzina królewska, lata 80. (Fot. BEW Photo)

„Sekrety angielskich dworów” to pana kolejna książka o arystokracji. Co jest w niej tak inspirującego, że nie przestaje pan wracać do tego tematu? Arystokraci są swoistym laboratorium dla każdego z nas jako człowieka. My, żyjący w stechnologizowanym XXI wieku, stajemy się podobni do XVIII-wiecznych lordów. Oni siedzieli w swoich zamkach, liczących 100 pokoi, i czuli się bardzo osamotnieni, dlatego wymyślali sobie różne rzeczy – obyczajowe i seksualne. My też zamknięci w swoich pokojach czy siedzący przed komputerami ze słuchawkami na uszach czujemy się odizolowani od świata, uciekamy w gadżety i wirtualną rzeczywistość, albo spędzamy całe dnie w centrach handlowych, w tłumie, ale tak naprawdę sami. Coraz trudniej nawiązać nam bliskie związki z innymi, coraz łatwiej umówić się na seks. Wynaleźliśmy tyle rzeczy, które miały nam oszczędzić czas, a teraz nie wiemy, co z tym czasem zrobić. W historii brytyjskiej arystokracji widzę tak naprawdę opis losu jednostki pragnącej uciec przed nieuchronnością śmierci i tym, że w jej obliczu zawsze jesteśmy sami.

Marek Rybarczyk, publicysta, dziennikarz, pisarz. Znawca kultury i historii Wielkiej Brytanii, wieloletni dziennikarz radia BBC, korespondent „Gazety Wyborczej” w Londynie, komentator Radia TOK FM, radiowej Trójki i TVN24. Autor książek, m.in. „Tajemnice Windsorów”, „Elżbieta II. O czym nie mówi królowa?” „Skandale angielskich dworów”.

Polecamy książkę Marka Rybarczyka „Skandale angielskich dworów”, wyd. Prószyński i S-ka, 2018 Polecamy książkę Marka Rybarczyka „Skandale angielskich dworów”, wyd. Prószyński i S-ka, 2018

  1. Psychologia

Style przywiązania - jak związek z matką wpływa na późniejsze relacje?

Od chwili narodzin uczymy dziecko niezależności, a ono uczy nas... zależności (fot. iStock)
Od chwili narodzin uczymy dziecko niezależności, a ono uczy nas... zależności (fot. iStock)
Wiele problemów w naszych bliskich związkach ma swoje źródło we wczesnych relacjach z rodzicami. Ale to nie znaczy, że oni są wszystkiemu winni. Ich przecież też wychowywali rodzice, którzy powielali błędy swoich rodziców.

Wiele problemów w naszych bliskich związkach ma swoje źródło we wczesnych relacjach z rodzicami. Ale to nie znaczy, że oni są wszystkiemu winni. Ich przecież też wychowywali rodzice, którzy powielali błędy swoich rodziców. Jakie wyróżniamy style przywiązania i jaki mają one wpływ na naszą relację z partnerem?

Ewa, lat 34, mama sześcioletniej Marty. Pewnego dnia, po awanturze z mężem, widzi w sobie swoją matkę. Silną, dominującą, wiecznie zagniewaną. Przypominają jej się kłótnie matki z ojcem, gdy była dziewczynką. Chowała się wtedy pod stołem i zatykała sobie uszy. W Martusi widzi małą Ewę – zalęknioną, ale też rozhisteryzowaną, roszczeniową. Odkrywa jeden ze stylów przywiązania u dzieci. Szuka ratunku u terapeuty. Terapia nie ocala wprawdzie małżeństwa, ale pomaga na nowo budować relacje z córką.

Część wspólna zbioru

Nie każdy z nas ma szczęście zobaczyć jak na dłoni siebie w swoim dziecku. To dlatego większość psychoterapeutów proponuje rozpoczęcie terapii od spojrzenia w siebie, choć to, co tam zobaczymy, bywa często skutkiem relacji z naszymi rodzicami. Nie znaczy to, że oni są wszystkiemu winni. Ich przecież też wychowywali rodzice, którzy popełniali błędy.

Często dopiero własne dzieci pokazują, jacy naprawdę jesteśmy. Uświadamiają nam style przywiązania z przeszłości. Są lustrem, w którym możemy się przejrzeć. Marta, córka Ewy, z byle powodu wpadała w histerię. Swoim zachowaniem pokazywała jednak nie to, „jak paskudny ma charakter” (cytat z ojca), ale to, co fundowali jej rodzice.

Dzieci są czymś w rodzaju wspólnego zbioru pomiędzy ojcem a matką, czyli są tym, co daję na rzecz związku ja i co ofiarowuje mój partner. Z czasem granice tej „części wspólnej” powiększają się o wszystko, co wnosi dorastające dziecko. Przez pierwsze lata życia jest ono jednak swoistą walizką, którą rodzice – często nieświadomie – zapełniają. Są pierwszymi osobami, z jakimi dziecko wchodzi w doświadczenie bliskich związków. Według Johna Bowlby’ego, brytyjskiego lekarza i psychoanalityka, od przebiegu relacji dziecka ze znaczącymi dla niego osobami we wczesnym okresie życia zależy jego funkcjonowanie psychiczne i społeczne w przyszłości. Style przywiązania u dzieci mają niebagatelne znaczenie.

Psycholog rozwojowy Mary Ainsworth przeprowadziła badania, które miały odpowiedzieć na pytanie, jak emocje matki wpływają na relacje z dzieckiem. Badania polegały na tym, że sprawdzano reakcję dziecka, gdy matka znikała z jego pola widzenia. Na tej podstawie określono trzy tak zwane style przywiązania u dzieci.

Mamo, zaopiekuj się mną, czyli style przywiązania u dziecka a późniejsze relacje z partnerem

Pierwszy, oparty na poczuciu bezpieczeństwa, prezentuje około dwóch trzecich dzieci. Co je wyróżnia? To, że ufają matce, czują się przy niej bezpiecznie, wierzą, że jest dostępna, wrażliwa i gotowa do wsparcia i opieki. Taka relacja buduje w małym człowieku poczucie własnej wartości oraz przekonanie, że ma prawo do miłości. A to z kolei sprawia, że chce on potem poznawać świat z dużą dozą pewności siebie, jest ciekawy nowych zjawisk i angażuje się w relacje społeczne. Dzieci prezentujące bezpieczny styl przywiązania jako osoby dorosłe potrafią tworzyć trwałe, zdrowe relacje. Umieją wspierać innych, ale też zwracać się o pomoc. Nie sprawia im trudności bycie zależnym od innych, potrafią również stawiać wyraźne granice. Po latach opisywali swoich rodziców jako troskliwych, uczuciowych, sprawiedliwych.

Badania Ainsworth pokazują, że około 20 procent dzieci przejawia inny styl przywiązania – lękowo-ambiwalentny. Aż tyle nie ma pewności, czy dostanie pomoc i pocieszenie! I dlatego stale upewniają się, czy aby mama jest blisko. Gdy próbuje się oddalić, gwałtownie protestują. A po jej powrocie z jednej strony się cieszą, a z drugiej – demonstrują gniew i opór. W dorosłości zamartwiają się o to, czy są naprawdę kochani i czy nie kochają za bardzo. Mogą stać się chorobliwie zazdrośni i czuć się niedoceniani przez partnera i inne ważne osoby, na przykład współpracowników. Badani o takim stylu przywiązania opisywali swoich rodziców jako agresywnych, kontrolujących.

Kolejne 20 procent dzieci cechuje unikający styl przywiązania. Takie dzieci mają poczucie odrzucenia przez matkę. A nabierają go dlatego, że są karane za próby nawiązania z nią bliskiego kontaktu fizycznego. Jako dorośli czują się skrępowani bliskością innych ludzi, stają się w ich obecności nerwowi, unikają intymności, nie ufają partnerowi. Wikłają się w przelotne związki seksualne i nadmiernie koncentrują, na przykład na pracy zawodowej. Wspominali rodziców jako wymagających, krytycznych i pozbawionych troskliwości.

Zamiana ról

Badania pokazują, że u 70 procent dorosłych (21-latków) styl nawiązywania relacji z partnerem jest taki sam jak styl przywiązania u dzieci do matki w wieku 12 miesięcy.

John Bradshaw, amerykański psycholog (ten, który ukuł termin „wewnętrzne dziecko”), twierdzi, że błędne koło powielania tego schematu da się przerwać. Zacząć trzeba od powrotu do swojego dzieciństwa, od obejrzenia go jak na zwolnionym filmie, przeanalizowania wspomnień i faktów. Dobrze jest przeprowadzić coś w rodzaju wywiadu ze sobą. Czy czuliśmy się wystraszeni, gdy mama znikała? Czy mieliśmy żal do rodziców, że wyjechali? Kto się nami opiekował, przytulał? Byliśmy chwaleni czy tylko karani?

Ewa przeprowadziła ze sobą taki wywiad. I co się okazało? Że panicznie bała się rozłąki z mamą, ponieważ ta postraszyła ją kiedyś (gdy była niegrzeczna): „Wyjdę z domu i więcej nie wrócę”. Odtąd lęk towarzyszył jej zawsze, gdy traciła matkę z oczu. Potem panicznie bała się zdrady i odejścia męża.

Ale aby przerwać przymus powielania schematu, nie można poprzestać tylko na uświadomieniu sobie tego, co jako dzieci przeżyliśmy. Trzeba też spróbować zrozumieć rodziców, spojrzeć na swoje dzieciństwo ich oczami. Żyli przecież w innych czasach, borykali się z różnymi trudnościami, nie mieli takiego dostępu do wiedzy na temat wychowania, jaki teraz mamy. A my chcieliśmy widzieć w nich bogów, którzy są w stanie wszystko dać i wszystko wiedzieć.

Gdy więc stajemy się dorosłymi, podziękujmy rodzicom za to, że kochali nas tak, jak potrafili, nie obarczajmy winą, tylko wybaczmy im i weźmy swoje życie w swoje ręce. Teraz to my jesteśmy rodzicami. Pamiętajmy: od chwili narodzin uczymy dziecko niezależności, a ono uczy nas... zależności. To taka naturalna wymiana – ono pobiera od nas lekcje stawania się autonomiczną osobą, a w zamian daje nam lekcje stawania się odpowiedzialnymi za drugiego człowieka.

Co się dzieje, gdy powstaje zbyt duża zależność rodzica z jednej strony i zbyt duża niezależność dziecka z drugiej? Ilustruje to taka oto sytuacja: Mama z dzieckiem przechodzą obok stoiska z zabawkami. Synek domaga się samochodu. Mama tłumaczy, że nie kupi mu autka. Synek krzyczy, rzuca się na podłogę. Mama czerwona ze wstydu, dla świętego spokoju, kupuje samochód i wściekła wyciąga malca ze sklepu.

Prawdziwy dialog

W tej próbie sił wygrywa dziecko, ale czy na pewno? Widząc poirytowaną matkę, zastanawia się: „Niby wygrałem, ale dlaczego mama jest taka zła?”. Satysfakcję z postawienia na swoim mącą synkowi wątpliwości, czy wobec tego mama go jeszcze kocha. Tak rodzi się brak poczucia bezpieczeństwa. Bo to poczucie budują rodzice, którzy kochają, ale stawiają granice, uczą, czego wolno, a czego nie, którzy w swoich reakcjach są przewidywalni, konsekwentni.

Ulegamy dzieciom między innymi dlatego, że nie radzimy sobie z gniewem – chcemy ukryć irytację i złość, którą one bardzo wyczuwają. A wszystko to z lęku przed ich reakcją!

Z kolei skutki zbyt małej niezależności dziecka i zbyt małej zależności rodziców ilustruje taka oto sytuacja: Synek wygląda przez okno samolotu i nagle woła: „Tato, popatrz, jaki piękny stadion!”. Na co tata: „Co ty pleciesz, tu nie ma żadnego stadionu”. „Ale ja go widzę!” – upiera się synek. Tata: „Stadionu nie ma w tym mieście”. „Widocznie lecimy nad innym” – odpiera rezolutnie chłopiec. „Nie dyskutuj ze mną!” – ucina ojciec. Po chwili kapitan samolotu informuje, że lecą nad Manchesterem. A w tym mieście stadion na pewno jest. Tata jednak udaje, że nie słyszy. Synek słyszy doskonale, ale już wie, że tata musi zawsze mieć rację.

Wszechwiedzący rodzice, którzy decydują, co jest prawdą, a co nie, sprawiają, że dziecko nie ma poczucia sprawczości, czyli nabiera przekonania, że nic od niego nie zależy. Nie ma więc ochoty, by się zmieniać, rozwijać, podążać za swoimi pragnieniami i talentami, bo po co, skoro kontrolujący rodzice i tak wiedzą lepiej. Ale w głębi duszy pozostaje złość i żal oraz głębokie poczucie niesprawiedliwości. W życiu dorosłym takie skrzętnie skrywane uczucia mogą mieć opłakane konsekwencje – jak niesamodzielność, trudności w radzeniu sobie z codziennymi problemami, zbyt duża zależność od zdania innych osób, niskie poczucie własnej wartości. Takie style przywiązania mają wpływ na relacje z partnerem.

Dziecko powinno móc wyrazić każdą swoją emocję. Być zauważone i bezwarunkowo kochane. A jednocześnie znać granice, których nie wolno przekraczać, i konsekwencje, jakie poniesie, gdy jednak nie będzie ich respektować. To wszystko daje mu poczucie równowagi i stabilności. Nawet jeśli odzywa się w nas stara płyta ze znanymi ze swojego dzieciństwa melodiami, starajmy się włączyć nową. I powtarzajmy dziecku: „kocham cię”. Bo ono zawsze potrzebuje takiego zapewnienia.

Konsultacja psychologiczna: Monika Myszka.

  1. Psychologia

Przemoc ekonomiczna w rodzinie - jak powstrzymać kłótnie o pieniądze w małżeństwie?

Czy istnieje jeden doskonały model domowego budżetu? Zdaniem ekspertów zdrowe dla związku będzie to wszystko, co wynika ze swobodnych ustaleń między partnerami. Co więcej, uzgodnienia mogą się zmieniać. (Fot. iStock)
Czy istnieje jeden doskonały model domowego budżetu? Zdaniem ekspertów zdrowe dla związku będzie to wszystko, co wynika ze swobodnych ustaleń między partnerami. Co więcej, uzgodnienia mogą się zmieniać. (Fot. iStock)
„Obiecywał mi złote góry!”, „Ona mogłaby wydać każdą sumę!”. W kłótniach między partnerami często padają argumenty finansowe. Sprawdzamy, czy ludowa mądrość: kiedy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze – ma zastosowanie w związku. 

Z sondażu przeprowadzonego w czerwcu 2020 roku przez agencję badawczą Difference dla ING Banku Śląskiego wynika, że rozmowy o pieniądzach są naturalne dla 68 proc. Polaków. Byłby to dość imponujący wynik, świadczący o naszej dobrej umiejętności komunikacji, jednak respondenci tego samego badania przyznają, że jest to temat niełatwy, a pieniądze często są przyczyną sporów między partnerami... „Myślę, że chodzi o to, że pieniądze to nie jest jednorodna kategoria i rozmowa o finansach to nie jest zawsze rozmowa o tym samym” – mówi prof. Agata Gąsiorowska z Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu w prowadzonym przez psycholożkę i terapeutką Marię Rotkiel cyklu ING „Porozmawiajmy o pieniądzach” (można go obejrzeć na YouTubie).

Sama przy okazji pisania tego tekstu prowadziłam  minibadania i różnorodność przekonań na temat pieniędzy (wpojonych nam w dzieciństwie przez rodziców i inne ważne osoby oraz wypracowanych już w dorosłym życiu) naprawdę mnie zaskoczyła.

„Czym są dla ciebie pieniądze?” – czytamy w popularnej książce „Happy money” Kena Hondy. Traktujesz je neutralnie – jako środek wymiany dóbr i usług? A może upatrujesz w nich instrumentu kontroli? Źródła poczucia bezpieczeństwa? Albo służą ci do tego, żeby się na kimś odegrać? Czy pieniądze pomagają ci robić to, co zechcesz? Czy też są raczej przeszkodą, która zawsze staje ci na drodze? – pyta japoński autor.

Moje... twoje... nasze...

Maria Rotkiel przyznaje, że zagadnienia związane z finansami często wypływają w jej gabinecie podczas terapii par. I choć ze statystyk wynika, że same pieniądze proporcjonalnie rzadko są wskazywane jako podstawowa przyczyna rozpadu małżeństwa (wg raportu CBOS ze stycznia 2020 roku – w 8 proc.), to zwykle właśnie one pojawiają się w tle tzw. niezgodności charakterów małżonków, która jest najczęstszą przyczyną orzekania rozwodów.

Czy istnieje jeden doskonały model domowego budżetu? Badania wskazują, że dla trwałości związku najlepsza jest pełna wspólność majątkowa, jednak w praktyce modele są różne – na drugim biegunie wspólnoty są osobne konta, pomiędzy nimi jest stan pośredni, w którym strony ponoszą wydatki w określonych proporcjach. Zdaniem ekspertów zdrowe będzie wszystko, co wynika ze swobodnych ustaleń między partnerami. Co więcej, uzgodnienia mogą się zmieniać w trakcie związku, np. gdy któraś strona zdecyduje się na przerwę w pracy zarobkowej na rzecz opieki nad dziećmi albo poczuje się wypalona i zechce zrezygnować z dobrze płatnego stanowiska.

I tu wracamy do kwestii rozmawiania o pieniądzach, co w  gruncie rzeczy sprowadza się do komunikacji. Maria Rotkiel proponuje, by do różnic w podejściu do finansów podejść z ciekawością, a nawet wykorzystać je jako szansę na rozwój – np. jeśli wydaje mi się, że mój partner jest zbyt rozrzutny, to może ja za bardzo oglądam każdy grosz?

Przemoc ekonomiczna

Kluczowe jest to, żeby na stosowany w związku model finansowy zgodziły się obie strony. Jeśli nie, może pojawić się tzw. przemoc ekonomiczna. Samo pojęcie jest dość świeże – w świecie badań naukowych zostało zauważone w Stanach Zjednoczonych niewiele ponad 20 lat temu, a na Starym Kontynencie jeszcze później. W badaniach na temat przemocy w Unii Europejskiej zrealizowanych w latach 2011–2012 znalazło się tylko jedno pytanie dotyczące przemocy ekonomicznej. Najbardziej dotknięte nią okazały się Bułgarki, a najmniej Portugalki – Polki znalazły się w środku tego zestawienia.

W Polsce problemem zajmuje się Fundacja Centrum Praw Kobiet, na której stronie czytamy: „O przemocy ekonomicznej mówimy wtedy, gdy jej sprawca używa pieniędzy albo innych wartości materialnych do zaspokojenia swojej potrzeby władzy i kontroli, podporządkowując sobie partnerkę lub przerzucając na nią odpowiedzialność za utrzymanie domu. Sprawca wykorzystuje uzależnienie partnerki od swoich dochodów lub majątku do znęcania się nad nią. Czasem uniemożliwia jej dostęp do konta, w innych wypadkach wydziela i kontroluje jej wydatki, utrudnia jej podjęcie pracy lub przyczynia się do jej utraty. Pieniądze stają się kartą przetargową (...). O przemocy ekonomicznej mówimy również wtedy, gdy partner pasożytuje na pracy partnerki, nie płaci alimentów, bez jej wiedzy zaciąga kredyty lub przywłaszcza sobie środki przeznaczone na utrzymanie rodziny”.

I ślubuję Ci uczciwość małżeńską

Francuska psycholożka kliniczna i terapeutka Lisa Letessier w książce „Kłamstwo w związku” przywołuje historię kobiety (wykształconej naukowczyni z zamożnego domu), która dopiero po wielu latach odkryła oszustwa finansowe męża. „Pewnego razu odebrałam telefon z banku z pytaniem o szczegóły administracyjne dotyczące hipoteki, którą podpisałam. Na początku pomyślałam, że to pomyłka, byłam przekonana, że to niemożliwe. Ale zaczęłam drążyć i wszystko odkryłam. Mój mąż, do którego miałam pełne zaufanie, kochający i uważny ojciec naszych dzieci, podrobił mój podpis i zastawił nasz dom, żeby wziąć kredyt” – cytuje autorka. Jak się okazało, mężczyzna miał na sumieniu wiele innych nadużyć, w tajemnicy zaciągał pożyczki u teściowej i nielegalnie spieniężył część jej majątku. Był hazardzistą i brał narkotyki. „Był chory, z pewnością, ale zniszczył swoją rodzinę, swoje dzieci. Nigdy mu nie przebaczę. Dziś na samo jego wspomnienie mam mdłości” – puentuje bohaterka.

To przypadek skrajny, wynikający z zaburzenia, jednak zdaniem Letessier za kłamstwem dotyczącym pieniędzy zwykle stoi lęk: przed byciem zdradzonym czy zdradzeniem swoich wartości, przed utratą poczucia bezpieczeństwa czy przed konfliktem. Innym wytłumaczeniem może być to, że dla niektórych własne oszczędności, zwłaszcza jeśli budżet domowy nie jest z tego powodu zagrożony, są częścią tzw. tajemniczego ogrodu, czyli ich przestrzeni osobistej.  Niezależnie od skrywanej motywacji przywołany wcześniej Ken Honda stawia sprawę jednoznacznie i uważa, że uczciwość jest priorytetem w związkowym systemie tzw. szczęśliwych pieniędzy. „Chociaż oboje partnerzy są dorośli, to czasem jedno traktuje drugie jak dziecko, które nie musi niczego wiedzieć na temat ich sytuacji finansowej lub nie ma do tych spraw głowy. Czasem też z obawy przed konfliktem ukrywają pewne informacje lub swoje błędy, co później obraca się przeciwko nim” – pisze.

Ćwiczenie: Myślisz "pieniądze", czujesz...

W książce „Happy money” Ken Honda podaje najczęściej spotykane w swojej pracy trenera rozwoju osobistego emocje wywoływane przez temat finansów. Zastanów się, jakie ty odczuwasz i na ile rzutują one na twój związek.
  1. Lęk i niepokój. Czy martwisz się o to, że zabraknie ci pieniędzy? Czy boisz się utraty pracy, bo to oznaczałoby brak zabezpieczenia finansowego? To dość powszechne niepokoje, za którymi stoi zwykle lęk przed porażką czy przed rozczarowaniem innych, a to często wiąże się z niską samooceną i przekonaniem, że nie zasługujesz na to, co dobre, zatem żeby to zdobyć, musisz udowodnić swoją wartość.
  1. Gniew i frustracja. Czy czujesz się niesprawiedliwie wynagradzany? Czy złościsz się na osoby, które decydują o twoich zarobkach albo na te, które twoim zdaniem odpowiadają za zły stan gospodarki? Taki stan wprowadza twój mózg w stan walki o przetrwanie, więc ogranicza zdolność do kreatywnego myślenia,  a przecież rzadko pustka w portfelu oznacza natychmiastowe zagrożenie dla ciebie i najbliższych.
  1. Smutek i rozczarowanie. Czujesz źródła niespełnionych marzeń i dopatrujesz się w braku pieniędzy? A może obserwacja dramatycznych wydarzeń na świecie skłania cię do refleksji, że to wszystko przez chciwość i chęć zmaksymalizowania zarobków? Samotnie niesiony i nieprzepracowany smutek wpływa na twoje relacje z samym sobą, innymi i może doprowadzić do depresji.
  1. Nienawiść i rozpacz. Czy czujesz się oburzony, że ktoś cię wykorzystuje? Czy to wywołuje w tobie gniew? Lepiej wykorzystać potencjał, który niesie złość, jako impuls do zmiany, niż pielęgnować ją w sobie, bo z czasem może przekształcić się w nienawiść – do tego, kogo uważasz za winnego twojej sytuacji, albo do siebie samego, co w ostateczności może doprowadzić nawet do próby samobójczej.
  1. Poczucie wyższości i niższości. Czy kupujesz rzeczy, na które cię nie stać, żeby zaimponować komuś? Czy stwarzasz pozory bycia zamożniejszym niż jesteś? Koncentrując się na budowaniu wizerunku, możesz np. niepotrzebnie się zadłużyć, co będzie cię przepełniało lękiem i ograniczało wybory – w rezultacie nie będziesz w stanie czerpać radości z bycia tu i teraz.
  1. Poczucie winy i wstydu. Czy czujesz się winny, bo inni zarabiają mniej od ciebie? A może wstydzisz się niedostatku? To dwie strony tego samego medalu – chcąc zagłuszyć te skądinąd nieprzyjemne odczucia, łatwo popaść w stany kompulsywne i uzależnienia, co jeszcze bardziej zakłóci twoją wewnętrzną równowagę.
  1. Odrętwienie. Czy tłumisz emocje, jakie wywołuje w tobie temat pieniędzy? Czy unikasz rozmów o nich? Udając obojętność w kwestiach finansowych, tłumisz swoją emocjonalność również w innych sferach życia. Mózg jest bardzo plastyczny, więc im rzadziej korzystasz z pewnych funkcji, tym trudniej ci to przychodzi.
  1. Podekscytowanie i radość. Czy okazujesz radość z premii? Czy cieszysz się, gdy na urodziny dostaniesz od kogoś pieniądze? Nie chodzi o to, że szczęście dają ci pieniądze jako takie, ale o zdolność do odczuwania wdzięczności, która wpływa na poczucie szczęścia.
  1. Wdzięczność i miłość. Czy doceniasz czyjąś pomoc finansową? Czy chętnie dzielisz się swoimi zasobami? Jeśli pieniądze przepływają między ludźmi z miłością i wdzięcznością, przynoszą im większą satysfakcję i dają poczucie bycia docenionym.
  1. Szczęście. Nieoczekiwany przypływ gotówki sprawia przyjemność każdemu; czujemy, jakby zarysowały się przed nami nowe możliwości. A co jeślibyś jej nie dostał? Czy umiesz szczerze przyznać, że już masz wszystko, co jest ci potrzebne do szczęścia, a na nowe możliwości wystarczy się otworzyć?

  1. Psychologia

Kiedy rodzi się wstyd?

Jak dziecko postrzega swoją fizyczność? W którym momencie zaczyna wstydzić się nagiego ciała? (fot. iStock)
Jak dziecko postrzega swoją fizyczność? W którym momencie zaczyna wstydzić się nagiego ciała? (fot. iStock)
Człowiek przychodzi na świat bez skrępowania swoją cielesnością. Pojawia się ono z wiekiem, pod wpływem norm społecznych. Tak samo jak świadomość, że ciało należy do mnie, że bez mojego pozwolenia nikt nie ma prawa go dotykać czy widzieć mnie nago.

Granice wstydu przesuwają się w zależności od etapu rozwoju oraz indywidualnego procesu dojrzewania. Maluchy chcą być głaskane, a przedszkolaki – biegać z gołą pupą. Nastolatek jest zmienny: bywa hardy i zakłopotany. Jak rozpoznać, kiedy dotyk czy spojrzenie cieszą, a kiedy są dla dziecka kłopotliwe?

Niemowlęta lubią być nagie

Dla malucha ciało to narzędzie uzyskiwania przyjemności. Głaskanie, całowanie, masowanie jego miękkiej skóry to także źródło miłych doznań dla dorosłych. Dziecko do 12. miesiąca życia powinno odbierać od swoich opiekunów jak najwięcej takich bodźców, ponieważ to najlepsza metoda zapewnienia go o tym, że jest ważne, kochane i może czuć się bezpiecznie.

Minęły czasy, gdy rozkoszne maluchy fotografowało się leżące nago, na jagnięcej skórze. Kto nie miał takich fotek w swoim albumie?! Taka była wtedy moda i bynajmniej tego rodzaju sesje nie owocowały zaburzeniami sfery seksualnej w dorosłym życiu małoletnich modeli. Dziś również nie warto demonizować ukrywania stref intymnych u niemowlaka i żyć w psychozie pedofilii. Dziecko nie rodzi się bowiem z poczuciem wstydu ciała. To raczej kwestia późniejszego wychowania i socjalizacji. Dziecko do drugiego roku życia nie różnicuje części ciała, nie dzieli ich na te, które można pokazać i te, które należą do sfery intymnej. Naturalnym prawem tego wieku jest eksponowanie nagości.

Niemowlęta lubią być nagie, ponieważ:

  • nie są jeszcze zablokowane psychicznie na przyjemności płynące z ciała,
  • chcą całą skórą czerpać kontakt ze światem,
  • widok nagiego maluszka wyzwala w rodzicu chęć połaskotania go, przytulenia, zajęcia się nim – i dziecko podświadomie to wyczuwa,
  • to często jedyny moment, gdy nie jest im za gorąco, jedyna szansa na odrobinę oddechu od grubych bawełnianych rajstop, które rodzice zakładają dzieciom we wrześniu, a zdejmują w maju,
  • wiele dzieci cierpi na nadwrażliwość dotykową. Objawia się ona często niechęcią do noszenia ubrań, które sprawiają dziecku ból. Jeśli maluch uporczywie protestuje, płacze, zrywa z siebie ubranka, to nie znaczy, że wyrośnie na ekshibicjonistę, tylko że jest mu za gorąco lub jest nadwrażliwe na bodźce dotykowe.

Gdy przedszkolak siusia w towarzystwie

O ile nie ma starszego rodzeństwa, które już mu powiedziało, jakich miejsc na ciele należy się wstydzić, a rodzice nie mają z jego nagością żadnego problemu – dziecko w wieku przedszkolnym nadal chętnie paraduje nago. Zbiorowe siusianie w przedszkolu może w dorosłych budzić sprzeciw, ale dla dzieci jest jak najbardziej naturalną czynnością.

Przedszkolak ma jeszcze czas nauczyć się wstydu. Teraz ważniejsze jest, że chce mu się siusiu niż to, że ktoś go podejrzy, zobaczy. Tym się w ogóle nie przejmuje. Podczas zabawy na plaży wzbrania się przed zakładaniem majteczek, skoro i tak zaraz się zmoczą i ubrudzą. Woli hasać nago. To piękny, bezwstydny czas w rozwoju każdego człowieka. Jednak nagość już wtedy zaczyna wymagać stawiania granic. Dziecku w wieku przedszkolnym nie powinno się pstrykać nagich fotek. Za rok–dwa ich widok zacznie je bowiem krępować.

Jeśli przedszkolak wstydzi się swoich stref intymnych, nie należy wyciągać pochopnych wniosków. Nie jest to jednoznaczny sygnał, że ktoś mu zrobił krzywdę czy pojawił się problem molestowania seksualnego. Dzieci rozwijają się w różny sposób. Być może malec w tym obszarze dojrzał wcześniej, może ma starsze rodzeństwo, które już go zaczęło „uświadamiać”, podsłuchał rozmowę dorosłych na ten temat, a może po prostu ktoś go zawstydził i już wie, że „taki duży chłopczyk nie powinien biegać nago”.

Jednak jeśli przedszkolak nadmiernie stanowczo protestuje przeciwko myciu mu pupy, wycieraniu go po kąpieli czy pomaganiu mu w czynnościach toaletowych – może to być oznaka nie tyle krzywdy, co jakiegoś problemu zdrowotnego. Dzieci zachowują się tak, gdy mają odparzenie, skaleczyły się czy podrapały, ale boją się interwencji lekarskiej lub martwią się, że mama będzie zła. Dzieci nie wstydzą się części intymnych, ale chcą je ukryć z konkretnego powodu.

Uczeń, czyli czas wielkiego wstydu

Dorastające dziecko, nawet jeśli nie było uświadamiane w tej kwestii przez rodziców, żyje w społeczeństwie, kontaktuje się z innymi ludźmi i samo już wie i rozumie, że ciało, a zwłaszcza niektóre jego części, to bardzo delikatna kwestia. Doskonale orientuje się, gdzie są jego okolice intymne, wie, że należy je chronić przed wzrokiem innych i krępuje się nagości. Ta świadomość przychodzi najczęściej wraz z pójściem dziecka do szkoły.

Edukacja to czas ogromnego, czasem paraliżującego wstydu własnego ciała. Jednocześnie właśnie w okresie szkolnym (do lat 12) dzieci mają potrzebę porównywania się z innymi w obszarze swojej płci. Warto synowi czy córce podrzucić książkę, żeby sami skonfrontowali budowę swojego ciała z prawidłowym wzorcem i przestali się zamartwiać, że coś z nimi jest nie tak. Jeśli rodzice o to nie zadbają, dziecko poszuka tej wiedzy samo, prawdopodobnie w internecie, który jest często źródłem niesprawdzonych informacji. Tak charakterystyczna dla tego wieku chłopięca fascynacja pornografią często bierze się z tego, że chłopcy chcą po prostu upewnić się, że wygląd ich członka jest normalny.

Nastolatek – zupełnie jak człowiek pierwotny

Po okresie ogromnego wstydu, gdy dziecko staje się już nastolatkiem, czyli ma około 14–15 lat, nagle zmienia swoje zachowanie. Mija okres zakłopotania, a nastaje czas totalnego ekshibicjonizmu. Nastolatek często szokuje rodziców, paradując po domu tak jak go Pan Bóg stworzył. Do tej pory reagował wrzaskiem, wściekłością, obrazą. Niewybaczalne było, żeby rodzic wszedł do łazienki bez pukania. Teraz nagle zachowuje się jak człowiek pozbawiony wszelkich hamulców. Nie jest to w żadnym razie wina bezpruderyjnego wychowania czy dysfunkcji rodziny. To również naturalne zachowanie. Jeśli dziecko czuje się w domu bezpieczne w sferze seksualnej, po prostu chce się pochwalić, że jest już dorosłe. A komu miałby zaprezentować atrybuty tej dorosłości, jak nie rodzicom czy rodzeństwu? Takie chodzenie przy rodzicach nago ma wiele znaczeń. Przede wszystkim jest to demonstracja: „jestem już dorosły, możecie sobie mówić, co chcecie”.

Inną częstą przyczyną nagłej manifestacji nagości przez dorastającego chłopca jest okazywanie niechęci do matki. Jeśli nastolatek ma z nią złe relacje, paradowanie nago może być formą agresji. Zmuszanie matki do widoku jego ciała narusza jej komfort przebywania w domu – nastolatek używa więc nagości jako oręża w walce o przewagę psychiczną.

Ważne pytania:

Do jakiego wieku można spać, kąpać się z dzieckiem? Czy to zależy od płci? Kiedy powinno się tego zaprzestać?

Obowiązuje tu reguła wzajemności odczuć. Jeśli coś powoduje u rodzica lub dziecka dyskomfort, wprawia w zakłopotanie – należy z tego zrezygnować. Dziewczynki są wychowywane w większej zażyłości z rodzicami i dlatego im zwykle dłużej nie przeszkadza bliski kontakt fizyczny z rodzicami. Zawsze trzeba kierować się pierwszym sygnałem od dziecka. Nie musi być on wyrażony słowami, ale jeśli maluch zasłania się, ucieka, gdy jest nagi, krzyczy, gdy ktoś wchodzi do pomieszczenia, podczas gdy on się myje czy przebiera – należy to uszanować i nie robić żadnych komentarzy.

Nastolatki na widok nagich ciał rodziców, np. na plaży, reagują bardzo nerwowo. Dlaczego jest to dla nich takie trudne?

Młody człowiek chce we wszystkich obszarach odciąć się od rodziców, pokazać, że jest kimś innym, odrębnym. Nerwowa reakcja na widok nagiego ciała rodzica to wynik walki o swój obszar, o własną autonomię. Jest też drugi aspekt: nastolatek panicznie boi się śmierci, a niemłode ciało jest dla niego namacalnym dowodem, że śmierć istnieje. Nerwowa reakcja może wynikać z braku gotowości do zmierzenia się z tematem umierania.

Co jest „zdrowe”, a co może być niepokojące w relacji dorastająca córka i ojciec (branie jej na kolana, przytulanie, widok córki w samej bieliźnie)?

Dorastająca córka nadal potrzebuje intensywnego kontaktu z ojcem i nie wolno nagle odizolować jej od taty tylko dlatego, że istnieje psychoza złego dotyku. Jeśli mają dobrą więź, nie ma niczego złego w przytulaniu się, obejmowaniu i całusach na dobranoc. Każdy ojciec sam powinien czuć, kiedy te kontakty stają się niebezpieczne.

Czy to prawda, że częsta bliskość ciała matki jest dla nastolatki treningiem przed inicjacją seksualną?

Seks to ekstremum kontaktu fizycznego i dobrze się do niego przygotowywać stopniowo. Każdy człowiek musi się nauczyć, jak wielka przyjemność płynie z bliskości ciał. Dzieci są straszone złym dotykiem i obsesyjnie się go boją. Dlatego warto, żeby każda dziewczynka była dobrze „wydotykana” w domu rodzinnym. Mama to znakomity „dotykacz”. Rzeczywiście, bliski kontakt fizyczny z matką jest najlepszym treningiem przed mądrym, a nie wynikającym tylko z potrzeby jakiejkolwiek bliskości, uprawianiem seksu.

Kiedy rodzice powinni uczyć dzieci szacunku do własnego ciała, czyli tego, że można np. odmówić dotyku czy go nie przyjąć?

Od najmłodszych lat trzeba zwracać uwagę na reakcje i protesty dziecka: nie karać, ale nagradzać je za to, że walczy o prawo do szacunku w sferze fizycznej. Nie powinno się zmuszać dziecka do całowania się z babciami czy ciotkami, jeśli tego nie chce. Lepiej pokazać, że można zamiast tego podać im rękę. I nie obrażać się, gdy dziecko nie chce być przez nas przytulane, obejmowane czy całowane.

  1. Zdrowie

Ile w nas małpy, ile człowieka? – tłumaczy genetyk, prof. Ewa Bartnik

Naszym dziedzictwem jest nie tylko to, co dostajemy w genach bezpośrednio od rodziców, ale także geny wszystkich wcześniejszych zdobywców Ziemi, począwszy od pierwszych zwierząt, które przed pół miliardem lat wyszły na ląd z oceanu, a skończywszy na naszych wymarłych krewniakach, neandertalczykach czy denisowianach. (Fot. iStock)
Naszym dziedzictwem jest nie tylko to, co dostajemy w genach bezpośrednio od rodziców, ale także geny wszystkich wcześniejszych zdobywców Ziemi, począwszy od pierwszych zwierząt, które przed pół miliardem lat wyszły na ląd z oceanu, a skończywszy na naszych wymarłych krewniakach, neandertalczykach czy denisowianach. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
To niby-śmieciowe DNA wcale nie było końcem zaskoczeń. Jeszcze ciekawsze fakty wyszły na jaw, kiedy porównaliśmy nasz świeżo odczytany genom z genami naszych najbliższych ewolucyjnych krewniaków, czyli innych naczelnych. Stało się jasne, że różni nas mniej, niż kiedykolwiek nam się wydawało – z szympansami i gorylami dzielimy 98–99 procent genów.

Tylko 1, góra 2 procent genów sprawiły, że staliśmy się Homo sapiens. Jakie to geny? To pytanie, które narzuciło się samo, a poszukiwaniem tak zwanych genów człowieczeństwa przez lata zajmowało się wiele zespołów badawczych na całym świecie.

Geny człowieczeństwa

O ile na początku wyobrażaliśmy sobie, że znajdziemy jeden, przełomowy gen, który uczynił nas tym, czym jesteśmy, to dzisiaj wiemy już, że takiego genu po prostu nie ma. Za różnice między nami a szympansami odpowiada co najmniej kilka bardzo ważnych genów, ale żaden z nich w pojedynkę nie da nam wyraźnego „człowieczeństwa”. Prawda jest też taka, że te porównania są niezwykle trudne technicznie, bo o ile bez problemu znajdziemy ten czy inny gen w DNA człowieka, szympansa, goryla lub bonobo, to już nawet drobne zmiany w genach – na przykład dotyczące jednej litery – mogą nam łatwo umknąć. Dlatego zamiast porównywać budowę poszczególnych genów, w poszukiwaniach różnic między człowiekiem a małpami naukowcy skoncentrowali się na identyfikowaniu tych genów, które my mamy, a inne naczelne nie, albo odwrotnie – tych, które istnieją u małp, a u nas są one nieobecne, zagubione w toku ewolucji. Dzięki temu wiemy, że ogromna większość genów szympansa występuje u człowieka i na odwrót. Jednak człowiek utracił pewne geny – nie mamy owłosienia na ciele, utraciliśmy szereg receptorów węchowych. Przeciętne białko ludzkie różni się dwoma aminokwasami od swojego szympansiego odpowiednika, a aż 29 procent białek jest identycznych.

Pytanie tylko, które geny mogły okazać się kluczowe dla rozwoju naszego gatunku. Pewnie nie była to mutacja pozbawiająca nas owłosienia na ciele, a raczej geny związane z rozwojem mózgu, mowy, wyprostowanej postawy.

Jednym z tych, którym przypisuje się duży udział w tworzeniu naszego „człowieczeństwa”, jest gen FOXP2, który prawdopodobnie miał związek z wykształceniem się zdolności Homo sapiens do sprawnego posługiwania się mową. Genetycy stwierdzili, że w genie tym zaszły duże zmiany po oddzieleniu się linii ewolucyjnych przodków człowieka i szympansa – oznacza to, że w tym czasie gen zmienił swoją funkcję, ewoluował. Co więcej, udało się też zaobserwować, czym jego brak może skutkować u ludzi. Mutację w tym genie wykryto bowiem u pewnej rodziny w Anglii. Okazało się, że mutacja spowodowała zanik mowy i niezdolność do tworzenia struktur gramatycznych i składniowych. Ale żeby sytuacja była jeszcze bardziej skomplikowana, gen ten – choć nie odgrywa żadnej roli u małp – jest bardzo aktywny u ptaków śpiewających, a laboratoryjne próby z jego aktywacją u myszy spowodowały, że gryzonie zyskiwały szeroką gamę wokalizacji. Wygląda więc na to, że gen dziedziczony jest przez zwierzęta na naszej planecie od bardzo dawna, tylko u różnych gatunków ujawnia się z różną siłą.

Genetycy porównujący geny ludzkie i szympansie zwrócili uwagę również na gen MYH16, kodujący jedną z form łańcucha ciężkiego białka miozyny u człowieka. Kiedyś, około 2,5 miliona lat temu, u naszych przodków zaszła w nim zmiana, która wpłynęła na osłabienie mięśni szczęki, zmniejszenie twarzoczaszki i wzrost mózgoczaszki – czyli sprawiła, że mamy delikatniejsze twarze niż małpy, mniej wydatne szczęki oraz dużo miejsca w czaszce na rosnący mózg. Ale znowu – czy ta właśnie zmiana była kluczowa w naszej ewolucji? Tego nie możemy powiedzieć.

Ludzkie DNA

Dzisiaj istnieją już całe listy genów, które miały swój prawdopodobny udział w kształtowaniu naszych ludzkich cech. W jednej z ostatnich prac na ten temat autorzy dzielą zidentyfikowane dotychczas „geny człowieczeństwa” na trzy grupy. Pierwsza z nich, która na pewno miała udział w powstaniu Homo sapiens, obejmuje tylko dwa geny – FOXP2 oraz gen CMAH, mający swój udział w budowaniu naszej odporności. Kolejna, większa nieco grupa to 18 genów, których wpływ określany jest jako „prawdopodobny, mający pozory słuszności”. Jest jeszcze trzecia grupa 15 genów, których oddziaływanie określa się słowem „możliwe”. I znowu podkreślmy niezwykle ważną rzecz – nie same sekwencje genów odpowiadają za to, jak wygląda i zachowuje się człowiek. Ważna jest też ekspresja genów – wyglądający tak samo gen może u różnych gatunków zachowywać się zupełnie inaczej, może produkować swoje białko w innym miejscu w organizmie, na innym etapie rozwoju zarodka. To są zmienności, które mogą zaważyć i na wyglądzie, i na zdolnościach intelektualnych każdego gatunku.

Nie tylko wygląd czy budowa ciała są zresztą tutaj ważne. Udział w budowaniu sukcesu Homo sapiens miały też z pewnością geny dające nam długowieczność. Warto bowiem podkreślić, że żyjemy niemal dwukrotnie dłużej niż nasi najbliżsi krewni w zwierzęcym świecie. Oznacza to także, że mamy więcej czasu na przekazywanie swojego kulturalnego dorobku kolejnym pokoleniom. Bo przecież nie tylko geny, ale i kultura odgrywa olbrzymią rolę w ukształtowaniu się naszego gatunku. Gdybyśmy nie wychowywali się w otoczeniu ludzi, którzy od naszego urodzenia do nas mówią, przekazują nam swoją wiedzę i zwyczaje, sami też nie bylibyśmy ludźmi. Gdyby, jak głosi słynna legenda, Romulus i Remus zostali wychowani przez wilczycę w lesie, z pewnością nie zbudowaliby Rzymu, ale biegali po polanach, polując na zające.

Geny neandertalczyków – ile ich mamy?

Odczytanie genomu człowieka nie dostarczyło więc zbyt wielu informacji na temat naszej wyjątkowości, ale dokonało czegoś innego – uświadomiło nam, jak bliskie pokrewieństwo łączy nas z innymi istotami zamieszkującymi naszą planetę. Nie możemy już wyprzeć się tego pokrewieństwa. Naszym dziedzictwem jest nie tylko to, co dostajemy w genach bezpośrednio od rodziców, ale także geny wszystkich wcześniejszych zdobywców Ziemi, począwszy od pierwszych zwierząt, które przed pół miliardem lat wyszły na ląd z oceanu, a skończywszy na naszych wymarłych krewniakach, neandertalczykach. Dzięki zsekwencjonowaniu genomu neandertalczyka w 2012 roku przez zespół prof. Svantego Pääbo z Instytutu Maksa Plancka w Lipsku wiemy już z całą pewnością, że przedstawiciele tego gatunku, czy jak dzisiaj mówi się częściej podgatunku Homo sapiens, byli pod względem genetycznym prawie identyczni jak my. Na przykład mieli identyczną jak Homo sapiens wersję genu FOXP2, umożliwiającą sprawne porozumiewanie się, a przecież w konfrontacji z nami wyginęli. Czy to coś w genach sprawiło, że my wygraliśmy w ewolucyjnym wyścigu, a nie Homo neanderthalensis? Bardzo wątpliwe. To raczej nasza kultura – w tym przypadku kultura wojowniczości i zdobywania świata – wzięła górę nad nieco być może mniej pod tym względem zapalczywymi neandertalczykami.

Odczytanie DNA Homo neanderthalensis pokazało nam coś jeszcze bardziej szokującego – podczas naszych pierwszych spotkań z nimi, które nastąpiły około 50 tysięcy lat temu, tuż po tym, jak człowiek rozpoczął wędrówkę z Afryki na inne lądy, mogło być naprawdę gorąco! Porównanie naszych genów z genami neandertalczyka jasno bowiem wykazało, że te dwa podgatunki człowieka uprawiały ze sobą seks. Było to częste do tego stopnia, że do dziś w naszych genach nosimy nawet 4 procent genów neandertalskich, w tym geny, które dały nam odporność na nowe choroby, nieobecne w Afryce. To jednak musiał być seks pełen przemocy – wydaje się, że dochodziło głównie do gwałtów, których dopuszczali się neandertalscy mężczyźni na ludzkich kobietach. Gdyby w procederze tym brały udział neandertalskie kobiety, przekazałyby nam one zapewne choć odrobinę mitochondrialnego DNA. A badania wykazały, że w naszych genach nie ma śladów po mtDNA neandertalek. Czyżby były aż tak nieatrakcyjne, że żaden mężczyzna Homo sapiens nie zdecydował się na gatunkowy skok w bok? Kto wie, choć bardziej prawdopodobne, że zadziałał tu przypadek. Po prostu żadna z kobiet, które urodziły się ze związku neandertalki i człowieka, nie miała nieprzerwanej do obecnego czasu linii córek – a to przecież jest niezbędne do zachowania neandertalskich mitochondriów, przekazywanych wyłącznie z matki na córkę.

Tak wyglądała czaszka neandertalczyka - wymarłego przedstawiciela rodzaju Homo z plejstocenu. (fot. iStock) Tak wyglądała czaszka neandertalczyka - wymarłego przedstawiciela rodzaju Homo z plejstocenu. (fot. iStock)

Rdzenni mieszkańcy Afryki to jedyna czysta rasa Homo sapiens

Swoją drogą, kiedy patrzę na te badania, przypomina mi się mój nieżyjący już tata – prawnik, specjalista od apartheidu. Młodszym czytelnikom wyjaśniam, że była to totalitarna ideologia rządów Republiki Południowej Afryki, która zakazywała między innymi łączenia się w pary ludzi rasy białej i czarnej, aby zachować „czystość” białych na Czarnym Lądzie. Mój ojciec walczył z tą ideologią z humanitarnego, prawniczego punktu widzenia. Gdyby zobaczył wyniki sekwencjonowania genomu ludzkiego, zapewne miałby wielką satysfakcję. Dowodzą one bowiem, że jedyną naprawdę czystą rasą Homo sapiens są rdzenni mieszkańcy Afryki. My wszyscy, którzy z Afryki wyszliśmy, aby zdobywać inne lądy, jesteśmy zwykłymi mieszańcami, noszącymi w swoich genach – co już wiemy z całą pewnością – nie tylko DNA neandertalczyków, ale też i denisowian, jeszcze bardziej prymitywnego gatunku człowieka, o którego istnieniu dowiedzieliśmy się z analiz genetycznych kopalnych fragmentów dwóch kosteczek palca oraz zęba, znalezionych w 2010 roku w Denisowej Jaskini na Syberii. Tak, z nimi też uprawialiśmy seks. I to pewnie nie koniec erotycznych interakcji Homo sapiens z wymarłymi krewniakami. Tata byłby bardzo zadowolony.