1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak mierzyć się z mrocznym dziedzictwem i po co w ogóle do tego wracać?

Jak mierzyć się z mrocznym dziedzictwem i po co w ogóle do tego wracać?

Jeśli ktoś mówi z krytyką:
Jeśli ktoś mówi z krytyką: "Jesteś taka sama jak matka", warto się zatrzymać i zadać sobie pytanie: "Czy to na pewno o mnie?" (fot. iStock)
Im bardziej zagłębiamy się w historie rodziny, tym większe ryzyko odkrycia niewygodnych tajemnic. Jak mierzyć się z mrocznym dziedzictwem i po co w ogóle do niego wracać - pytamy psychoterapeutkę Ewę Chalimoniuk.

W filmie "Ciemno, prawie noc" Borysa Lankosza główni bohaterowie Alicja i Marcin, muszą mierzyć się z mrocznymi rodzinnymi historiami. Marcin, który bardziej odcina się od przeszłości pyta Alicję: "Jakie to ma znaczenie, jaka komórka jajowa i plemnik były na początku?". No właśnie - jakie? Jak bardzo rodzinne tajemnice i historie, zwłaszcza mroczne, mają na nas wpływ?

Niestety, nie oglądałam tego filmu, ale na pewno to, jaka komórka jajowa spotkała się z jakim plemnikiem, ma wpływ na nasze życie. Jednak go nie determinuje. Czynnik genetyczny jest istotny i to, jaką spuściznę mamy po przodkach, z jakimi historiami i tajemnicami musimy się mierzyć - też. Nie jest również bez znaczenia, w jakiej kulturze się rodzimy, w jakim bogactwie, jakie wzorce są w naszej rodzinie, bo łatwo się mówi: "chcieć to móc", ale kobieta w Kambodży czy dziecko w rodzinie alkoholowej mogą sobie wiele rzeczy chcieć, i niewiele z tego będzie wynikać. Jednak żadne mroczne historie, nawet największe traumy, nie zwalniają nas z odpowiedzialności za samych siebie. Czas przeszły warto poznawać, ale nie można go mieszać z teraźniejszością.

Panuje moda na odkrywanie losów przodków, zainteresowanie genealogią rośnie. Im więcej historii z przeszłości poznajemy, tym większe ryzyko, że trafimy na jakąś nieprzyjemną prawdę. Czy są osoby, które na przykład z powodu swojej konstrukcji psychicznej nie powinny zbyt drążyć takich tematów?

Powiedziałabym raczej, że są momenty, kiedy lepiej to poznawanie rodzinnej historii przerwać, bo odkrywamy ją zbyt szybko czy zbyt dużo naraz, a to może budzić dużo lęku lub gniewu. Potem jednak warto do tego wrócić. Natomiast i tak wszystko zależy od tego, co z tą trudną prawdą zrobimy. Czy jeśli dowiemy się, że na przykład ukochany dziadek był szmalcownikiem, to jednoznacznie go potępimy, czy też zadamy sobie trud, by poznać kontekst tej sytuacji? Czy będziemy chcieli się dowiedzieć, czy był pod wpływem jakiejś ideologii, czy może chciał chronić żonę Żydówkę oraz dzieci i oddalić podejrzenia Niemców od swojej rodziny? Potępienia wymaga to, co robił wobec Żydów i za to powinien odpowiadać, ale żeby zrozumieć całe jego życie i to, jakim człowiekiem był, trzeba połączyć wcześniejszy jego obraz z tym, co teraz odkryjemy. Czasami prawda budzi tak duży lęk i jest tak odległa od wyobrażenia o naszej rodzinie, że potrzebujemy przewodnika, kogoś, kto będzie nam w tym odkrywaniu tajemnic rodzinnych towarzyszył. To może być terapeuta, osoba, która jest dla nas autorytetem czy dobry przyjaciel. Ktoś, kto powie, jak to wygląda z jego perspektywy. I kto zada pytania pomocnicze, na przykład: "Jaka była intencja twojego dziadka?", "Czy to naprawdę był jednoznacznie zły człowiek". One otworzą przed nami kolejne drzwi.

Co nam to wszystko da?

Jeśli będziemy w stanie zintegrować nowe informacje z dobrymi wspomnieniami o dziadku, to ta trudna prawda nas ubogaci, pozwoli dostrzec, że nie ma ludzi bez cienia, sprawi, że będziemy mieć bardziej dojrzały stosunek do siebie i innych. Szkodzi bowiem zarówno idealizowanie przodków, bo nie da się doścignąć ideału, jak i ich dewaluacja, bo co potem zrobimy, gdy sami postąpimy niemoralnie? A przecież może się tak zdarzyć. Czy siebie potępimy, przekreślimy, czy jednak będziemy w stanie coś naprawić, wytłumaczyć, wziąć odpowiedzialność za siebie, zamiast wypierać się, że na przykład ukradliśmy w pracy notes?

Nie należy dać się przestraszyć, bo wtedy łatwo wejść w rolę kata lub ofiary. Uznać, że mój los jest przesądzony, ludzie już mnie w tym utwierdzili, jestem taki jak ojciec... i zacząć podążać tą drogą. (fot. iStock) Nie należy dać się przestraszyć, bo wtedy łatwo wejść w rolę kata lub ofiary. Uznać, że mój los jest przesądzony, ludzie już mnie w tym utwierdzili, jestem taki jak ojciec... i zacząć podążać tą drogą. (fot. iStock)

Mroczna prawda o przodkach może też wywołać w nas lęk przed tym, że ten mrok jest też w nas. Przypomina mi się historia piłkarza Kuby Błaszczykowskiego. Jego ojciec zabił jego matkę. Mały Kuba słyszał potem, jak ludzie w jego wiosce prorokowali, że skończy tak samo jak ojciec.

Takimi ocenami wyrządza się wielkie krzywdy. Nie dość, że ojciec zrobił Kubie wielką krzywdę, to jeszcze otoczenie mu dołożyło. Mogę podejrzewać, jakie ciążyło na nim piętno, że panowała wokół niego atmosfera nieufności. Myślę, że w oczach mieszkańców jego wioski mniej mu uchodziło. Podejrzewam, że gdyby napyskował nauczycielowi, wybił szybę, dał komuś kuksańca, byłby surowiej oceniany niż inny nastolatek. Na szczęście mógł liczyć na wsparcie bliskich krewnych, którzy go kochali i w niego wierzyli. Myślę jednak, że i tak pewnie zadawał sobie pytanie: "Czy nie jestem taki jak ojciec".

Jak można sobie z takimi wątpliwościami radzić?

Nie należy dać się przestraszyć, bo wtedy łatwo wejść w rolę kata lub ofiary. Uznać, że mój los jest przesądzony, ludzie już mnie w tym utwierdzili, jestem taki jak ojciec... i zacząć podążać tą drogą. Albo z lęku, by się do ojca nie upodobnić, zupełnie nie bronić siebie, pozwalać, by ktoś pluł nam w twarz. Naprawdę nie można dać się ponieść determinizmowi. Naukowo udowodniono, że nie ma dwóch takich samych ludzi na świecie, nie ma drugiego takiego samego kodu genetycznego. Poza genami ojca mamy też geny matki, i jeszcze swoje cechy niepowtarzalne! Jeśli ktoś mówi z krytyką w głosie '"jesteś taka sama jak ojciec" czy "Jesteś taka sama jak matka", warto się zatrzymać i zadać sobie pytanie: "Czy to na pewno o mnie?". Nawet jeśli przypominamy w czymś swojego przodka, mamy wybór, co z tym zrobimy. Powiedzmy, że ktoś z krewnych zauważa, że jesteśmy tak samo pedantyczni jak nasz tata, który budził w nocy dzieci, żeby ustawiły równo buciki. Ale zamiłowanie do porządku nie musi oznaczać, że będziemy równie okrutni jak ojciec. Pamiętając, jakie jego zachowanie było dla nas trudne, możemy świadomie wybrać, że nie będziemy robić awantury o bałagan czy nieumyty talerz. Nie musimy jednak rezygnować z dążenia do ładu i porządku.

Zdarza się też, że historie rodzinne stanowią dla nas usprawiedliwienie, na przykład mężczyzna zdradza żonę i tłumaczy to tym, że wszyscy w jego rodzinie byli kobieciarzami.

Nie wiem, czy ten mężczyzna rzeczywiście dostał w genach większy seksualny temperament, czy może raczej przekazywane z pokolenia na pokolenie przyzwolenie. "Nie musisz się z kobietą liczyć". Jednak niezależnie od tego, ciągle jeszcze ma wybór, wolną wolę. Wielu mężczyzn, których ojcowie byli niewierni, właśnie dlatego nie zdradza żon, bo wiedzą, jak to bolało ich samych i ich matki. Tłumaczenie niewierności zachowaniami przodków jest jedynie próbą zwolnienia siebie z odpowiedzialności za to, że się robi świństwo bliskiej osobie. Natomiast czymś innym jest szukanie u przodków zrozumienia naszych obecnych problemów z intencją ich rozwiązania. Jeśli czujemy, że nam coś w życiu zgrzyta. gdy ciężko nam ze sobą lub innym z nami, mamy jakieś ograniczenia - wtedy warto poznać swoją historię. Jeśli na przykład nie może liczyć i musi za wszystko brać odpowiedzialność - niech się dowie, jak kiedyś wyglądały związki w jej rodzinie. Może okaże się, że żadna z przodkiń na przestrzeni ostatniego stulecia nie miała się na kim oprzeć.

Tylko co nam to da, że sobie powiemy: "To teraz już rozumiem, dlaczego mi się w związku nie układa"?

Warto pójść dalej i zastanowić się, dlaczego te kobiety brały na siebie całą odpowiedzialność. Może 100 lat temu prababcia musiała sobie sama radzić, bo pradziadek zginął na froncie. A potem jej córka, która nie miała wzorca mężczyzny i nie wiedziała, czego może od niego oczekiwać, weszła w związek z taką samą nieumiejętnością brania czegokolwiek od partnera. Albo wybuchła kolejna wojna i ona też straciła męża. Przekonanie, że kobiety muszą sobie same ze wszystkim radzić, utrwalało się i kolejne kobiety nie mówiły partnerom o swoich oczekiwaniach, tylko skrycie marzyły, by oni się wszystkiego domyślili.

Mężczyźni z kolei uznawali, że partnerki niczego od nich nie potrzebują i się wycofywali.

Właśnie. Jeśli zaczynamy rozumieć ten wzorzec i dostrzeżemy, że żyjemy już w innej rzeczywistości, niż żyła prababcia czy babcia - możemy go zmienić. Zacząć musimy jednak od siebie - od nauki rozpoznawania swoich potrzeb i komunikowania ich bez pretensji. Zamiast żyć czasem przeszłym i zwalać wszystko na dziedzictwo, możemy zdobyć się na odwagę i sprawdzić, z jakim mężczyzną żyjemy. Przekonać się, czy jeśli go poprosimy: "Odśnież mój samochód" lub "Kup mi kwiaty", on to zrobi, czy wymyśli pięć powodów, dla których to nie będzie możliwe. Kiedy staniemy w prawdzie, będziemy mogły podjąć świadomą decyzję, czy chcemy nadal być z nim, czy wolimy szukać partnera, na którego można liczyć. Czy nadal będziemy tylko narzekać, czy zaczniemy mówić o swoich potrzebach.

Czyli poznacie historii przodków może pomóc nam poprawić obecne relacje?

Oczywiście. Dzięki temu możemy lepiej zrozumieć intencje krewnych, nie oceniać ich pochopnie. Wyobraźmy sobie, że czeka nas operacja, która - jak każda operacja - może się źle skończyć. Próbujemy porozmawiać z bliskimi o naszych lękach, a wszyscy wokół mówią: "Będzie dobrze", "Nawet o tym nie myśl!". Z jednej strony trochę pocieszają i dodają sił, a z drugiej nie pozwalają nam mówić o tym, że się boimy. I zostajemy z tym sami, bo jak o tym wszystkim nie myśleć?! Wtedy warto dowiedzieć się, co tak strasznego wydarzyło się w naszej rodzinie, jakie choroby czy śmierci były tak trudne do przeżycia, że teraz bliscy nie są w stanie towarzyszyć nam w naszym lęku. Czy może to tylko ich osobista postawa wobec zagrożenia życia? Warto to wiedzieć i o tym rozmawiać. Dzięki temu nie będziemy czuli się tak bardzo opuszczeni.

Trudno mierzyć się nie tylko z dziedzictwem, które nas przeraża, ale też z takim, które nas przerasta. Co robić, gdy niemal wszyscy przodkowie cieszyli się dużym szacunkiem otoczenia - byli profesorami, lekarzami, prawnikami, naukowcami, zdobywali nagrody, walczyli o wolność, a my poszliśmy zupełnie inną drogą, nie mamy wielkich osiągnięć i czujemy się jak czarna owca?

Należałoby zadać pytanie, czy kiedy byliśmy dziećmi, dorośli pozwalali nam rozwinąć skrzydła, czy wywierali presję, żebyśmy szli wytoczoną przez przodków drogą, a gdy tego nie robiliśmy - wysyłali komunikat, że są zawieszeni. Wiele zależy od tego, czy nasza rodzina była otwarta na inność i tolerancyjna i czy tacy byli rówieśnicy oraz inne znaczące osoby w naszym życiu. Na poczucie własnej wartości bardzo duży wpływ ma otoczenie. Jeśli wychowujemy się w środowisku, w którym "inne" nie znaczy "złe", jest wartością, bo uczy i ubogaca - to łatwiej nam pójść własną drogą. Natomiast jeśli otoczenie jest oceniające, sami też zaczynamy dla siebie tacy być. Nawet jeśli krewni nas nie krytykują, to my widzimy ich postawę wobec świata i ona staje się częścią naszego superego, naszej samooceny. Mamy potem w sobie konflikt między tym, jacy chcemy być, i tym, co mówi nasz wewnętrzny krytyk.

Jak sobie potem z tym wszystkim poradzić? Czy zawsze wymaga to pomocy profesjonalisty?

Czasem jest to trudne, ale można to zrobić i bez terapeuty. Mamy książki, filmy, przyjaciół... Starajmy się otworzyć na świat, inne opinie, poglądy. Bardzo ważne jest, żeby do naszych dwóch wewnętrznych głosów, które są w konflikcie, dołączył trzeci, który stanie po naszej stronie, stwierdzi: "Co ty opowiadasz?! Nie jesteś leniem! Jesteś zdolny i mądry!". To wszystko może pomóc nam nabrać tolerancji wobec siebie. Wtedy można być dumnym i z rodzinnego dziedzictwa i z tego, że się ma odwagę iść własną ścieżką.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Przemoc ekonomiczna w rodzinie - jak powstrzymać kłótnie o pieniądze w małżeństwie?

Czy istnieje jeden doskonały model domowego budżetu? Zdaniem ekspertów zdrowe dla związku będzie to wszystko, co wynika ze swobodnych ustaleń między partnerami. Co więcej, uzgodnienia mogą się zmieniać. (Fot. iStock)
Czy istnieje jeden doskonały model domowego budżetu? Zdaniem ekspertów zdrowe dla związku będzie to wszystko, co wynika ze swobodnych ustaleń między partnerami. Co więcej, uzgodnienia mogą się zmieniać. (Fot. iStock)
„Obiecywał mi złote góry!”, „Ona mogłaby wydać każdą sumę!”. W kłótniach między partnerami często padają argumenty finansowe. Sprawdzamy, czy ludowa mądrość: kiedy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze – ma zastosowanie w związku. 

Z sondażu przeprowadzonego w czerwcu 2020 roku przez agencję badawczą Difference dla ING Banku Śląskiego wynika, że rozmowy o pieniądzach są naturalne dla 68 proc. Polaków. Byłby to dość imponujący wynik, świadczący o naszej dobrej umiejętności komunikacji, jednak respondenci tego samego badania przyznają, że jest to temat niełatwy, a pieniądze często są przyczyną sporów między partnerami... „Myślę, że chodzi o to, że pieniądze to nie jest jednorodna kategoria i rozmowa o finansach to nie jest zawsze rozmowa o tym samym” – mówi prof. Agata Gąsiorowska z Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu w prowadzonym przez psycholożkę i terapeutką Marię Rotkiel cyklu ING „Porozmawiajmy o pieniądzach” (można go obejrzeć na YouTubie).

Sama przy okazji pisania tego tekstu prowadziłam  minibadania i różnorodność przekonań na temat pieniędzy (wpojonych nam w dzieciństwie przez rodziców i inne ważne osoby oraz wypracowanych już w dorosłym życiu) naprawdę mnie zaskoczyła.

„Czym są dla ciebie pieniądze?” – czytamy w popularnej książce „Happy money” Kena Hondy. Traktujesz je neutralnie – jako środek wymiany dóbr i usług? A może upatrujesz w nich instrumentu kontroli? Źródła poczucia bezpieczeństwa? Albo służą ci do tego, żeby się na kimś odegrać? Czy pieniądze pomagają ci robić to, co zechcesz? Czy też są raczej przeszkodą, która zawsze staje ci na drodze? – pyta japoński autor.

Moje... twoje... nasze...

Maria Rotkiel przyznaje, że zagadnienia związane z finansami często wypływają w jej gabinecie podczas terapii par. I choć ze statystyk wynika, że same pieniądze proporcjonalnie rzadko są wskazywane jako podstawowa przyczyna rozpadu małżeństwa (wg raportu CBOS ze stycznia 2020 roku – w 8 proc.), to zwykle właśnie one pojawiają się w tle tzw. niezgodności charakterów małżonków, która jest najczęstszą przyczyną orzekania rozwodów.

Czy istnieje jeden doskonały model domowego budżetu? Badania wskazują, że dla trwałości związku najlepsza jest pełna wspólność majątkowa, jednak w praktyce modele są różne – na drugim biegunie wspólnoty są osobne konta, pomiędzy nimi jest stan pośredni, w którym strony ponoszą wydatki w określonych proporcjach. Zdaniem ekspertów zdrowe będzie wszystko, co wynika ze swobodnych ustaleń między partnerami. Co więcej, uzgodnienia mogą się zmieniać w trakcie związku, np. gdy któraś strona zdecyduje się na przerwę w pracy zarobkowej na rzecz opieki nad dziećmi albo poczuje się wypalona i zechce zrezygnować z dobrze płatnego stanowiska.

I tu wracamy do kwestii rozmawiania o pieniądzach, co w  gruncie rzeczy sprowadza się do komunikacji. Maria Rotkiel proponuje, by do różnic w podejściu do finansów podejść z ciekawością, a nawet wykorzystać je jako szansę na rozwój – np. jeśli wydaje mi się, że mój partner jest zbyt rozrzutny, to może ja za bardzo oglądam każdy grosz?

Przemoc ekonomiczna

Kluczowe jest to, żeby na stosowany w związku model finansowy zgodziły się obie strony. Jeśli nie, może pojawić się tzw. przemoc ekonomiczna. Samo pojęcie jest dość świeże – w świecie badań naukowych zostało zauważone w Stanach Zjednoczonych niewiele ponad 20 lat temu, a na Starym Kontynencie jeszcze później. W badaniach na temat przemocy w Unii Europejskiej zrealizowanych w latach 2011–2012 znalazło się tylko jedno pytanie dotyczące przemocy ekonomicznej. Najbardziej dotknięte nią okazały się Bułgarki, a najmniej Portugalki – Polki znalazły się w środku tego zestawienia.

W Polsce problemem zajmuje się Fundacja Centrum Praw Kobiet, na której stronie czytamy: „O przemocy ekonomicznej mówimy wtedy, gdy jej sprawca używa pieniędzy albo innych wartości materialnych do zaspokojenia swojej potrzeby władzy i kontroli, podporządkowując sobie partnerkę lub przerzucając na nią odpowiedzialność za utrzymanie domu. Sprawca wykorzystuje uzależnienie partnerki od swoich dochodów lub majątku do znęcania się nad nią. Czasem uniemożliwia jej dostęp do konta, w innych wypadkach wydziela i kontroluje jej wydatki, utrudnia jej podjęcie pracy lub przyczynia się do jej utraty. Pieniądze stają się kartą przetargową (...). O przemocy ekonomicznej mówimy również wtedy, gdy partner pasożytuje na pracy partnerki, nie płaci alimentów, bez jej wiedzy zaciąga kredyty lub przywłaszcza sobie środki przeznaczone na utrzymanie rodziny”.

I ślubuję Ci uczciwość małżeńską

Francuska psycholożka kliniczna i terapeutka Lisa Letessier w książce „Kłamstwo w związku” przywołuje historię kobiety (wykształconej naukowczyni z zamożnego domu), która dopiero po wielu latach odkryła oszustwa finansowe męża. „Pewnego razu odebrałam telefon z banku z pytaniem o szczegóły administracyjne dotyczące hipoteki, którą podpisałam. Na początku pomyślałam, że to pomyłka, byłam przekonana, że to niemożliwe. Ale zaczęłam drążyć i wszystko odkryłam. Mój mąż, do którego miałam pełne zaufanie, kochający i uważny ojciec naszych dzieci, podrobił mój podpis i zastawił nasz dom, żeby wziąć kredyt” – cytuje autorka. Jak się okazało, mężczyzna miał na sumieniu wiele innych nadużyć, w tajemnicy zaciągał pożyczki u teściowej i nielegalnie spieniężył część jej majątku. Był hazardzistą i brał narkotyki. „Był chory, z pewnością, ale zniszczył swoją rodzinę, swoje dzieci. Nigdy mu nie przebaczę. Dziś na samo jego wspomnienie mam mdłości” – puentuje bohaterka.

To przypadek skrajny, wynikający z zaburzenia, jednak zdaniem Letessier za kłamstwem dotyczącym pieniędzy zwykle stoi lęk: przed byciem zdradzonym czy zdradzeniem swoich wartości, przed utratą poczucia bezpieczeństwa czy przed konfliktem. Innym wytłumaczeniem może być to, że dla niektórych własne oszczędności, zwłaszcza jeśli budżet domowy nie jest z tego powodu zagrożony, są częścią tzw. tajemniczego ogrodu, czyli ich przestrzeni osobistej.  Niezależnie od skrywanej motywacji przywołany wcześniej Ken Honda stawia sprawę jednoznacznie i uważa, że uczciwość jest priorytetem w związkowym systemie tzw. szczęśliwych pieniędzy. „Chociaż oboje partnerzy są dorośli, to czasem jedno traktuje drugie jak dziecko, które nie musi niczego wiedzieć na temat ich sytuacji finansowej lub nie ma do tych spraw głowy. Czasem też z obawy przed konfliktem ukrywają pewne informacje lub swoje błędy, co później obraca się przeciwko nim” – pisze.

Ćwiczenie: Myślisz "pieniądze", czujesz...

W książce „Happy money” Ken Honda podaje najczęściej spotykane w swojej pracy trenera rozwoju osobistego emocje wywoływane przez temat finansów. Zastanów się, jakie ty odczuwasz i na ile rzutują one na twój związek.
  1. Lęk i niepokój. Czy martwisz się o to, że zabraknie ci pieniędzy? Czy boisz się utraty pracy, bo to oznaczałoby brak zabezpieczenia finansowego? To dość powszechne niepokoje, za którymi stoi zwykle lęk przed porażką czy przed rozczarowaniem innych, a to często wiąże się z niską samooceną i przekonaniem, że nie zasługujesz na to, co dobre, zatem żeby to zdobyć, musisz udowodnić swoją wartość.
  1. Gniew i frustracja. Czy czujesz się niesprawiedliwie wynagradzany? Czy złościsz się na osoby, które decydują o twoich zarobkach albo na te, które twoim zdaniem odpowiadają za zły stan gospodarki? Taki stan wprowadza twój mózg w stan walki o przetrwanie, więc ogranicza zdolność do kreatywnego myślenia,  a przecież rzadko pustka w portfelu oznacza natychmiastowe zagrożenie dla ciebie i najbliższych.
  1. Smutek i rozczarowanie. Czujesz źródła niespełnionych marzeń i dopatrujesz się w braku pieniędzy? A może obserwacja dramatycznych wydarzeń na świecie skłania cię do refleksji, że to wszystko przez chciwość i chęć zmaksymalizowania zarobków? Samotnie niesiony i nieprzepracowany smutek wpływa na twoje relacje z samym sobą, innymi i może doprowadzić do depresji.
  1. Nienawiść i rozpacz. Czy czujesz się oburzony, że ktoś cię wykorzystuje? Czy to wywołuje w tobie gniew? Lepiej wykorzystać potencjał, który niesie złość, jako impuls do zmiany, niż pielęgnować ją w sobie, bo z czasem może przekształcić się w nienawiść – do tego, kogo uważasz za winnego twojej sytuacji, albo do siebie samego, co w ostateczności może doprowadzić nawet do próby samobójczej.
  1. Poczucie wyższości i niższości. Czy kupujesz rzeczy, na które cię nie stać, żeby zaimponować komuś? Czy stwarzasz pozory bycia zamożniejszym niż jesteś? Koncentrując się na budowaniu wizerunku, możesz np. niepotrzebnie się zadłużyć, co będzie cię przepełniało lękiem i ograniczało wybory – w rezultacie nie będziesz w stanie czerpać radości z bycia tu i teraz.
  1. Poczucie winy i wstydu. Czy czujesz się winny, bo inni zarabiają mniej od ciebie? A może wstydzisz się niedostatku? To dwie strony tego samego medalu – chcąc zagłuszyć te skądinąd nieprzyjemne odczucia, łatwo popaść w stany kompulsywne i uzależnienia, co jeszcze bardziej zakłóci twoją wewnętrzną równowagę.
  1. Odrętwienie. Czy tłumisz emocje, jakie wywołuje w tobie temat pieniędzy? Czy unikasz rozmów o nich? Udając obojętność w kwestiach finansowych, tłumisz swoją emocjonalność również w innych sferach życia. Mózg jest bardzo plastyczny, więc im rzadziej korzystasz z pewnych funkcji, tym trudniej ci to przychodzi.
  1. Podekscytowanie i radość. Czy okazujesz radość z premii? Czy cieszysz się, gdy na urodziny dostaniesz od kogoś pieniądze? Nie chodzi o to, że szczęście dają ci pieniądze jako takie, ale o zdolność do odczuwania wdzięczności, która wpływa na poczucie szczęścia.
  1. Wdzięczność i miłość. Czy doceniasz czyjąś pomoc finansową? Czy chętnie dzielisz się swoimi zasobami? Jeśli pieniądze przepływają między ludźmi z miłością i wdzięcznością, przynoszą im większą satysfakcję i dają poczucie bycia docenionym.
  1. Szczęście. Nieoczekiwany przypływ gotówki sprawia przyjemność każdemu; czujemy, jakby zarysowały się przed nami nowe możliwości. A co jeślibyś jej nie dostał? Czy umiesz szczerze przyznać, że już masz wszystko, co jest ci potrzebne do szczęścia, a na nowe możliwości wystarczy się otworzyć?

  1. Zdrowie

Ile w nas małpy, ile człowieka? – tłumaczy genetyk, prof. Ewa Bartnik

Naszym dziedzictwem jest nie tylko to, co dostajemy w genach bezpośrednio od rodziców, ale także geny wszystkich wcześniejszych zdobywców Ziemi, począwszy od pierwszych zwierząt, które przed pół miliardem lat wyszły na ląd z oceanu, a skończywszy na naszych wymarłych krewniakach, neandertalczykach czy denisowianach. (Fot. iStock)
Naszym dziedzictwem jest nie tylko to, co dostajemy w genach bezpośrednio od rodziców, ale także geny wszystkich wcześniejszych zdobywców Ziemi, począwszy od pierwszych zwierząt, które przed pół miliardem lat wyszły na ląd z oceanu, a skończywszy na naszych wymarłych krewniakach, neandertalczykach czy denisowianach. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
To niby-śmieciowe DNA wcale nie było końcem zaskoczeń. Jeszcze ciekawsze fakty wyszły na jaw, kiedy porównaliśmy nasz świeżo odczytany genom z genami naszych najbliższych ewolucyjnych krewniaków, czyli innych naczelnych. Stało się jasne, że różni nas mniej, niż kiedykolwiek nam się wydawało – z szympansami i gorylami dzielimy 98–99 procent genów.

Tylko 1, góra 2 procent genów sprawiły, że staliśmy się Homo sapiens. Jakie to geny? To pytanie, które narzuciło się samo, a poszukiwaniem tak zwanych genów człowieczeństwa przez lata zajmowało się wiele zespołów badawczych na całym świecie.

Geny człowieczeństwa

O ile na początku wyobrażaliśmy sobie, że znajdziemy jeden, przełomowy gen, który uczynił nas tym, czym jesteśmy, to dzisiaj wiemy już, że takiego genu po prostu nie ma. Za różnice między nami a szympansami odpowiada co najmniej kilka bardzo ważnych genów, ale żaden z nich w pojedynkę nie da nam wyraźnego „człowieczeństwa”. Prawda jest też taka, że te porównania są niezwykle trudne technicznie, bo o ile bez problemu znajdziemy ten czy inny gen w DNA człowieka, szympansa, goryla lub bonobo, to już nawet drobne zmiany w genach – na przykład dotyczące jednej litery – mogą nam łatwo umknąć. Dlatego zamiast porównywać budowę poszczególnych genów, w poszukiwaniach różnic między człowiekiem a małpami naukowcy skoncentrowali się na identyfikowaniu tych genów, które my mamy, a inne naczelne nie, albo odwrotnie – tych, które istnieją u małp, a u nas są one nieobecne, zagubione w toku ewolucji. Dzięki temu wiemy, że ogromna większość genów szympansa występuje u człowieka i na odwrót. Jednak człowiek utracił pewne geny – nie mamy owłosienia na ciele, utraciliśmy szereg receptorów węchowych. Przeciętne białko ludzkie różni się dwoma aminokwasami od swojego szympansiego odpowiednika, a aż 29 procent białek jest identycznych.

Pytanie tylko, które geny mogły okazać się kluczowe dla rozwoju naszego gatunku. Pewnie nie była to mutacja pozbawiająca nas owłosienia na ciele, a raczej geny związane z rozwojem mózgu, mowy, wyprostowanej postawy.

Jednym z tych, którym przypisuje się duży udział w tworzeniu naszego „człowieczeństwa”, jest gen FOXP2, który prawdopodobnie miał związek z wykształceniem się zdolności Homo sapiens do sprawnego posługiwania się mową. Genetycy stwierdzili, że w genie tym zaszły duże zmiany po oddzieleniu się linii ewolucyjnych przodków człowieka i szympansa – oznacza to, że w tym czasie gen zmienił swoją funkcję, ewoluował. Co więcej, udało się też zaobserwować, czym jego brak może skutkować u ludzi. Mutację w tym genie wykryto bowiem u pewnej rodziny w Anglii. Okazało się, że mutacja spowodowała zanik mowy i niezdolność do tworzenia struktur gramatycznych i składniowych. Ale żeby sytuacja była jeszcze bardziej skomplikowana, gen ten – choć nie odgrywa żadnej roli u małp – jest bardzo aktywny u ptaków śpiewających, a laboratoryjne próby z jego aktywacją u myszy spowodowały, że gryzonie zyskiwały szeroką gamę wokalizacji. Wygląda więc na to, że gen dziedziczony jest przez zwierzęta na naszej planecie od bardzo dawna, tylko u różnych gatunków ujawnia się z różną siłą.

Genetycy porównujący geny ludzkie i szympansie zwrócili uwagę również na gen MYH16, kodujący jedną z form łańcucha ciężkiego białka miozyny u człowieka. Kiedyś, około 2,5 miliona lat temu, u naszych przodków zaszła w nim zmiana, która wpłynęła na osłabienie mięśni szczęki, zmniejszenie twarzoczaszki i wzrost mózgoczaszki – czyli sprawiła, że mamy delikatniejsze twarze niż małpy, mniej wydatne szczęki oraz dużo miejsca w czaszce na rosnący mózg. Ale znowu – czy ta właśnie zmiana była kluczowa w naszej ewolucji? Tego nie możemy powiedzieć.

Ludzkie DNA

Dzisiaj istnieją już całe listy genów, które miały swój prawdopodobny udział w kształtowaniu naszych ludzkich cech. W jednej z ostatnich prac na ten temat autorzy dzielą zidentyfikowane dotychczas „geny człowieczeństwa” na trzy grupy. Pierwsza z nich, która na pewno miała udział w powstaniu Homo sapiens, obejmuje tylko dwa geny – FOXP2 oraz gen CMAH, mający swój udział w budowaniu naszej odporności. Kolejna, większa nieco grupa to 18 genów, których wpływ określany jest jako „prawdopodobny, mający pozory słuszności”. Jest jeszcze trzecia grupa 15 genów, których oddziaływanie określa się słowem „możliwe”. I znowu podkreślmy niezwykle ważną rzecz – nie same sekwencje genów odpowiadają za to, jak wygląda i zachowuje się człowiek. Ważna jest też ekspresja genów – wyglądający tak samo gen może u różnych gatunków zachowywać się zupełnie inaczej, może produkować swoje białko w innym miejscu w organizmie, na innym etapie rozwoju zarodka. To są zmienności, które mogą zaważyć i na wyglądzie, i na zdolnościach intelektualnych każdego gatunku.

Nie tylko wygląd czy budowa ciała są zresztą tutaj ważne. Udział w budowaniu sukcesu Homo sapiens miały też z pewnością geny dające nam długowieczność. Warto bowiem podkreślić, że żyjemy niemal dwukrotnie dłużej niż nasi najbliżsi krewni w zwierzęcym świecie. Oznacza to także, że mamy więcej czasu na przekazywanie swojego kulturalnego dorobku kolejnym pokoleniom. Bo przecież nie tylko geny, ale i kultura odgrywa olbrzymią rolę w ukształtowaniu się naszego gatunku. Gdybyśmy nie wychowywali się w otoczeniu ludzi, którzy od naszego urodzenia do nas mówią, przekazują nam swoją wiedzę i zwyczaje, sami też nie bylibyśmy ludźmi. Gdyby, jak głosi słynna legenda, Romulus i Remus zostali wychowani przez wilczycę w lesie, z pewnością nie zbudowaliby Rzymu, ale biegali po polanach, polując na zające.

Geny neandertalczyków – ile ich mamy?

Odczytanie genomu człowieka nie dostarczyło więc zbyt wielu informacji na temat naszej wyjątkowości, ale dokonało czegoś innego – uświadomiło nam, jak bliskie pokrewieństwo łączy nas z innymi istotami zamieszkującymi naszą planetę. Nie możemy już wyprzeć się tego pokrewieństwa. Naszym dziedzictwem jest nie tylko to, co dostajemy w genach bezpośrednio od rodziców, ale także geny wszystkich wcześniejszych zdobywców Ziemi, począwszy od pierwszych zwierząt, które przed pół miliardem lat wyszły na ląd z oceanu, a skończywszy na naszych wymarłych krewniakach, neandertalczykach. Dzięki zsekwencjonowaniu genomu neandertalczyka w 2012 roku przez zespół prof. Svantego Pääbo z Instytutu Maksa Plancka w Lipsku wiemy już z całą pewnością, że przedstawiciele tego gatunku, czy jak dzisiaj mówi się częściej podgatunku Homo sapiens, byli pod względem genetycznym prawie identyczni jak my. Na przykład mieli identyczną jak Homo sapiens wersję genu FOXP2, umożliwiającą sprawne porozumiewanie się, a przecież w konfrontacji z nami wyginęli. Czy to coś w genach sprawiło, że my wygraliśmy w ewolucyjnym wyścigu, a nie Homo neanderthalensis? Bardzo wątpliwe. To raczej nasza kultura – w tym przypadku kultura wojowniczości i zdobywania świata – wzięła górę nad nieco być może mniej pod tym względem zapalczywymi neandertalczykami.

Odczytanie DNA Homo neanderthalensis pokazało nam coś jeszcze bardziej szokującego – podczas naszych pierwszych spotkań z nimi, które nastąpiły około 50 tysięcy lat temu, tuż po tym, jak człowiek rozpoczął wędrówkę z Afryki na inne lądy, mogło być naprawdę gorąco! Porównanie naszych genów z genami neandertalczyka jasno bowiem wykazało, że te dwa podgatunki człowieka uprawiały ze sobą seks. Było to częste do tego stopnia, że do dziś w naszych genach nosimy nawet 4 procent genów neandertalskich, w tym geny, które dały nam odporność na nowe choroby, nieobecne w Afryce. To jednak musiał być seks pełen przemocy – wydaje się, że dochodziło głównie do gwałtów, których dopuszczali się neandertalscy mężczyźni na ludzkich kobietach. Gdyby w procederze tym brały udział neandertalskie kobiety, przekazałyby nam one zapewne choć odrobinę mitochondrialnego DNA. A badania wykazały, że w naszych genach nie ma śladów po mtDNA neandertalek. Czyżby były aż tak nieatrakcyjne, że żaden mężczyzna Homo sapiens nie zdecydował się na gatunkowy skok w bok? Kto wie, choć bardziej prawdopodobne, że zadziałał tu przypadek. Po prostu żadna z kobiet, które urodziły się ze związku neandertalki i człowieka, nie miała nieprzerwanej do obecnego czasu linii córek – a to przecież jest niezbędne do zachowania neandertalskich mitochondriów, przekazywanych wyłącznie z matki na córkę.

Tak wyglądała czaszka neandertalczyka - wymarłego przedstawiciela rodzaju Homo z plejstocenu. (fot. iStock) Tak wyglądała czaszka neandertalczyka - wymarłego przedstawiciela rodzaju Homo z plejstocenu. (fot. iStock)

Rdzenni mieszkańcy Afryki to jedyna czysta rasa Homo sapiens

Swoją drogą, kiedy patrzę na te badania, przypomina mi się mój nieżyjący już tata – prawnik, specjalista od apartheidu. Młodszym czytelnikom wyjaśniam, że była to totalitarna ideologia rządów Republiki Południowej Afryki, która zakazywała między innymi łączenia się w pary ludzi rasy białej i czarnej, aby zachować „czystość” białych na Czarnym Lądzie. Mój ojciec walczył z tą ideologią z humanitarnego, prawniczego punktu widzenia. Gdyby zobaczył wyniki sekwencjonowania genomu ludzkiego, zapewne miałby wielką satysfakcję. Dowodzą one bowiem, że jedyną naprawdę czystą rasą Homo sapiens są rdzenni mieszkańcy Afryki. My wszyscy, którzy z Afryki wyszliśmy, aby zdobywać inne lądy, jesteśmy zwykłymi mieszańcami, noszącymi w swoich genach – co już wiemy z całą pewnością – nie tylko DNA neandertalczyków, ale też i denisowian, jeszcze bardziej prymitywnego gatunku człowieka, o którego istnieniu dowiedzieliśmy się z analiz genetycznych kopalnych fragmentów dwóch kosteczek palca oraz zęba, znalezionych w 2010 roku w Denisowej Jaskini na Syberii. Tak, z nimi też uprawialiśmy seks. I to pewnie nie koniec erotycznych interakcji Homo sapiens z wymarłymi krewniakami. Tata byłby bardzo zadowolony.

  1. Psychologia

Dziadkowie - mogą dać wnukom to, czego nie dają rodzice

Do roli dziadków nie startuje się z pozycji zero. Przenosi się do niej dużo wcześniejszych napięć z relacji z dziećmi. Do tego dochodzą obecne stosunki z zięciami, synowymi, ich rodzicami, którzy są „współdziadkami”. (Fot. iStock)
Do roli dziadków nie startuje się z pozycji zero. Przenosi się do niej dużo wcześniejszych napięć z relacji z dziećmi. Do tego dochodzą obecne stosunki z zięciami, synowymi, ich rodzicami, którzy są „współdziadkami”. (Fot. iStock)
Dziadkowie nie są wnukom niezbędni do życia. Ale mogą dać im to, czego nie dają rodzice: spokój, czas. Pod warunkiem, że i rodzice, i dziadkowie nie potraktują dzieci instrumentalnie, czyli nie wykorzystają ich do swoich rozgrywek.

Hanna, lat 59, emerytowana nauczycielka, sama wychowuje wnuka, trzyletniego Błażejka. Jej córka Justyna uznała, że dla samotnej matki to optymalne rozwiązanie. Babcia ma domek, dużo czasu i przygotowanie pedagogiczne. Justyna – ciekawą pracę, do której szybko po porodzie wróciła. Odwiedza syna w weekendy. Błażejek za mamą specjalnie nie tęskni, raczej za prezentami, którymi hojnie go obdarowuje. Babcia Hania radzi sobie nieźle, choć coraz częściej przebąkuje o oddaniu wnuczka córce. A córka właśnie awansowała i próbuje ułożyć sobie życie z nowym partnerem.

Zofia Milska-Wrzosińska, psychoterapeutka z Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie, zauważa, że model, w którym dziadkowie przejmują funkcję rodzicielską, nie jest wcale nowy. – W latach 70. i 80. studenci oddawali dzieci do swoich rodziców na wsi na czas potrzebny do ukończenia studiów, czyli na kilka lat. To było dość powszechne zjawisko. Jej zdaniem z relacji pacjentów, którzy byli na dłuższy czas przekazani dziadkom, wynika, że rodzice nie zawsze biorą pod uwagę uczucia dziecka. W jakimś momencie odbierają je jak bagaż z przechowalni.

– Z jednej strony to zrozumiałe, że rodzice wspierają swoje dzieci, zajmując się wnukami, ale z drugiej – warto zadbać, by nie powodowało to u dziecka dodatkowych kosztów psychicznych. Dlatego ani powierzenie, ani odebranie dziecka dziadkom nie może być nagłe. Dziecko powinno, stosownie do swoich możliwości wiekowych, rozumieć przyczyny tych wędrówek i wiedzieć, że jest dzieckiem rodziców, a nie dziadków, no i oczywiście rodzice powinni utrzymywać z nim stały kontakt.

Krystyna i Jan (60-latkowie) mają dwie córki i pięcioro wnuków, najstarszy kończy studia, najmłodszy ma półtora roku. Nigdy – ani wtedy, gdy pracowali, ani teraz, gdy są na emeryturze – się nimi nie zajmowali. Krystyna jasno zakomunikowała córkom: „Nam nikt nie pomagał, wy też sobie radźcie same”. Pamięta o urodzinach i to wszystko. Córki w końcu zaakceptowały postawę rodziców, choć z zazdrością patrzą na innych dziadków zakochanych w swoich wnukach. Natomiast zięciowie, ich rodzice i większość członków rodziny nie kryją oburzenia.

Młodzi na starość

W Polsce taka postawa jest rzadka i szokująca. Zdaniem Zofii Milskiej-Wrzosińskiej zupełnie odwrotnie niż w wielkomiejskich społeczeństwach zachodnich, gdzie szokuje pomysł, że dziadkowie mieliby poświęcić się wnukom. Tam bardziej niż u nas starszym ludziom daje się prawo do swojego życia.

– Współcześni dziadkowie są nie tyle metrykalnie, ile biologicznie młodsi – mówi psychoterapeutka. – Kiedyś w wieku pięćdziesięciu kilku lat byli staruszkami, teraz są w pełni sił, mogą pracować, realizować zainteresowania, wchodzić w nowe związki. Nie muszą nikomu dowodzić swojej przydatności, biorąc sobie na głowę pełnoetatową opiekę nad wnukiem. Bywają dziadkowie, którzy wyraźnie mówią: „Traktuj mnie jak pogotowie ratunkowe w sytuacjach skrajnych, ale nie licz na mnie na co dzień”. Młodym czasem wydaje się to bezduszne i egoistyczne. Inni dziadkowie godzą się na nadmierne obciążenia, przyjmując argumenty, że córka musi pracować, żeby zarobić na spłatę kredytu, bo „przecież obcej osobie dziecka nie powierzymy”. W rezultacie mają poczucie krzywdy i przeciążenia.

Zofia Milska-Wrzosińska zwraca uwagę na inny błąd popełniany wobec babci i dziadka – traktowanie ich jak płatnych opiekunów. Na przykład mówienie do babci: „Pamiętaj, Kasia nie je cukru w żadnej postaci, nie opowiadaj jej bajek o czarownicach, bo się boi, codziennie wyjdź z nią na dwugodzinny spacer”.

– Proszę bardzo, jeżeli zawiera się kontrakt z opiekunką, to można od niej wymagać. Ale babcia to babcia. Ona kocha wnuka, a nie świadczy płatnej usługi. Jeśli prosimy o pomoc, to nie możemy oczekiwać, że ktoś zgodzi się na relacje przełożony – podwładny. Oczywiście, ustalenia dotyczące zdrowia – np. dieta przy uczuleniach – powinny być respektowane. Ale ubezwłasnowolnienie dziadków jest bezzasadne. Jeżeli babcia najlepiej swą miłość wyrazi tym, że upiecze szarlotkę, to nie można jej tego zabraniać. Jeśli matka nie chce szarlotki w jadłospisie dziecka, niech sama się nim zajmie albo zapłaci opiekunce.

Rodzinne potyczki

Basia i Jan przeszli na emeryturę tylko dlatego, żeby zająć się wnukiem Kacprem. Ich córka Kinga jest samotną matką, więc ustalili, że ona wraca do pracy (w korporacji, gdzie świetnie zarabia), a oni przychodzą do wnuka codziennie, a czasem i w weekendy, bo Kinga często wyjeżdża w delegacje. Świata nie widzą poza wnukiem, ale Kinga do końca im nie ufa. Przeszła kilka warsztatów świadomego rodzicielstwa, dużo czyta na temat wychowania. Dzwoni więc kilka razy dziennie, sprawdzając, czy rodzice robią wszystko, co powinni. A im to przeszkadza. Kinga jak wielu współczesnych rodziców powierza dziecko dziadkom, ale ma z tego powodu poczucie winy. Egzekwuje od nich to, co jej się nie udało.

Zofia Milska-Wrzosińska: – Nie można wmawiać dziadkom, że ich doświadczenie się przedawniło. Dziadek strugał łuk ze swoim synem, teraz chce zrobić to z wnuczkiem, a synowa krzyczy: „Ależ tato, dajesz mu nóż do ręki, on jest za mały, skaleczy się”. Trzeba pamiętać, że dziadkowie mają swoje zasoby, coś wiedzą o życiu. Jeśli im ufamy na tyle, by powierzyć dzieci, to nie możemy wciąż podważać ich doświadczenia.

Jak obie strony mogą ułożyć swoje relacje? Psychoterapeutka proponuje: – Przekaz dziadków do rodziców może być taki: „Pozwólcie, że my będziemy kierowali się tym, co nam się wydaje słuszne. Chcemy wiedzieć, co dla was jest nie do przyjęcia, a my powiemy, z czego my nie możemy zrezygnować. Ale nie może być tak, że wy nam całkowicie ustawiacie życie, bo opiekowanie się wnukami to też nasze życie”. Rodzice z kolei mogą powiedzieć, co dla nich jest ważne.

Zdaniem Milskiej-Wrzosińskiej relacja dziadkowie – wnuki nie jest niezbędna do przeżycia. Wnukom szkodzi nie brak kontaktów z dziadkami, tylko to, że dokoła nich jest jakiś konflikt. Bo często wnuki są używane do rozgrywki. Na przykład teściowa na różne sposoby próbuje udowodnić synowej, że ona jest lepszą opiekunką. Często pyta wnuka: „Dobrze ci u babusi, prawda?”. I nęci propozycjami: „Usmażylibyśmy placki, pooglądali filmy, poczytałabym ci, nigdzie byśmy się nie śpieszyli, nie tak jak w domu”. Po czym matka słyszy od dziecka, że ono woli być u babci, więc zagrożona w swojej roli ogranicza te kontakty.

Ale rozgrywki toczone są też przez rodziców. Na przykład syn próbuje ukarać dziadków: „Jeżeli tak się odezwaliście do mojej żony, to my wam dzieci więcej nie damy”. Na skutek takich rozgrywek, niestety, obrywają dzieci. Często traktuje się je instrumentalnie – mówi psychoterapeutka.

– Na przykład matka po rozwodzie w złości utrudnia kontakty dzieci z dziadkami ze strony rozwiedzionego ojca, nawet jeśli ci dziadkowie są dla dzieci bardzo ważni.

Co dziadkowie mogą dać wnukom? Spokój i czas. Zapracowani rodzice są pełni napięć, stresów, mają na głowie wiele spraw. A dziadkowie widzą życie we właściwych proporcjach. Wiedzą, jakie błędy popełnili z własnymi dziećmi, mają inną perspektywę i więcej cierpliwości. A poza tym wnuki to nie własne dzieci, o które trzeba nieustannie się troszczyć: karmić, przewijać, wstawać do nich w nocy. Dziadkowie nie muszą ich wychowywać. Mogą dla nich odłożyć wszystkie swoje zajęcia, być uważni, zaangażowani, bo potem dzieci wracają do domu i oni znów mają czas dla siebie.

Atrakcyjni dziadkowie

Zofia Milska-Wrzosińska uważa, że rodzice, którzy boją się, że ich wpływ na dzieci będzie mniejszy niż wpływ dziadków, tak naprawdę są niepewni swej roli. Bywają jednak sytuacje, które upoważniają do obaw. Choćby gdy młodzi wiedzą o swoich rodzicach coś takiego, co powinno powstrzymać ich przed decyzją o oddaniu w ich ręce dziecka, np. że cierpią na chorobę alkoholową czy wulgarnie się zachowują.

– Pamiętajmy, że rodzice mają swoje nawyki. Jeśli dziadek często klnie, możemy oddać mu dziecko pod opiekę, ale powinniśmy liczyć się z tym, że ono zacznie po nim powtarzać. Tłumaczenie, żeby dziadka nie naśladowało, poskutkuje albo nie. A dziadek na nasze prośby może odrzec, że całe życie tak mówił i na starość nie da rady się zmienić. Możemy mimo to skorzystać z jego pomocy, jednak nie zadręczajmy go potem pretensjami. Wnuki są często dla dziadków jedynym sensem ich życia. Dzięki nim na nowo czują się potrzebni, nabierają sił i odwagi.

Zofia Milska-Wrzosińska: – Dziadkowie czasem nie pamiętają, że ich dzieci mają swoją oddzielną rodzinę i siedzenie im na głowie do niczego dobrego nie prowadzi. Jeżeli chcemy mieć udane kontakty z wnukami i dziećmi, to nie narzucajmy się. Im więcej mamy swojego życia, tym jesteśmy atrakcyjniejsi. Jeżeli nas nie chcą, to zamiast użalać się i narzekać, zastanówmy się dlaczego. Powinniśmy znaleźć swoje obszary kontaktu z wnukami, żeby nie wchodzić w rolę rodziców, tylko proponować coś własnego, co ich trochę odciąży. Z kolei jeżeli rodzice widzą, że dziadkowie nie chcą pomagać, choć mogliby, to niech się zastanowią, czy część winy nie leży po ich stronie. Może sami niszczymy kontakt dziadków z wnukami? Może podkpiwamy z nich przy dzieciach, mówiąc: „Dziadek znowu nie pamięta, no tak, dzieci, starość nie radość” albo „oj, babciu, już nie wygłaszaj nam tu tych swoich mądrości”. Nic dziwnego, że dziadek czy babcia mówią: „Dziękuję, pójdę tam, gdzie mnie szanują”.

Psychoterapeutka uważa, że jeśli relacje między wnukami a dziadkami bywają złe, to niemożliwe, żeby to działo się bez udziału rodziców. To nie znaczy, że rodzice są winni, tylko że ich relacja ze swoimi matkami i ojcami jest utrudnieniem w kontaktach ich dzieci z dziadkami. Bo – z drugiej strony – bywa, że dziadkowie traktują swoje dorosłe dzieci jak smarkaczy. Uważają, że wiedzą lepiej.

– Do roli dziadków nie startuje się z pozycji zero. Przenosi się do niej dużo wcześniejszych napięć z relacji z dziećmi. Do tego dochodzą obecne stosunki z zięciami, synowymi, ich rodzicami, którzy są „współdziadkami”. Dorośli powinni zachować zdrowy rozsądek, otwarcie komunikować swoje oczekiwania i słuchać oczekiwań drugiej strony, a także wykazać się sporą wrażliwością. Bo relacje dziadków z wnukami tak naprawdę zależą od relacji między dorosłymi.

  1. Psychologia

Wychowanie - jak wyznaczać granice i docierać do źródeł problemów?

Pierwszy etap w życiu niemowlęcia powinien upływać pod znakiem bezustannej bliskości z matką. Potem jednak, w miarę jak dziecko odkrywa świat, słuszną postawą jest stopniowe wyznaczanie granic: tu kończy się mama, a tu zaczyna córka czy syn. (Fot. iStock)
Pierwszy etap w życiu niemowlęcia powinien upływać pod znakiem bezustannej bliskości z matką. Potem jednak, w miarę jak dziecko odkrywa świat, słuszną postawą jest stopniowe wyznaczanie granic: tu kończy się mama, a tu zaczyna córka czy syn. (Fot. iStock)
Czy wychowywanie dziecka zawsze musi przypominać szkołę przetrwania? Jak nie pozwolić wejść sobie na głowę? W jaki sposób wyznaczać granice? Gdzie szukać źródeł problemów? Psychiatra Robin Skynner w książce „Żyć w rodzinie i przetrwać” daje wskazówki i stawia zaskakujące tezy.

1. To nie geny decydują o podobieństwie, ale deficyty

Zdarza ci się zrobić grymas typowy dla twojej mamy lub usłyszeć: „z ciebie to wykapana babcia!”? Tak, to prawda, masz w sobie wiele cech krewnych, ale nie jest to kwestia genetyki, tylko nawyków przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Według Robina Skynnera nastawienia i sposoby reagowania, które dominują w danej rodzinie, są tak silne, że przejmują je nawet adoptowane dzieci czy psy. Co więcej, okazuje się, że dobierając się w pary, szukamy ludzi przypominających nam krewnych, czyli przejawiających podobne do naszych wzorce zachowań. W ten sposób, tworząc nową rodzinę, w pewnym sensie znów odtwarzamy własną. I tu tkwi szkopuł: otóż każda rodzina ma specyficzny sposób traktowania emocji, czyli jedne uważa za „dobre” i te otwarcie wyraża, a inne uważa za „złe” i te chowa – jak to określa Skynner – za kurtynę. Najciekawsze jest to, że dobieramy się właśnie na podstawie rzeczy schowanych za ową kurtyną. Czyli jeśli w twojej rodzinie wszyscy mieli problem z wyrażaniem złości, oczywiście starannie ukryty, najprawdopodobniej ty również go masz i zwiążesz się z mężczyzną, któremu też jest on nieobcy – bo zna go z własnego domu. Dobra wiadomość jest taka, że oboje możecie uświadomić sobie, co trzymacie za kurtyną i i zacząć z tym pracować.

2. Jeśli rodzice ci czegoś nie przekazali, to dlatego, że sami tego nie dostali

W rozwoju każdego człowieka występują określone etapy. Są jak kolejne lekcje, które trzeba odrobić, jeśli chce się uzyskać świadectwo dojrzałości. Zdarza się jednak, że pewne lekcje przegapiamy i są to zwykle te, które przegapili też nasi rodzice. Opuszczony etap będzie „wracał” do nas dotąd, aż go przepracujemy. Na przykład jeśli w okresie dorastania nie otrzymałaś od rodziców solidnej dawki miłości połączonej z dyscypliną, możesz mieć problem z akceptowaniem autorytetów oraz szefowaniem innym. Dlaczego rodzice nie dali ci tego, co powinni? Bo sami tego nie dostali od swoich rodziców, więc skąd mieli wiedzieć, że trzeba. Ale każdą lekcję można odrobić w dorosłym życiu.

3. Najszczęśliwsze małżeństwa nie boją się swoich wad

Każda krytyka trochę boli? Nieprawda! Według Robina Skynnera boli tylko ta, która dotyka rzeczy schowanych za kurtyną. Bo wtedy godzi w mniemanie o sobie. Jeśli zdajesz sobie sprawę z własnych wad, to nie denerwuje cię, jeśli bliska osoba je wytknie. Tacy ludzie tworzą najszczęśliwsze małżeństwa. Świadomość tę mogli zyskać w zdrowej i kochającej się rodzinie lub wypracować na drodze pracy wewnętrznej. Z kolei najbardziej destrukcyjne związki tworzą partnerzy, którzy tak dużo rzeczy chowają za kurtyną, i jest to dla nich tak przerażające, że obydwoje starają się utrzymać ją szczelnie zasłoniętą. Na co dzień nieustannie walczą ze sobą, ale mimo to nie potrafią się rozstać.

4. Najpierw trzeba dawać dziecku dużo bliskości, a potem je od siebie odsuwać

Pierwszy etap w życiu niemowlęcia powinien upływać pod znakiem bezustannej bliskości z matką. Potem jednak, w miarę jak dziecko odkrywa świat, słuszną postawą jest stopniowe wyznaczanie granic: tu kończy się mama, a tu zaczyna córka czy syn. – Niemowlę musi przekonać się, co jest wewnątrz, a co na zewnątrz jego osoby. Inaczej mówiąc, musi określić, co jest nim, a co nie jest. I na początek z wielu praktycznych względów to, co „nie jest nim”, to jego mama – pisze Skynner. Dlatego dobrze jest, jeśli w późniejszym rozwoju dziecka matka nie zawsze będzie od razu biegła do jego łóżeczka czy z prędkością światła reagowała na prośby i nalegania. Odrobina frustracji jest dla malucha dobra, bo uczy go radzenia sobie z trudnymi emocjami. Co nie zmienia faktu, że stały i bliski kontakt z matką jest podstawą właściwego rozwoju dziecka w pierwszych etapach życia.

5. Bajki pozwalają maluchom radzić sobie z dziecięcą gwałtownością

Dlaczego bajki dla najmłodszych często są tak okrutne? Dlaczego zaludniają je tłumnie wstrętne kobiety: wiedźmy, czarownice, macochy, złe siostry (no, może poza matkami chrzestnymi)? Te historie tak fascynują dzieci, bo – zdaniem Skynnera – odpowiadają przeżywanym przez nie fantazjom i projekcjom. Kilkulatki zaczynają oprócz miłości do matki odczuwać także złość, a czasem nienawiść. Ale jak można być złym na mamę?! Gdyby nie bajki, w których mogą dać ujście tym nowym, niepokojącym uczuciom i np. bezkarnie nienawidzić inną kobietę – wiedźmę, od razu schowałyby je za kurtynę. Bajki są dla dzieci wentylem bezpieczeństwa: im częściej będą mogły oczyścić się z trudnych uczuć, tym rzadziej będą je okazywać.

6. Pluszowy miś – ważny element dorastania

– Miś to „obiekt przejściowy”, czyli przedmiot, który pozwala dziecku przejść od stanu, w którym nie może długo wytrzymać bez wsparcia emocjonalnego dostarczanego przez matkę, do sytuacji, gdy może zacząć przyjmować je od innych ludzi – pisze Skynner. Gdy matki nie ma w pobliżu, przytulenie do pluszaka pozwala przywołać z pamięci jej dotyk i bliskość. Poza tym maluch, zajmując się swoim misiem, dowiaduje się wielu rzeczy o sobie. Zwykle każe mu „grać” siebie, podczas gdy on sam „staje się” matką misia. Mówi do niego, karmi, tłumaczy, żeby się nie bał… W ten sposób uczy się tego, co jest obowiązkiem matki, a co – dziecka, co jeszcze silniej wyznacza granicę pomiędzy nimi.

7. Wyraźne zakazy sprzyjają rozwojowi dziecka

To nieprawda, że wyrozumiali, wyluzowani rodzice to gwarancja lepszego rozwoju dzieci. Jest dokładnie przeciwnie. Według Skynnera, jeśli rodzice stawiają wyraźne ograniczenia, a zarazem nie przestają dawać dziecku wsparcia emocjonalnego, może ono wypróbować swoją siłę i nauczyć się stopniowo nad nią panować. Jeśli mama i tata nie stawiają wymagań, to jedyną rzeczą, jaka zostaje dzieciom, jest nieustanne sprawdzanie, gdzie są granice. Czyli: im mniej stanowczy dorośli, tym bardziej nieznośne latorośle! Ale uwaga: granice powinny być stawiane na zasadzie pokazania rozsądnej kary za złe zachowanie: „Nie rób tego, bo nie dostaniesz deseru”, a nigdy na zasadzie szantażu emocjonalnego: „Nie rób tego, bo mamie będzie przykro”.

8. Zdrowe rodziny są oparte na partnerstwie rodziców, dysfunkcyjne – na władzy matki

To jedna z najbardziej kontrowersyjnych teorii psychiatry. Sam długo się przed nią wzbraniał, ale doświadczenie wskazywało na jedno: w najzdrowszych rodzinach władza podzielona jest równo pomiędzy dwoje rodziców, w pozostałych przypadkach, gdy jedno z rodziców miałoby zostać szefem, to lepiej, by był nim ojciec, a nie matka. Zdecydowana postawa ojca, który powinien „wkroczyć na scenę”, gdy dziecko dorasta, to podstawa właściwego rozwoju malucha. Po pierwsze, tata wprowadza rządy silnej ręki, w kontraście do mamy, która pozostaje troskliwa i opiekuńcza. Poza tym ojciec ma jeszcze jedną ważną rolę do odegrania: odzyskać żonę, czyli stać się w pewnym sensie rywalem dla malucha. To ważny etap także dla rozwoju seksualności dziecka. Przekaz: „Rodzice się kochają i czasem chcą spędzać czas tylko ze sobą, w  swoim intymnym świecie” to impuls do tego, by miłości, akceptacji i spełnienia zaczęło szukać też w świecie zewnętrznym. Jest to najistotniejsze w tzw. fazie edypalnej, gdy dziecko zaczyna pożądać rodzica przeciwnej płci, czyli mniej więcej w wieku sześciu lat.

9. Lepiej mieć więcej niż jedno dziecko

Maluch, który ma rodzeństwo, uczy się obcowania w grupie i zdrowej rywalizacji. Poznaje zazdrość, uczucie często chowane za kurtynę, i powoli się z nią oswaja. Wprawia się też w zawieraniu kompromisów. Poza tym rodzice, którzy mają więcej niż jedno dziecko, rozkładają swoją opiekuńczość, troskę i przywiązanie na więcej niż jedną osobę. Jedynakowi trudniej się od nich uwolnić i uniezależnić.

10. Rodzice powinni przede wszystkim być rodzicami

Nastolatki nie tolerują przekraczania granic pomiędzy tym, co właściwe dla dorosłych, a co dla młodych. Dlatego tak źle reagują na to, gdy mama przychodzi na imprezę szkolną w seksownych dżinsach i obcisłej bluzce. Mama powinna się ubierać i zachowywać jak mama. Nie jak koleżanka czy siostra. Ona reprezentuje to, co rodzicielskie, tym samym dając dzieciom punkt odniesienia, wobec którego mogą określić siebie. Dlatego – według Skynnera – rodzice powinni obstawać przy swoich poglądach, nawet jeśli usłyszą, że są „wapniakami”, a usłyszą na pewno. I bardzo dobrze! Taka kolej rzeczy.

  1. Styl Życia

Żeglarz, nasza miłość

Od lewej: Dagmara, Patrycja i Urszula. Trzy pokolenia kobiet, które mają wokół siebie i Żeglarza wielu przyjaciół, wręcz całą społeczność gotową w razie potrzeby iść z pomocą. Fot. Bartosz Bańka/ Agencja Gazeta)
Od lewej: Dagmara, Patrycja i Urszula. Trzy pokolenia kobiet, które mają wokół siebie i Żeglarza wielu przyjaciół, wręcz całą społeczność gotową w razie potrzeby iść z pomocą. Fot. Bartosz Bańka/ Agencja Gazeta)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Babcia, mama i córka. Dawniej musiały się mierzyć z szaleństwem kaset wideo i multipleksów, dzisiaj stawiają czoła platformom streamingowym i pandemii. – Ja co roku chcę zamknąć kino, bo to się nie opłaca. To jest idiotyzm, fanaberia nasza. A na wiosnę i tak znowu je otwieramy – mówi Urszula „Babinex” Blindow, najstarsza z właścicielek kina Żeglarz. Jedynego, jakie zostało na Półwyspie Helskim.

Za ekranem kina przy ulicy Portowej znajduje się tajemne „przejście do Narnii”, czyli do małego mieszkanka właścicielek – babci „Babinex” Urszuli, mamy Dagmary i córki Patrycji. Kiedy rozmawiamy, towarzyszy nam ścieżka dźwiękowa filmu „Sokół z masłem orzechowym”, ponieważ za ścianą odbywa się akurat seans. Repertuar w kinie jest codziennie inaczej ustawiony: co godzinę można zobaczyć inny film. – Nie możemy wstawić jednego tytułu na wyłączność – mówi Dagmara. – Raz grałam cały weekend „Shreka” i widzowie do tej pory mi to wypominają. Ale to był wówczas warunek dystrybutora. Ci dystrybutorzy, którzy współpracują z nami od lat, znają specyfikę miejsca i wiedzą, że ludzie przyjeżdżają na kilka dni, czasem tylko na weekend i nie chcą codziennie oglądać tego samego.

W prezencie

Bogdan Blindow – bo od niego ta przygoda się zaczęła – w roku 1966 został kierownikiem Powiatowego Zespołu Kin w Wejherowie. A kiedy zlikwidowano powiaty, odpowiadał za kino Świt. – Jak Dagusia była dzieckiem, zajmowałam się tam wszystkim: sprzedawałam bilety, układałam razem z Bogdanem repertuar, sprzątałam, byłam bileterką, zajmowałam się papierologią – mówi „Babinex” Urszula. Dagmara, wychowana w Świcie, znała każdy jego odgłos. – Siadałam w ciągu dnia na pustej widowni i potrafiłam powiedzieć, kto, gdzie i co robi – wspomina. Latem rodzina Blindowów wyjeżdżała do zaprzyjaźnionych kin w kraju, przy których były pokoje gościnne dla pracowników. Tak po raz pierwszy trafili do Jastarni. Dagmara: – Jak przyjechaliśmy tu w 1986 roku, tak już zostaliśmy, bośmy się wszyscy w tym miejscu zakochali. W czasach małej prywatyzacji oddawano kina w ajencje i dzierżawy. W roku 1991 Bogdan Blindow, w tajemnicy przed rodziną, podpisał umowę na prowadzenie Żeglarza. Urszula: – Musiało mu być ciężko utrzymać to w tajemnicy, bo on był straszny gaduła, wszystko zawsze wygadał. A wtedy tylko zabrał mnie do samochodu i ani słowa. Skręcamy już na półwysep, pytam go: „Gdzie my jedziemy?”. A on: „Nie mogę ci jeszcze powiedzieć”. Ale jak już byliśmy blisko, nie wytrzymał: „Załatwiłem ci kino w Jastarni!”. To był taki prezent dla mnie. Bardzo się cieszyłam, skakałam w samochodzie, krzyczałam, klaskałam. Jechał z nami nasz kinooperator Henio, który był głuchoniemy. On już wiedział, więc jak się odwróciłam, cieszył się razem ze mną. Od tej pory cała rodzina prowadziła Świt w Wejherowie i sezonowo Żeglarza w Jastarni. Na Półwyspie Helskim działały wówczas jeszcze trzy inne kina: Wicher Hel, Albatros Władysławowo i Mewa Puck. Dziś z tej czwórki został tylko Żeglarz. Już po śmierci ojca Dagmara w roku 1997 przejęła dzierżawę, a chwilę później Żeglarza wykupiła. To kino prywatne, sezonowe, prowadzone przez trzy pasjonatki.

Patrycja: 'To jest nasze życie, skarb i największa pamiątka po dziadku. Choćby się waliło i paliło, nie poddamy się'. (Fot. Bartosz Bańka/Agencja Gazeta) Patrycja: "To jest nasze życie, skarb i największa pamiątka po dziadku. Choćby się waliło i paliło, nie poddamy się". (Fot. Bartosz Bańka/Agencja Gazeta)

Dagmara: Powitanie z Afryką

Niektóre filmy widziałam tak wiele razy, że znam je prawie na pamięć. Cytatami z „Seksmisji” przerzucaliśmy się z ojcem przy porannej jajecznicy. W filmie „Pluton”, po 22 projekcjach, jestem w stanie wyłapać wpadki, na przykład najpierw koszulka jest porwana, w następnym ujęciu cała. Pewnych wrażeń i scen filmowych nie da się przenieść z kina na mały ekran. Kadr z „Lotu nad kukułczym gniazdem”, kiedy auto z rozświetlonymi reflektorami przejeżdża przez całą szerokość ekranu, nie robi już takiego wrażenia w telewizorze. Podobnie jest z moim ukochanym filmem „Pożegnanie z Afryką”. Oglądając go w kinie, za każdym razem czuję powiew gorącego afrykańskiego powietrza, które wprost wylewa się z ekranu. W telewizji tego nie ma, a lecące po niebie różowe flamingi są tylko jedną wielką plamą. Na moje 50. urodziny Patunia zorganizowała mi przyjęcie niespodziankę, a goście złożyli się na prezent: bilet do Kenii. Jak się wreszcie skończy pandemia, spełnię swoje największe filmowe marzenie i odwiedzę dom Karen Blixen.

Przesłuchanie za "Przesłuchanie"

Latem przez kino Żeglarz przewijają się ludzie z całego kraju oraz goście z zagranicy. Przychodzą nie tylko na filmy, lecz także na organizowane tu imprezy, koncerty i wernisaże. Nie brakuje znanych nazwisk. To, co wydaje się tak przyjemne i towarzysko atrakcyjne, nie przynosi jednak dochodów. Na turystów na tyłach kina czekają więc sezonowe domki i pokoje na wynajem, które dają finansową podporę właścicielkom. Przez lata, aby utrzymać kino, Dagmara jeździła do pracy do Holandii: – Pracowałam przy produkcji sałatek, przy kwiatach, mięsie, pakowałam PlayStation. Byłam w tylu miastach i robiłam tyle rzeczy, że nie zliczę, i wszystko, co zarobiłam, szło na edukację Patrycji i na rachunki w kinie. Walka o utrzymanie Żeglarza wydaje się w tej rodzinie priorytetem, bo utratę kina już znają i wspominają z bólem. Był początek XXI wieku, w Gdyni pojawiły się multipleksy, widzowie zaczęli odchodzić z małych kin. – To było najgorsze doświadczenie w moim życiu. Czułam się przez wiele lat, jakby ktoś mi złamał życie, kompletnie nie mogłam się odnaleźć – wspomina Dagmara. – W kinie Świt w Wejherowie zaczynaliśmy, spędziłam w nim całe życie, jego zamknięcie przypłaciłam depresją. Siadałam wtedy sama na sali i kazałam sobie puszczać filmy, wyłącznie po to, żeby ludzie przechodzący obok słyszeli, że kino żyje. I żeby nie oszaleć. – Od tamtej chwili minęło ze 20 lat, a ja nadal nie mogę chodzić po ulicy, na której stoi ten budynek i marnieje – dodaje Urszula. – Do tego stopnia jest to obciążające. O innym traumatycznym „filmowym” doświadczeniu swojej babci opowiada Patrycja Blindow, choć wydarzyło się ono na wiele lat przed jej narodzinami i zna je tylko z opowieści. – Babcia rzadko o tym mówi, bo nie cierpi tego wspominać. Dziadek był działaczem Solidarności, więc był pod większą obserwacją. Kiedyś znaleziono u niego w kinie taśmę VHS, czyli nawet nie taką do dystrybucji, z filmem „Przesłuchanie” Ryszarda Bugajskiego. Został zatrzymany, były naloty w domu, babcia była przesłuchiwana. Jedyne, co pamięta, oprócz strachu, to lampę wycelowaną prosto w oczy.

Urszula: serce kina

Mam coś takiego, że nawet jeśli film nie jest wybitny, mądry czy chwytający za serce, to i tak go oglądam, żeby podziwiać kraj­obrazy lub podpatrywać zachowania ludzi, bo wiem, że w wielu miejscach na świecie nie będę. Dlatego nawet w najgorszym filmie potrafię sobie znaleźć coś, co mnie zaciekawi. Zawsze kochałam kino, jeszcze zanim poznałam Bogdana. Gdy studiowałam prawo, chodziłam do DKF-u. Lubiłam tę ciemność, to zapadanie się w fotelu, kiedy człowiek odcina się od wszystkiego i wchodzi w inny świat. W domu można oglądać film na kanapie nawet na największym telewizorze, ale to nie to samo: bo po herbatę się idzie do kuchni, bo ktoś zadzwoni, ktoś przyjdzie. A tu człowiek jest wyizolowany z realnego świata. Ostatnio taką magię poczułam na „Zimnej wojnie”. Wyszłyśmy z kina i nie rozmawiałyśmy ze sobą, tak byłyśmy zaczarowane. A ja w szczególności, bo poczułam wtedy to serce kina.

Babcie takich rzeczy nie robią

Codziennie o 21.15 przez 68 dni w czasie trwającego wiosną lockdownu w mediach społecznościowych pojawiało się zdjęcie zagadka. Był to zainscenizowany przez panie Blindow kadr z filmu, którego tytuł należało odgadnąć. Kalambury kinowe na czas #ZostańwDomu przyniosły kinu Żeglarz sławę i rzesze nowych fanów. Zagadki nie były łatwe, kadry – nieoczywiste. Wymyśliła je Patrycja jako formę promocji kina, choć nikt nie miał pewności, czy otworzy się ono latem. – Patrycja wybierała kadry z filmów i reżyserowała, ja byłam stroną techniczną: rekwizyty, makijaż, zestaw policjanta z kiosku Ruchu za dziesięć złotych albo maseczka z drogerii – opowiada Dagmara. – Długi czas nie zdawałyśmy sobie sprawy, jakim echem to się rozniesie. Pierwszy był „Ojciec chrzestny”, obśmiałyśmy się jak norki!
W czasie wiosennego lockdownu w mediach społecznościowych codziennie pojawiał się nowy kalambur. Internauci zgadywali, za bohaterów których słynnych filmów są wystylizowane Urszula, Dagmara i Patrycja.
 

Na większości zdjęć główną rolę gra Urszula Blindow: ucharakteryzowana na Śmierć z „Siódmej pieczęci” Bergmana, na E.T., American Psycho, Mistrza Yodę czy… Hannibala Lectera z „Milczenia owiec”. (Fot. archiwum kina Żeglarz) Na większości zdjęć główną rolę gra Urszula Blindow: ucharakteryzowana na Śmierć z „Siódmej pieczęci” Bergmana, na E.T., American Psycho, Mistrza Yodę czy… Hannibala Lectera z „Milczenia owiec”. (Fot. archiwum kina Żeglarz)

– Babinex wszystko dla mnie zrobi – mówi Patrycja – więc wiedziałam, że się zgodzi na kalambury, że to tylko kwestia czasu. Pod koniec doszłyśmy do takiej wprawy, że robiłyśmy zdjęcia w dziesięć minut, razem z przebiórką. Dagmara: – Mama czasami mówiła: „Ja już mam tego dosyć, jestem zmęczona”, a na drugi dzień wstawała i pytała: „No to co dzisiaj gram?”. Nasza główna gwiazda! Urszula: – No bo ja się tam najbardziej wygłupiałam! Normalne babcie takich rzeczy nie robią na pewno. Latem do kina Żeglarz przyjechał jeden z najbardziej aktywnych uczestników kalamburów z pretensjami, że to się tak z dnia na dzień skończyło, i z prezentem – muzyką z filmu „Łowca androidów” na winylu. Podobno do Jastarni przyjeżdża się i serce zostawia na zawsze albo nie wraca nigdy więcej. Wydaje się, że najbardziej zakochana w tym miejscu jest Patrycja, przy wymyślaniu kalamburów dopiero się rozgrzewała. Jej plany na rozwój i modernizację kina Żeglarz obejmują najbliższe dziesięć lat, a marzenia to budowa w Jastarni „imperium kultury”. Na pewno jest do tego merytorycznie przygotowana: skończyła prawo, dziennikarstwo i medioznawstwo oraz dwa kierunki podyplomowe – management kultury i prawo autorskie. – Patrycja po maturze miała trip po Europie – wspomina Urszula. – Dostałam od niej kartkę z Lizbony: „Babciu, Lizbona jest przepiękna, ale najpiękniejsza jest Jastarnia”. My jesteśmy zakochane w Jastarni, ale ona jest uzależniona od tego miejsca. Tutaj jest najlepiej, i nikt jej nie przekona, że jest inaczej.

Patrycja: rząd 1, miejsce 6

Pierwszy film, który pamiętam z kina, to był „Titanic”. Oglądałam go w warszawskiej Skarpie. Miałam może cztery lata, siedziałam u Dagusi na kolanach. Dziewczyny na zmianę czytały mi napisy, a bileterki robiły zakłady, że nie wytrzymam do końca seansu. Ale wytrzymałam. W Żeglarzu potrafiłam jako dziecko siedzieć w pierwszym rzędzie na szóstym miejscu nawet osiem godzin z rzędu, wychodząc tylko na picie i do łazienki. Dziewczyny pozwalały mi oglądać większość filmów, oprócz „Hannibala”. Mam tylko jedno traumatyczne wspomnienie z sali kinowej, film „Babe – świnka z klasą”. Byłam kilkuletnim dzieckiem i gdzieś w dwudziestej minucie seansu wpadłam między oparcie a siedzisko fotela. Stałam już tak do końca filmu, bo byłam nauczona, że jestem „z kina” i nie mogę przeszkadzać w trakcie projekcji. Jednym z najważniejszych filmów jest dla mnie „Za wszelką cenę” Eastwooda. Na takie filmy mówimy „ciężarówa”, bo nie jest to łatwa rzecz. Obejrzałam go, mając 11 lat, kiedy ostro trenowałam karate. Tak mnie ten film zdeterminował, że nie mogłam się doczekać kolejnego treningu. Jestem pokoleniem lat 90., więc na kreowanie mojego systemu wartości ogromny wpływ miały bajki. Niektóre cytaty, okraszone mądrościami wychowujących mnie dziewczyn, stanowią do tej pory podstawę moich zasad moralnych: „Ohana znaczy rodzina, a w rodzinie nikogo się nie odtrąca ani nie porzuca” z bajki „Lilo i Stich” albo „Miarą prawdziwego bohatera nie jest siła mięśni, ale siła serca” z „Herkulesa”.

Życie, skarb, pamiątka

W kinie Żeglarz panuje niepisany podział obowiązków oraz preferencji filmowych. Patrycja przegląda box office i wyłapuje dobre tytuły. Babinex lubi kino rosyjskie i koreańskie, ogólnie – niszowe, żeby nie powiedzieć „niszę niszy”. Dagmara jako wielbicielka kina hollywoodzkiego wybiera filmy, które są blisko tej estetyki. – W zeszłym roku bez zająknięcia powiedziałam: „Green Book” to jest to! – opowiada. – Ludzie przyjeżdżają, żeby odpocząć, i chcą też trochę lżejszego kina. – Tak wybrałaś i to był czarny koń w zeszłym roku – dodaje Urszula. Ich Fundacja Kina Żeglarz powstała dla pozyskiwania funduszy na trzy najważniejsze cele: zmodernizować, scyfryzować, działać przez cały rok. Kino nie ma ogrzewania, stąd unoszący się zapach wilgoci. Fotele są stare, a sprzęt do projekcji znacznie ogranicza możliwości repertuarowe. – Wielcy dystrybutorzy nie chcą z nami współpracować, bo nie mamy specjalnego sprzętu DCP – tłumaczy Urszula. – Jest on tak drogi, że pewnie jeszcze Patrycji wnuki musiałyby go spłacać.

– Wierzę w to, że sezon się rozciąga i nie trwa tylko od 1 lipca do 31 sierpnia – mówi Patrycja. – Ludzie zaczynają przyjeżdżać na weekendy nawet zimą, żeby przejść się pustą plażą. A nie ma nic lepszego niż po takim spacerze przyjść do kina na dobry film i pyszną kawę.

Trzy pokolenia kobiet, które, jak mówią, „mają bzika”, mają też wokół siebie i Żeglarza wielu przyjaciół, wręcz całą społeczność gotową w razie potrzeby iść z pomocą. Patrycji, która zajmuje się obecnie nie tylko strategią rozwoju, lecz także akceptacją ulotek, pieczątek, plakatowaniem i organizacją imprez, udało się przekonać mamę i babcię, że z wad trzeba robić zalety. – Przy pandemii Żeglarz może mimo wszystko wyjść na zero, co nie stawia nas już na szarym końcu w rankingu innych kin – tłumaczy. – Mówili: „Zamknijcie to, sprzedajcie, tutaj fotele skrzypią i podłoga się rusza, po co wam to?” – uśmiecha się Urszula Blindow. – Ale jak już przetrwałyśmy tyle, i te VHS-y, i te internety, Netflixy i pandemię, to już teraz chyba przetrwamy wszystko. Z czego żyjemy? Z miłości do kina i mojej emerytury. Patrycja: – Nie wyobrażam sobie zamknięcia kina. To jest nasze życie, nasz skarb i największa pamiątka po dziadku. Choćby się waliło i trzeba było do kina tysiące dopłacać, a w sumie już jesteśmy po tym etapie, nie zamkniemy go. „Babinex”: – Patrycja jest teraz dyrekcją. Wczoraj napisała nam SMS-a: „Ale bez was nic nie znaczę, musicie dotrwać do 159 lat”. A ja się zastanawiam, czemu nie do 160?!