1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czym w ogóle się nie martwić?

Czym w ogóle się nie martwić?

123rf
123rf
Martwienie się to nieefektywne myśli, wirujące wokół ośrodka strachu. Z których lepiej zrezygnować?

Martwienie się jest jak jedzenie paluszków. Już nam nie smakują, ale nie możemy skończyć, zanim nie opróżnimy paczki. W takim "transie" przestajemy być świadomi, a nasze zachowania czy myśli nie podlegają dobrej kontroli. Jakimi myślami lepiej w ogóle nie zawracać sobie głowy?

Co inni ludzie myślą

To jeden z najczęstszych i najbardziej ograniczających rodzajów zmartwień. W ten sposób myśląc, nasze doświadczenia, decyzje i postawy uzależniamy od innych, a nie tego kim jesteśmy i czego chcemy. Wolność od tego zmartwienia pochodzi z nastawienia, że to, co inni ludzie myślą o mnie to nie moja sprawa.

Co inni ludzie czują

Co ktoś czuje lub będzie czuł - tego nie wiesz na pewno, przypuszczasz jedynie i jeśli jest to powodem twojego zmartwienia, ograniczasz się. Dopiero wyrażenie przez kogoś uczuć w jakikolwiek sposób jest wiadomością. Od ciebie zależy jak ważną w danej sytuacji. Martwienie się bez tej wiedzy, bez odpowiedzi na pytanie - jak się czujesz lub jak się poczujesz, kiedy... - jest zupełnie zbędne.

Czynniki zewnętrzne

Nie możemy kontrolować pogody, gospodarki, życia sąsiadów, itd. Zastanów się, czy na powód swojego zmartwienia masz wpływ. Jeśli nie - postaraj się zapomnieć o nim.

Jak się nie martwić?

Samo powiedzenie sobie "nie martw się" nie musi być skuteczne. Przestaniesz się martwić, kiedy poczujesz swoją sprawczość, a z nią zaufanie do siebie. Wtedy pojawi się spokój, a wraz nim jasność, dzięki której zobaczysz potencjalne rozwiązania. Myśli z nieefektywnych staną się produktywne. Jak to zrobić?

Kiedy zaczynasz się niepokoić, zapewnij sobie kilka chwil spokoju. Zacznij od zrobienia trzech do pięciu głębokich oddechów. Poczuj swoje ciało. Kiedy będziesz już odprężona, zapytaj siebie, czy masz wpływ na to, czym się martwisz. Jeśli nie masz, dalej oddychaj i pozwól, żeby myśli odpłynęły. Jeśli masz, dalej oddychaj z intencją poczucia wewnętrznej ciszy. Kiedy osiągniesz ten stan, poczekaj aż "przyjdzie" do ciebie rozwiązanie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Zwykle gorzej niż zwykle. Dlaczego narzekamy?

Narzekanie to taka racjonalizacja, którą budujemy, aby uchronić się przed odpowiedzialnością za własną klęskę. (Fot. iStock)
Narzekanie to taka racjonalizacja, którą budujemy, aby uchronić się przed odpowiedzialnością za własną klęskę. (Fot. iStock)
Ludzie źli, świat niesprawiedliwy, zarobki fatalne, pogoda pożal się boże, jak tu, panie, żyć. Takie teksty słychać od Bałtyku po Tatry. Polskie malkontenctwo trzyma się zadziwiająco mocno, jakby na przekór rzeczywistości i temu, jak nas widzą inni. Skąd taki ogląd świata? Co nam to daje?

Psycholog profesor Bogdan Wojciszke zauważa, że narzekanie to nie tylko polska specyfika. – Jak opowiadam o polskiej kulturze narzekania w innych krajach, to na przykład Hiszpanie czy Żydzi mówią, że opowiadam o nich. Zdecydowanie natomiast narzekanie nie jest w dobrym tonie w kulturze anglosaskiej. Amerykanie i Brytyjczycy wyrażają uczucia pozytywne albo nie wyrażają ich wcale. U nas – odwrotnie – wyrażanie opinii i uczuć pozytywnych uważa się za niepoważne. Bo jak ktoś mówi dobrze o świecie, to znaczy, że jest głupi, naiwny, że nie zna życia.

Czym tłumaczyć ten fenomen?

W jednym z badań odtwarzano ludziom scenę, w której dwie kobiety rozmawiały o życiu, przy czym obie narzekały albo afirmowały świat. Widzów zapytano m.in. o to, jak oceniają te kobiety i kontakt między nimi. Okazało się, że kobietę mówiącą coś pozytywnego na tematy ogólne uważano za głupią, naiwną. A w dodatku całą tę rozmowę podsumowano jako płytką. Natomiast jako najgłębszą oceniono tę, w której obie panie narzekały.

– Tak więc narzekanie to pewien nawyk, obyczaj kulturowy – podsumowuje profesor. – Ale także sposób nawiązywania kontaktu, budowania więzi. Ludzie źle mówiący o świecie doskonale się rozumieją, czują, że odbierają na tych samych falach, że są bratnimi duszami. Natomiast jeśli ktoś mówi dobrze, to tak jakby nas odpychał i dawał do zrozumienia, że nie jesteśmy godni zaufania. To specyficznie polski sposób łączenia się ludzi, czyli wokół tego, co negatywne.

Socjologowie zwracają uwagę na uwarunkowania historyczne – kilka wieków życia w opresji zaborów, reżimów totalitarnych zrobiło swoje. Profesor Wojciszke mówi wprost o wynikającej z tych uwarunkowań polskiej tożsamości cierpiętniczej. Zauważa, że nasze najważniejsze święta narodowe obchodzimy na cześć wydarzeń, które nam się nie udały. Konstytucja 3 maja, choć nowoczesna i uchwalona, nigdy nie weszła w życie i tak naprawdę jest świadectwem klęski naszego społeczeństwa. To samo z powstaniem warszawskim, które skończyło się katastrofą, a stanowi ważny ośrodek tożsamości narodowej.

Nasze narzekanie można tłumaczyć jeszcze tak jak Ludwik Stomma, antropolog kultury, który zauważył, że nasza kultura jest w istocie chłopska – najdalej dwa pokolenia wstecz większość z nas miała przodka z tej warstwy społecznej. A chłopi zawsze narzekali, zresztą zupełnie zasadnie.

Winne są kompleksy

Profesor Bogdan Wojciszke: – Czujemy się ofiarami, ale trudno nam się przyznać, że z własnej głupoty. Chętnie zwalamy więc winę na innych: Skoro świat jest taki zły i nas tak krzywdzi, w czym nawzajem ciągle się utwierdzamy, no to fakt, że mam problemy, to nie moja wina. A obarczanie winą innych to nic innego jak wyrzekanie się odpowiedzialności za własny los. Przyzwyczailiśmy się do postrzegania siebie samych jako ludzi klęski, nawet jak nam dobrze idzie. Wielu ludzi ocenia, że w całej naszej historii nie mieliśmy tak dobrego okresu, jaki mamy teraz. Nie jesteśmy jednak w stanie tego przyjąć, to nie nasze. Nasze jest natomiast krytykowanie. Dlaczego robimy to z takim upodobaniem?

Psycholog Maria Nowakowska: – Jednym z powodów jest to, że narzekając na kogoś, sami czujemy się lepsi. No bo jak on taki głupi, niedobry, niekompetentny, to tym samym ja staję się od niego mądrzejszy, lepszy, bardziej profesjonalny. Narzekanie bierze się z kompleksów, z niskiej samooceny, niepewności.

Profesor Wojciszke do listy przyczyn takiej postawy dodaje inny mechanizm, tak zwane rzucanie kłód pod własne nogi. Przykład: Wieczorem przed ważnym egzaminem idę się zabawić, wracam nad ranem, więc wstaję niewyspany, zmęczony. Mówię wszystkim: „Mam kaca, źle się czuję, na pewno obleję”. No i oblewam. No, ale wszyscy wiedzą, że to przecież dlatego, że byłem w złym stanie fizycznym i psychicznym, a nie dlatego, że jestem nieprzygotowany albo głupi.

– Przeszkadzanie samemu sobie w odniesieniu sukcesu ma nas uchronić przed  odpowiedzialnością za porażkę – tłumaczy profesor. – Ten zabieg, owszem, podnosi naszą samoocenę, ale też utrudnia osiąganie celów. Większość Polaków wierzy w niesprawiedliwość świata. Tylko jeden procent uważa, że jest odwrotnie. W Stanach Zjednoczonych natomiast aż 66 procent ludzi, czyli dwie trzecie społeczeństwa, wierzy, że świat jest sprawiedliwy. To kolosalna różnica. Skoro świat jest tak okropny, to pozostaje tylko ponieść klęskę. A nawet jeśli przypadkiem by się udało, to i tak sukces odczytamy jako klęskę. Przeprowadziłem kiedyś badanie, w którym pytałem ludzi, z kim się porównują. I większość wymieniła najbardziej rozwinięte kraje świata. Gdyby mieli porównywać się z Ukrainą czy Białorusią, to wyszłoby na naszą korzyść, a to niedopuszczalne! – Mamy szansę się zmienić? – pytam. – Myślę, że musi być dobrze co najmniej tak długo, jak było źle. Czyli kilka wieków – odpowiada profesor.

Żeby sobie ulżyć

Profesor zapytał Polaków w badaniu na próbie ogólnopolskiej, dlaczego narzekają. I usłyszał: „Żeby sobie ulżyć, poprawić stan emocjonalny”. – Wydawało nam się to podejrzane, bo gdyby tak było, to powinniśmy być jednym z najbardziej radosnych narodów świata. Zbadaliśmy więc, czy to prawda. Daliśmy im do słuchania pozytywne i negatywne wypowiedzi i mierzyliśmy ich nastrój. Okazało się, że kiedy ludzie słuchali pozytywnej wypowiedzi, to im się poprawiał nastrój, a jak negatywnej – to obniżał. Tak samo działo się w przypadku własnych wypowiedzi. Nie zdajemy sobie sprawy, że narzekając, tylko pogarszamy swoją sytuację. Może z jednym wyjątkiem – gdy utyskujemy na tematy, na które wypada utyskiwać, na przykład na polityków, to wtedy rzeczywiście robi nam się trochę lepiej.

W innym badaniu profesor poprosił nauczycieli, żeby na dwa sposoby opisali przeciętnego ucznia. Pierwszy polegał na opisie ogólnym, drugi – na opisie konkretnego ucznia. Okazało się, że ogólnie przeciętny uczeń wypadł w tym opisie znacznie gorzej niż ten przeciętny konkretny. – Ludzie myślą inaczej na tematy ogólne, a inaczej o kimś konkretnym – podsumowuje badanie profesor. – Na przykład lekarze w ogóle to łapówkarze, ale mój lekarz to fajny, uczciwy facet. Polacy mają też inny obraz świata, kiedy działają, a inny, kiedy o nim mówią. Kiedy działają, na szczęście korzystają z konkretnej wiedzy i dzięki temu udaje im się iść do przodu. A jak mówią, to dominuje gorycz.

Zresztą tę cechę bardzo dobrze widać, kiedy ludzie się spotykają i ktoś pyta, co słychać. Najbardziej optymistyczna odpowiedź w Polsce jest następująca: „Nie mogę narzekać. Nie wypada mówić tak jak w Ameryce: jest super”. To są bardzo silne normy społeczne, one dotyczą nawet tego, co ludzie mówią o swoich uczuciach. Gdy pytałem w badaniu, jak się dzisiaj pan/pani czuje: gorzej niż zwykle, tak samo czy lepiej – a sondaż robiony był w sobotę, kiedy człowiek powinien czuć się lepiej, to połowa ludzi odpowiedziała, że czuje się tak samo jak zwykle, a spośród pozostałych dwie trzecie czuło się gorzej. Psycholog profesor Dariusz Doliński z SWPS we Wrocławiu przez sto dni pytał o to samo studentów akademików. I proszę sobie wyobrazić, że z wyjątkiem dwóch osób wszyscy czuli się zwykle gorzej niż zwykle. To była powtórka badań amerykańskich, w których amerykańscy studenci deklarowali, że czują się zwykle lepiej niż zwykle. U nich normą kulturową jest: keep smiling, czyli uśmiechnij się, a u nas: bądź zgnębiony.

Wszystkie badania mówią, że narzekanie nam nie służy. A mimo to narzekamy. Po co? – Nastawienie, że jest źle, a będzie gorzej, utwierdza nas w przekonaniu, że nie warto się wysilać, bo i tak nic się nie uda. Narzekanie to w gruncie rzeczy racjonalizacja, którą budujemy sobie po to, żeby uchronić się przed odpowiedzialnością za klęskę. To mechanizm obronny, który nie sprzyja sukcesowi i w tym sensie jest dysfunkcjonalny, natomiast ma tę zaletę, że chroni przed odpowiedzialnością za porażkę, pomaga uporać się z poczuciem klęski. I to właściwie jedyna pozytywna strona naszych negatywnych postaw.

  1. Psychologia

Fałszywa troska - na czym polega?

"Sztuką jest być obok, wytrzymać czyjeś cierpienie, nie oddzielać się zarówno od niego, jak i drugiego człowieka. To jest empatyczny kontakt. Jednak większość ludzi w takich sytuacjach wybiera zamartwianie, a zatem tworzenie wyobrażeń". (fot. iStock)
Im bardziej martwiła się o swoją mamę, tym mniej ją kochała. A to potęgowało poczucie winy, że za mało się stara. Przykład Anity pokazuje, że zamartwianie się tak naprawdę jest ucieczką od prawdziwego kontaktu.

Anita zbliża się do czterdziestki, ma dwójkę dzieci w wieku szkolnym i mieszka w małym miasteczku pod Poznaniem. Cztery lata temu Bożena, jej mama, przeszła mastektomię prawej piersi, obecnie jest pod stałą kontrolą lekarską. Bożena mieszka sama, jej mąż, ojciec Anity, umarł ponad 10 lat temu. Wraz z rakiem pojawiła się u niej również depresja, której nie chce leczyć farmakologicznie ani terapeutycznie, gdyż twierdzi, że i tak jej koniec się zbliża. Anita czuje się jak w potrzasku, obowiązek pomocy mamie miesza się u niej z potrzebą bycia blisko, niepokój o stan zdrowia wywołuje lęk, czasami niechęć i złość, której nie wyraża, ponieważ mama choruje. Jednak to, co najbardziej męczy Anitę, to właśnie stałe zamartwianie się, które wypełnia większość jej myśli. I chociaż kobiety spędzają ze sobą dużo czasu, to nie pamięta, by kiedykolwiek dzieliła je tak wielka emocjonalna przepaść.

Martwe zmartwienie

Słowo „martwić” jeszcze w XV wieku znaczyło tyle, co być martwym, uśmiercać czy zabijać. Wiek później „martwić” zaczęło oznaczać kłopoty, zgryzotę.

– Nie lubię słowa „zmartwienie”, kojarzy mi się z czymś śmiercionośnym, z wycofaniem się z relacji, z czegoś żywego – mówi Agata Algierska, psychoterapeutka pracująca w Centrum Psychoterapii Integralnej w Poznaniu. – Zamartwianie się bywa narcystyczną obroną przed spotkaniem z drugą osobą.

Dzieje się tak dlatego, że zamartwianie nigdy nie odbywa się w teraźniejszości, jest wyobrażaniem przyszłości w oparciu o jakiś fakt z przeszłości lub tylko owego faktu interpretację. Martwiąc się o kogoś, pozostajemy w złudzeniu, że dążymy do spotkania, do budowania, do dawania, ale tak naprawdę robimy krok od człowieka, od emocji, od bliskości, od intymności.

Pod zamartwianiem Anity znajduje się bardzo dużo złości i frustracji do mamy. Złość niesie w sobie zagrożenie utraty relacji. Zazwyczaj nie boimy się złości, tylko jej konsekwencji, a tak naprawdę fantazji na temat konsekwencji. Anita boi się konfrontacji, samej myśli o tym, że może się zezłościć na chorą mamę. Im więcej się martwi, tym rzadziej mierzy się ze swoimi wypartymi negatywnymi uczuciami. – Dlatego wolimy się zamartwiać, niż złościć, bo w naszej kulturze jest to łatwiej akceptowane. Dodatkowo zamartwianie kojarzone jest z miłością, bywa odbierane jako deklaracja, że jestem przy kimś. Ale to jest ucieczkowe, służy podtrzymywaniu iluzji kontaktu, a nie kontaktowi – komentuje Agata Algierska.

Czy sobie poradzisz?

Czym innym jest troska, rozumiana jako zainteresowanie drugą osobą i uważność na nią. Gdy ktoś obok nas cierpi, zazwyczaj doświadczamy bezradności, tym bardziej jeśli jest to bliska osoba. Sztuką jest być obok, wytrzymać czyjeś cierpienie, nie oddzielać się zarówno od niego, jak i drugiego człowieka. To jest empatyczny kontakt. Jednak większość ludzi w takich sytuacjach wybiera zamartwianie, a zatem tworzenie wyobrażeń. Wtedy ludzie nie są ze sobą, grają w grę pod tytułem „tak bardzo cię kocham, że będę się o ciebie zamartwiał i będę cierpiał jeszcze mocniej od ciebie”. To złudzenie obecności. Ale wolimy się martwić, niż być blisko.

– „Ja się, dziecko, o ciebie martwię”, tak naprawdę pod tym zdaniem bywa ukryty inny komunikat: „Nie ufam, że sobie poradzisz”, „Nie wierzę, że jesteś wystarczająco dorosły”. Czym innym jest zapytać: „Jak mogę ci pomóc?” albo powiedzieć: „Nie umiem ci pomóc, ale może ty wiesz, czego potrzebujesz”. To właśnie jest troska – komentuje Agata Algierska i dodaje, że zamartwianie się jest prawie zawsze nawykową formą obrony przed rzeczywistością zewnętrzną i wewnętrzną. A każda psychologiczna obrona służy ochronie przed jakąś odmianą bólu i realnością tego wszystkiego, co niesie ze sobą relacja. Dopóki się martwimy, nie musimy kontaktować się z rzeczywistością, nie musimy przeżywać takich emocji, jak złość, smutek, frustracja. Wtedy właśnie włącza się mechanizm wyobrażania sobie przyszłości, tego wszystkiego, co może się przytrafić, snucia historii, czyli martwienia się.

Daleko od bliskości

Niektórzy manipulują sobą nawzajem, dając drugiej osobie powody do zmartwienia, bo tak wyobrażają sobie bliskość. Czasami w ten sposób zachowują się zakochani, którzy pozostają w przekonaniu, że martwienie się o kogoś lub bycie z kimś, kto się martwi, jest równoznaczne z bliskością. Na podobnej zasadzie opartych jest szereg relacji koleżeńskich, niekiedy przyjacielskich, dopóki jedna ze stron pod wpływem psychicznego wyczerpania nie zechce odejść lub nawet uciec. Zmartwienie uniemożliwia pozostawanie w kontakcie z realnymi uczuciami, np. złością na drugą osobę o to, że nie dba o siebie, że zapomniała wziąć leków i jest chora, że oczekuje pomocy i wysłuchania.

– W troszczeniu się jest coś bardzo żywego, nastawionego na drugiego człowieka, w zamartwianiu przeciwnie – oddalamy się, odcinamy. Bo druga osoba nam zupełnie nie jest potrzebna, żebyśmy mogli się zamartwiać. Wystarczy wyobrażenie – mówi Agata Algierska.

Bywa również, że martwimy się nawykowo, że jest to nieświadomy odruch, którego nigdy nie poddaliśmy analizie, krytycznej ocenie, wtedy martwimy się, bo wydaje się to naturalne, dodatkowo nagradzane przez współczesną kulturę. Jednak za każdym razem, gdy zaczynam się martwić, warto siebie zapytać, po co to robię. Dlaczego wolę odpływać w zamartwianie, niż wybrać troskę.

Anita nie odważyła się powiedzieć mamie o złości, paraliżującym ją uczuciu bezradności, ale też lęku przed śmiercią. Taka rozmowa jest dla niej obecnie zbyt trudna, ale na konsultacjach z terapeutką uczy się rozpoznawać mechanizm zamartwiania, tego, jak wybiera pozostawanie ze swoimi myślami zamiast pozostawania w kontakcie z mamą. Uczy się też zadawać pytania: „Jak mogę pomóc? Czego potrzebujesz?” i słuchać odpowiedzi. Uczy się nie wybiegać w przyszłość i nie brać odpowiedzialności za nastrój mamy. Wie, że w spotkaniu dwojga osób potrzebna jest przestrzeń, stara się ją wypełnić nie tylko zabiegami pielęgnacyjnymi, rozmowami o receptach, ale również milczeniem, z którego powoli wyłania się bezradność, troska, i miłość.

  1. Psychologia

Eksperyment "tydzień bez narzekania"

Szklanka do połowy pusta czy do połowy pełna? Bogdan Wojciszke w swojej książce „Kultura narzekania i jej psychologiczne konsekwencje” nawiązał do słynnej metafory szklanki... i orzekł, że jesteśmy narodem pustych szklanek. (Fot. iStock)
Szklanka do połowy pusta czy do połowy pełna? Bogdan Wojciszke w swojej książce „Kultura narzekania i jej psychologiczne konsekwencje” nawiązał do słynnej metafory szklanki... i orzekł, że jesteśmy narodem pustych szklanek. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
W poszukiwaniu kompromisu pomiędzy irytującym amerykańskim „keep smiling” a polskim „szkoda gadać” Katarzyna Droga postanowiła przeprowadzić eksperyment i nie narzekać przez cały tydzień. Jak długo wytrwała w swoim postanowieniu i jakie wnioski wyciągnęła z tej lekcji?

Kilka czynników skłoniło mnie, by zmierzyć się z próbą wyeliminowania narzekań ze swojej codzienności. Przede wszystkim teza prof. Bogdana Wojciszke, który w książce „Kultura narzekania i jej psychologiczne konsekwencje” nawiązał do słynnej metafory szklanki do połowy pełnej... i orzekł, że jesteśmy narodem pustych szklanek. Smutne. Teoria, że świat staje się takim, jakim go nazywasz, także została potwierdzona badaniami tego psychologa. Z kolei warsztat online psychoterapeuty Wojciecha Eichelbergera „Proste życie” zaleca całodniową obserwację swoich narzekań i zastępowanie ich uwagami o pozytywnych stronach życia. Cel: poprawa samopoczucia. Symbolem ćwiczenia jest bransoletka i zasada, że jeśli się złamiesz i zaczniesz jęczeć, przekładasz ją na drugą rękę, aż do skutku. Jeśli cały dzień uda się nosić ją bez zmian – to już coś.

Zmobilizowała mnie też filozofia życiowa mojej koleżanki Ewy, która każde zdarzenie komentuje zdaniem: „I bardzo dobrze!”. Nie dostałam honorarium? I bardzo dobrze, będę oszczędniejsza! Narzeczony spóźnia się? I bardzo dobrze, mam czas poprawić fryzurę, porozmyślać… Narzeczony pojawił się w tym miejscu nie bez przyczyny, o nim jeszcze za chwilę. Najpierw fakt, że mam też drugą koleżankę, Agę. Ta jest zdania, że warto narzekać i marudzić. Jej teoria w skrócie przedstawia się tak: „Kiedy ponarzekam, jest mi łatwiej”.

Poprzyjmy to naukowo: Robert Hepach z Instytutu Antropologii Ewolucyjnej im. Maksa Plancka w Lipsku wykazał, że istnieją korzyści psychologiczne wynikające z nawykowych ubolewań: należy do nich funkcja ekspresyjna narzekania, czyli obniżenie napięcia emocjonalnego u marudy. Narzekanie także uodparnia na krytykę, a mnoży sukces (udało się mimo przeciwności), wreszcie – narzekanie chroni nasze ego w razie porażki, bo daje bufor bezpieczeństwa (a mówiłem, że się nie uda!).

Ciekawe tropy podsuwa etymologia. Słowo „narzekać” ma źródłosłów ten sam co wspomniany wyżej narzeczony. „Narzeczony” oznacza: ten pan jest już zajęty, nazwany „moim”, bo „narzekanie” to dawniej nazywanie świata, orzekanie, ustalenie. I to akurat spotyka się z pierwszą z teorii, że narzekając, malujemy sobie nasz świat w ponurych barwach… Narzekać zatem czy nie?

Aby rzecz rozstrzygnąć, podjęłam się eksperymentu: przeżyć tydzień bez narzekania. Sprawiłam sobie bransoletkę i zaczęłam liczyć, ile razy będę narzekać w ciągu dnia. Może stało się to już nawykiem? Nie, jestem optymistką i wcale tak bardzo nie marudzę, a jeśli już, to na to samo co wszyscy.

Trzy dni: co ja mogę?

Dzień pierwszy – wstaję jak skowronek i od razu nie narzekam. Mam ochotę, owszem, bo liczyłam na pogodę, słońce i sprawne ogarnięcie obowiązków domowych: pranie, pracę w ogrodzie i długi spacer. Nic z tego - pada deszcz, wieje głuchy wiatr, ciemno, w domu zimno, plan wziął w łeb, a prognozy jeszcze gorsze. Ale zgodnie z zaleceniem patrzę na dobre strony zjawiska. Deszczowa zimna pogoda pozwala docenić herbatę z imbirem oraz kominek, nie muszę wcale prać, a spacerowanie można zastąpić jogą. Niemniej skrzeczy w człowieku, że taką aurę to już mamy od kilku miesięcy... – No i jak tam dzisiaj z pogodą? – pyta córka, która akurat ma skłonności do narzekania. – Okropnie – odpowiadam – jakaś masakra za oknem. Ciśnienie niskie, zimno… I tak bransoletka ląduje na drugiej ręce. – Ale za to nie mamy wulkanów, trzęsień ziemi ani tsunami, ciesz się! – złośliwie cytuje mnie córka. Cieszę się z tego, oczywiście, a także że moja ulubiona ciepła kurtka jest wciąż potrzebna. Ubieram się i realizuję wszystko oprócz prania.

Refleksja:
Na aurę narzekamy chętnie i bez względu na to, jaka jest, może poza czerwcowym ciepłem około dwudziestu stopni bez wiatru i chmur, i to pod warunkiem że mamy urlop. A tymczasem akurat na pogodę nie mamy wpływu i szkoda wydatkować na to energię. Rada: powtarzaj stare przysłowie optymistów: „Nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania”. A na nie masz wpływ!

Dzień drugi
– poległam przez trzydniową dietę nakazaną przez lekarza przed badaniem krwi: bez żadnego mięsa, tłuszczu, cukru, bo chodziło o gospodarkę lipidową, cokolwiek to znaczy. Pozostają suche warzywa, chude sery, ryby i niewiele więcej. Ale nie ma co narzekać: poczuję się lekko, schudnę nieco, moje lipidy będą doskonałe. Trzyma mnie przy życiu i nienarzekaniu myśl, że zaraz po badaniach zjem solidny obiad, z bigosem w roli głównej. Pękam koło piętnastej, kiedy inni jedzą pyszności: – Nie wytrzymam tego, co za los! – złorzeczę. Jaki oprawca nakazał mi tę dietę?! Bransoletka znów zmienia miejsce pobytu, ale diety nie złamałam.

Refleksja:
Narzucone przez okoliczności ograniczenia zwykle dają nam powody do narzekań, które tak naprawdę niczego nie zmienią, a mnożą dyskomfort. Co pomaga? Przekierowanie myśli na inne tory i liczenie dobrych stron zjawiska. W moim przypadku kreatywność (co by tu pysznego upichcić w ramach tych ograniczeń), a także krótkotrwałość diety. Na marginesie: wyniki krwi bardzo dobre.

Dzień trzeci
przebiegał znakomicie. Realizowałam ustalony wcześniej plan dnia, czyli zakupy i gotowanie. Ugryzłam się w język, żeby nie złorzeczyć na długą kolejkę w sklepie i powolną panią w kasie, ciężkie siatki, wysokie schody, brak czasu, żeby zdążyć ze wszystkim: posprzątać, ugotować i zadbać o swój wygląd. Z optymizmem redukuję plany do „ugotować i zadbać”, dostrzegam jasne strony zjawisk: dobrze, że mam sklep tak blisko, a w nim wszystko, co tam kolejki dla kogoś, kto pamięta socjalizm, mam za co kupić, mam siły nosić! Bransoletka połyskuje na swoim miejscu. Poległam dopiero przy woni spalonego garnka. Dobiegła mnie w łazience, gdy dbałam o swój wygląd. Zbyt żarliwie najwyraźniej: sos przypalony, pieczeń czarna. Niech szlag trafi takie życie, wszystko muszę sama… Co z bransoletką, wiadomo.

Refleksja: Bardzo dobrze się narzeka, by przesunąć odpowiedzialność za niepowodzenia na coś lub kogoś innego. Co ja mogę? To nie ja zapomniałam o pieczeni, to zły los i nawał pracy spalił ją i rondelek. To samooszukiwanie się, kłopot pozostaje, a ubolewanie nie pomaga. Rada: Mimo wszystko podać pieczeń, bez sosu, czarne odkroić.

Już za dwa dni weekend

Dzień czwarty
byłby zwycięski, gdyby nie wydatki. Doprawdy można nie narzekać cały dzień, zaakceptować pogodę, chude jedzenie, wyładowany akumulator i złe wieści ze świata, ale kiedy wieczorem siada się przed listą rachunków i przeterminowanych płatności, trudno dać opór. Jakim cudem aż tyle? Bransoletka po prostu fruwa, może lepiej byłoby sobie poprzeklinać...

Dnia piątego
jest całkiem nieźle, bo zaobserwowałam, że są nie tylko odpływy, ale i przypływy finansów – to jest miłe uczucie, więc na razie nie narzekam. Co więcej uświadamiam sobie, że lubię to, co robię, a to pozwala łatwiej odbębnić te czynności, których nie lubię, i nie narzekać. Zatem do roboty! Obserwuję zegarek nerwowo, z lękiem, że nie zdążę, coraz bardziej zła, że te niefajne zadania robię i robię, a te, które lubię, odsuwam i odsuwam... Córka studentka zastaje mnie w pełni narzekań. – Jestem zawalona robotą! Nie dam rady. – A widzisz – mówi. – Ja to samo!

Obie nieszczęśliwe, choć studia wymarzone, a praca z wyboru. Bransoletka? Leży gdzieś zgubiona. Wreszcie stwierdzamy, że czas łez upływa na niczym, bo roboty nie ubywa. – Ale ponarzekałam sobie i teraz mi lepiej, idę się uczyć – słyszę. No to znajduję bransoletkę, nakładam na tę samą rękę i z nadzieją wchodzę w dzień szósty.

Szóstego dnia
udaje mi się nie narzekać na pracę w sobotę ani nie jęczeć na kolejne wydatki. W sobotę nie ma korka, wpuszczam panią z podporządkowanej, czuję się wspaniałomyślna, czyli działa. Układam listę rzeczy, za które powinnam być wdzięczna losowi, sobie i ludziom. I właśnie to mnie zaczyna trochę irytować. Jak mam być wdzięczna ludziom, skoro są takimi egoistami? A praca? Kto zaproponował taki termin oddania projektu, że trzeba pracować w weekend? Gdy tak sobie głośno narzekam na wszystko, dostaję SMS-a od wspólnika, że ustaliłam wariacki deadline i on ma tego dosyć, chce wolnej soboty.

Refleksja:
Najchętniej narzekamy na brak pieniędzy, nawał obowiązków i na innych ludzi. Ciekawie jest uświadomić sobie, że w tym czasie, kiedy wpadasz w narzekanie, ktoś obok narzeka na to samo i na… ciebie.

Dzień siódmy?
Przetrwałam cały bez żadnych narzekań. Po raz pierwszy bransoletka nie zmieniła miejsca pobytu. Odnotowuję, że bez trucia sobie dnia utyskiwaniem rzeczywiście robi się przyjemniej. Jestem zadowolona z siebie, bo udało mi się nie narzekać. Niemniej biorę poprawkę na to, że dzień siódmy to niedziela i kończy się mój trening… A jutro poniedziałek... Lubię poniedziałki! Bez nich nie byłoby niedziel.

Wniosek ogólny:
Narzekanie truje i tworzy negatywne scenariusze, w które sami wpadamy – potwierdzam. Jednak w małej ilości pozwala rozładować emocje i obronić samoocenę. Dlatego najlepiej kupić sobie bardzo ładną bransoletkę, i nosić ją na lewej ręce… ale od czasu do czasu przerzucać na prawą.

  1. Psychologia

Zamartwianie się działa jak zaklęcie

Zamiast zamartwiać się, lepiej zebrać informacje i opracować strategię, która zakłada plan B. (Fot. iStock)
Zamiast zamartwiać się, lepiej zebrać informacje i opracować strategię, która zakłada plan B. (Fot. iStock)
Sprawia, że wszystko zamiera i nie widzimy tego, że przecież z każdej sytuacji jest jakieś wyjście. A czasem nawet sama sytuacja ulega zmianie. Zatem: przestańmy się zamartwiać - apeluje psycholożka Katarzyna Miller. 

Mimo że domyślałam się źródłosłowu terminu "zamartwianie się", to kiedy sprawdziłam go w słowniku etymologicznym, przyznam, że trochę się przeraziłam. Martwić dawniej oznaczało "sprawiać, że coś drętwieje", "czynić martwym, uśmiercać".
No jest się czego przerazić. Tym właśnie jest zamartwianie - czynieniem martwym siebie, życia i właściwie wszystkiego, co się dzieje. To tak jakby patrzeć na świat, nie dostrzegając jego żywotności, nie widząc tego, że wszystko się w jakiś sposób rozwija, przewleka przez siebie, cały czas dzieje.

Jest takie słowo jak "petryfikacja", które według słownika oznacza "zamienianie w kamień" albo "utrwalanie czegoś w formie niepodatnej na zmiany". W "Harrym Potterze" petryfikacja to stan, w którym ktoś, na kogo jest rzucone to zaklęcie, drętwieje, zamiera w ruchu. I to jest genialny obraz zamartwiania się. Przestraszeni ludzie boją się ruchu i chcą wszystko zatrzymać, spetryfikować, tak jak zatrzymuje się film, wciskając pauzę. Gdy moja mama mówiła, że się o mnie martwi, czułam, że jestem załatwiona: nie wyjdzie mi, jestem do kitu, nie ma szansy. Na szczęście kiedy już w miarę dorosłam, odpowiadałam jej wtedy: "Przestań się o mnie martwić, ty we mnie wierz", co jest absolutnym odwróceniem petryfikacji...

...i co warto mówić wszystkim, którzy się o nas martwią.
Polecam! Kiedy rodzice mówią, że się martwią o swoje dziecko, to zwykle oczami wyobraźni widzą je rozjechane, rozdeptane, utopione, pod mostem, biedne na stare lata, ogłupiałe, chore... - no po prostu nieustanna petryfikacja.

Zamartwianie się rzeczywiście działa jak zaklęcie. W dodatku bardzo potężne, bo przecież zamraża coś, czego nie da się zamrozić. W końcu już w starożytności mawiano: pantha rei, czyli: wszystko płynie. Każda sytuacja, nawet najbardziej niesprzyjająca, może się zmienić na co najmniej kilka sposobów.
Na mnóstwo sposobów. Mało tego, samo podjęcie jakiejś decyzji nie oznacza, że stanie się tak, jak postanowiliśmy. Bo może życie będzie sobie życzyło, żeby było inaczej. A poza tym zamartwianie się jest w praktyce tworzeniem wyłącznie czarnych scenariuszy, a zgodnie z mechanizmem samospełniającej się przepowiedni, jeśli spodziewamy się najgorszego, to najgorsze dostajemy. I tak ludzie swoim narzekaniem i czarnowidztwem sprawiają sobie los.

Na jakiej zasadzie działa ta samospełniająca się przepowiednia?
To jest właśnie tajemnica! Ale generalnie chodzi o to, że jeśli nastawiamy się na wyłapywanie negatywów, to tylko je dookoła widzimy. I nawet kiedy coś nam wychodzi, to nie dostrzegamy tego, bo przecież już nastawiliśmy się, że nam nie wyjdzie. Tak samo jak z prognozą pogody, która mówi, że będzie padał deszcz. Niektórzy tak się do niej przywiązują, że nawet jeśli nie pada, to tylko ich utwierdza w pewności, że zaraz zacznie. No bo przecież musimy mieć rację. Stąd znane i bardzo mądre pytanie: „Chcesz mieć rację czy chcesz być szczęśliwy?”.

No, ale kiedy przewidujemy, że coś skończy się dobrze i tak się rzeczywiście dzieje, też mamy rację...
Wtedy to nie jest racja, tylko głupota (śmiech). No bo co to znaczy, że coś się dobrze skończy? Co za dziecinne podejście! Mądry to ten, kto czarno myśli... Co się śmiejesz, nie jest tak?

Niestety. Choć jest też takie pojęcie jak „szczęście w nieszczęściu”. Dla przykładu – ostatnio padł mi akumulator. Zaparkowałam samochód, a kiedy wróciłam, okazało się, że nie chce odpalić. Nie dość, że musiałam wzywać pomoc drogową, to jeszcze byłam strasznie głodna. Zamiast nakręcać się sytuacją, rozejrzałam się dookoła i zobaczyłam, że zaparkowałam tuż obok obiadów domowych. I wyobraź sobie, że czas oczekiwania na pomoc wystarczył mi akurat na to, by zjeść pyszną zupę z botwinki i dorsza z ziemniakami i surówką.
Genialnie jest mieć awarię pod obiadami domowymi! I na tym właśnie polega pozytywne myślenie.

Ale przyznam, że na początku jadłam z odrobinę ściśniętym żołądkiem, bo się martwiłam: ile będzie kosztować naprawa, czy to na pewno akumulator, że muszę poprzekładać plany. To mi uzmysłowiło, że zamartwianie się sprawia, że nie czerpiemy przyjemności z życia.
I nie jest wcale produktywne, bo ani nie przyspiesza załatwienia sprawy, ani nie pociesza. A do tego zawsze można sobie znaleźć powód do zamartwiania się: że nie przyjechał autobus, że koleżanka nie zadzwoniła, że pensja nie przyszła na konto.

Ja się niedawno zamartwiałam, bo mnie bardzo boli kręgosłup. Próbowałam masaży i różnych terapii, i nic. Ani nie wiedziałam, co z tym zrobić, ani w co to się rozwinie. I ten ból, i to zamartwianie się wszystko mi psuły. I pomyślałam sobie: „co jeśli to mi tak zostanie?”. No cóż, będę z tym żyła. Z mnóstwem rzeczy da się żyć. Ale od niedawna mam wspaniałego rehabilitanta i już się dużo lepiej czuję. Hurra życie!

Co tak naprawdę napędza nasze zamartwianie się? Strach czy może raczej lęk?
Najpierw strach, który potem jednak przeradza się w lęk. A lęk jest związany z obawą, która niekoniecznie musi być realna.

Czyli zamartwianie się w pierwszym odruchu byłoby taką atawistyczną reakcją – kiedy coś ci zagraża, na przykład atak lwa, a nie możesz lub nie chcesz walczyć ani uciekać – zamierasz, udajesz martwego.
Najlepiej jeszcze wtedy zrobić kupę albo puścić bąka, bo drapieżnik pomyśli, że nie dość, że martwa, to też nieświeża (śmiech).

Tylko dziś drapieżnik to rzadkość, udawanie trupa nie rozwiąże twoich problemów. Co zatem robić zamiast zamartwiania się?
Kiedy tylko zaczynamy się czymś zamartwiać, trzeba sobie powiedzieć: STOP. Następnie pogratulować sobie, że się na tym złapaliśmy. Nie ganić się za to, tylko się za to przeprosić i poczuć, że przeprosiny zostały przyjęte. A potem trzeba sobie powiedzieć pięć dobrych rzeczy w miejsce tej jednej, z powodu której chcieliśmy się zamartwiać.

Czyli: skoro jesteśmy tak kreatywni w wymyślaniu czarnych scenariuszy, zaprzęgnijmy umysł do tworzenia tych pozytywnych?
No przecież! A poza tym można sobie postanowić, że jeśli to, co przychodzi mi do głowy, się wydarzy, to wtedy dopiero będę się martwić. A może w ogóle się nie zdarzy. Przecież jak na razie to tylko myśl – rozglądasz się i nie ma żadnego lwa.

Z drugiej strony czasem dobrze jest uwzględnić czarne scenariusze, żeby być na nie przygotowanym. Tylko wtedy nie jest to zamartwianie się...
To jest myślenie strategiczne. Łatwo odróżnić po tym, że nie towarzyszą temu żadne emocje, w tym lęk, a jest jedynie kombinowanie, jak tu sobie poradzić, gdyby jednak zaatakował mnie lew. Na przykład idę do szefa z ważną sprawą i wiem, że jeśli będzie miał zły humor, to zacznie na mnie wrzeszczeć, więc postanawiam sobie, że nie będę wtedy płakać czy się trząść, ani nie wyjdę z pokoju, tylko na przykład wezmę trzy głębokie oddechy i powiem: „Bardzo mi przykro, że ma pan dziś zły dzień, może przyjdę później”. I kiedy się taka sytuacja zdarzy, zrobię to! Bo sobie przećwiczyłam taką reakcję. Można nawet pójść do kibelka i ją przetestować albo poprosić koleżankę, żeby zrobiła ze mną psychodramę. Wszystko to warto zrobić, bo ta sytuacja jest realna. Ale jeżeli nie wiem, co się zdarzy – to po co snuć czarne scenariusze?

Wiele osób zadręcza się tym, czy wydać pieniądze na to czy na tamto. Jak to są małe pieniądze, to jeszcze mała bieda, gorzej, gdy są większe – wtedy ludzie się boją, że będą żałowali. Albo przegapią jakąś okazję. Tylko że zamiast się zamartwiać, lepiej zebrać informacje. Skupiajmy się na faktach, zamiast skupiać się na lęku. Na takiej samej zasadzie najpierw szukamy, jaki bank daje jaki procent i dopiero potem lokujemy swoje oszczędności.

Zamiast się martwić, lepiej opracować strategię?
Dokładnie tak. I to najlepiej taką, która zakłada plan A, ale też plan B i plan C, jeśli potrzeba. Na przykład ostatnio zostałam zaproszona do udziału w politycznej audycji, co bardzo mnie ucieszyło, bo poczułam się doceniona. Ale zaraz pomyślałam sobie, że nie znam politycznego języka i nie jestem na bieżąco z wydarzeniami, bo polityka mnie nudzi, więc sobie zaplanowałam, że pójdę i będę słuchała innych, a potem wyrabiała sobie zdanie na temat tego, co ktoś powiedział. I tylko wtedy będę coś mówiła, gdy będę wiedziała co. I nie będę się przejmowała tym, że być może okażę się najbardziej milczącą osobą z całego zestawu rozmówców.

To się nazywa strategia nastawiona na słuchanie innych. To rzadkość w publicznych dyskusjach...
Po prostu stwierdziłam, że nie chcę udawać kogoś, kim nie jestem, a nie jestem ekspertką od polityki. Ale mam swoje zdanie. I w rezultacie ani nie wyszłam na eksperta, ani na idiotkę i byłam zachwycona, bo posłuchałam mądrych kobiet.

Może warto sobie to powiedzieć: martwię się, bo się boję, że...
Tak, ale z jednym zastrzeżeniem. Ludzie lękowi, gdy zaczynają odczuwać lęk, zaczynają się bać, że się boją, i wtedy zwykle dochodzą do wniosku, że na pewno im to nie wyjdzie. I na to, proszę pani, pomoże tylko terapia. Ludziom, którzy nie pozwalają sobie na strach, u których strach wywołuje lęk – tylko terapia może pomóc. Bo zdrowy człowiek ma korzyści z tego, że się boi – to go powstrzymuje od robienia rzeczy, które są naprawdę niebezpieczne.

Ostatni raport Instytutu Gallupa o naszym stanie emocji potwierdza, że coraz bardziej się stresujemy i zamartwiamy. Może dlatego, że media bombardują nas złymi wiadomościami?
I ta spirala się nakręca – zamiast sobie pomagać, tylko sobie szkodzimy. W skali makro nic nie zrobimy, możemy działać tylko w skali mikro. Nie dawajmy się zastraszać! Fajne są takie inicjatywy jak Dzień Dobrej Wiadomości czy portal dobrych wiadomości – dzięki nim zdajemy sobie sprawę, że na doniesienia ze świata też można spojrzeć wybiórczo. Zamiast czytać o kolejnym wypadku, można przeczytać o tym, że zespół szkół ogrodniczych z Kutna wystawia sztukę. Albo pani Y oddała pani Z pieniądze, które była jej winna od kilku miesięcy. Lub że mąż wysprzątał strych, a żona powiedziała: „Ale jesteś kochany” i razem poszli sobie odpocząć na kanapie. Życie jest pełne dobrych wiadomości!