1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Znajdą pyłek i sprzątasz od nowa

Znajdą pyłek i sprzątasz od nowa

Do Londynu przyjechały z małych miasteczek, prosto od kas w supermarketach. „Sprzątacie za wolno, co wy, święte krowy jesteście? Brudasy z Polski!” – słyszą codziennie. Polskie pokojówki z najdroższych londyńskich hoteli – wiele z nich jednak bardziej niż wyzwisk i ciężkiej pracy boi się powrotu do Polski.

Duży czterogwiazdkowy hotel niedaleko stacji  metra Oxford Circus. We foyer świeże kwiaty, lokaje w eleganckich strojach. 20 pokojówek. Prawie wszystkie z Polski. – Proszę zobaczyć te luksusy – mówi 32-letnia Agnieszka, pokazując dziurawe gumowe rękawiczki na spękanych rękach. Sprzątała dziś dziesięć godzin z jedną tylko przerwą na obiad. – Nie możemy rozmawiać, bo jak kierowniczka zobaczy...

Nadgarstki bolą

Z pokoju na pierwszym piętrze wypada drobna blondynka Michalina. 25 lat, czerwone, zmęczone oczy. Do Londynu przyjechała rok temu z Ełku. Koleżanki dziwią się, że sprząta w hotelu. Przecież skończyła studia, ma dyplom technologa żywności. – Co z tego, skoro w Polsce byłam kasjerką w supermarkecie za 700 zł – mówi.

W pracy najbardziej nie lubi nieuczciwości i znęcania się. Czyli jak zastępca kierownika celowo nie zalicza im pokojów, bo uważa, że za wolno pracują. – Kierownicy zawsze twierdzą, że pokoje są niedosprzątane. Znajdą pyłek i sprzątasz od nowa. I za karę nic nie płacą – denerwuje się Michalina. Kiedy pytam ją, czy jest szczęśliwa na emigracji, długo milczy. – Nie wiem. Tutaj mam za co zapłacić rachunki, a w Polsce byłam na garnuszku u rodziców. Ale rodziny i tak nie założę, chociażbym chciała. Po co komu matka, która w domu nawet szklanki z wodą nie uniesie. Bo tak nadgarstki bolą.

Od miesiąca jest na antybiotyku. Od słania wielkich łóżek i zmiany pościeli zaczęły jej w nocy drętwieć przeguby. Zapalenie stawów. Lekarz powiedział, że to typowa choroba sprzątaczek. I że już zawsze ręce będzie mieć słabe. Ale Michalina tak jak reszta dziewczyn twierdzi, że praca fizyczna nie boli. Upokarzanie i wyzwiska tak. – Dla kierownika my jesteśmy głupie Polki – wyciera łzę brzegiem rękawa. Pager, który ma przypięty do fartucha, od dziesięciu minut dzwoni bez przerwy. W ten sposób kierownicy kontrolują pokojówki. Oprócz sprzątania trzeba pozbierać z kilkunastu pięter zużytą pościel, naczynia, donieść ręczniki, szlafroki i mydełka dla gości. Na dziesiątym piętrze ktoś pilnie potrzebuje żelazka, a na 12. stłukł się wazon. Michalina musi biec do pracy. Ale wraca po chwili. – Wiesz co, chyba jednak gorzej mi było w Polsce. Nie chcę wracać, za nic. I inne dziewczyny też nie.

XIX-wieczny wyzysk

U Marzeny Cichoń w biurze organizacji obywatelskiej London Citizens drzwi się nie zamykają. Zawsze tłumy Polek, które szukają pomocy. – W hotelarstwie to kobiety pracują najciężej. Większość nie ma stałej pensji, więc jak jest mało gości, zarabia trochę ponad 100 funtów na tydzień. Jak z tego utrzymać siebie i rodzinę? A gdzie miejsce na normalne życie? – oburza się Cichoń, która od miesięcy pracuje nad kampanią „Room for Change”. London Citizens lobbuje za zmianą sposobu zatrudniania emigrantek i podwyższeniem płacy minimalnej. Razem z przedstawicielami związków zawodowych chodzą po hotelach, przepytują pracowników, zagadują biznesmenów we foyer. Opowiadają im o niewolniczej pracy kobiet i głodowych pensjach. Niektórzy nie chcą słuchać, odchodzą. Inni otwierają oczy ze zdumienia. – Chcemy, żeby ludzie obudzili się i zrozumieli, ze to, co dzieje się w hotelach, to XIX-wieczny wyzysk – mówi Cichoń.

W biurze związku zawodowego Unite w dzielnicy Holborn zewsząd słychać narzekania: Grażyna nie dostała pieniędzy za nadgodziny. Marcie nie pozwolili na urlop, a nie ma z kim zostawić dzieci. Agata jest po wypadku, czeka na odszkodowanie i nie ma za co żyć. Kiedy są w grupie, chętnie opowiadają o sobie. Życie prywatne? – A kto ma chęć na chłopa, gdy całe ciało boli jak po porodzie? – śmieją się gorzko. Wakacje? Rzadko. Agnieszka od roku nie miała wolnej niedzieli. Święta? Często w hotelu. – Na marudzenie nie mamy czasu. Przyzwyczaiłyśmy się. Jezu, jak to się stało?

Dziewczyny wiedzą, w których hotelach jest najgorzej, znają nazwiska najokrutniejszych kierowników. Jeden z hoteli na południu Londynu cieszy się wyjątkowo złą sławą. Jak źle posprzątasz, dostajesz w twarz. Mocno. Czasem jeszcze szturchańca. Niektóre pokojówki zamalowują siniaki makijażem. Wtedy słyszą: „Nie maluj się jak zdzira z Polski”. Wyzwiska są na porządku dziennym. Nikt nie idzie z tym na policje. – Boją się o pracę. Albo myślą: kto uwierzy sprzątaczce? – tłumaczy Cichoń.

Ania Leśna, 33-latka, przyjechała na Wyspy, żeby uciec od życiowego kryzysu. Paskudny rozwód, praca w Lidlu za 600 zł, dwie córeczki na utrzymaniu. – Mieszkałam u rodziców w małym mieście na Dolnym Śląsku. Ledwo wiązaliśmy koniec z końcem, bo mąż nie dokładał się do utrzymania dzieci.

W 2006 przyjechała do Londynu. Zamieszkała u chłopaka, którego poznała w rodzinnym mieście. Dzieci w Polsce, ona tutaj. Sprząta na dwa etaty, żeby wysłać do Polski jak najwięcej pieniędzy. – Czasem udaje się zaoszczędzić nawet 500 funtów – mówi z dumą. Jej dni są do siebie bardzo podobne. O 8.00 zebranie w hotelu na Heathrow, w którym rozdzielane są role i praca dnia. Hotel musi błyszczeć. – Czasem godzinami woskujemy windy szczoteczkami do zębów – opowiada. Praca trwa osiem godzin. Bieganie z piętra na piętro z koszami ciężkich detergentów i sprzątanie tak, żeby nie zostawić nawet pyłku. Ciągłe kontrole i pośpiech. Na szczęście w jej obecnym hotelu pokoje nie są duże. – Kiedyś pracowałam w hotelowym molochu. Po sprzątnięciu trzech wielkich apartamentów wychodziłam na korytarz i czułam, że nawet dusza mnie boli. Coś we mnie krzyczało. Ale w tej pracy nie ma czasu na myślenie. Dzwoni kierowniczka i się wydziera: „Gdzie ty się podziewasz, k….? Tyle trzeba zrobić!”.

Wyzwiska to norma. Ostatnio jedna z pokojówek dostała nawet w głowę słuchawką od telefonu. Ania też zaliczyła kilka szturchańców. – Przemoc jest i będzie. My w hotelach jesteśmy najniższą klasą. Takie popychadła. Ale najbardziej bolą słowa.

 
15.00. Ostatni pokój sprzątnięty. Ania robi zakupy i wraca do domu spotkać się z dzieciakami. Wirtualnie. Na Skypie spędzają prawie cały dzień, opowiadają sobie, co się wydarzyło. Ale nie zawsze mają czas na takie rodzinne spotkania. Dziewczynki mają swoje zajęcia, a Ania – drugą pracę. Sprząta w prywatnych domach i myje klatki schodowe na pobliskim osiedlu. – Jak wracam autobusem po pracy, największa rozkosz to sen. We śnie zawsze jestem w Polsce z dziećmi – rozmarza się. Ma jeszcze drugie marzenie. Kupić w Polsce mieszkanie dla siebie, córek i narzeczonego. Ale jeszcze dużo muszą odłożyć. Jednak jak się zastanowi, to uważa się za szczęściarę. Ma pracę, dzieci lubią jej obecnego partnera. Ale są i chwile, kiedy czuje, że coś ją omija. Przegapiła ostatnie urodziny córki. Na prawdziwych wakacjach nie była od lat. Boże Narodzenie spędziła u znajomych z Londynu – nie dostała urlopu. Zresztą i tak nie było ją stać na bilety do kraju. W wigilię opłatkiem z dziećmi przełamała się na Skypie.

Hotelowa matematyka

Polki sprzątające w luksusowych hotelach zarabiają niewiele. Zatrudnia się je bez oficjalnych kontraktów, płaci poniżej minimalnych stawek. Czasem dostają na rękę 500–600 funtów miesięcznie. Połowę wysyłają do domów w Polsce, a w Anglii żyją z państwowych zasiłków. Ciekawa jest ta hotelowa matematyka. W najdroższych apartamentach w Kensingtonie czy Waterloo noc kosztuje ponad 800 funtów. Za sprzątanie takiego apartamentu Ania czy Michalina dostaną dwa funty. Według Tomka Mazura, wolontariusza London Citizens, dwie trzecie londyńskich pokojówek to Polki. Kilkadziesiąt tysięcy kobiet. Większość przyjechała z małych miasteczek i wsi, nie mówi po angielsku. Tomek jest portierem w hotelu Hilton przy stacji Paddington. Dla pracujących tam Polek jest jak starszy brat. Pomógł wywalczyć u szefostwa, żeby sprzątały 15, a nie 17 pokoi dziennie, bo przepracowane mdlały w trakcie pracy. Od tego czasu przychodzą do niego po radę i wypłakać się w mankiet. – Właściciele hoteli uważają, że pracownicy fizyczni to niewolnicy. Nie mają praw, od nich się tylko wymaga – opowiada.

– Kiedyś polskie pracownice się nie skarżyły. Teraz co tydzień do naszego związku zapisuje się kilkadziesiąt kobiet. Domagają się urlopów, płacenia za nadgodziny. Wyszczekane sprzątaczki to już nie niewolnice. A niewolnice branża lubi najbardziej – tłumaczy Hugh O’Shea opiekujący się Polkami w związku zawodowym Unite. Od początku tygodnia napisał już kilkanaście skarg do londyńskich hotelarzy. A to tylko czubek góry lodowej.

Raj w pralni

44-letnia Ewa Świca nie lubi patrzeć wstecz. Ale nie może ukryć, że trzy lata temu jej życie bardzo się zmieniło. Podsumowuje krótko: – Uciekłam z Polski. Byłam zdesperowana, chciałam zacząć gdzieś nowe życie.

Przyjechała tu z Lublina. Najpierw sama, do brata, żeby po kilku miesiącach sprowadzić nastoletniego syna Pawła. W Polsce było im ciężko. Odeszła od męża. Nie mieli się z synem gdzie podziać, więc zamieszkali u mamy staruszki. – To był koszmar. Mało miejsca, ciągłe awantury, brak pieniędzy – wspomina. Po rozstaniu z mężem bardzo potrzebowała pracy. Przez pół roku nie mogła nic znaleźć. A nie była wybredna. Wreszcie zatrudnił ją prywatny właściciel sklepu mięsnego. Praca od 6 do 19 za 600 zł. Harowała świątek – piątek, w końcu odeszła. Znalazła pracę w hotelu. Pensja też była marna, a wydatków dużo – komputer i Internet dla syna, mamie dołożyć się do mieszkania. Po roku pracy miała obiecaną podwyżkę. Na całe 700 zł… Brat namawiał: w Londynie pracuje się ciężko, ale będziesz na swoim.

Wzięła tylko kilka ciuchów. Pamięta pierwsze dni na emigracji. Brat załatwił jej pracę w hotelu, w którym był portierem. Myślała, że skoro w Polsce sprzątała, będzie umiała się wykazać. Ale gdy po kilku dniach treningów kierownik wciąż nie był zadowolony, zapadła się w sobie. – Nie reagowałam na krzyki i poganianie. Dusiłam emocje, żeby wypłakać się w domu – wspomina. – Przychodziłam do domu, płakałam, myłam się i szłam spać. Codziennie tak samo. Brat myślał, że zupełnie zwariowałam – mówi dziś ze śmiechem. Schudła wtedy dziesięć kilo. Trudno było jej się przyzwyczaić nie tylko do ciężkiej pracy, ale też do nowych warunków, obcego miasta. – Nie znałam języka, bałam się metra, tłumów. W takim szoku byłam chyba przez cały pierwszy rok.

Dużo z synem przeszli: podłe mieszkania, niskie zarobki, pobicie Pawła, jej złamana noga i rehabilitacja. Ale wiedziała, że musi się tu jakoś zaczepić. Teraz pracuje w kolejnym czterogwiazdkowym molochu w centrum Londynu. Już trzeci rok. Ostatnio nie sprząta. Dostał jej się, jak sama się śmieje, awans społeczny. Pracuje w maleńkiej pralni. Ledwo się w niej można ruszyć, pokoik trzy na trzy metry. Zbiera, segreguje i wrzuca do wielkich pralek pościel, a tę już wysuszoną prasuje. – Też ciężka praca, ale nikt na mnie nie krzyczy. Nikt nie sprawdza. To raj – opowiada.

Ewa działa w związkach zawodowych. Namawia młode Polki, by nie bały się walczyć o swoje. Ostatnio młoda pokojówka płakała jej w rękaw. „Co z ciebie za matka? Gówniana matka! Zostawiłaś dzieci i męża w Polsce. Powinnaś się wstydzić!” – wykrzyczała jej kierowniczka. Dziewczyna chciała rzucić pracę, wracać. – A do czego by wróciła? Prosto na bezrobocie – mówi Ewa. I dodaje: – Kierownicy zastraszają dziewczyny, żeby zwiększyć ich efektywność. Oni są chorzy na władzę.

Ostatnio w życiu Ewy wszystko zaczyna się prostować. Ma mieszkanko w spokojnej żydowskiej dzielnicy. Syn jest najlepszy w klasie z angielskiego. Nawet wystąpiła w telewizji, w wieczornych wiadomościach „London Tonight” stacji ITV. Program pokazywał różnice w poziomie życia w brytyjskiej stolicy. Mimo że Ewa reprezentowała tę uciśnioną, biedną rzeszę londyńczyków, jest z siebie dumna. – Dziennikarz dopytywał się, czy nie jest mi źle, gdy patrzę na bogatych klientów, ocieram się o wielkie pieniądze i luksus. Zaskoczył mnie. Bo ja się wcale nie czuję gorsza. Może w Polsce bym się czuła. Ale tu nie. Mam już po co żyć – mówi z uśmiechem w oczach.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Energia z kamienia – na czym polega litoterapia?

Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. (Fot. iStock)
Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. (Fot. iStock)
Śpiewając, że brylanty są najlepszymi przyjaciółkami kobiety, Marilyn Monroe myślała prawdopodobnie o ich pięknie. Średniowieczna mniszka Hildegarda z Bingen przypisywała im jednak także działanie lecznicze.

Szlachetne kamienie od zarania dziejów budzą silne emocje, przypisuje im się także działanie medyczne. Najbardziej znana jest dziś praca Hildegardy z Bingen, w której średniowieczna mniszka polecała m.in. szmaragd na atak padaczki czy silne bóle głowy. Historycy przywołują również zapiski Pliniusza Starszego, powstałe w I wieku naszej ery.

Litoterapia, czyli leczenie kamieniami (od lithos – kamień i therapeuo – leczenie, pielęgnacja) opiera się na zasadzie przepływu energii. Kamienie pochodzenia mineralnego zawierają te same pierwiastki co ciało człowieka i mogą uregulować biochemiczny niedobór albo nadmiar w organizmie.

Terapeutyczne działanie kamieni, odrzucane przez medycynę akademicką jako naukowo niepotwierdzone, ma jednak wielu zwolenników. „Dlaczego na przykład korale bledną, gdy osoba je nosząca choruje na niedokrwistość, a odzyskują barwę, gdy wraca do zdrowia?” – pyta prezes polskiej filii światowej federacji medycyny alternatywnej Zbyszko Patyk i zwraca uwagę, że z przeprowadzonych kiedyś badań wynikło, że ułożone wokół głowy kryształy zmieniają zapis encefalogramu.

Mimo niechęci naukowców do litoterapii (która być może wzięła się po części stąd, że sama nazwa powstała w kręgach newage'owskich w latach 70. XX wieku) ma ona jednak wielu praktyków, którzy rozwijają ją jako uzupełnienie medycyny zachodniej.

Jak stosować litoterapię?

Zwolennicy metody radzą, żeby wybrać kamień, który do nas przemówi, i stworzyć własne rytuały z jego udziałem: przytrzymać co rano przez kilka chwil w dłoni czy przykładać do punktów energetycznych na ciele.

Ważna jest również odpowiednia pielęgnacja kamienia, trzeba go czyścić zgodnie ze wskazówkami, czasem w czystej wodzie, w innych przypadkach np. w roztworze soli.

Terapeutyczne znaczenie będzie miało ponadto noszenie biżuterii z wybranym kamieniem czy nawet postawienie go w swoim pokoju.

O kilka wskazówek poprosiliśmy prowadzącą sesję terapii kryształami Alicję Radej (@alicja_radej). Oto, co poleciła na nękające nas często schorzenia fizyczne i psychosomatyczne:

  • na bezsenność: ametyst, celestyn, czaroit, howlit, hematyt, lapis lazuli, sodalit, malachit;
  • na otyłość: czarny onyks, turmalin, kamień księżycowy, cytryn;
  • na wzmacnianie odporności: heliotrop, ametyst, czarny turmalin, zielony kalcyt, karneol, kwarc;
  • na bóle miesiączkowe: serpentyn, tygrysie oko, bursztyn, miedź, chryzopraz;
  • na problemy z menstruacją: serpentyn, tygrysie oko, bursztyn, miedź, chryzopraz;
  • na problemy z menopauzą: cytryn, granat, lapis lazuli, perła, kwarc różowy, rubin, heliotrop.

Wszystkie te kamienie są do kupienia w Polsce.

Kamienie lecznicze wg Hildegardy z Bingen

  • szmaragd
  • hiacynt
  • onyks
  • beryl
  • sardoniks
  • szafir
  • sard
  • topaz
  • chryzolit
  • jaspis
  • praz
  • chalcedon
  • chryzopraz
  • karbunkuł
  • ametyst
  • agat
  • diament
  • magnetyt
  • liguriusz
  • kryształ
  • perła rzeczna
  • karneol
  • alabaster
  • wapień
  1. Psychologia

Przyszłość małżeństwa – monogamia symetryczna

Małżeństwo symetryczne zakłada równość obojga w kochaniu, w ekspresji seksualnej. (Fot. iStock)
Małżeństwo symetryczne zakłada równość obojga w kochaniu, w ekspresji seksualnej. (Fot. iStock)
Pisze się o zdradach, rozwodach, poliamorii itp. Czy jest więc sens zastanawiać się nad monogamią i wiernością albo nad spełniającym te kryteria małżeństwem? Tak, Helen Fisher, amerykańska antropolożka i badaczka miłości, przepowiada im wielką przyszłość. Nowy rodzaj związku nazywa symetrycznym.

Gdyby kobieta żyjąca w monogamii symetrycznej miała opowiedzieć o swojej seksualności, to co by powiedziała? Jak brzmiałoby jej wyznanie? Zainspirowane przez Helen Fisher, amerykańską antropolożkę, napisałyśmy z Izabelą Jąderek, warszawską seksuolożką i psychoterapeutką, wyznanie takiej kobiety: Naga? Jestem otwarta i naturalna w miłości. Nie wstydzę się swojego ciała. Lubię je. Piersi za małe, pupa za duża? Akceptuję swój wygląd, niedoskonałości nie spędzają mi snu z powiek. Jestem taka, jaka jestem. A jeśli coś mi przeszkadza, czuję zawstydzenie czy zakłopotanie, to przyglądam się temu. Zastanawiam się: „Czy tego nie chcę, czy może uważam, że nie powinnam chcieć, bo tak mnie wychowano?”. Naga w seksie, ale też naga w emocjach, w marzeniach, w fantazjach, w pragnieniach: uległości czy dominacji nad tobą. Nie czuję się zmuszona do bierności! Inicjuję seks bez obawy, że powiesz: „Jesteś zbytnio wyzwolona”, albo nawet: „wyuzdana!”. Oddaję ci się też bez wstydu, jeśli tylko mam takie pragnienie. W łóżku mogę śmiać się, krzyczeć albo śpiewać. To zależy, co czuję i jak przeżywam miłość. Mam oczekiwania i chcę, byś je spełnił. Spotkałam cię po kilku bardziej lub mniej nieudanych związkach i nareszcie mogę być sobą, będąc z mężczyzną. Ufam ci. Dajesz mi poczucie bezpieczeństwa.

Cudne? Ba! Ale czy takie pogodzenie ze swoją cielesnością i seksualnością to dla wielu kobiet nie utopia? Czy każda z nas, jeśli tylko zachce, może stać się kimś takim?

Poznaj samą siebie

Myślimy, że serce i miłość to synonimy, mówimy: „Oddałam mu serce”; „Złamał mi serce”. Izabela Jąderek przekonuje, że najważniejsze jest zbudowanie relacji z samą sobą. Poznając siebie, kobieta odkrywa, jak chce się kochać, i znajduje w sobie śmiałość, by właśnie tak to robić. Czy jednak każda z nas może zacząć kochać i żyć w zgodzie ze swoją zmysłowością, seksualnością? I czy jest to aż tak ważne? – W moim osobistym przekonaniu każda może i ma do tego potencjał – stwierdza Izabela Jąderek. – Oczywiście, napotka na tej drodze mnóstwo wybojów, ale kluczem jest słowo „chcieć”: przyglądać się sobie po to, by zrozumieć siebie i swoje potrzeby również w tym aspekcie, jakim jest seksualność. Potem można ją przyjąć albo coś w niej zmienić.

A czy to ważne? Tak, jeśli marzy nam się symetria we dwoje, a nawet małżeństwo symetryczne. Zakłada ono równość obojga w kochaniu, w ekspresji seksualnej. Żeby być równą mężczyźnie w realizacji swoich pragnień, kobieta musi wiedzieć, jakie one są, czego chce od kochanka. A to wcale nie jest takie oczywiste, nawet dla niej samej. Dlaczego? Związek monogamiczny dziś oznacza często tradycyjny podział ról i zależności. Wynika to z wychowania, a często i ekonomii. – Kobieta ekonomicznie zależna bywa też zależna mentalnie – wyjaśnia Jąderek. Powściąga się w łóżku i dostosowuje do partnera, i to w sposób całkiem bezwiedny.

Nie zawsze tak jest, ale jeśli mamy wątpliwości, czy realizujemy swoją seksualność, warto się zastanowić, jak nas wychowano. Czy moi rodzice okazywali sobie nawzajem czułość? Czy ja lubię swoje ciało? Czy potrafię wskazać, gdzie pojawiają się w nim uczucia? A może chcę się upodobnić do modelek, aby poczuć się atrakcyjna? A seks? Czy kojarzy mi się z przyjemnością, czy ze skrępowaniem? To pomoże nam odnaleźć drogę do zrozumienia swojej seksualności i do ewentualnej erotycznej zmiany siebie.

Szczęśliwi we dwoje

Równość ekonomiczna jest ważna, bo zdaniem badaczy monogamia symetryczna to powrót do archaicznego związku, w którym panowało partnerstwo! W czasach łowców i zbieraczy, a więc przed wynalezieniem pługu, kobieta i mężczyzna wnosili tyle samo do wspólnej spiżarni. Czyli byli ekonomicznie równi i dlatego mieli równe prawa erotyczne. Małżeństwo symetryczne wraca, bo kobiety stają się na powrót równe swym partnerom. Ale też mężczyźni mają dziś do wykonania wewnętrzną pracę. Do gabinetu seksuologów trafiają ci, którym przeszkadza, że żona zarabia więcej lub po prostu dużo. Mężczyzna chce czuć się potrzebny, mieć co dać kobiecie. Nie muszą to jednak być pieniądze. A co? Warto nad tym pomyśleć.

Dziś ludzie są ze sobą z różnych powodów i na różnych zasadach. Ale jeśli łączy ich miłość romantyczna (prawie 90 proc. par), czują się sobie równi także w seksie i są wierni, taki rodzaj związku to właśnie monogamia symetryczna. Sposób na szczęście we dwoje. Trwałe szczęście.

To zachęcające! Gdyby więc chcieć stworzyć taki związek, to od czego zacząć? Od udanego seksu? A co jeśli do tej pory seks nie był naszą mocną stroną? Nie wszystkie kobiety nawet go lubią. Można odblokować ukrytą, nawet przed samą sobą, energię seksualną.

– Pomagają w tym rytuały niemające wiele wspólnego z seksem – mówi Izabela Jąderek. – Bo też radość w łóżku znajdziemy, jeśli wejdziemy do niego prowadzeni intymnością i uczuciem. Miłością. Staroświeckie? Może, ale skuteczne – dodaje seksuolożka. Czerpanie radości z seksu opiera się na intymności. Udany seks nie wydarzy się bez udanej relacji, dlatego to, co wzmacnia bliskość, uwalnia także seksualną energię. Kobieta i mężczyzna czasem jej nie odczuwają tylko dlatego, że nie łączy ich intymność.

Miłosne rytuały

Siadamy naprzeciw siebie na łóżku czy dywanie. Dłonie kładziemy w okolicach serca partnera. Próbujemy dostosować oddech do jego oddechu: z jego wydechem bierzemy wdech, tworząc oddechowe koło. Patrzymy sobie w oczy.

– Jedno i drugie z dużą dozą prawdopodobieństwa może się rozpłakać, bo też rzadko kiedy ludzie okazują sobie czułe zainteresowanie przez kilka minut, bez przerwy patrząc na siebie – mówi psychoterapeutka. Po tym czasie, jeśli poczują taką potrzebę, mogą się przytulać, całować, ale nie kochać. Chodzi o odczucie bycia razem blisko, ale bez seksu. To doświadczenie intymne. Czułe bycie razem zbliża bardziej niż seks i przygotowuje do seksu, który buduje intymność. Bo też często brakuje nam właśnie tej czułości. Dlatego taki rytuał czasem wystarczy, by kobieta, która uważała, że nie ma libido, odczuła nagle ochotę na seks. Uważność mężczyzny jako afrodyzjak? Ochota na seks maleje wskutek jej braku. Odwrotnie działa poczucie bycia widzianą. Samo jednak ćwiczenie nie wystarczy.

– Potrzeba uważności w codziennym życiu – dodaje Jąderek. – Ale i na to jest sposób: nauka uważnej komunikacji. Ona lub on mówią przez trzy do pięciu minut. Drugie słucha bez przerywania, a potem powtarza to, co usłyszało, własnymi słowami. „Czy o to chodziło?” Następnie zamieniają się rolami.

– Para dodatkowo może skorzystać z rytuałów, które oparte są już na kontakcie cielesnym, ale nie seksualnym. Dzięki nim można doświadczyć tego, że w seksie nie chodzi o sam mechaniczny akt – dodaje Jąderek.

Kobieta opiera nogi na biodrach partnera, on wprowadza członek do jej pochwy. I tu podobieństwa do stosunku seksualnego się kończą. Bo oboje są tak spleceni przez pięć do dziesięciu minut. Patrzą sobie w oczy. Dłonie trzymają na klatce piersiowej, oddychają w podobnym tempie. A potem on wychodzi z niej i ją przytula. Mówią, co czują. Z seksu lepiej na tę chwilę zrezygnować, a zyska się coś, co będzie pomagało i w nim, i w byciu razem, i w miłości… Genitalia nie służą tylko do seksu, ale też byśmy poczuli, co to znaczy być Jednym. To już jest bardziej emocjonalny czy duchowy wymiar seksu. Przekroczenie jednostkowego bytu.

Mężczyzna w monogamii

– I tu jest sedno sprawy – mówi Izabela Jąderek. – Kobieta żyjąca w monogamii symetrycznej może tak się zachowywać, ponieważ spotkała właściwego mężczyznę – takiego, przy którym czuje się bezpiecznie i do którego ma zaufanie. Tworzą związek partnerski, począwszy od podziału obowiązków domowych, poprzez opiekę nad dziećmi, jeśli je mają, a skończywszy na seksie. To, jacy jesteśmy, ma związek z relacjami, jakie tworzymy.

A gdyby tak dla odmiany miał się nam zwierzyć mężczyzna żyjący w monogamii symetrycznej, to jak brzmiałoby jego wyznanie? Puśćmy znów wodze wyobraźni: Pożądam cię, kiedy masz ogień w oczach. Jesteś pełna energii. A więc kiedy zajmujesz się tym, co cię pasjonuje. Pożądam cię, gdy robimy razem coś nowego, niecodziennego. Jedziemy do jaskiń obejrzeć nietoperze, gotujemy mule na ognisku, a nigdy tego nie robiliśmy. Pragnę cię, kiedy czuję, że mogę się przy tobie swobodnie zachowywać. Chcę cię zdobywać. Zgadywać, kim jesteś. Chcę, byś ciągle wzbudzała moją ciekawość.

Gdy pokochamy i poczujemy się kochane – nie rezygnujmy więc ze swoich pasji. Z siebie. A często tak robimy. Bardziej zajmują nas nowe rolety niż to, co pasjonowało przed ślubem, na przykład taniec współczesny. – Pożądanie karmi się innymi emocjami niż stabilność – dodaje Izabela Jąderek.

Pozwalajmy więc sobie na świeżość, ekscytację, tajemniczość – tam mieszka pożądanie. Pożądanie związane jest z poziomem dopaminy, a ta wydziela się, gdy robimy rzeczy nierutynowe. Dopamina zaś odpowiada za doświadczanie orgazmu, a ten stymuluje przepływ oksytocyny i wazopresyny, budzących uczucie przywiązania. Dlatego udany seks jest elementem szczęśliwej i trwałej miłości. Utrwala on wierność, która wydaje się nieoceniona w związku symetrycznej pary.

Wierność otwiera ciało

Kobieta, która wierzy, że jej partner jest wierny, mogłaby powiedzieć coś takiego: Jesteś dla mnie najważniejszy, ja dla ciebie – jedyna. To pozwala mi przeżywać naszą bliskość wyjątkowo. Moje ciało przed nikim tak się nie otwiera jak przed tobą. Kiedy się kochamy, jesteśmy jednym ciałem i duchem… A tu nagle: trzask! W twoim telefonie zdjęcie nagiej kobiety i SMS: „Będę jutro w porze lunchu”. Zdradziłeś mnie?! A więc nie jestem jedyną, na którą tak patrzysz? Jest jeszcze ktoś, kto stał się ode mnie atrakcyjniejszy, ważniejszy. Ciało się zamyka. Serce się zamyka. Czuję wstyd, lęk przed oceną, porównywaniem. Już nie patrzę na ciebie z miłością. Patrzę z lękiem i złością. Zastanawiam się, kim ty jesteś, kim ja jestem.

Zdaniem belgijskiej psychoterapeutki i badaczki Esther Perel, kiedy kochamy romantycznie, symetrycznie, zdrada bywa ostateczna właśnie dlatego, że sięga naszej tożsamości, poczucia tego, kim jesteśmy. Kiedy kochamy, wierność jest konieczna. Kiedy jesteśmy z kimś dla złotej karty, nie ma ona takiego znaczenia. Ale też trudniej wtedy o to upragnione szczęście we dwoje. Symetryczna miłość daje głębsze możliwości realizowania siebie we dwoje, ale więcej też wymaga.

Przyszłość małżeństwa

Dla wielu to żart. Wzrasta akceptacja dla rozwodów, ba, pojawił się nawet nowy rodzaj wstydu – związany z tym, że nie odchodzimy od kogoś, kto jest nie taki, jak powinien. Nie sprzyja monogamii także stawianie na siebie.

– Mimo to, a może właśnie z tego powodu, monogamia jako swoista przeciwwaga powraca – stwierdza seksuolożka. Kultura konsumpcyjna, oderwanie seksu od miłości nawet jeśli dają przyjemność, to także nużą. Coraz częściej widać chęć powrotu do takich wartości, jak miłość, partnerstwo, czułość. Zmianie ulega tylko definicja związku i potrzeb z nim związanych. Nie rezygnujemy ze ślubu. Mamy po prostu inną strategię szukania partnera czy partnerki – czekamy, aż będziemy pewni. A pewni bywamy zazwyczaj po kilku związkach. Bliżej 40. niż 20. urodzin. Nadal jednak chcemy kochać i być kochani.

  1. Psychologia

Władza a podległość – jak zmieniają ludzi?

Sprawowanie kontroli, zarządzanie innymi nasila skłonność do działania, wzmacnia dążenie do celu i wytrwałość, podnosi kreatywność, a obniża konformizm. (fot. iStock)
Sprawowanie kontroli, zarządzanie innymi nasila skłonność do działania, wzmacnia dążenie do celu i wytrwałość, podnosi kreatywność, a obniża konformizm. (fot. iStock)
W jaki sposób miejsce w hierarchii służbowej wpływa na kreatywność? O decyzyjności, zarządzaniu i ich oddziaływaniu na pełnienie ról społecznych w organizacji mówi dr Dorota Wiśniewska-Juszczak, psycholożka społeczna z Uniwersytetu SWPS, ekspertka od zagadnień związanych z władzą i przywództwem.

Zrób prosty eksperyment. Narysuj kredką literę „E” na własnym czole. Wykonaj tę czynność i dopiero wtedy zacznij dalej czytać ten tekst. Już? Jeśli na co dzień sprawujesz władzę, to prawdopodobnie narysowałeś literę „E” z kreskami poziomymi skierowanymi w lewo.

No cóż, nie ułatwiłeś zadania obserwatorom. Nic dziwnego. Osoby zarządzające innymi koncentrują się na sobie i swojej perspektywie. Gdy w laboratorium badacze poprosili o narysowanie „E” uczestników, u których za pomocą wspomnień aktywizowano władzę lub podwładność, to aż trzy razy więcej osób kierujących personelem rysowało ją z własnego punktu widzenia. Badacze pod przewodnictwem Adama Galinsky’ego z Columbia Business School udowodnili, że sprawowanie funkcji kierowniczej znacząco podwyższa egocentryzm i zniechęca do patrzenia na rzeczywistość z innej perspektywy niż własna. Osoby uprawnione do kontroli podwładnych (nawet przez chwilę wzbudzoną w badaniach) automatycznie przyjmują założenie, że inni mają taką samą wiedzę, jak oni i taki sam dostęp do informacji. Gdyby przeanalizować sytuację osób pełniących role związane z władzą to często efekt „czołówki E” występuje w codziennej pracy i może prowadzić do uprzedmiotowienia podległych pracowników, niezauważania potrzeb innych oraz realizowania osobistych celów. Władza nie tylko obniża empatię. Prowadzi do wzrostu pewności własnych opinii i ogranicza skłonność do uwzględniania rad innych. Kierując innymi tracimy motywację do tego, aby ich rozumieć. Jak wykazały amerykańskie badaczki Jennifer Overbeck i Bernadette Park, staramy się zrozumieć inne osoby dopiero wówczas, gdy uświadamiamy sobie, że bez ich pomocy nie osiągniemy założonych celów zawodowych.

Podwładność zabija kreatywność

Władza to jednak nie tylko duże ego. Jedną z najbardziej poszukiwanych i najważniejszych kompetencji szefa jest umiejętność wprowadzania zmian i innowacji w firmie. Do tego również potrzebne jest poczucie mocy i wpływu, a przy tym takie postępowanie, by inni nie czuli się podwładnymi. Sprawowanie kontroli, zarządzanie innymi nasila skłonność do działania, wzmacnia dążenie do celu i wytrwałość, podnosi kreatywność, a obniża konformizm. Pozwala widzieć świat czy cele z lotu ptaka, z pominięciem nieważnych szczegółów. Jak z kolei wykazali Keltner, Gruenfeld i Anderson psychologowie społeczni z Uniwersytetu Stanforda przyjmowanie roli podwładnego uruchamia system hamowania, który prowadzi do skupienia na analizie detali, blokuje kreatywne myślenie i utrudnia działania, a tym samym wprowadzanie zmian w swoim otoczeniu.

Dobry kierownik

Aby rozwijać ludzi trzeba znać ich potrzeby i dobrze rozpoznać potencjał. Wiedzieć, do czego ten proces ma doprowadzić w dłuższej perspektywie szefa i jego pracowników. Wtedy pojawia się prawdziwa współzależność celów. Władza jest dobra i warto ją mieć, by skutecznie zarządzać zespołem. Przywództwo też jest ważne, by inni widzieli, że wiesz dokąd i po co razem zmierzacie. Warto pamiętać o słowach Monteskiusza, który mawiał, że „By dokonać wielkich rzeczy, nie trzeba być wielkim geniuszem, nie trzeba być ponad ludźmi, trzeba być z nimi", Najważniejsze jest zarządzanie, które sprawia, że jesteś blisko ludzi, ich problemów.

Jak to osiągnąć w praktyce? Oto kilka rad wynikających z wielu badań. Przede wszystkim nie przestawaj zarządzać, czyli planować, delegować, egzekwować. Bądź blisko ludzi, pamiętaj o ich zawodowej codzienności i ich potrzebach. Nie jesteś sam. Masz zespół. Gdy go budujesz nie rób tego tylko dla siebie, ale też dla jego członków. Przywództwo uwodzi, bo szef lub kierownik czuje, że staje ponad innymi, czuje się lepszy i ważniejszy, co powoduje, że zaczyna myśleć, że może pozwolić sobie na więcej. Uważa, że ma większe prawa, co może prowadzić do łamania norm lub działań niezgodnych z zasadami. To zasługa systemu dążenia, który włącza się w sytuacji sprawowania władzy. Dlatego, gdy pojawi się poczucie wyższości, dla dobra zatrudnionych ludzi warto natychmiast wyjść z gabinetu i pójść do stołówki dwa piętra niżej, by posłuchać jakie problemy mają członkowie zespołu, co ich trapi, co interesuje. Warto dać się wypowiedzieć swoim ludziom i posłuchać o tym jakie mają pomysły. Wziąć pod uwagę perspektywę innych i szukać rozwiązań, które naprawdę wychodzą naprzeciw zgłaszanym przez nich potrzebom. Poddawać się ocenie i reagować konstruktywnie na otrzymywane komunikaty zwrotne. To ochroni szefa przed egocentryzmem, efektem „czołówki E”, przed upadkiem i wreszcie przed samą utratą władzy. Badania pokazują, że zespoły działają najlepiej – to oznacza także efektywność w realizacji zadań - gdy energia, którą daje zwierzchnictwo, połączona jest z treningiem przyjmowania perspektywy – u szefów, nie u podwładnych.

Gdy zatem słyszę, że menedżer zarządzający zespołem twierdzi, że nie chce sprawować władzy, to zaczynam się martwić o jego ludzi. Pozycja w firmie, która umożliwia kierowanie pracą ludzi, daje możliwość wywierania wpływu, a bez tego nie ma skutecznego zarządzania. Władza sprawowana z odpowiedzialnością za innych ma sens.

Dr Dorota Wiśniewska-Juszczak w pracy naukowej koncentruje się na zagadnieniach związanych z władzą i przywództwem. Prowadzi badania nad konsekwencjami stosowania różnych strategii wpływu w relacji z osobami poddanymi władzy. Jako praktyk – trener i konsultant – specjalizuje się w budowaniu efektywnych zespołów i komunikacji w ich obrębie. Jest autorką innowacyjnej metody pomiaru potencjału przywódczego menedżerów, akredytowanym trenerem Insights Discovery oraz trenerem najwyższego stopnia terapii skoncentrowanej na rozwiązaniach.

Materiały prasowe SWPS

  1. Psychologia

Jak rozmawiać z dzieckiem o jego chorobie – pytamy psycholożkę kliniczną Martę Rusek

Młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Chcą się bawić w to, co ich otacza, więc wcielają się w lekarzy, powtarzają to, co oni mówią. W ten sposób choć na chwilę mogą wyjść z roli pacjenta. (Fot. iStock)
Młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Chcą się bawić w to, co ich otacza, więc wcielają się w lekarzy, powtarzają to, co oni mówią. W ten sposób choć na chwilę mogą wyjść z roli pacjenta. (Fot. iStock)
Choć mali pacjenci przechodzą choroby nowotworowe inaczej niż dorośli i częściej od nich zdrowieją, to dla rodziców, którzy poznają diagnozę jako pierwsi, jest ona szokiem. Jak rozmawiać o tym z dzieckiem? Ile mu powiedzieć? Gdzie szukać wsparcia, żeby mieć siłę na opiekę? Wyjaśnia Marta Rusek, psycholożka kliniczna współpracująca z Fundacją Onkologiczną Alivia.

Co roku w Polsce aż 1300 rodziców małych i nastoletnich pacjentów słyszy diagnozę „nowotwór”. A kto mówi o chorobie dziecku? Czy to zawsze rola rodzica?
To zależy od wieku pacjenta. Jeśli rozmawiamy o dziecku do wieku wczesnoszkolnego, to lekarz informuje na początku tylko rodziców. Nastolatek najczęściej zapraszany jest do gabinetu razem z dorosłymi. Rozmowa odbywa się w ich obecności, czasem z udziałem psychologa.

Czy są jakieś zasady prowadzenia takich rozmów?
Oczywiście. W onkologii dziecięcej obowiązuje kilka żelaznych zasad. Po pierwsze, pacjenta prowadzi tylko jeden lekarz, do którego pacjent z czasem bardzo się przywiązuje, i wzajemnie. Nie narażamy dziecka na zmiany lekarza. I to ten lekarz przekazuje informacje o diagnozie. Po drugie, zawsze zakładamy, że chorobę wyleczymy i z takim nastawieniem wszyscy na oddziale onkologicznym pracujemy. Po trzecie, nie wyprzedzamy psychologicznych potrzeb pacjenta.

Co to znaczy?
Kiedy towarzyszyłam lekarzom w rozmowach z pacjentami, staraliśmy się, by informowanie o diagnozie, o rokowaniach czy sposobie leczenia nie było pełnym napięcia monologiem. Raczej nastawialiśmy się na dialog, w którym stosowaliśmy metodę dopytywania.

Na czym polega dopytywanie?
Na tym, żeby nie wyprzedzać pacjenta w rozmowie. Razem z lekarzem staraliśmy się, żeby dziecku nie powiedzieć za dużo. Ono i tak najczęściej domyśla się, co się dzieje; dzieci dużo wiedzą, chociaż bywa, że nikt im oficjalnie nic nie mówi. Często jednak trzeba ten obraz skorygować. Kiedy tuż po rozpoczęciu leczenia pytaliśmy: „Czy chcesz wiedzieć, dlaczego jesteś w szpitalu?”, dzieci początkowo odpowiadały: „Nie chcę nic wiedzieć”. To jest normalne, ale potem się zmienia. Gdy dziecko oswaja się ze szpitalem, z lekarzami, z personelem, z psychologiem, po jakimś czasie samo wraca do tego pytania i chce wiedzieć, na co choruje, jak się je leczy, co oznaczają medyczne słowa. Samo pokazuje, że jest już gotowe na rozmowę.

Dla każdego rodzica zdiagnozowanie choroby nowotworowej u dziecka to szok. Jak rodzice powinni wesprzeć siebie w tej sytuacji?
Po takiej informacji dotychczasowe życie w jednej chwili przestaje istnieć. Rodzic czuje ból, wściekłość, samotność. Ma poczucie, że nikt, kto nie doświadczył choroby dziecka, nie jest w stanie go zrozumieć. Bywa, że na tym etapie ludzie odsuwają się od znajomych i przyjaciół, bo relacje z nimi są w tym momencie zbyt bolesne. Najczęściej zbliżają się do grupy rodziców szpitalnych. Wsparcie ze strony dorosłych, którzy przechodzą to samo, to dobry początek.

Jak prosić tych innych dorosłych o wsparcie?
Najlepsza jest aktywna postawa polegająca na informowaniu, co jest mi teraz potrzebne. Najczęściej wcale nie chodzi o wielkie sprawy, ale o ugotowanie obiadu, przywiezienie czegoś z domu, pomoc w zakupach albo porozmawianie, pobycie. Chodzi jednak o to, żeby tymi wspierającymi osobami byli dorośli, przy których można się na przykład rozpłakać. Przy dziecku rodzic nie powinien płakać, chociaż czasem trudno powstrzymać łzy. Lepiej wyjaśnić, że płacze, ponieważ np. tęskni za domem. Wtedy te łzy stają się dla dziecka zrozumiałe, a jednocześnie pokazujemy mu, że w taki sposób można poradzić sobie z trudnymi uczuciami.

A nie powinien tu wkroczyć psycholog albo fundacja wspierająca rodziców dzieci chorych?
Nie, nikt nie powinien „wkraczać”, tylko raczej być w pobliżu i w gotowości udzielenia do pomocy i wsparcia. Tak się dzieje ze szpitalnym psychologiem lub psychologiem pracującym w fundacji – jest dostępny w razie potrzeby.

I na czym polega jego pomoc?
Najważniejsze jest uświadamianie, że chorowanie to proces, warto to nieustannie powtarzać. To, że w chwili diagnozy rodzic czuje wściekłość, rozżalenie, samotność, bezradność, zaprzecza lub za wszelką cenę szuka winnego, jest normalne. Trzeba wiedzieć, że ma się prawo do odczuwania czasem bardzo silnych emocji. To dla rodziców niezwykle ważne. Dowiadują się, że nie popadli w szaleństwo, ich emocje są naturalne i miną. Człowiek umie się przystosować do nowej sytuacji, do chorowania i leczenia także.

Czy bardziej choroby boją się dzieci, czy ich rodzice?
Nie demonizujmy tego, jak dzieci odbierają chorobę. Już to powiedziałam, ale powtórzę: choroba to jest proces. Inaczej reaguje się na początku, inaczej po miesiącu chorowania, gdy już się wie, że da się z tym żyć. Szczególnie młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Podczas hospitalizacji często bawią się właśnie w szpital, w pacjentów i personel medyczny. Bo dzieci chcą się bawić w to, co ich otacza. Wcielają się w lekarzy i mogą w ten sposób choć na chwilę wyjść z roli pacjenta. Zawsze mnie zadziwiało, jak dużo dzieci wiedzą, jakimi są świetnymi obserwatorami, a nawet ekspertami. Używają żargonu medycznego, zachowują procedury, na przykład wkładając rękawiczki przed zrobieniem zastrzyku lalce. Powtarzają to, co mówi im lekarz, i to jego tonem, znają nazwy leków, dawkowanie, wiedzą, jakie wyniki są w normie, a jakie nie, i bawią się w to. Gdy dziecko inicjuje zabawę w szpital, wiem, że mogę je dopytać, co by chciało wiedzieć.

A jak jest ze starszymi? Nastolatek nie pokaże w zabawie, że jest gotowy do poważnej rozmowy.
Przede wszystkim, by móc rozmawiać z nastolatkiem, trzeba wypracować sobie jego zaufanie. Nie chcemy żadnej „poważnej rozmowy”. Nie sadzamy nastolatka, nie robimy mądrych min. Przede wszystkim temat choroby, która opanowała ciało, bywa często trudny i zawstydzający. Działamy delikatnie, wręcz niezauważalnie odpowiadamy na pytania, do których pacjent dorósł. Ponadto nastolatki mają dostęp do Internetu, zazwyczaj same dowiadują się bardzo wiele o swojej chorobie. Nie potrzebują informacji, a zwykłej rozmowy. Wyjaśnienia różnych wątpliwości, wysłuchania tego, co ich niepokoi.

Czego boją się najbardziej?
Dzieci boją się bólu, jak my wszyscy. Jednak współczesna medycyna na szczęście nie skazuje pacjenta na cierpienie. Wytyczne są jednoznaczne: lekarz ma oszczędzać pacjentowi bólu i ograniczać dyskomfort w każdy dostępny sposób, i lekarze się tego trzymają. Mamy skuteczne środki przeciwbólowe. W onkologii dziecięcej ból traktuje się serio i jest on leczony. Dzieci boją się też zmian, jakie niesie ze sobą choroba onkologiczna – utraty włosów, zniekształcenia po operacji, protez. Boją się tego, co jest nieznane.

A co zrobić, gdy w moim otoczeniu ktoś ma dziecko chorujące na nowotwór?
Być przy tej rodzinie. Nie bać się cierpienia i choroby. A jeśli nie wiemy, jak wspierać – warto po prostu dopytać rodziców: „Jak mogę pomóc?”, „Ugotować coś, posprzątać, zawieźć?”. Rodzic jest tak pochłonięty leczeniem chorego dziecka, że często nie ma czasu zająć się drugim, zdrowym dzieckiem czy domowymi zwierzętami. Warto proponować, że się odbierze ze szkoły zdrowe rodzeństwo, weźmie je na weekend, przenocuje, pomoże w opiece nad psem.

Zdrowe rodzeństwo w obliczu takiej sytuacji schodzi zupełnie na drugi plan…
Niestety, to prawda. Leczenie zajmuje rodzicom tyle czasu i energii, że często nie mają już rezerw na poświęcanie czasu zdrowym dzieciom, tymczasem one potrzebują uwagi, miłości i normalności. Straciły kontakt nie tylko z rodzicami, ale też z rodzeństwem, bo dzieciom zdrowym nie wolno wchodzić do szpitala. Warto zadbać o to, żeby rodzeństwo miało kontakt, żeby do siebie na przykład dzwoniło. Mamy na szczęście do dyspozycji całą technologię.

Czy należy dokładnie wyjaśniać, co dzieję się z chorą siostrą czy bratem?
To znów zależy od wieku i od tego, ile rodzeństwo chce wiedzieć, ale generalnie warto przygotować je na ewentualne zmiany w wyglądzie pacjenta, bo przecież leczenie choroby nowotworowej odbija się na fizyczności. I oczywiście nie chodzi nam tu o przekazanie suchych informacji, tylko o rozmowę, co dzieje się z chorym. Chodzi o to, żeby zdrowe dziecko nie było zaskoczone brakiem włosów czy otyłością wywołaną zastosowaniem sterydów. Albo amputacją, bo przecież i to się zdarza w leczeniu chorób nowotworowych.

To bardzo trudne zadania dla rodzica.
Tak, i tutaj też potrzebne jest wsparcie. Dlatego warto być w stałym kontakcie z psychologiem, który przygotuje rodzica na taką rozmowę, powie, jak ją delikatnie przeprowadzić, a nawet przećwiczy.

Zatem może jednak psycholog powinien takie rozmowy przeprowadzać z rodzeństwem?
Moim zdaniem to jednak rola rodzica, z którym dziecko jest związane i czuje się bezpieczne. Taka próba wprowadzenia obcej, nieznanej osoby, żeby przeprowadziła rozmowę, może być jeszcze bardziej stresująca dla dziecka. Lepiej jest, gdy psycholog przygotowuje rodzica, ale to rodzic rozmawia ze swoim dzieckiem. Taka kolej rzeczy jest naturalna.

Myślę, że bardzo łatwo jest obciążyć zdrowe dziecko chorobą rodzeństwa.
Dlatego tak ważne jest, żeby rodzic szukał wsparcia tylko u innych dorosłych. Nie należy przy zdrowym dziecku płakać, dzielić się swoimi emocjami, szczególnie lękiem, bo dziecko zawsze chce chronić rodziców. A nawet prawie dorosłe, nastoletnie zdrowe dziecko nie może być pocieszycielem dorosłych.

Ale czasem nie ma nikogo innego…
Rodzice często mają takie wrażenie, ale przecież zawsze są wokół nas inni dorośli: lekarz, pielęgniarka, psycholog, znajomi czy chociażby rodzice innych chorych dzieci. Bywa jednak, że rodzicom jest trudno prosić o pomoc, albo nie widzą, że otoczenie jest gotowe ich wesprzeć. Warto by bliscy, przyjaciele takiej rodziny przyjęli aktywną postawę i tak jak już wcześniej wspomniałam – pytali. Czasem ta pomoc może polegać na tym, że choć na chwilę zastąpi się takiego rodzica w szpitalu i będzie on mógł chociażby wyjść na spacer czy do fryzjera.

Chyba nie miałabym odwagi zapytać rodzica, który ma tak chore dziecko, czy chce iść do fryzjera. Nie umiem sobie wyobrazić, że sama miałabym na to ochotę. Myślę też, że społeczeństwo narzuca obraz cierpiącego udręczonego.
Ten fryzjer to może bardziej metafora i pytanie, czy rodzic w trakcie chorowania dziecka ma prawo zająć się też swoimi potrzebami. Widziałam, jak rodzice dawali z siebie wszystko. A przecież leczenie trwa miesiącami, czasem nawet latami. Do opieki potrzeba mnóstwo sił. Niewyspany, udręczony, samotny, przeciążony rodzic nie będzie dobrym wsparciem. Dlatego tak ważne jest, by inni dorośli pomagali rodzicom w odzyskiwaniu, choć na chwilę, poczucia równowagi, pomagali w regeneracji. A co do fryzjera – pamiętam, jak jedna z fundacji zorganizowała wizytę właśnie fryzjera na oddziale – ileż było śmiechu i radości, gdy rodzice mogli wreszcie zająć się sobą.

Zbieram się z pytaniem na temat opieki paliatywnej. Jak rozmawiać z dziećmi o śmierci, o tym, że nie wyzdrowieją?
Pamiętajmy, że onkologia dziecięca ma inną dynamikę. Dzieci zdrowieją znacznie częściej niż dorośli. Bardzo skutecznie leczymy choroby nowotworowe u dzieci. Ale bywa niestety, że choroba okazuje się silniejsza niż medycyna. I tu obowiązują te same zasady: nic na siłę. Nigdy nie atakujmy pacjenta tym tematem.

Mam poczucie, że rozmawianie o śmierci to nie są mądre monologi, bo to nie czas na nasze, dorosłe przemyślenia czy przekonania np. religijne. To czas na to, by usłyszeć, co myśli o tym dziecko, z jakimi pytaniami się mierzy. Pamiętam pacjenta, który zapytał: „czy w niebie jest McDonald?”, bo usłyszał, że w niebie jest wszystko, co najlepsze, a po śmierci idzie się do nieba. Ale najczęściej to są bardzo nieśmiałe i ulotne momenty, gdy pacjent zastanawia się, jak to jest z tą śmiercią. Chociaż bywały także sytuacje, gdy pacjent, najczęściej nastolatek, zadawał pytanie: „czy ja umrę?”. I tu nie ma jednej dobrej odpowiedzi, ale dla mnie takie pytanie pacjenta jest zawsze punktem wyjścia do rozmowy, co stoi za takim pytaniem, jakie myśli, jakie fantazje, jakie uczucia. Często w rozmawianiu o śmierci nie tyle chodzi o konkretną odpowiedź, ale o stworzenie bezpiecznej atmosfery, by dziecko mogło podzielić się z drugim dorosłym swoimi niepokojami, lękami, refleksjami. Chociaż czasem młody człowiek chce po prostu wiedzieć, jakie są jego rokowania, bo myśli o tym, by móc się z kimś pożegnać, może pogodzić, a może coś komuś ważnego powiedzieć. Tylko w rozmowie z pacjentem możemy poznać, jaki motyw stoi za jego pytaniem.

A czy dzieci boją się śmierci?
Boją się i martwią. Czasem zastanawiają się, co się stanie z ich rzeczami, jak rodzice to zniosą, co będzie po śmierci. Pamiętam dziewczynkę, która w zabawie opowiadała mi, jak sobie wyobraża, co będzie po śmierci. Wyzdrowiała i ma się dobrze, ale widać, że myśl o śmierci może się pojawić.

Nie wiem, który rodzic by to udźwignął…
Dlatego w szpitalu pracują psychologowie. Dzieci potrzebują bezpiecznej przestrzeni – z dorosłym, który nie zabroni poruszania tego tematu, nie wystraszy się ani nie rozpłacze na dźwięk słów „boję się, że umrę”. Chcę podkreślić, że nowotwory są uleczalne i że wbrew aktualnie bardzo złym opiniom na temat służby zdrowia, dziecięcy onkolodzy to w większości kompetentni, empatyczni ludzie, którzy wiążą się bardzo mocno ze swoimi pacjentami i walczą o nich tak samo jak rodzice.

Fundacja Alivia jest Organizacją Pożytku Publicznego, która pomaga chorym na raka m.in. w finansowaniu nierefundowanych terapii i konsultacji. Więcej na temat przekazania 1% podatku na rzecz fundacji na www.alivia.org.pl.

Marta Rusek, specjalistka psychologii klinicznej, psychoterapeutka, psychoonkolożka. Przez wiele lat pracowała jako psycholog na oddziale onkologii dziecięcej. Współzałożycielka Warszawskiego Centrum Psychoonkologii, www.psychoterapia-mokotow.pl.

  1. Psychologia

Somatoterapia – ulecz swoje ciało

Najkrócej można więc określić psychoterapię jako terapię duszy, a somatoterapię jako terapię poprzez ciało. (Fot. iStock)
Najkrócej można więc określić psychoterapię jako terapię duszy, a somatoterapię jako terapię poprzez ciało. (Fot. iStock)
Żyjąc w pośpiechu, często zapominamy o potrzebach własnego ciała. A tymczasem ono skrzętnie „notuje” wszystkie przeżywane emocje i niejednokrotnie cierpi z ich powodu. Jak poprawić zdrowie i jakość swojego życia dzięki terapii ciała opowiada somatoterapeutka Emilia Żurek.

Czym różni się somatoterapia od psychoterapii?
Można powiedzieć, że somatoterapia to psychoterapia ciała korzystająca z opracowanych naukowo metod. Twórcą somatoterapii jest francuski psychiatra dr Richard Meyer, w którego szkole miałam szczęście uczyć się metod pracy z ciałem i emocjami. Somatoterapia wywodzi się z psychoanalizy. Psychoanaliza Zygmunta Freuda koncentruje się na „słowie”, Wilhelm Reich i Sándor Ferenczi włączyli do terapii ciało. W rozwoju postrzegania aspektów ciała wymienia się cztery etapy: ciało funkcjonalne, ciało emocjonalne, ciało zmysłowe i wymiar duchowy.

Najkrócej można więc określić psychoterapię jako terapię duszy, a somatoterapię jako terapię poprzez ciało.

Czy uczucia i emocje mają wpływ na nasze zdrowie?
Temat przeżywanych uczuć i emocji na zachowanie oraz zdrowie człowieka jest bardzo obszerny. Najczęściej terminów „uczucie” i „emocja” używa się zamiennie chociaż nie są to jednoznaczne stany.

Emocje są formą interakcji, modulują zachowanie oraz nastrój. Uczucia cechuje brak bezpośredniej zależności od aktualnej sytuacji. Uczucia są stałe, a emocje zmieniają się w określonej sytuacji, są reakcją na akcję. Robert Plutchik opracował teorię emocji, w której wyróżnił tzw. emocje pierwotne (dotyczące działań adaptacyjnych, pomagających w procesie przetrwania) i emocje wtórne, które powstają w wyniku relacji interpersonalnych. Emocje cechuje krótkotrwałość, w jednej chwili przeżywa się jedną emocję. Nie można jednocześnie doznawać akceptacji i wstrętu, dwóch przeciwstawnych emocji.

Siłą sprawczą emocji mogą być np. sytuacje, kontakt z samym sobą, a także słowa, które kierujemy do innych. Warto pamiętać, że „rany” zadane słowami trudno się goją i pozostają głęboko w pamięci. Znam z praktyki szereg przykładów, gdy wypowiedziane nawet w dobrej wierze słowa, stały się praprzyczyną zaburzeń łaknienia u kobiet. \ Emocje mogą mieć charakter ukierunkowany na działanie pobudzające lub spowalniające. Przeżycia wywołują reakcje fizjologiczne np. strach może wywołać spadek ciśnienia, tętna, powodować płytki oddech i znieruchomienie albo potrzebę działania (ucieczkę).

Powtarzające się negatywne lub głęboko ukryte emocje, zwłaszcza te niszczące poczucie naszej godności, mogą wywoływać złe samopoczucie pomimo dobrych wyników badań laboratoryjnych stanu organizmu. Mogą też utrudniać nawiązanie i podtrzymanie relacji z innymi ludźmi, w tym stworzenie udanego związku partnerskiego. Należy pamiętać, że podobne sytuacje wywołują podobne emocje, nawet te dawne, pozornie zapomniane. Przeżywana emocja „zapamiętana” jest w korelacji do danej sytuacji.

Jakimi metodami posługuje się somatoterapia?
Somatoterapia jest eklektyczną terapią korzystającą z opracowanych wcześniej metod, ale somatoterapeuci wypracowują nieustannie nowe metody mające charakter polisensoryczny, angażujący wszystkie zmysły: wzrok, słuch, dotyk, smak. W pracy z ciałem stosuje się metody dostosowane do potrzeb pacjenta, w tym dotyk (za przyzwoleniem pacjenta).

Neurobiolog António Damásio zajmujący się m.in. neuronalnymi podstawami emocji udowodnił, że emocje zdecydowanie wpływają na poznawanie społeczne i podejmowanie decyzji. W badaniach laboratoryjnych potwierdził też, że ciało „zapamiętuje” emocje po 200 milisekundach a umysł uświadamia sobie przeżywaną emocję po 900 milisekundach. W pracy z ciałem poprzez określone ćwiczenia dociera się do emocji, o których już świadomie się „zapomniało”, np. gdy pacjent odczuwa dolegliwości w jakimś miejscu (a nie jest to miejsce zmienione chorobowo) można poprzez odpowiedni masaż uciskowy tego miejsca dotrzeć do „zapisanych” emocji i przeanalizować ich wpływ na aktualny stan zdrowia pacjenta, sytuację życiową, zachowania. Niekiedy odkrywa się zaskakujące rzeczy. Ja w ten sposób dowiedziałam się, że miałam problem z wyrażaniem złości. Metody somatoterapii umożliwiły dalszą analizę, aby zrozumieć własne zachowania, motywacje w relacjach z innymi ludźmi.

Z jakimi problemami warto zwrócić się do somatoterapeuty?
Praktycznie ze wszystkimi problemami życiowymi można zgłosić się na sesje somatoterapii. W wielu przypadkach proponuję pacjentom działania równoległe z zakresu somatoterapii i psychoterapii. Stany depresji, psychoz powinny być leczone równolegle przez lekarza psychiatrę, i najlepiej też psychoterapeutę. Somatoterapia pozwala uwolnić się w sposób bezpieczny od ograniczających emocji, poprawić relacje, przepracować trudności interpersonalne. Najskuteczniejszą metodą w psychoterapii ciała jest połączenie pracy indywidualnej z grupową. Jako coach łączę też somatoterapię z metodami somatocoachingu. Celem jest reintegracja organizmu osoby rozpoczynającej somatoterapię.

Metody somatoterapii wspierają wszystkie działania w zakresie profilaktyki zdrowia i zachowania pięknego wyglądu. Przykładem mogą być ćwiczenia wzmacniające mięśnie twarzy. Można nauczyć się samodzielnego masażu twarzy, który nie tylko stymuluję komórki skóry, ale jest rodzajem akupresury (poprawia pracę narządów wewnętrznych).

Jakie efekty przynosi somatoterapia?
Efekty terapii można określić za pomocą testów, ewaluacyjnych ćwiczeń dających możliwość samooceny. Jednak to sami pacjenci najlepiej wiedzą, czy w ich życiu dokonała się pozytywna zmiana, czy lepiej radzą sobie w trudnych sytuacjach i mają większe poczucie własnej wartości.