1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Taki ze mnie nieśmieszny gość

Taki ze mnie nieśmieszny gość

„Zgubiłem kiedyś pory roku, goniłem za zapachem bzu…”. W rozmowie z Hanią Halek Jan Nowicki zdradza swoje myśli o Bogu, czasie, kobietach i miłości. I o tym, czego nie cierpi. Po prostu: Wielki Szu rozdaje karty!

Dziś niedziela. Idzie pan na sumę?

Właśnie dziś mówiłem Gosi, że muszę iść do kościoła. Na sumę – masz rację – po to chodzimy, żeby podsumować tydzień. Kościół to również sprawa nawyku, rytuału. Jak człowiek przestanie, to mu się odechciewa.

Ale po co tam właściwie chodzić?

Jako dziecko chodziłem do kościoła przez cały czas, bo w naszym małym Kowalu nie można było nie pójść – chodzili wszyscy. To było czymś tak naturalnym jak oddech. Poza tym była to jedna z nielicznych atrakcji, poza cmentarzem. Pogrzeby, śluby i chrzciny albo jeszcze ewentualnie pożary stawały się naszymi dziecięcymi teatrami. Trudno w tym kontekście mówić o Bogu – dla nas, dzieci, był to temat trudny i nudny, ale niedziela miała dla mnie inny kolor, uroczą przejrzystość powietrza, choć wtedy jeszcze nie zdawałem sobie z tego sprawy. W niedzielę nikt nie ośmielił się rąbać drew ani chodzić po wodę do pompy. A w zakazach jest ogromny urok, dlatego, że w pewnym momencie następuje ich finał. Wtedy radość jest ogromna. Gdy dowiedziałem się, że jakieś palanty, pewnie kościelne, wymyśliły, że w Wigilię wolno jeść mięso, po prostu oniemiałem – jakby ktoś kopnął mnie w brzuch. Całymi latami jadło się postne, a po powrocie z pasterki człowiek jak dziki rzucał się na szynkę. Jaki ona miała niesamowity smak – dziewczyno! Wynikający z zakazu.

Czego sobie pan dziś zakazuje?

Jestem facetem, który nie cierpi rygorów. Mnie nawet nie stać na plan. A marzenia mnie męczą. Jak coś robię, to zawsze na taki gwizdek, na jaki mi się podoba. Teraz na przykład chcę schudnąć, ponieważ zaczynam film. Pani pojęcia o tym nie ma, bo na pani można się anatomii uczyć, ale w moim przypadku jest tak, że jak schudnę 5 kg, to wydaje mi się, że jestem mądrzejszy. Kiedy grałem w filmie Márty Mészáros „Niepochowany”, straciłem 26 kg. Węgrzy lubią jeść, więc ekipa, na której oczach chudłem, patrzyła na mnie jak na świętego. To długa historia, powiem tylko, że poczułem wtedy, iż zyskałem odrębność i przewagę nad otoczeniem, bo ono było grube. Na weselu mojego Łukasza skakałem całą noc jak pasikonik, a gdy wsiadałem do samochodu, miałem wrażenie, że to nie ja, tylko mój cień siada za kierownicą. To było niesamowite.

 
Nie chciał pan już taki zostać?

Ale skąd?! Ja mam 72 lata i nie będę się wygłupiać. Chudy gość w tym wieku wygląda jak stara Indianka nad ogniskiem. Mam w nosie, czy jestem gruby czy chudy. Każdy kolejny dzień ma być smukły – nie ja!

Dlaczego?

Bo wiem, że łamanie paznokci i wypadanie zębów czy włosów jest naturalną koleją rzeczy. Ci bardziej naiwni kupują kremy, olejki i balsamy, żeby czuć się lepiej niż na to wyglądają. Uważam, że to tylko przedłużanie agonii. To sakramencko niemęskie. W moim wieku obowiązkowo trzeba czuć się nie najlepiej, kląć na otaczającą rzeczywistość, zapominać brać ze sobą okulary i nie mieć do siebie większych pretensji. A przede wszystkim zdobyć się na autoironię.

A co pana w panu najbardziej śmieszy?

To bardzo ponure pytanie... Mam odpowiedź, ale nie wiem, czy dobrą. Śmieszy mnie pewna moja niedojrzałość, której trzymam się jak rzep psiego ogona. Całe życie w niektórych sprawach jestem prawdomówny, choć już dawno nie powinienem tego robić. Nie ma przecież najmniejszemu sensu, żeby komuś, kto źle gra, mówić, że tak jest, bo to przecież boli. A ja robię to wciąż, bo wydaje mi się szlachetne. I że w ten sposób pchamy pewną ideę bycia artystą do przodu. Śmieszy mnie też, że nie potrafię pochwalić ewidentnie wstrętnego leczo przygotowanego przez gospodynię na kolację.

To co pan wtedy robi?

Podziubię trochę, a potem mówię, że jest ohydne i proszę o kawałek chleba ze smalcem albo z masłem. Nie będę przecież chwalił niedobrego jedzenia, bo mi się wydaje, że wtedy obrażam coś znacznie ważniejszego od nas, konsumentów. Obrażam sens smaku. Ale tak w ogóle to ze mnie bardzo nieśmieszny gość. Mnie nie śmieszą rzeczy śmieszne. W zasadzie brzydzę się ludźmi, którzy mówią komiczne monologi, i nie mogę wyjść z podziwu, że inni się z tego śmieją. Nie chciałbym się przez to wywyższać, ponieważ nie ma lepszego i gorszego poczucia humoru i w zasadzie zawsze jest dobrze, jak ludzie szczerzą zęby. Jednak mnie bardziej śmieszą rzeczy dramatyczne w swej istocie. To, co prymitywnie można określić czarnym humorem. Albo to, co było udziałem „Kabaretu Starszych Panów”.

 
Lubię zawstydzić się po momencie, w którym się uśmiechnąłem, albo się wystraszyć. Uwielbiam to, co trzymało nas razem z moim przyjacielem, Piotrem Skrzyneckim. Pamiętam, jak kiedyś wędrowaliśmy razem ulicą w Budapeszcie: przed nami szła staruszka, znana postać w mieście, była arystokratka, mówili o niej „księżniczka”. Idzie taka szalenie przygarbiona, że głowę ma prawie przy ziemi, a w ręku bardzo, bardzo wysoko trzyma uniesioną elegancką torebkę. Ja mówię: „Panie Piotrze, niech pan zobaczy, jaka biedna”. On pyta: „Dlaczego?”. A mnie wydaje się, że jestem dowcipny, więc brnę dalej: „No, jak to dlaczego? Przecież nie ogląda słońca”. I słyszę: „Wystarczy jej podłożyć nogę i zobaczy”. To powiedział pan Piotr, który kochał starych ludzi.

Dlaczego mówiliście do siebie per pan?

Bo ja sobie nie wyobrażam, żebym mógł do pana Piotra powiedzieć: Piotrusiu. No, skąd! Wykluczone. Tak się zaczęło i tak się skończyło. Rzecz polega na tym, że gdy zmarł, bardzo za nim tęskniłem. Niemal fizycznie, jakby ktoś odciął mi tlen i nie wiedziałem, co mam zrobić. Jak „Przekrój” zaproponował mi stałą rubrykę, wykorzystałem ją na pisanie listów do pana Piotra i odpisywanie w jego imieniu z nieba na ziemię. On mi donosił, co u niego w jego nieżyciu, a ja, co w moim życiu. Trwało to prawie 5 lat i poza wszystkim było niesłychaną terapią, bo ja w sposób dziecinny (ale co to za różnica, skoro skuteczny?) zmniejszyłem tęsknotę. Znieczuliłem ją. W ten sposób także dorobiłem się autoironii, tego satyrycznego stosunku do starości, przemijania, niedołęstwa. Bo innego wyjścia nie ma. Łzy są tu do niczego niepotrzebne. Lekarstwem na starość jest poczucie humoru i dystans do tego, z czym i tak nie jesteśmy  w stanie walczyć, czyli czasu i jego skutków. Ale nie wolno pogardzać człowiekiem, z którego się śmiejemy. Chodzi o godność. I tutaj... dochodzimy do odwiecznej dyskusji, czy dzieciakowi przylać, czy nie. Nas matka lała, to jasne. A godność? Odpowiedź jest jedna: jak dziecko dostanie po dupie z miłości, a matka za chwilę je przytuli i razem się popłaczą, to jest ok. A fałszywe głaskanie po twarzy, dawanie pieniędzy nie jest niczym innym jak demoralizacją. To nie miłość. To alibi dla rodziców, którzy nie kochają. Podstawowym obowiązkiem jest miłość, a nie, kurwa, rozmyślania, czy dać dzieciakowi ścierką po głowie, czy nie. Gdy mój Łukasz miał ten moment w dzieciństwie, że wkładał język w kontakt do prądu, to co? Miałem mu o woltach, watach i amperach opowiadać? Musiał dostać w łeb, bo tylko wtedy wiedział, że nie wolno.

Superniania by się rozpłakała.

To taka w okularach? Spotkałem ją kiedyś w telewizji, bo nie wiem, czy wiesz, że ja się wypowiadam na każdy temat. Choć nieraz jestem kompletnym dyletantem, ale w telewizji trzeba mówić głupstwa. Mądrych rzeczy nikt nie słucha. I chyba z powodu tych głupstw wygłaszanych na dowolny temat mnie zapraszają. Zdaję sobie z tego sprawę, więc idę, każę sobie płacić, mówię głupoty i wychodzę.

(...)

Więcej w numerze 4 / 2011

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze