fbpx

Czy boisz się kochać?

Czy boisz się kochać?
W relacji uczymy się otwierać na siebie. Chwilami czujemy, że jesteśmy spojeni jak dwie cegły zaprawą, a chwilami wskakujemy w nasze lęki. One są jak więzy, które lepiej powoli rozplątywać, niż zrywać czy pokonywać na siłę. (fot. iStock)

Miłość wymaga zaufania, wyjścia z warownej fortecy, jaką wznieśliśmy dla własnego bezpieczeństwa. Z psychoterapeutą Jarosławem Józefowiczem rozmawia Aleksandra Nowakowska.

Czy miłość to ryzyko?

Zawsze. Obdarzenie kogoś głębokim uczuciem wymaga odpuszczenia kontroli, porzucenia – chociaż odrobinę – strefy bezpieczeństwa indywidualnego, by skupić się na budowaniu bezpieczeństwa wspólnego. Bo choć hasła rozwojowe głoszą: „Otwórz się. Bądź prawdziwy”, to rzadko kto umie zastosować je w życiu. Miłość miesza się z lękiem – na różnych poziomach, warstwach, etapach. Wciąż próbujemy ten ogień z wodą pogodzić, oswoić. Być blisko, a jednocześnie jakiejś części siebie nie dać, zostawić wyjście awaryjne.

Rozwój relacji miłosnej przypomina raczej spiralę, bo lęk co jakiś czas do nas powraca. Dobrze jest chyba mieć świadomość, czego tak naprawdę się boimy.

Miłość prowadzi do mierzenia się z własnymi lękami – ich źródła są zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz nas. Te pierwsze mogą przejawiać się w tym, że partner czy partnerka wykazują postawę, którą postrzegamy jako w jakiś sposób niebezpieczną. Na przykład kogoś pociąga kobieta, która bywa nie do końca uczciwa w interesach, ktoś inny zakochuje się np. w hazardzistce. Chcą się zaangażować w relację, a jednocześnie odczuwają lęk. Pod postacią niepokoju odzywa się wewnętrzna mądrość. Może warto posłuchać jej głosu? W relacjach bardzo często odbieramy sygnały nie do końca świadomie – na poziomie skojarzeń, interpretacji ruchów, intonacji, zapachu, sytuacji. Zanurzeni po szyję w romansie nie poświęcamy im uwagi, a w ten sposób nasz organizm krzyczy właśnie: „Boję się!”.

A wewnętrzne lęki, które przeżywamy z powodu miłości?

Pozwolenie sobie na doznawanie głębszych uczuć konfrontuje nas z lękami, które mogą płynąć z najróżniejszych poziomów. Pierwszy, bardzo podstawowy, nieomal biologiczny, wiąże się z poczuciem bezpieczeństwa. Lęk to zamknięcie, w skrajnych przypadkach – forteca najeżona działami. Gdy stawiamy jej mury, czujemy się bezpiecznie, ale nie przeżywamy uczuć.

Kontrolujemy się, bo decydując się na miłość, ryzykujemy odrzucenie, cierpienie, poniżenie…

Czyli wchodzimy na grunt indywidualnych doświadczeń, które wracają do nas, kiedy angażujemy się w związek. Pochodzą one z naszej historii rodzinnej, także poprzednich relacji. Trudne przeżycia dotyczące emocji i bliskości to deficyty. Nieraz tak wielkie, że mają charakter psychologicznych kompleksów. W tym wymiarze funkcjonują one trochę jak magnes, który przyciąga wciąż podobne doświadczenia. Niestety, negatywne.

Na przykład?

Mężczyzna mógł w domu nie doświadczyć bliskości fizycznej – przytulania, całowania, wyrażania uczuć przez gest. Później w taki sposób zachowuje się w związku i partnerka ocenia go jako oschłego. Im bardziej ona nalega, by okazywał czułość, tym bardziej on, broniąc się, staje się szorstki. Inny mężczyzna może w związku powielać znaną z domu, środowiska czy kultury męską dominację, więc będzie się idealnie uzupełniał z partnerką, która daje się rozstawiać po kątach.

To są deficyty, które sprawiają, że sposób przeżywania relacji niewiele ma wspólnego z prawdziwym zbliżeniem się do siebie. Takim relacjom towarzyszy nieraz ogrom emocji, jednak w ich obrębie partnerzy nie wychodzą z określonych, splecionych ze sobą ról.

Kobieta często szuka w mężczyźnie ojca. A mężczyzna chce, żeby kobieta była tak dobra, jak matka, albo tak dobra, jak matka nie była. Nie jesteśmy sobą, nie wybieramy świadomie.

Tor, który znamy, ściąga nas z ogromną siłą. Albo realizujemy jakieś jego przeciwieństwo, albo powielamy to, co było. W obu przypadkach jesteśmy ciągle w dawnej historii. Takie scenariusze płyną z wewnętrznego lęku. Boimy się, bo nie wiemy, co to znaczy naprawdę być w relacji. Myśl, żeby coś zmienić, siebie, swój związek – paraliżuje albo w ogóle nie przychodzi do głowy.

I co z tym zrobić? Wystarczy świadomość, jakie schematy powielamy?

Pierwszy stopień to świadomość schematów, jakie powielamy. Potem czeka nas próba mierzenia się z lękami i przyzwyczajeniami, które nas zasysają. To bywa trudne, bo te ograniczenia to prawdziwe więzy. Możemy mieć w nie wgląd, zobaczyć ich ogólny obraz, a potem zanurzyć się w codzienności i znów popaść w to, co znane. Nie chcemy być krytyczną matką, uległą żoną, despotyczną głową rodziny, a jesteśmy. Kiedy cierpimy z powodu powtarzalności negatywnych zachowań, warto podjąć zdecydowane kroki – stałe budowanie świadomości, edukację psychologiczną, nawet pomoc w postaci psychoterapii, żeby coraz bardziej poznawać, co znaczy żyć własnym życiem.

Zdarza się, że nie wchodzimy w relację, która jest pociągająca, ale z jakiegoś powodu nas straszy. Rezygnujemy z zaangażowania, wyznania uczuć, a potem żałujemy, doświadczamy głodu miłości. Dlaczego?

To także wiąże z lękiem wykroczenia poza schematy, wskazuje na przywiązanie do tego, co znane, brak elastyczności, odwagi. Nie chcę powiedzieć, że nasze lęki to coś złego, co trzeba na siłę pokonywać. One są jak więzy, które lepiej świadomie rozplątywać niż zrywać. Literatura i film pokazują, że rzucanie się na głęboką wodę ostatecznie ma szczęśliwe zakończenie, w życiu bywa różnie. Jeśli wewnątrz mamy jakieś zapętlenia, a na zewnątrz zrobimy szalony krok, raczej splątamy się jeszcze bardziej, utrwalimy dysfunkcyjny wzorzec. Na przykład ktoś zdecyduje się na związek z silną kobietą, ale ponieważ w środku jest słaby i siła go przeraża, będzie chciał z niej zrobić uległą kurę domową. Jeśli ona się zbuntuje, będzie źle, bo on utwierdzi się tylko w przekonaniu, że silne kobiety są okropne we współżyciu. Jeśli ona się podda, też niedobrze, bo taka już nie będzie go pociągała.

Kiedy świadomie przepracowujemy swoje deficyty, zdarza się, że zbliżanie się do upragnionej osoby odbywa się samoistnie. Co więcej, ona może przestać być tak bardzo upragniona. Jeśli poradzimy sobie z wewnętrznymi ograniczeniami, to zewnętrzna materializacja dokona się sama, pod warunkiem, że opiera się na czymś głębszym albo nie będzie już takiej potrzeby – bo to, o co nam chodziło, wydarzyło się w świecie wewnętrznym. Pokonywanie tych trudności wiedzie nas ostatecznie do autentyczności.

Wtedy mniej boimy się miłości?

Zawsze jest jakiś procent lęku. W relacji uczymy się otwierać na siebie. Chwilami czujemy, że jesteśmy zespoleni jak dwie cegły zaprawą, a chwilami wskakujemy w nasze lęki i przyzwyczajenia. Ale jest też poziom miłości nadrzędnej – bo właściwie nie wiadomo, dlaczego mamy upodobanie do tej właśnie kobiety czy tego mężczyzny.

Jest jeszcze coś więcej, co nas łączy. Więcej niż zawiłości psychiczne i splątania. Przepływ, który umożliwia przeżywanie czegoś głębszego, piękniejszego.

 

 

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>