Czy i kiedy myśleć o śmierci?

Bez świadomości przemijania trudno mieć zrównoważone spojrzenie na to, co przeżywamy. (Fot. iStock)

Gdy młodzi mężczyźni dowiadują się, że ktoś znajomy utonął, umarł na serce, miał wypadek, zaczynają tracić poczucie pewności siebie, popadają w stany lękowe i depresyjne. To początek przemiany – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Młody mężczyzna dowiaduje się o śmierci przyjaciela. Nie może uwierzyć w wypadek motocyklowy w środku dnia na skrzyżowaniu ulic dużego miasta. „Niemożliwe” – powtarza jak w transie.
Jeden z moich klientów, 38-letni menedżer w korporacji, przychodzi po pomoc wstrząśnięty śmiercią koleżanki z działu. Wyjechała na weekend w góry. Odpadła od skały w trakcie wspinaczki, zginęła na miejscu. Mija ponad miesiąc od pogrzebu, a współpracownicy nie mogą się otrząsnąć z szoku, są sparaliżowani zdarzeniem, które przecież nie powinno mieć miejsca…

Nie powinno się zdarzyć?
Tak, oni w kółko powtarzają, że coś takiego nie powinno się zdarzyć. Stało się coś absolutnie nieracjonalnego, nieprzewidywalnego. Nie mogą się z tym ułożyć.

Dlaczego?
Ponieważ śmierć w ich odczuciu dotyczy ludzi starych, chorych, na emeryturze. Śmierć 30-latki nie mieści się w głowie. Jak to możliwe? Właśnie awansowała, taka zdolna, lubiana, przedsiębiorcza, liderka zespołu. Miała przed sobą tyle planów.

To tak jakby młodzi ludzie nie dowierzali, że śmierć naprawdę istnieje.
Mówią: „Jeszcze nie teraz! Nie ma sensu zajmować się śmiercią w naszym wieku. Życie przed nami!”. Patrzą na rówieśników: „No, który z nich myśli o śmierci?!”. Myślą o karierach, rodzinach, przygodach, podróżach, awansach, pasjach. Jest przecież tyle możliwości; tyle do poznania, odkrycia. Tyle celów do zrealizowania! Wielu więc odsuwa myślenie o końcu jak najdalej się da. „Śmierć? Daj spokój!”

Straszne słowo.
Straszny temat. Nie można go, niestety, odsuwać w nieskończoność, ponieważ ludzie – także młodzi – jednak umierają, i to na naszych oczach. Gdy młodzi mężczyźni dowiadują się, że ktoś znajomy utonął, umarł na serce, miał wypadek, zaczynają tracić poczucie pewności siebie, popadają w stany lękowe i depresyjne.

Nie ma gwarancji dalszego życia.
Właśnie. Nikt nie daje gwarancji. Wszystko może się zdarzyć. „Dotąd się udawało, ale kto wie?!” Jeden z moich klientów jechał do mnie na sesję i miał wypadek samochodowy. „A więc to tak, a więc naprawdę mogłem zginąć?” Wstrząs, niedowierzanie. Tacy mężczyźni z przerażeniem zaczynają myśleć o tym, że ich rodzina miałaby zostać bez opieki, dzieci bez ojca, tyle spraw bez finału.

Jak sobie z tym radzą?
Niestety, ten lęk najczęściej nie jest do końca uświadomiony. Temat końca udaje nam się perfekcyjnie wypierać ze świadomości. Uciekamy.

W jaki sposób?
Żyjąc jeszcze szybciej, jeszcze mocniej. Skoro wszystko jest tak niepewne, trzeba czerpać z życia ile się da, łapać okazje. Jeszcze więcej konsumować, jeszcze więcej poznawać, podróżować, romansować, imprezować. Tacy mężczyźni nie dają sobie chwili wytchnienia. Na pierwszy rzut oka wydają się ludźmi tryskającymi pasją życia: energiczni, zdobywają świat, działają bez ograniczeń. Pod tą nadaktywnością, kompulsywnością czai się lęk. Gorzej, że przekraczają granice ryzyka. Nie myślą o śmierci, a jednak nieustannie ją prowokują. Nadużywają alkoholu, narkotyków, objadają się, zjeżdżają ze zbyt stromej góry, wypływają łodzią w sztorm, rozwijają gigantyczną prędkość, prowadząc motocykl czy samochód. Wszystko, co daje adrenalinę, wydaje się szalenie atrakcyjne. „Czuję wtedy do szpiku kości, że żyję” – wyznał jeden z mężczyzn.

Narażam życie, żeby czuć, że żyję? Chcę czuć, że żyję, skoro nie ma nic pewnego?
Widziałem filmy, na których mężczyźni próbują pobić różne rekordy, na przykład przeskoczyć na motocyklu 20 samochodów albo otworzyć spadochron na jak najniższej wysokości. Niestety, nie zawsze się udaje. Następstwem jest śmierć albo kalectwo. To są właśnie skutki niemyślenia o śmierci, odsuwania, ignorowania, uciekania, bo przecież „nas to jeszcze nie dotyczy”. Paradoksalnie właśnie wtedy się narażamy, robimy wszystko, żeby ze śmiercią ciągle się konfrontować. Brakuje zrównoważonej oceny sytuacji.

Jest więc nieświadoma część w psychice, która obawia się myśleć o życiu i śmierci, bo co dalej.
I cierpi z powodu braku odpowiedzi na wiele różnych pytań. Jaki to wszystko ma sens? Jakie jest moje miejsce w świecie? Skąd i dokąd zmierzam? Brak tego typu refleksji nasila przewlekły stres, sprawia, że mężczyzna zatraca poczucie realizmu. Umyka mu, w jaki sposób dbać o życie, wzmacniać je. Bez świadomości kresu trudno mieć zrównoważone spojrzenie na to, co się dzieje, co przeżywam, czego doświadczam i co to wszystko dla mnie znaczy. Tacy mężczyźni są mistrzami racjonalizacji. 40-letni kolega umarł na zawał. „No tak, ale on zawsze miał słabe serce, już w liceum i na studiach skarżył się na te bóle, i na WF-ie nie dawał rady…” Trudno polemizować, bo to wszystko może być prawda, jednak taka interpretacja sugeruje, że no tak, umarł, ale przecież były przyczyny! Wiadomo, dlaczego umarł. Można wtedy odetchnąć z ulgą: „A więc to przez tę wadę”.

Której ja przecież nie mam.
Właśnie. Jednak w końcu dociera do nas, że nie możemy mieć pewności, co się stanie jutro, gdy będziemy na przykład wracać do domu z pracy. My, mężczyźni, lubimy mieć rzeczy pod kontrolą. I te racjonalizacje temu właśnie służą – to jest przekonywanie siebie, że może jednak mamy jakąś kontrolę w tej kwestii. Że są do przewidzenia racjonalne powody śmierci wokół. Dla śmierci zarezerwowane są listopad, groby, świeczki, wiadomo. Ale myśleć o śmierci w codziennym życiu – to mężczyznom wydaje się grubą przesadą. „Skoro inni nie myślą i nie mówią, to czy nie wyjdę na idiotę, czy nie okaże się, że zwariowałem? Czy nie dostanę od tego depresji?”

To dobre pytanie. Zdaje się, że jest wręcz odwrotnie. Czytałam, że Bhutańczycy są najszczęśliwsi na świecie, ponieważ codziennie praktykują medytację śmierci.
Dużo rozmawiam z mężczyznami z Zachodu, którzy regularnie myślą o śmierci. Mówią to samo: zaczynają wreszcie doceniać to, co mają, kończą z nadmiarową konsumpcją i rywalizacją z kimkolwiek, proste rzeczy sprawiają radość, każda chwila jest cenna. Zwalniają tempo, uspokajają się. Ustaje wewnętrzny przymus, można się wreszcie odprężyć. To nic magicznego – rozluźnienie pojawia się w wyniku prostego psychologicznego mechanizmu nazywanego habituacją, który polega na przyzwyczajeniu. Rozważając regularnie na temat życia i śmierci, oswajamy temat, a wtedy przestaje być straszny, już nie robi wielkiego wrażenia. Staje się integralnym elementem życia.

Kiedy więc najlepiej zacząć praktykę rozważań o śmierci?
Wtedy, gdy będziemy na to gotowi, i… jak najszybciej się da. To może być słynne „myślenie pozytywne”, ponieważ myślenie o śmierci sprawia, że stajemy się silniejsi, bardziej odporni. Nie zaskakują nas już tak bardzo przypadki śmierci wokół, a na pewno przestają być szokujące. Nie musimy narażać życia w ryzykownych działaniach. Bardziej cenimy życie i zaczynamy się o nie troszczyć.

Co się dzieje, kiedy mężczyzna zszokowany śmiercią koleżanki z pracy przychodzi po pomoc?
Ten mężczyzna zbliżał się do czterdziestki. Pragnął uporać się z bólem i lękiem. Jednak, co bardzo ważne, w trakcie pracy terapeutycznej zaczął zastanawiać się nad własnym życiem. Dotąd temat śmierci dla niego nie istniał. Zgłosił się ze stanem graniczącym z depresją, ponieważ w jego oczach to, co osiągnął, straciło sens. Wyszedł od pytania, które w takich wypadkach zadaje sobie większość z nas: „Człowiek się uharuje, nastara i po co? Żeby umrzeć?”. Jakie znaczenie ma to, co robimy? Koleżanka, która zginęła, pięła się po szczeblach kariery. Mężczyznę w najbliższym czasie także czekał awans. Jednak on stracił motywację do pracy.

Czego się uchwycić, żeby znów chciało się żyć?
Przede wszystkim warto wiedzieć, że wszelkie wątpliwości, zamieszanie i zagubienie są czymś naturalnym w takiej sytuacji. Następny krok to odpuszczenie kontroli nad tym aspektem życia, który dotyczy naszej długowieczności; godzimy się na to, że są rzeczy, które od nas nie zależą. To, co od nas zależy, to, oczywiście, jakość tego życia. Dbamy o jakość, akceptując fakt, że wcześniej czy później przyjdzie kres. Mężczyzna, o którym mówimy, postanowił zmienić proporcje – więcej czasu dla relacji rodzinnych, kontaktów z dziećmi, z przyjaciółmi, dla pasji żeglowania, mniej dla pracy. Nie będzie walczył o dalsze awanse i karierę. Jeśli szefowie firmy uznają, że chcą mu powierzyć bardziej odpowiedzialne zadania, przyjmie je. Jednak nie będzie prowadził żadnej kampanii na ten temat wśród pracowników. „Żadnych nadmiarowych starań”.

Porządkowanie życia.
Tak, śmierć, którą widzimy wokół, wymusza takie porządki. Myślenie o drugiej połowie życia, która będzie miała kres, dla tego mężczyzny stało się czymś oczywistym. „Gdy wychodzę rano do pracy i żegnam się z rodziną, to wiem, że mogę nie wrócić. Dlatego wkładam w to pożegnanie całego siebie” – mówi. Paradoksalnie z tego dramatu, który się wydarzył, on i jego bliscy skorzystali niepomiernie. Oczywiście, nie ma co czekać na dramat, wypadek czy katastrofę. Bez względu na to, ile mamy lat, praktyczne codzienne rozmyślania o życiu i śmierci jak nic innego mają siłę podnieść jakość naszego życia, radykalnie je wzmocnić. Ten mężczyzna poszedł dalej – zaczął interesować się literaturą, odkryciami naukowymi i filmami na ten temat. Nasze dalsze rozmowy miały charakter filozoficzny.

Śmierć jako natura rzeczy?
Jako niezaprzeczalny fakt. Dobrze uświadomić sobie, że od początku istnienia życie rodzi się i umiera. A więc nie jesteśmy pierwsi ani ostatni. Poczucie, że nie jesteśmy z tym sami, że jesteśmy włączeni w długi łańcuch życia jako część większej całości, działa uspokajająco. I otrzeźwiająco: naszym zadaniem nie jest więc zaprzeczać ograniczoności własnego życia. A jednocześnie przecież życie nigdy się nie kończy, ciągle się odradza. Poprzez nasze decyzje i wybory wiele spowodowaliśmy; jesteśmy jak kamyk wrzucony do wody, w której rozchodzą się fale naszej życzliwości, pomocy, inspiracji. Inni będą nieśli nasz wkład dalej. Można o śmierci myśleć na wiele sposobów, nie tylko jako o biologicznym końcu. Oglądać ten temat z wielu stron, perspektyw, uwzględniać różne wymiary. Zaciekawić się nim. A może nawet zafascynować.