fbpx

Bóg się śmieje

Bóg się śmieje
Marianna Sztyma

Nic nie jest aż tak złe, żeby nie mogło być powodem
do uśmiechu. Wydaje się, że zgubiliśmy tę starą
mądrość. Radość może być niezależna od losu.
Zdarza się, że na drodze wewnętrznego rozwoju
dotykamy tego miejsca w sobie – zgody, akceptacji i radości. I to jest – jeśli wierzyć mistrzom – najbardziej naturalna część nas. Jak ją wzmocnić?

 Ksiądz Tischner TO miał. Dzwoniłam do niego z prośbą o wywiad, a on opowiadał, że właśnie zgubił klucze i szuka, i nie może znaleźć, i dzień mu się przez to wali w gruzy, i śmiał się. Uwielbiałam z nim rozmawiać. Taki luz, taki dystans – do siebie, do ludzi, do spraw, do życia. Życzliwość, łagodność.

Pamiętam rozmowy z Piotrem Skrzyneckim, twórcą Piwnicy pod Baranami. Mawiał, że wszystko poza serdeczną zabawą jest marnością nad marnościami. Cytował Montaigne’a: „jeśli potrafisz rozbawić człowieka tak, aby zapomniał, że jest smutny i źle mu na świecie, będziesz zbawiony”. Miał w sobie zgodę na swój los, pogodę ducha, humor, fantazję. „Jednego los przeznacza, żeby był chłopem, drugiego, żeby był królem, a trzeciego, żeby sobie beztrosko wędrował” – mawiał. Dopiero pod koniec życia cieszył się własnym mieszkaniem. „Bardzo miłe i ciekawe jest życie bez mieszkania. Trzeba tylko oduczyć się posiadania czegokolwiek”. Żył bez etatu, książeczki ubezpieczeniowej i stałych dochodów. W wakacje wsiadał do pierwszego lepszego autobusu i wyjeżdżał, czasem blisko, czasem na koniec świata. Łaził, poznawał ludzi, zwiedzał zabytki, leżał, kąpał się. Dziwił się światu i zachwycał nim.

W oczekiwaniu na koniec świata

Skąd brać radość? Jak dostać się do tej jakości w nas? Nikogo nie trzeba chyba przekonywać o uzdrawiającej sile śmiechu; że zdrowy śmiech (bo nie każdy jest zdrowy; ironiczny, kpiący, sarkastyczny rozsiewa wokół trujące fluidy) pomaga, niesie światło, prostuje kręte ścieżki. Rozwiewa smutki i uwalnia od złości. Sprawia, że możemy cieszyć się życiem, czuć miłość, być szczęśliwi tu i teraz, a dzięki temu stajemy się szlachetniejsi, lepsi, wspaniałomyślni i wrażliwi. Zdrowy śmiech wypływa z serca, jest głęboki, sięga korzeni duszy. Tworzy duchowe niebo, pod którym wszystko dojrzewa.

Śmiech łączy z ludźmi, jest pomostem do bliskości, tarczą ochronną, za którą nie dosięga nas upadek. To mistrzostwo życia – mieć w sobie życzliwość i otwartość, pogodny uśmiech, który obejmuje wszystkie doświadczenia, także te trudne, bolesne i niechciane. Radość może być niezależna od losu. Zdarza się, że na drodze wewnętrznego rozwoju dotykamy tego miejsca w sobie – zgody, akceptacji i radości. I to jest – jeśli wierzyć mistrzom – najbardziej naturalna część nas. Pisze o tym między innymi Deepak Chopra w znakomitej książce „Dlaczego Bóg się śmieje?”. Przytacza anegdotę o mężczyźnie, który w poniedziałek szedł na szafot i cieszył się, że „ten tydzień całkiem nieźle się zaczyna!”. I opowieść o kobiecie, która w restauracji prosi kelnera o deser lodowy. „Pragnę panią poinformować, że za pięć minut będzie koniec świata” – mówi kelner. A kobieta ze spokojem i uśmiechem: „w takim razie proszę dodać dużo bitej śmietany!”.

Przeprowadzono niezliczoną ilość badań, z których wynika, że życzliwy, pełen uśmiechu dystans do siebie łagodzi wewnętrzne i zewnętrzne konflikty. Zmniejsza napięcie w stresujących momentach. Osłabia negatywne uczucia. Obniża poziom lęku. Łamie skostniałe schematy i poszerza horyzonty. Pomaga oswajać nowe sytuacje.
Czytam wywiady z ludźmi o ich życiu. Pokazują, w jaki sposób możemy radzić sobie z wyzwaniami. Wojtek Malajkat na przykład często opowiada o swoich początkach w wymarzonym teatrze. Uśmiecham się, wyobrażając sobie, co się z nim działo. Jerzy Grzegorzewski, ówczesny dyrektor teatru Studio, szukał aktora do roli Hamleta. Wojtka poleciła profesorka Ewa Mirowska. W jej mieszkaniu miał odbyć się egzamin na Hamleta. Wojtek zabłądził, nie mógł trafić, spóźnił się 40 minut. Grzegorzewski już wychodził, spieszył się, jednak się cofnął, usiadł na brzegu krzesła, skasował Wojtka spojrzeniem, które nie wróżyło wiele dobrego, i powiedział: „no dobra, ja pana angażuję”. Potem była pierwsza próba „Hamleta”. Pociąg się spóźnił, więc Wojtek biegł do teatru, lało, pośliznął się, potłukł sobie jedno szkło w okularach, a kilka przekładów „Hamleta”, które wziął, żeby wyglądać poważniej, utytłało się w błocie. Zabłocony wpadł na salę prób. Usiadł na krześle, na którym jeden z kolegów postawił szklankę z herbatą. Ktoś westchnął: „Acha, to to będzie Hamlet…”. „21 lat grzałem się w cieple Grzegorzewskiego” – wspomina Wojtek, dziś dyrektor teatru Syrena.

Potrzebujemy życzliwości i troski dla siebie. Współczucia. Otwartości na to, co czujemy i czego doświadczamy. By uśmiechać się do siebie, trzeba żywić dla siebie dobre uczucia, cieszyć się sobą. Aby cieszyć się sobą, trzeba oswoić wewnętrzne demony i lęki. W bardzo interesującej książce „Radość życia, czyli jak zwyciężyć depresję” David D. Burns, badacz źródeł wewnętrznego dobrostanu, pisze o wewnętrznych uzależnieniach, które oddzielają od radości. Możemy być uzależnieni od aprobaty, miłości, osiągnięć, perfekcjonizmu, od tego, co „nam się należy”, a nawet od własnej mocy sprawczej. Kłopot w tym, że nie zawsze jesteśmy tego świadomi.

Uwaga na pułapki

Jeśli jesteśmy uzależnieni od aprobaty, wtedy widzimy siebie oczami innych ludzi. Gdy ktoś nas obraża albo atakuje, natychmiast, bez chwili refleksji, oceniamy siebie krytycznie. I – najczęściej – ulegamy manipulacjom. To wzmaga poczucie lęku, obniża nastrój. Uzależnienie od miłości przejawia się w skłonności do przyjmowania w relacjach pozycji kogoś mniej ważnego, kto opuszcza głowę i słucha. To przymus „zdobywania” miłości za wszelką cenę. Uzależnieni stajemy się ciężarem dla innych, dlatego w końcu zniechęcają się i odsuwają od nas. Wydarza się to, czego najbardziej się boimy – zostajemy porzuceni. Gdy swoje poczucie własnej wartości i umiejętność czerpania radości z życia uzależniliśmy od produktywności, jesteśmy uzależnieni od osiągnięć. Traktujemy siebie jak produkt, który można kupić. „Błąd” to tabu, porażka jest gorsza od śmierci, nawet wyrażanie negatywnych emocji jest klęską. Wykorzystując siebie, popędzając jak niewolnika, rzadko doświadczamy radości.

(…)

Więcej w Zwierciadle 07/2011