fbpx

Wszystko mi się zgadza

Wszystko mi się zgadza
fot. Michał Korta / Dominika Kluźniak, aktorka

Jest jedną z najciekawszych aktorek swojego pokolenia. Barbara Krafftówna, kiedy zobaczyła ją w „Mewie” Czechowa, powiedziała: „zjawisko, prawdziwy brylant!”. Dominikę Kluźniak łączą szczególne więzi z granymi postaciami – daje im bardzo dużo z siebie, ale też z nich czerpie. Przyznaje, że jej życiową postawę ukształtowała w dużym stopniu Pippi Pończoszanka. Dzięki niej Dominika nabrała życiowej odwagi. Bardziej też lubi siebie, a mniej martwi się o to, czy lubią ją inni.

– Kiedyś chciała pani zagrać postać, która zdenerwuje widza. Udało się?

– Kiedy się gra przez kilka lat postacie, o których zawsze się mówi: „ona taka kochana”, to chce się spróbować czegoś innego. Po jednej z moich ulubionych ról, po Pippi w Teatrze Dramatycznym w reżyserii Agnieszki Glińskiej, pojawiły się propozycje grania cieplutkich, fajnych postaci. A chciałam się przekonać, co z sobą zrobię, grając postać, której nie lubię albo różną ode mnie. I tak trochę próbowałam zrobić z rolą Niny Zariecznej w „Mewie” Czechowa w Teatrze Narodowym. Ja tej dziewczyny kompletnie nie rozumiem. Ma empatię równą zeru. Rani, nawet nie wiedząc, że rani. Kiedy pracowałam nad rolą, zwierzałam się Bartkowi, mojemu mężowi, że wreszcie tworzę człowieka, z którym nie mam nic wspólnego. Nie chciałam, żeby od początku była wstrętna. Okazuje się, że taka postać również może się podobać, ale w nieoczywisty sposób, nie budząc salw śmiechu. Na widowni jest cisza i skupienie, za którym tak naprawdę tęskniłam. Wcześniej, grając role bardziej komediowe w Teatrze Dramatycznym, przyzwyczaiłam się do reakcji widzów. Pewnie rozpuściłam się w którymś momencie, myśląc, że każde zdanie wypowiadane przeze mnie musi wywoływać jakąś reakcję dźwiękową. Potrzebowałam tego,,żeby być na scenie i widzieć, że widz słucha. Więc Nina pomogła mi powściągnąć reakcje, zagrać mądrzej, a nie efektowniej.

– Wspomniała pani Pippi. Czy to prawda, że pani pomogła?

– Załatwienie prostych spraw było dla mnie problemem. Nie umiałam być asertywna. Istotna zmiana we mnie wiąże się i z macierzyństwem, i z rolą Pippi, bo zdarzyła się, kiedy urodziłam dziecko. Oba te doświadczenia dały mi siłę. Nagle miałam pod opieką małego kurczaczka i musiałam stać się taką dużą porządną kurą. Poza tym Pippi kreuje się, wymyka schematom, nie poddaje najprostszym prawom. Okazuje się, że taka postawa zyskuje o wiele większy szacunek i akceptację. Mogę mieć swoje zdanie, nikogo tym nie urażając. Zawsze się bałam, że ktoś mnie przestanie lubić. Chciałabym, żeby mnie wszyscy lubili. A ile ja się wcześniej musiałam nakłamać, odmawiając komuś udziału w czymś. Byle mnie tylko lubiano. Agnieszka Glińska powiedziała mi kiedyś: „trzeba dojrzeć do tego, żeby zrozumieć, że można mieć także wrogów”. Wrogów chyba nie mam, ale mam świadomość, że mogą być, i to mnie nie przeraża.

– Rola Pippi to był dla pani przełom?

– Na pewno, ale takim przełomem był też poprzedni rok. Chyba najfajniejszy w moim życiu. Skończyłam 30 lat i wszystko mi się zgadza – miejsce, czas, dziecko, dom, mąż, praca. Nawet się sobie bardziej podobam. Bardzo długo siebie nie lubiłam. Teraz mam wrażenie, że twarz mi się zmieniła, wydoroślała. Patrzę w lustro i myślę: „wreszcie wyglądasz na więcej niż 17 lat!”. Bo trochę za granie tych fajnych dziewczyn obwiniałam dziewczęcą twarz. Postanowiłam zmienić teatr. To też była moja decyzja. Poszłam do dyrektora Jana Englerta i zapytałam, czy miałby dla mnie miejsce w zespole Teatru Narodowego. Skorzystałam z filozofii Pippi: A co się stanie, jeśli pójdę i zapytam? Ktoś mnie za to zje? Dostałam angaż, a potem ciekawe role u Jerzego Jarockiego i Agnieszki Glińskiej, z którą pracuję od swojego debiutu.

– Pippi do dzisiaj panią zaskakuje?

– Zaskakiwała od początku. To było ciekawe, jak domagała się głosu, narzucała pewne gesty. Był już końcowy etap prób, kiedy Agata Kulesza powiedziała: „ta twoja Pippi ma taką superwadę wymowy”. Nagle zdałam sobie sprawę, że to musiało wyjść naturalnie, bo żadnej wady wymowy w tej roli nie planowałam, po prostu Pippi zaczęła mówić nie moim językiem. To było ciekawe, jak ona się sama ze mnie brała, jak się wymykała. Grając ją, przyglądałam jej się z boku. Zrozumiałam, że niczego się nie boi, a kiedy ją obserwuję, to sama też przestaję się bać. Umiem obserwować siebie w trakcie grania, chociaż jestem wtedy w pełni postacią. Moja gra niczego nie traci na tej obserwacji. Mam potrzebę kontrolowania siebie. Nie lubię takich momentów, jak ostatnio przy „Mewie”, kiedy zeszłam po pierwszym akcie i zaczęłam pytać, jak graliśmy, bo byłam tak skupiona, że nie zdołałam na siebie popatrzeć.

– Zagrała pani ostatnio u Andrzeja Saramonowicza w filmie „Jak się pozbyć cellulitu”. W filmie też umie pani siebie tak obserwować?

– Wymyśliłam coś innego. Ponieważ to komedia, wyobraziłam sobie, że gram do wypełnionej sali, bo przecież przed kinowym ekranem siedzi widownia, więc nie tyle grałam do kamery, co wyobrażając sobie tę publiczność.

– Rola Ewy Silberberg, wielbicielki narzędzi tortur, została napisana specjalnie dla pani. To znaczy, że Saramonowicz pisał tę postać z pani?

– Jest coś takiego jak energia danej roli, którą się widzi w aktorze, znając jego możliwości. Pewnie Andrzej tę możliwość we mnie zobaczył. Ale mam też w charakterze lekką nadpobudliwość i optymizm, które – tak myślę – Andrzej ze mnie dla tej roli wziął.

– Kiedy kończy się u pani ta dobra energia?

– Przy złych ludziach. Kiedy okazuje się, że ktoś, kogo cenię i lubię, jest kimś innym. Wtedy się zamykam, jest mi przykro. Czasem kończy się przy chorobach, przy stanach, które są niezależne ode mnie. Ale na szczęście nie na długo.

– Są reżyserzy, którzy kochają aktorów, i tacy, którzy idą z nimi na wojnę. Isabelle Adjani powiedziała o pracy z Andrzejem Żuławskim, że przy filmie „Opętanie” zeszła do piekła, bo jego sposobem na reżyserowanie jej było poniżanie. Miała pani kiedykolwiek takie doświadczenia?

– Nie, a gdyby mi się przytrafiło, zrezygnowałabym. Nie mam 15 lat, żeby reżyser mógł mną manipulować dla sztuki. Takie zachowanie jest śmieszne. Słyszałam anegdotę o tym, że Dustin Hoffman, przygotowując się do „Maratończyka”, zwierzył się chyba Laurence’owi Olivierowi: „nie jadłem, nie spałem, żeby być zmęczonym”. Olivier zapytał: „a nie można tego zagrać?”. Chcę powiedzieć, że zawsze lepiej spróbować zagrać, niż siebie dobijać albo pozwalać się poniżyć. Nie ma takiej opcji w ogóle.

– Ale podobno legendarny reżyser Robert Wilson trochę państwa ćwiczył w Teatrze Dramatycznym?

– Przyjechał cztery dni przed premierą, a wcześniej zrobił casting. Na tym castingu w ogóle nie zwracał na nas uwagi, patrzył w kartkę, byliśmy blisko przegryzienia mu żyły. Później okazało się, że tego oczekiwał. Zdziwił się, że nikt nie wyszedł. Wiedzieliśmy, że na próbach go nie będzie, że mamy się przygotować pod nagrany na DVD spektakl. Przyjechał przed premierą i już było tyranie, żeby zdążyć. Ale pamiętam, jak ustawiał światło. Było gorąco jak w piekle, a on ustawiał światło na Danusię Stenkę. No to ona stała nieruchomo w nieskończoność. Strasznie ją za to podziwiam, że nie grała przed kolegami, że ma dość, że go zaraz zabije, nie wzdychała, tylko stała, a kiedy się odwracał albo z kimś rozmawiał, cichutko odpoczywała.

– Pani mąż Bartosz Głogowski jest aktorem. Jak się ze sobą dogaduje para aktorów?

– Dobrze się dogaduje. Nie mamy z tym problemu, bo aktor z aktorką nie mogą rywalizować i nie ma roli, której by mogli sobie zazdrościć. Na pewno mogą zazdrościć sobie sukcesu albo większej zajętości, ale tak z nami nie jest, bo nigdy nie chcieliśmy iść tą samą drogą. Mojego męża bardziej interesuje film, mnie teatr. Nie ma problemu.

– Jak wygląda państwa dom przed premierą?

– Kiedy zbliżam się do premiery, Bartek jest najwspanialszą istotą na świecie, zawsze staje na wysokości zadania, ale też ja od czterech lat nie przynoszę emocji z pracy do domu. Zrobiłam to dla dziecka. Pomyślałam, że aby było zdrowe psychicznie, muszę nauczyć się, że do czternastej jestem aktorką, a potem odbieram córkę z przedszkola i staję się mamą. Córka nie ma prawa wiedzieć, że za kierownicą zastanawiam się, jak rozgryźć Ninę Zarieczną. Czasami przed premierą, wieczorem, kiedy córka śpi, zwierzam się Bartkowi, że nie mam zbudowanej roli, nie dam rady, i Bartek za każdym razem umie mnie uspokoić. Kiedy mam intensywniejsze próby, rano i wieczorem, Bartek przejmuje wszystkie obowiązki domowe i wtedy dom działa dzięki niemu. Kiedy się znów wszystko uspokaja, mamy nieustanną potrzebę wymiany myśli, opowiadania sobie. Niedawno na papierosie rozmawiałam z Bartkiem, że teraz jest mi w końcu fajnie, bo zaczynam czuć, że Teatr Narodowy to moja rodzina. Jeśli kocha się teatr, to musi stać się drugim domem.

– Co to znaczy „rozmowa na papierosie”?

(…)

Więcej w Zwierciadle 04/2011