Dlaczego niektórzy uzależniają się od sportu?

Dlaczego niektórzy uzależniają się od sportu?
fot.123rf

Sport to zdrowie, ale uprawiany ponad fizyczne i psychiczne możliwości może temu zdrowiu szkodzić. Gdzie jest granica, za którą zaczyna się uzależnienie? Z psychologiem Pawłem Droździakiem rozmawia Renata Mazurowska.
Nie sądzisz, że sport powoli staje się religią?

Religie usuwają niewygodne poczucie, że życie ot tak, po prostu się toczy, bez celu – bo wpisują nam to życie w pewien plan. Pozwalają wierzyć, że o coś chodzi. Na przykład o to, żeby osiągnąć oświecenie, zbawienie – cokolwiek by to znaczyło. W jakimś celu to idzie. Sześć kilogramów trzeba zrzucić. I mierzymy, jak jeszcze do tego daleko. Jeśli zrzuciliśmy, to jesteśmy dumni, a jak zaniedbamy swoje ćwiczenia, to mamy poczucie winy. Kiedyś w tym celu chodziło się spowiadać z grzechów. To człowieka dookreślało. Cudzołożył, nie cudzołożył… Teraz już można cudzołożyć bez problemu. Nawet jest to w dobrym tonie. No więc spowiadamy się programowi do biegania z kalorii. Kiedyś były obrzędy, dziś maratony. Wszystko to oczywiście ma bardzo racjonalne uzasadnienie.

Co dziś jest główną motywacją do uprawiania sportu? Zdrowie? A może chodzi o styl życia? Czy jest to rodzaj uzależnienia, jak mówią niektórzy?

Zacznijmy od tego, że od ponad stu lat, od ery przemysłowej, mamy do czynienia z „utowarowieniem” człowieka. Człowiek stał się narzędziem, jak każde inne. W armii, o żołnierzach mówi się „siła żywa”, a opisując pracę ludzi, używamy zwrotu „zarządzanie zasobami ludzkimi”. Człowiek stał się rodzajem maszyny, która coś produkuje. Musi być wydolny, musi mieć jakąś moc, być efektywny…

Dopóki maszyna jest sprawna, jest potrzebna.

To duża presja. Dlatego sami zaczynamy o sobie myśleć jak o rzeczy ocenianej na „rynku pracy”, czujemy, że musimy się zaprezentować w kategoriach: uniwersalność, moc, wydajność, elastyczność, próbując się w ten sposób „sprzedać”. Sporty często służą współcześnie właśnie temu, by człowiek udowadniał, sobie i otoczeniu, moc nadludzką. Bo to zabezpiecza przed wykluczeniem z obiegu.

Czyli biegamy w maratonach, żeby przetrwać?

Tak bywa. Na kursy o tym „jak się zmotywować”, też przecież w gruncie rzeczy chodzimy ze strachu. Ciało już nie jest wehikułem do odczuwania doznań, tylko symbolem ogólnie pojętej sprawności. Wystarczy popatrzeć, jak to jest sprzedawane – dynamizm, ogromna siła…

Nieśmiertelność prawie.

Ciekawe, że o tym mówisz, w kwestii maszyn zwraca się bowiem uwagę na ich nietrwałość, szybko się je wymienia.

Ale też produkuje w ten sposób, by szybko kupować nowe.

No i podobnie jest dzisiaj ze sportem. Raczej skupiamy się na tym, żeby był wynik, choć trenuje „zwykły człowiek”, nie sportowiec zawodowy. Na trwałość zwracamy mniej uwagi niż na rozwinięcie mocy. Towarzyszą temu takie opisy wygłaszane przez ćwiczące osoby: „Ale dałem sobie dzisiaj wycisk”, „Aż się porzygałem” – czyli mówią w ten sposób, że dali radę to wytrzymać. Dokładnie tak samo jest w korporacjach: „Jestem w stanie pracować po 13 godzin dziennie, i w weekendy też. Dam radę, możecie na mnie liczyć”, „Umiem pracować w silnym stresie”, „Jestem w stanie pracować pod presją”, „Jestem asertywny”, „Jestem zmotywowany”, „Z każdym się dogadam, bo komunikację mam w małym palcu” itd. To jest to samo co sprawność i moc na poziomie fizycznym. Jest presja, by pokazać, że masz niezwykłe możliwości osobowościowe, które właśnie ciebie predysponują do tego, żeby zrobić potężną karierę.

OK, więc pierwszy powód to kapitalizm, nabywanie siły roboczej i strach przed wykluczeniem w wyścigu o dobra. A kolejna przyczyna, dla której masowo uprawiamy sporty?

Na przykład od wielu lat obserwujemy, że coraz więcej jest rodzin, w których głównym opiekunem jest matka. Chłopiec wychowywany w takiej relacji staje wobec wątpliwości, czy w świecie, w którym jedynym punktem odniesienia jest kobieta, on jest mężczyzną. I na czym to ma polegać? Chce czegoś dowieść. Ma dwie drogi – może, co do istoty, zanegować samo bycie mężczyzną, zanegować w ogóle płeć i różnice, albo może kompensować sobie tę niepewność, eksponując płeć nadmiarowo. I wtedy, żeby nie było żadnych wątpliwości, że ten chłopiec jest mężczyzną, będzie uprawiał sport nie rekreacyjnie, ale ekstremalnie – zrobi wszystko, co się da, siłowo, wytrzymałościowo, żeby wszyscy wiedzieli, łącznie z nim, że jest facetem w 200 procentach.

Spójrzmy na alpinizm – jeszcze 30 lat temu to był sport dla kilku idealistów, którzy idą w góry, żeby coś przeżywać. Zaistnieć też, poprzez wynik, ale w ramach jakiegoś hermetycznego środowiska. Współcześnie coraz częściej włączają się w to bogaci ludzie, którzy podejmują ciężki trening po to, żeby sobie udowodnić, że wejdą na tę górę. Choć bywają wciągani przez zawodowych himalaistów.

Mówisz o mężczyznach, a dlaczego to robią kobiety?

Nie wiem, czy tu jest jakaś różnica. Gdyby była, to takie działanie służyłoby temu, by pokazać, że jej nie ma. Ale może nie ma jej faktycznie?

Moim zdaniem te wyczyny nie są robione tylko dla siebie – ale też „dla wszystkich”. To swoista „sportowa scena”, arena, na której staję, by zdobyć podziw i uznanie innych.

Podstawowym składnikiem aplikacji do biegania jest „udostępnij znajomym”. Na Facebooku wszyscy mogą się dowiedzieć, kiedy się biegło i ile przebiegło. Od razu jest się na scenie. Chce się te lajki dostać. Zrobić wynik. Często to może być narcystyczne pompowanie. Tendencje są takie, że dziś nawet chodzenie po górach, które jest czynnością raczej kontemplacyjną, zostało przekształcone w bieganie po górach. Od „wbiegów po górach” niektórzy umierają, ale innych to nie zniechęca. Czy to jest dla zdrowia? Nie, to jest po to, by dotknąć pewnej granicy.

Na dodatek stylistyka gadżetów sportowych pomocnych w wielu dyscyplinach jest futurystyczna, trochę jakby robotyczna. Mają przekształcać człowieka w maszynę, towarzyszyć mu w zdobywaniu rekordów, kontrolując wyniki i motywując do jeszcze większego wysiłku.

Mamy powód ekonomiczny, mamy społeczny, a co powiesz na takie dictum uprawiających sporty: „Człowiek został stworzony do biegania, nie do siedzenia”.

Ze Stwórcą nie rozmawiałem, na razie nie wiem, do czego człowiek jest stworzony… jednak zgodzę się, że jakiś stopień stymulacji jest człowiekowi potrzebny.

Ale nie w równym stopniu. Niektórzy się zmuszają do biegania. Biorą udział w społecznym zamówieniu, nie zastanawiając się nawet, czy tego naprawdę chcą… A może po prostu ta nadmierna aktywność bierze się z nieuświadomionego lęku przed śmiercią, a co z tym się wiąże – przed życiem?

Gdzieś jeszcze rozeszła się – nie wiadomo skąd – taka informacja, że aerobowe ćwiczenia wydobywają z depresji. Bo wydzielają się endorfiny.

Dementujesz?

Powiem tak, przy jakiejkolwiek aktywności ruchowej, przy której nie za bardzo się myśli, nastrój chwilowo może się podwyższyć. To jest prawda, potwierdzi to każdy, kto gdzieś kiedyś przebiegł i doznał tzw. przyjemnego zmęczenia. Ale nie należy mylić tego z rozwiązaniem jakiegokolwiek problemu.

Sportowcy też miewają depresje.

Tancerze też mają, ciężko pracujący fizycznie także… więc nie od ruchu to zależy. Nie powinno też być depresyjnych kelnerów, bo oni w swojej pracy codziennie pokonują kilkadziesiąt kilometrów. A listonosz wiejski na rowerze? Ten to w ogóle powinien fruwać ze szczęścia. Nie można rozwiązywania problemów z innymi ludźmi czy sobą zastąpić uprawianiem aerobiku. Poruszanie ciałem może dawać tymczasową przyjemność, ale to nie zastąpi refleksji nad swoim życiem.

Czyli kolejnym powodem może być niechęć do konfrontacji z problemem.

Często, gdy pojawia się jakieś trudne wewnętrzne przeżycie, próbujemy je wypocić, zabiegać. Człowiek daje sobie wycisk, by o tym nie myśleć. Za chwilę pojawi się zmęczenie i miłe doznanie, a potem idzie się spać. Czasem to może pomóc, ale jeśli sprawa jest poważniejsza, to następnego dnia tak łatwo nie znika, więc ten ktoś znów idzie pobiegać, żeby o tym nie myśleć. I tak wpada w cykl: problem – odreagowanie. Bez rozwiązywania. Mobilizacja, przełamanie, zmęczenie, regeneracja. I tak w kółko. Im bardziej myśli są dokuczliwe, tym bardziej taki ktoś pakuje się w ten cykl. Jedni stresy zajadają, inni zapijają, a jeszcze inni zabiegują.

No, ale muszą biegać coraz więcej…

No muszą, bo niczego nie rozwiązują. Kiedy nierozwiązane problemy człowieka dopadają – na przykład w trudnościach z zasypianiem – znowu będzie trzeba pobiec więcej, bardziej się zmęczyć, żeby zasnąć. Obudzimy się rano i pierwsze, co zrobimy, to pobiegniemy do parku. Mocne doznanie sprawi, że kłopot na chwilę zniknie, ale go nie usunie.

Gdzie są zatem zdrowe granice? Przecież wszyscy wiemy, że dobrze jest się ruszać.

Ludzie mają naturalne, ale odmienne zapotrzebowanie na fizyczną aktywność. Jeśli ktoś w naturalny sposób dużo gestykuluje, często zmienia pozycję ciała, przemieszcza się – to zmuszony do zaprzestania tego, zaczyna chorować. Podobnie w drugą stronę – jeśli zmuszamy się do większej aktywności niż naturalnie potrzebujemy, ciało protestuje, daje sygnały, że mamy dość. Wiele osób jest przestymulowanych, co można łatwo zaobserwować po kontuzyjności – mikropęknięcia w stawach skokowych, śródstopiu, kolanach to częsty skutek uboczny masowego biegactwa. Podobnie konieczność tak zwanej suplementacji diety. Ludzie podejmują tak wielki wysiłek, że nie wystarcza to, co naturalnie jedzą, żeby pokryć straty elektrolitów i mikroelementów. I muszą to przyjmować w suplementach, bo inaczej bolą stawy, ma się skurcze. Ale to nie zniechęca. Przeciwnie.

No dobra, Paweł, ale ty też uprawiasz sporty, i to całkiem ekstremalne. Ostatnio nawet byłeś kontuzjowany.

Co było dobrą okazją do obserwacji, jak wiele osób doprowadza się wysiłkiem do utraty zdrowia…

Ale dlaczego to robisz?

Trenuję sztuki walki od zawsze, ale nigdy wyczynowo. Spotyka się grupa, siadamy, trochę pomilczymy, trochę pogadamy, zapalimy papieroska, jeśli ktoś pali. Godzinkę, dwie porobimy techniki, układy, jakaś swobodna interakcja, znów posiedzimy. Ze dwa, trzy razy w tygodniu w ten sposób. I tak przez całe życie.

Kiedy człowiek zaczyna robić coś w sposób skrajny, zaczyna być zainteresowany głównie własnym odbiciem w lustrze. Czy wyglądam już wystarczająco dobrze? Staramy się wyrobić w jakiejś normie.

Czyli uzależniają nas nie tyle endorfiny, ale nasz obraz samych siebie? Dążenie do bycia kimś lepszym, ładniejszym?

Albo pakujemy emocje w sport. Niechęć konfrontowania się z tym, co naprawdę jest ważne do przeżywania. Endorfiny też mogą być, bo ten efekt jest, zwłaszcza gdy się przekracza barierę wydolnościową.

Kiedy powinno przyjść zastanowienie? Jak poznać swoją prawdziwą motywację?

Ja bym sobie zadał pytania: „Co się stanie, jeśli się przez tydzień nie poruszam? Co ja będę wtedy czuł?”. Bo jeżeli po prostu to lubię i brakuje mi poruszania, to OK. Ale jeżeli pojawia się jakiś rodzaj poczucia winy, jakiś niepokój, także w stosunku do własnej tożsamości, jeśli boję się, że coś mi umyka, czy boję się, że inni jakoś mnie wyprzedzą, że jestem słaby, nie jestem kimś, kim miałem być – to proponuję się w tym miejscu zatrzymać i przedłużyć sobie tę przerwę. I zadać sobie kolejne pytanie: „Czego naprawdę chcę?”. Lęk przed społecznym wykluczeniem nie pozwala spokojnie zająć się takim pytaniem. Lęk, że się nie rozwijamy, nie robimy niczego dla siebie. Nie podążamy, nie kreujemy, nie tworzymy. Pracujemy za cenę życia i wyczynowo, to chociaż sport uprawiajmy na spokojnie. Dla przyjemności.

Paweł Droździak psycholog, psychoterapeuta, współautor książki „Blisko nie za blisko. Terapeutyczne rozmowy o związkach”. Więcej na: paweldrozdziak.natemat.pl oraz www.skutecznapsychoterapia.pl

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze