fbpx

Porządki w sercu i głowie – skorzystaj z Porozumienia bez Przemocy

Fala trudnych uczuć? Zrób porządki w sercu i głowie
Gdyby tak zapytać siebie: Co jest dla mnie ważne? Za czym tęsknię? Co potrzebuje zmiany w moim życiu? To dobre pytania zwłaszcza na wiosnę, kiedy wszystko rodzi się do życia. (Fot. iStock)

Często zalewa cię fala trudnych uczuć? Albo jedno, szczególnie dojmujące, stale powraca? Zamiast je zwalczać, zastanów się, o jakich niezaspokojonych potrzebach informują. Trenerka NVC Joanna Berendt tłumaczy, na czym polega ogarnianie własnych stanów emocjonalnych oraz czym są tzw. uczucia rzekome.

Na wiosnę robimy sobie czasem detoks dla ciała. A gdyby tak zrobić detoks sercu i głowie i zająć się toksycznymi emocjami, które w nas siedzą?
W mojej pracy, a także codziennym życiu, bazuję na „Porozumieniu bez Przemocy” Marshalla Rosenberga – w tym ujęciu nie ma toksycznych emocji. Każda jest informacją i to bardzo ważną, bo stanowi drogowskaz do naszych potrzeb. I tymi potrzebami – zaspokojonymi i niezaspokojonymi – trzeba się zajmować, bo dzięki nim możemy budować dobry kontakt ze sobą i innymi. Niezaspokojone potrzeby nie znikają, za to mogą wpływać na to, co robimy i mówimy.

Czyli detoks emocjonalny nie istnieje?
Taki detoks mógłby polegać na przyjrzeniu się temu, co w moim życiu działa, a co nie, a jeśli nie działa – to jakich moich potrzeb nie zaspokaja, i zmienić to. Nawykowo szukamy przyczyn problemów na zewnątrz. Oczywiście łatwo jest powiedzieć, że coś dzieje się przez kogoś, z winy innej niż moja. Proszę zobaczyć, nawet do dzieci mówimy: „Jesteś smutny, bo on ci zabrał zabawkę, prawda?”, a nie: „Jesteś smutny, bo wolałbyś sam zdecydować, czy chcesz się nią bawić, czy może zgadzasz się, by teraz wziął ją ktoś inny?”. Więc gdyby tak zapytać siebie: Co jest dla mnie ważne? Za czym tęsknię? Co potrzebuje zmiany w moim życiu? To dobre pytania zwłaszcza na wiosnę, kiedy wszystko rodzi się do życia. Gdy wiemy, co jest dla nas ważne – wzrasta szansa na to, że tym razem się tym zaopiekujemy.

Dwie kluczowe kwestie, do których zapraszał Marshall Rosenberg, to ustalić, co jest we mnie żywe i jak mogę sprawić, by moje życie było piękniejsze. Traktuję je jako zaproszenie do emocjonalnego detoksu.

To zacznijmy od tego, co jest żywe.
Żywe są w nas uczucia i potrzeby. Nieraz może to być frustracja, bo na przykład chcę być bardziej słyszana, albo smutek, bo zależy mi na większej jasności w pewnych relacjach. Emocje to często komunikaty z ciała informujące o różnych przeżyciach, co więcej – one kierują nas prosto do naszych potrzeb. Warto je odróżniać od ocen i myśli, a w szczególności od uczuć rzekomych.

Uczucia rzekome – co to znaczy?
To sformułowania, które, choć zawierają słowo „czuję”, z uczuciami nie mają nic wspólnego. W rzeczywistości są ocenami i interpretacjami zachowania drugiej osoby. Dodatkowo często brzmią jak oskarżenia, a tym samym utrudniają kontakt i komunikację. Jeśli toksyczne emocje to takie, które niekorzystnie wpływają na jakość życia i relacji, to powiedziałabym, że są nimi w pewnym sensie uczucia rzekome. Już tłumaczę na przykładzie. Załóżmy, że miałam urodziny i bliska osoba nie zadzwoniła do mnie tego dnia. Nawykowo mogłaby się wówczas pojawić w mojej głowie myśl: „Czuję, że ona mnie nie szanuje”. Tylko że to nie jest uczucie, a ocena, w Porozumieniu bez Przemocy nazywamy to właśnie uczuciem rzekomym lub myślą ubraną w uczucia. Takie myślenie nakręca kolejne oceny, np.: „Nie jestem dla niej ważna”. Zatem gdy pewnego dnia ta bliska mi osoba dzwoni, znajduję się pod wpływem myśli i emocji z nich wynikających. Szansa, że powiem coś, co zaprasza do kontaktu, jest niewielka. Poza tym, nawet jeśli wygarnę: „Czuję, że mnie nie szanujesz”, a mój rozmówca odpowie: „Nie no skądże, bardzo cię szanuję”, to ja i tak wiem swoje, i jestem do tego już tak przywiązana, że może pojawić się impas w naszej relacji.

Jak zatem zakomunikować tej osobie nasze prawdziwe uczucia?
Pomocne może być odejście od ocen, a mówienie o faktach. A faktem jest, że miałam urodziny i nie usłyszałam życzeń od tej osoby. Gdy wiemy, jakie są fakty, kolejnym krokiem może być powiedzenie, co w związku z tym faktem czujemy i jakie potrzeby są w nas żywe. Na przykład mogłabym powiedzieć: „Słuchaj, miałam wczoraj urodziny, nie zadzwoniłeś i jest mi smutno, chciałabym świętować ważne dla mnie dni z ludźmi, z którymi jestem blisko”. Warto pokazać drugiej stronie, co się czuje, i dać jej informację, co jest dla nas ważne. Na koniec możemy jeszcze zadbać o kontakt między nami, otwierając przestrzeń na poznanie punktu widzenia drugiej strony, mówiąc na przykład: „Jak ty to widzisz?”. W ten sposób rezygnujemy z nakręcania spirali myśli i ocen, z chęci udowodnienia, kto ma rację czy postawienia na swoim – na rzecz budowania relacji i uwzględniania potrzeb zarówno swoich, jak i drugiej strony.

Łatwiej mówić, co czujemy, trudniej informować o potrzebach. Tak jakby uczucia pojawiały się bez naszego udziału, były czymś z zewnątrz.
Często mówimy: „czuję złość, bo nie zadzwoniłeś”, „czuję smutek, bo nie sprzątnąłeś pokoju”. W podejściu, w którym pracuję, zapraszamy do brania odpowiedzialności za swoje uczucia a nie przerzucania jej na drugą osobę. Jeśli weźmiemy za nie odpowiedzialność, da nam to moc do zmiany. Poza tym ludzie są chętni do współpracy, ale tylko wtedy, gdy ich do tego zapraszamy, a nie przymuszamy. Groźby, manipulacja, wywieranie presji – zmniejszają szanse na zadbanie o potrzeby, a rozmowy o tym, co cenimy – zwiększają. Gdy powiemy do drugiej osoby: „Nigdy nie mogę na ciebie liczyć” lub „Jesteś egoistą”, to czy nasz rozmówca będzie miał ochotę nam w czymkolwiek pomóc? Co innego, gdy powiemy: „Ważne jest dla mnie nasze wspólne działanie, dlatego chcę cię poprosić o pomoc. Co ty na to?”.

Czasem możemy się zdziwić, że jedno uczucie prowadzi nas prosto do innego. Moja znajoma od dłuższego czasu czuła non stop złość i irytację. Poszła na terapię, okazało się, że za jej złością krył się lęk o to, że nie jest dobrym rodzicem, że sobie nie poradzi. I to nad lękiem zaczęła pracować, nie nad złością.
Złość jest wielowarstwowym uczuciem. Możemy na nią spojrzeć jak na dzwonek alarmowy, na informację, że coś ważnego dla nas się nie dzieje, np. nie jestem uwzględniana w związku, chcę mieć większe zaufanie do siebie w tym, jak się opiekować swoimi dziećmi, chcę mieć większą pewność, czy w tej roli się sprawdzę. Niestety, gdy się wykrzyczę, to ten lęk nie zniknie.

Jeśli wiemy, że za złością chowa się ten przykładowy lęk czy brak zaufania, to co możemy zrobić?
Trzeba zastanowić się, co daje nam to zaufanie i jak możemy w codziennym życiu zadbać o poczucie zaufania do siebie. Z jednej strony mózg bardzo lubi zauważać to, co nie działa, a pewnie są takie momenty, kiedy wszystko nam wychodzi, nasze metody wychowawcze przynoszą rezultaty, ale tego już mózg nie zauważa, bo łatwiej mu skupiać się na negatywnych aspektach życia – zresztą z punktu widzenia ewolucji ma to wielki sens, bo dba o nasze przetrwanie, ale nie o jakość życia i relacji. Warto więc te momenty zaufania zauważać i celebrować – pomocna może być tutaj praktyka wdzięczności. Z drugiej strony warto pochylić się nad tym, jak mogę jeszcze bardziej zadbać o zaufanie do siebie w codziennych sytuacjach. Gdy zastanowię się, jak zaspokoić swoje potrzeby, to może się okazać, że złość już nie będzie miała o czym mi przypominać.

Jak zacząć odróżniać oceny od uczuć?
Świetnymi nauczycielami są dzieci, one wiedzą, czego chcą a czego nie w danej chwili. Gdy jedno dziecko zabierze drugiemu zabawkę, to temu, które jest stratne, nie pojawia się w głowie ocena: „on jest niegrzeczny”, tylko raczej czuje złość czy smutek i stąd komunikat: „oddaj, to moje!”. Zatem uczmy się od dzieci, ale też, czemu nie, idźmy na warsztaty z komunikacji, by mieć większą łatwość w mówieniu o tym, co dla nas ważne, bez walki, a jednak skutecznie. Możemy sięgnąć po wsparcie indywidualne – coaching czy terapię. A możemy też pochylić się nad swoimi nawykowymi reakcjami. Polecam usiąść w spokoju rano czy w ciągu dnia, zwłaszcza po jakiejś trudnej sytuacji, i zadać sobie pytanie, ale nie o to, co ktoś mi zrobił, czy jak powinien się zachować, bo to nas sprowadza w kierunku spirali myśli i ocen, lecz bardziej o to, jakie są fakty, co kto powiedział czy zrobił – i uchwycić to językiem obserwacji. Spójrzmy na konkretną sytuację tak, jak widzi ją kamera. A kamera nie widzi złośliwości, ona widzi tylko fakty, co zdecydowanie mniej nas nakręca. Gdy już ustalimy fakty, zastanówmy się, co czujemy. Może smutek, może żal, ale trzeba przypilnować, żeby to były uczucia z ciała, a nie wspomniane uczucia rzekome. Pomocne może być pytanie: Gdzie w ciele czuję to uczucie? Gdy pojawia się na przykład myśl: „czuję się niekochana”, zapytaj siebie, czy to jest uczucie i gdzie dokładnie je czujesz. Inaczej jest to ocena, koncept powstały w głowie.

To jak wyłączyć głowę?
Dopytać siebie samą: Skoro mam taki pomysł, że czuję się niekochana, to co tak naprawdę czuję? Może żal, może smutek, może złość? Za czym tęsknię, co jest dla mnie ważne, czego potrzebuję? Chwila zatrzymania i uważności na siebie pomaga dotrzeć do tego, co jest dla nas ważne, do naszych potrzeb.

W różnych książkach czy w Internecie są dostępne listy uczuć i potrzeb, które mogą pomóc się oswoić z tymi jakościami. Warto sięgnąć po nie w sytuacji, gdy chcemy ponazywać to, co się w nas dzieje, a nie mamy jeszcze łatwości w rozpoznawaniu własnych stanów emocjonalnych. I zastanawiajmy się dalej: Może zależy mi na bliskości, a może bardziej na wsparciu? Może na wspólnym tworzeniu naszej rzeczywistości? Bo skoro wiem, czego potrzebuję, to kolejnym krokiem jest prośba, czyli szukanie sposobu, by zadbać o daną potrzebę. Zapytaj siebie: O co mogłabym, wiedząc już, co jest dla mnie ważne, poprosić siebie albo drugą osobę?
Gdy mamy jasność co do tego, co czujemy i czego potrzebujemy, dużo łatwiej, niemal naturalnie pojawia się przestrzeń na empatię dla drugiej osoby. Wówczas możliwe jest wypracowanie rozwiązania wygrany-wygrany. Nie chodzi o kompromis, który oznacza, że każdy z czegoś rezygnuje, tylko o dojście do porozumienia, w którym każdy coś zyskuje i dlatego obie strony nadal chcą tę relację rozwijać.

Kompromisem będzie wykonanie telefonu urodzinowego następnym razem dla świętego spokoju?
Dokładnie tak, jednak impuls nie pójdzie z serca. Ale można zrobić inaczej. Skoro nie możemy zadzwonić czy zapomnieliśmy, wyślijmy SMS następnego dnia, który powie, że niezależnie od tego, że dzwonię czy piszę dzień później, jesteś dla mnie ważny i chcę, żebyś o tym wiedział. W ten sposób otwieram przestrzeń na rozmowę o tym, jak się czuje ta osoba z faktem, że zadzwoniłam dzień później i co najważniejsze, nie neguję tego, lecz z uważnością jej w tym towarzyszę.

Podsumowując, zamiast doszukiwać się winy w innych, obserwujmy siebie i dowiadujmy się, jakie potrzeby stoją za trudnymi emocjami?
Jeśli potrzebuję pomocy, a mam myśl, że nikt mi nie pomaga, to mogę zrobić dwie rzeczy i w sumie najlepiej zrobić je jednocześnie: zapytać siebie, czy na pewno nikt nigdy mi nie pomaga – może są mikromomenty pomocy, których nie pamiętam, nie zauważam. Mogę je dostrzec i się z nich ucieszyć. Choć nie zmniejszy to potrzeby wsparcia, może zmienić moje nastawienie i jakość życia. Drugi sposób to zastanowienie się, jak mogę zadbać o to, żeby jednak tę pomoc uzyskać. Mogę o nią poprosić, a gdy usłyszę odmowę, nie obrażać się, nie brać tego do siebie, tylko zatrzymać się, dopytać, czym dla tej osoby jest to „nie”. Być może jest chętna mi pomóc, ale innego dnia albo w innych godzinach, albo dopiero za tydzień, bo teraz ma ważny projekt w pracy. Kiedy jesteśmy w kontakcie ze sobą, kiedy nie walczymy, a dążymy do dialogu – nasza kreatywność pomaga znaleźć niecodzienne rozwiązania.

Joanna Berendt, certyfikowana trenerka Porozumienia bez Przemocy, mediatorka NVC, akredytowana coach ICF PCC oraz trenerka Pozytywnej Neuroplastyczności według Ricka Hansona, współautorka książki „Alfabet empatii”.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>