fbpx

„Jak mówić o sobie dobrze” – rozmawiamy z autorką książki, Aleksandrą Więcką

"Jak mówić o sobie dobrze dobrze" - rozmawiamy z autorką książki, Aleksandrą Więcką
Rozmawiamy z Aleksandrą Więcką (Fot. Kobas Laksa), autorką książki "Jak mówić o sobie dobrze" (materiały prasowe).

Opowiedzenie dobrej historii to umiejętność, której trzeba się nauczyć jak gry w gumę czy tańca. Zwłaszcza jeśli ta historia dotyczy nas samych – przekonuje story designerka Aleksandra Więcka i zachęca, żeby głośno mówić o tym, co wnosimy do świata, zamiast czekać, aż inni przekują nasze działania w swój sukces.

Właśnie ukazała się twoja książka „Jak mówić o sobie dobrze”. Jak się czujesz jako mentorka?
Jak szewc. Czyli ktoś przynosi mi but z pękniętą podeszwą, a ja go kleję. I ten ktoś może iść w dalszą drogę. W najpopularniejszej strukturze narracyjnej, która nazywa się „wyprawa bohatera”, jest element pt. „Spotkanie z mentorem”. Bohater spotyka wtedy kogoś, kto pomaga mu przełamać opory i podjąć działanie, czyli właśnie wyruszyć w podróż. I tak widzę swoją rolę.

Kierujesz tę książkę do kobiet.
Tak. Problemy z mówieniem o sobie miewają i kobiety, i mężczyźni, ale książka powstała dzięki współpracy z kobietami. Po pierwsze, pięć lat temu Kasia Wierzbowska i Dorota Czekaj zaprosiły mnie do współtworzenia projektu „Be the Change” – w którym to akurat kobiety opowiadają o punktach zwrotnych: najważniejszych wydarzeniach ze swojego życia, takich, które zmieniły jego bieg. Po drugie, przygotowując je do tych wystąpień, ale też rozmawiając z dziewczynami na warsztatach, które prowadzę, widzę, że nasze wychowanie sprawia, że nieustannie w siebie wątpimy. Pytamy, czy możemy tu usiąść, czy możemy zająć całe krzesło, czy możemy się odezwać… Mamy ogromne opory, żeby dać sobie prawo do mówienia: „to jestem ja, tak widzę świat”. Pamiętam, jak zaskoczyło mnie, kiedy jedna z moich klientek powiedziała, że wystąpienia publiczne ją stresują, bo wyjście na scenę kojarzy jej się z wyjściem na środek szkolnej klasy – tak samo kiedy nauczyciel wywołuje ucznia pod tablicę, żeby całej klasie pokazać, że coś jest z nim nie tak. Poprosiłam więc uczestniczki warsztatów, żeby się z tym zmierzyły. Miały wyjść na środek i powiedzieć jedno zdanie o czymś, co zrobiły tego dnia rano – choćby o wypiciu w spokoju kawy czy pomalowaniu oczu. Niezależnie od tego, jak błaha byłaby to rzecz, publiczność miała za zadanie burzliwie je oklaskiwać. Wiesz, co było najtrudniejsze?

Samo wyjście?
To też! Od razu kiedy powiedziałam, na czym polega ćwiczenie, usłyszałam jęki. Ale jakoś poszło, wszystkie sobie z tym poradziły. Powiedzenie czegoś dobrego o swoim poranku nie było już takie trudne. Najcięższe było przyjęcie braw, wytrzymanie ich. Dziewczyny biegły z powrotem na widownię najszybciej, jak się dało. Chciałabym, żebyśmy mogły wreszcie zrozumieć, że te brawa nam się należą, że to w porządku cieszyć się uznaniem i przyjmować komplementy.

Powiedziałaś, że książkę dla mężczyzn napisałabyś inaczej. Mężczyźni też mają kłopot z mówieniem o sobie dobrze?
Jasne. Wielu z nich nie wie, co powiedzieć, jak się zaprezentować, i wielu z nich jest moimi klientami. Ale rzeczywiście mężczyźni, z którymi mam do czynienia, rzadko zastanawiają się, czy wypada powiedzieć: „zrobiłem świetny projekt, jestem z niego dumny”. Te słowa dużej części mężczyzn przychodzą naturalnie. Bo słowo „dobrze” w tytule książki ma dwa znaczenia. Z jednej strony znaczy tyle co: umiejętnie, stosując odpowiednie narzędzia, składnie i interesująco. Ale też „dobrze” oznacza przedstawić siebie w pozytywnym świetle, pokazać siebie takimi, jacy jesteśmy naprawdę, w poczuciu, że to jest w porządku.

Że siebie nie oszukujemy?
Albo raczej że akceptujemy to, kim jesteśmy, i nie umniejszamy swoich zasług. Opowiem ci historię.

Poproszę.
W zeszłym roku napisałam scenariusz do programu „Down the road. Zespół w trasie”, który stał się hitem w TTV, a teraz jest w głównym paśmie TVN. Ale od czasu napisania scenariusza do emisji programu mija dobrych kilka miesięcy. I w pewnym momencie, już po premierze usłyszałam, jak prowadzący program w wywiadzie mówi: „mieliśmy na planie jakiś scenariusz, ale wszystko działo się tak spontanicznie, że właściwie nie był potrzebny”. Pomyślałam: „Jak to?!”. Ale prawda jest taka, że zabolało mnie nie to, co powiedział, zabolało mnie, że to ja sama zapomniałam, jaka ta praca była dla mnie ważna, ile wysiłku w nią włożyłam i jak bardzo jestem z niej dumna. Zapomniałam też komukolwiek o tym opowiedzieć. Liczyłam na to, że ktoś inny opowie moją historię. A to przecież kompletnie bez sensu, to my nadajemy znaczenie temu, co zrobiłyśmy albo czego doświadczyłyśmy.

Co to znaczy?
Jest takie pytanie, które lubię sobie zadawać: „Who owns the story?”, czyli kto jest autorem historii, kto ją trzyma w garści, z czyjego punktu widzenia i czyja wersja zdarzeń jest opowiadana. Myślę, że rzadko mamy świadomość, że jesteśmy autorkami naszych historii, często oddajemy je walkowerem. Czekając, aż ktoś nas doceni, pochwali – co jest rzecz jasna przyjemne – pozwalamy, żeby to inni byli głównymi autorami opowieści o nas. A przecież to, jak my widzimy siebie, co w sobie cenimy, z czego jesteśmy zadowolone, czego chcemy – jest równie ważne, jeśli nie ważniejsze. Przedstawienie innym swojej wizji życia, otwarte mówienie, jakie jesteśmy, to coś, co wnosimy do świata. Ale rzadko sobie na to pozwalamy. I pewnie łatwiej tu mężczyznom, mają większe doświadczenie w tej materii. Ale my nie musimy się do nich porównywać, za to możemy się od nich uczyć. Widzę, że często podśmiewamy się z mężczyzn, z tego, jak się chwalą sobą, swoimi osiągnięciami, ale przecież też tego chcemy. Pragniemy uznania, równouprawnienia i korzyści, które się z tym wiążą.

Mówisz, że warto się uczyć od facetów, a czy warto przyjmować ich reguły gry?
Ale czy my wiemy, jak grają faceci? Co przez to rozumiemy? Czy to jest „męskie” powiedzieć, że coś jest moją zasługą, że jestem z tego dumna i chcę za to kasę? Albo trzymanie się razem – to jest świetna męska reguła, tylko nie podoba nam się, bo faceci stosują ją wobec swoich kolegów, a my rzadko wobec swoich koleżanek. Trzecia zasada, którą się kierują, to mówienie o tym, czego chcesz. Ba, domaganie się tego. Dla nas to jest supertrudne, bo zbyt często słyszałyśmy: „siedź w kącie, a znajdą cię”. Dobrze wychowana dziewczyna czeka na swoją kolej. Sądzi, że przecież to wiadomo, że ona chce rozwijać swoją karierę. Ale wyobraźmy sobie, że takich dobrze wychowanych dziewczyn jest dziesięć i tylko jedna powie głośno, że chce teraz awansować. Czy sądzisz, że ktoś będzie dociekał, czy pozostałe też może by chciały? I te dziewięć nie dostanie awansu, bo tamta była pierwsza. Możliwe, że będą wściekłe, smutne, rozżalone. I możliwe, że nadal nikomu o tym nie powiedzą. Myślę, że narzędziem, które nas najbardziej dyscyplinuje, jest wstyd. On nam mówi, że jeśli deklarujemy chęć zdobycia czegoś, a potem tego nie dostajemy – to znaczy, że jesteśmy złe, nieudolne, nie takie, bo nam się nie udało. A przecież i tak bywa: chciałam czegoś, ale się nie udało. Szkoda.

Ze wstydem wiąże się to, co sobie inni lub inne o mnie pomyślą. Jeśli ja dostanę awans, a koleżanki z pracy – nie, to na pewno przestaną mnie lubić i zaczną obgadywać.
No tak, ale jeśli poproszę o awans i to się uda, to znaczy, że da się. Świat to nie jest gra o sumie zerowej. Jest wystarczająco dużo tlenu dla mnie i moich dziewięciu koleżanek, które też mogą poprosić o to, czego potrzebują. Zwłaszcza teraz, gdy mówi się o zmianie przywództwa, a stary autorytarny model przestaje obowiazywać. Jasne, wciąż w badaniach wychodzi, że męskie kompetencje są po prostu kompetencjami, a kobieta oprócz tego, że superskuteczna musi być jeszcze ciepła i miła − i dopiero wtedy może być równie wysoko oceniona.

Z twojej książki wyciągnęłam dla siebie to, że można się bać wystąpienia, ale nie o odwagę tu chodzi, bo ważne, żeby się do niego po prostu dobrze przygotować.
Porównajmy to do wyprawy na Mount Everest. Trzeba mieć dobry sprzęt, kurtkę, buty i nauczyć się rozkładać siły. Wówczas nawet jeśli będziesz zestrachana, to noga za nogą pójdziesz przed siebie i możliwe, że dojdziesz na szczyt. A gdy zejdziesz, to nie będzie miało znaczenia, czy podczas wchodzenia byłaś w dobrym humorze, czy się bałaś, tylko że weszłaś. Przed wyprawą na Kilimandżaro mąż jednej z mówczyń wciąż powtarzał, że nie powinna jechać, że jeśli coś się stanie, to osieroci dzieci. Pojechała. Ale podczas wchodzenia na szczyt nie czuła się najlepiej, bolał ją brzuch, cały czas było jej niedobrze. Bała się, ale zaparła się i weszła. I kiedy po powrocie razem z mężem szli na imprezę, on przedstawiał ją: „to jest moja żona Magda, zdobyła Kilimandżaro”. I to, czy było jej niedobrze, czy nie, nie miało żadnego znaczenia. Liczy się to, że pokonała swój lęk.

Piękna historia. A co to znaczy dla ciebie „dobra historia”?
Taka, w której dokładnie wiesz, co chcesz o sobie powiedzieć, w której wybrzmiewa to, co uważasz za ważne. Podczas warsztatów często robimy takie ćwiczenie: dzielę uczestników na trzyosobowe grupki i proszę, żeby zastanowili się, jakie trzy ważne rzeczy o sobie chcą powiedzieć. Potem kolejno jedna osoba opowiada, a pozostałe słuchają, zadają pytania i notują. Na koniec każda z nich słucha tego, co dwie pozostałe zapamiętały z jej opowieści, i sprawdza, czy to zgadza się z tym, co chciała, by zostało zapamiętane. Często okazuje się, że tak nie jest. Nie podkreśliła wystarczająco tego, co ważne. Opowiedzenie dobrej historii to umiejętność, której trzeba się nauczyć jak gry w gumę czy tańca. Najpierw nic nie rozumiemy, potem ćwiczymy krok podstawowy – naparwdę potrzebujemy sporo czasu, żeby zdobyć nową kompetencję.

A jakbyś opowiedziała swoją historię, kierując się tymi zasadami?
Jako czternastolatka marzyłam o byciu artystką i studiowaniu na Akademii Sztuk Pięknych. I któregoś dnia, na wycieczce do Muzeum Narodowego, kiedy o tym mówiłam, moja nauczycielka od polskiego powiedziała: „ależ ty jesteś urodzoną dziennikarką!”. Zdałam egzaminy, zatrudniłam się w galerii sztuki i któregoś dnia przyszedł e-mail z prośbą o wysyłanie programu wystaw do redakcji „Newsweeka”. „Newsweek” kojarzył mi się z wielkim światem, mediami z najwyższej półki. Co tam informacje prasowe, ja chciałam pisać tam teksty! „Przyjedź, zobaczymy” – odpisała dziennikarka, która do dziś jest moją przyjaciółką. Przyjechałam, zostałam. Pracowałam po kilkanaście godzin dziennie, zachłyśnięta misją i dziennikarskim etosem. Zmieniały się działy, redakcje, wydawnictwa. Każda okładka to była radość. Aż w końcu poczułam, że chociaż coraz lepiej opowiadam cudze historie, to chcę też opowiedzieć własną. Zapisałam się na warsztat design thinking i zrozumiałam, że umiejętność projektowania i opowiadania historii da się świetnie połączyć. Zaczęłam projektować opowieści. Rozstanie z dziennikarstwem nie przyszło mi łatwo. Na jednej z sesji coachingowych symbolicznie spaliłam za sobą mosty – czyli karteczkę ze słowem „ dziennikarka”. To nie do końca pomogło, za bardzo kocham pisać… Jednak kiedy urodził się mój syn, Jonatan, z zespołem Downa, telefon zamilkł na dłużej. Wtedy zrozumiałam, że muszę zadbać o siebie sama.

Skończyłaś wtedy Laboratorium Dramatu.
To było jak haust świeżego powietrza. Nie opisywałam jedynie rzeczywistości, uwalniałam wyobraźnię. Pamiętam jedno z ćwiczeń, które zadał nam prowadzący: mieliśmy opisać tę samą scenę za każdym razem w innym otoczeniu i zadać sobie pytanie, czy to otoczenie sprzyja bohaterowi czy nie. Ten jeden szczegół zmieniał tak wiele! I tam zaczęło we mnie kiełkować to, co robię dziś i co rozwinęło się i nadal rośnie jak magiczna fasola w bajce Disneya.

Aleksandra Więcka, dziennikarka, socjolożka. Łączy storytelling z design thinking i treningiem kreatywności. Wykładowczyni School of Form w Poznaniu i Uniwersytetu SWPS oraz Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie.

Jak mówić o sobie dobrze
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze