fbpx

Nonkonformizm w dzisiejszych czasach, czyli kim jest nonkonformista?

Nonkonformiści – dobrze pojęta niezależność
fot. iStock

Nonkonformizm to zadanie. Niektórym łatwiej mu sprostać, a innym trudniej, co nie znaczy, że nie muszą się starać – mówi dr Andrzej Wiśniewski. Skąd czerpać zaufanie do siebie i swoich poglądów, zachowując postawę nonkonformistyczną? – pyta Joanna Olekszyk.

Co to dziś znaczy być nonkonformistą? Co to jest nonkonformizm w rzeczywistości? Należ nie mieć telewizora, kupować w second-handach, nie jeździć na wczasy do Egiptu?

Nonkonformizm nie ma nic wspólnego z tym, że chcemy się wyróżnić, być innym na siłę, kreować się na kogoś, albo zwrócić na siebie uwagę i z tego tytułu czerpać jakieś społeczne korzyści. Nie, nonkonformizm jest postawą, która zasadza się na tym, że człowiek ma zaufanie do swoich uczuć i przekonań, w związku z tym ma też odwagę bronienia ich i stawania w opozycji do poglądów innych ludzi. Czasami płaci się za to wysoką cenę. Nonkonformiści to ludzie, którzy czasem mogą być źle oceniani czy odrzucani, ale oni nie obawiają się takiej reakcji. To jest po prostu ich styl życia.

Skąd się biorą tacy ludzie – nonkonformiści?

Jak nietrudno się domyślić, musi się za tym kryć dość wysoki poziom poczucia własnej wartości, czyli takiego przekonania, że moje poglądy nie są głupie, że doszedłem do nich w wyniku pracy nad sobą i przemyśleń – można się z nimi nie zgadzać, ale one są moje i są ważne. Takie poczucie własnej wartości jest związane z pewnym sposobem wychowania, akceptacją otoczenia. Bliscy takich dzieci wprawdzie nie wszystko w ich zachowaniu popierają, ale premiują samodzielne myślenie, nie zmuszają dzieci do realizowania cudzych wizji i nie oczekują od nich niewolniczego przestrzegania norm czy standardów.

I nawet jeśli rodzice nie zgadzają się z ich poglądami, to cieszą się, że w ogóle maluchy je posiadają. Można powiedzieć, że wysokie poczucie wartości mają ludzie, którzy są kochani w sposób bezwarunkowy. Nie słyszą takich zdań, jak: „jesteś kochany, bo wyniosłeś śmieci” czy: „jesteś dobrą córką, bo się dobrze uczysz”, za to słyszą: „jesteś kochana, bo jesteś z nami, a że wyniosłaś śmieci czy się dobrze uczysz – to wspaniale”. Takie dzieci nabierają zaufania do swoich wyborów czy przekonań. Liczą się z krytyką, z tym, że może być ona nieprzyjemna, a często nawet grozić odrzuceniem czy jakimś rodzajem ostracyzmu, ale mimo to potrafią robić swoje. Co nie znaczy, że są jakimiś automatami, które nie przeżywają lęku czy obaw, natomiast stając przed wyborem: bezpieczeństwo czy rozwój, wybierają rozwój.

Nonkonformiści nie są zatem, jak się powszechnie sądzi, burzycielami ładu społecznego?
No właśnie nie, ani z nich burzyciele, ani ekshibicjoniści, to raczej ludzie, którzy mają poczucie funkcjonowania w zgodzie z tym, kim są i jacy są. Tak jakby nie mogli inaczej. Czasem dochodzi do sytuacji, gdy muszą stanąć w obronie własnych zasad czy wyrazić sprzeciw, ale nie jest to kwintesencją ich postawy.

Czy aby być tak pewnym siebie i niezależnym w dorosłym życiu, wykazywać postawę nonkonformistyczną, wystarczy w dzieciństwie mieć choćby jedną osobę, która nas kocha bezwarunkowo, czy musi być więcej sprzyjających okoliczności?Zawsze lepiej, jak się jest w sprzyjającym środowisku, począwszy od demokratycznego środowiska społecznego czy otoczenia, które ma dużo tolerancji, po rodzinę, w której panują dobre układy, której członkowie bez lęku mogą mówić o swoich uczuciach i otwarcie się ze sobą komunikować. Rzadko zdarza się jednak, by te wszystkie warunki zostały spełnione. Z moich obserwacji wynika, że wystarczy właśnie jedna osoba: dziadek, babcia, ciocia albo wychowawczyni w szkole, która może się w dużym stopniu przyczynić do właściwego rozwoju dziecka, bo dzięki niej poznaje ono smak niezależności, wolności, akceptacji, smak bycia sobą – a potem może z tego korzystać.

A nie jest tak, że po prostu niektórzy mają większe predyspozycje do bycia niezależnym nonkonformistą, a inni – mniejsze?

Trudno mi to jednoznacznie stwierdzić, ale z moich doświadczeń terapeutycznych i praktycznych, a także z ostatnich doświadczeń w roli dziadka rocznej wnuczki, wynika, że ludzie, którzy doświadczają wolności, akceptacji i stawiania jasnych granic, są w swoim zachowaniu bardziej żywi i spontaniczni. Nie tylko nie boją się wyrażać swoich poglądów, ale też prezentować swoich uczuć, uśmiechać się do innych. To na pewno sprzyja postawie niezależności.

Można wypracować w sobie taką postawę nonkonformistyczną pomimo złych doświadczeń? Albo właśnie dzięki nim?
Znam wielu terapeutów, i to dobrych, którzy dzisiaj pomagają innym, a sami mieli bardzo trudne warunki rozwojowe. W wyniku pracy nad sobą, własnej terapii, niewycofywania się z relacji na pozycję przegranego czy ofiary – doszli do postawy nonkonformistycznej. A więc jest to możliwe. Doświadczają tego nie tylko ci, którym – jak to ujął poeta – udało się „spaść jabłkiem na cudze kolana”.

Nonkonformizm to pewnego rodzaju zadanie. Niektórym jest łatwiej, bo okoliczności im sprzyjają, a innym ciężej, co nie znaczy, że nie powinni się starać. Codziennie to obserwuję. Widzę, jak moi pacjenci, w miarę terapii, uczą się mówić: „nie”, wyrażać swoje poglądy. Wystarczy choć na chwilę zanurzyć kogoś w atmosferze akceptacji, a jego prawdziwa natura zacznie się przebijać.

Nonkonformizm to przejaw dojrzałości?
Tak, to zdecydowanie cecha osób dojrzałych. Ostatnio coraz częściej mam wrażenie, że dzieci są bardziej dojrzałe od swoich rodziców, co jednak nie do końca jest dobre. Dojrzałość powinno się osiągać po ukończeniu odpowiedniego wieku.

Co różni buntownika od nonkonformisty?
Myślę, że mówiąc o buncie, powinniśmy rozróżnić dwie sprawy: bunt dla samego buntu i bunt w obronie pewnych wartości. Nonkonformista nie jest człowiekiem, który wszystko akceptuje. Potrafi powiedzieć: „dość, nie zgadzam się z tym”. To taki – powiedziałbym – dorosły bunt.

Natomiast jest też bunt młodzieńczy i ten klasyczny 2–3-latków. Oba spełniają ważne zadanie rozwojowe. Dzieci poprzez negację budują swoją niezależność, wyodrębniają się ze struktury rodzinnej. Młody człowiek musi się zbuntować, nawet na złość rodzicom odmrozić sobie uszy, gdyż wartością jest nie to, że on w ten sposób obroni swoje poglądy, ale że wyznaczy granice między nim a rodzicami. To konieczne dla jego dojrzewania. Można powiedzieć, że ci, którzy nie przeżyli takiego buntu w wieku kilkunastu lat, będą musieli zmierzyć się z nim w dorosłym życiu. Moi pacjenci muszą się niekiedy zbuntować w wieku 40, 50 czy nawet 60 lat, nadrobić zaległości rozwojowe. Taka jest kolej rzeczy. Młodzi mężczyźni muszą walczyć, buntować się, być niepokorni, odcinać się od innych, tak samo jak mężczyźni po pięćdziesiątce – pogodzić się z pewnymi ograniczeniami.

Młodzi pewnie do tego dążą, wykazując swój nonkonformizm, ale dzieci jednak zwykle nie chcą się wyróżniać…
To zależy. Są takie, które rzeczywiście nie chcą, a są takie, które chcą. Na przykład ja jako dziecko uwielbiałem występować na scenie, deklamować wierszyki. Trzeba pamiętać o tym, że wyróżnianie się ustawia nas w polu ocen, a to niesie za sobą ryzyko, że te oceny nie zawsze będą pozytywne.

Niektórzy rodzice mówią: „No co, nie poradzisz sobie? Masz się wziąć w garść i wystąpić”. W ten sposób nagradzają pseudoodwagę i kaskaderskie zachowania dzieci, które olbrzymim kosztem starają się spełnić oczekiwania rodziców. Inni przekazują dzieciom takie motto: „Siedź w kącie, a znajdą cię”. Tu z kolei promowane są działania zachowawcze, asekuracyjne. Co lepsze? Otóż dziecko musi mieć przekonanie, że zarówno jego lęk, jak i odwaga, znajdą w oczach rodziców akceptację. Że przytulą po porażce, ale też będą z nim świętować sukces. Wtedy dziecko będzie potrafiło zaakceptować siebie zarówno jako osobę bezradną, jak i odnoszącą sukces, nie bać się go.

Brak akceptacji siebie powoduje, że niektórzy prowadzą podwójne życie. Taki Internet umożliwia wykreowanie zupełnie nowej osoby…
Ludzie zawsze się kreowali – obawiając się oceny czy odrzucenia, bo tak czy inaczej wyglądają, bo mają takie, a nie inne uczucia, takie, a nie inne potrzeby… Na przykład mężczyzna, który podrywa na przyjęciu wszystkie kobiety, na niektórych może robić wrażenie bardzo atrakcyjnego faceta, pozostali wyczują w nim fałsz, chęć udowodnienia sobie czegoś, a pod tym wszystkim – wielki lęk. Ktoś, kto ma poczucie własnej wartości i wie, że może się podobać, nie robi takich rzeczy. Podobnie jest z kobietami. To zresztą bardzo powszechne przekonanie: ludzie nie wierzą, że może być w nich coś atrakcyjnego dla innych, więc kreują się na kogoś innego.

To, co nas wyróżnia, jest tym, co przyciąga do nas innych?
W Stanach Zjednoczonych zrobiono takie wielkie badania, nie wiem, na ile były one naukowe, ale zwróciły moją uwagę. Otóż przebadano 10 tysięcy ludzi, zadając im pytanie, jakie zdanie ich najbardziej porusza. Okazało się, że największe wrażenie robił na nich komunikat: „kocham cię, ale nie zawsze potrafię ci to powiedzieć”. To wyznanie bardzo odkrywa człowieka i jednocześnie mówi, że ma on ze sobą pewien problem. Moja żona twierdzi, że w tych badaniach brały udział głównie kobiety, bo to one zwykle cenią mężczyzn, którzy są silni i odważni, a jednocześnie nie ukrywają swoich słabości.

Nie ma pan wrażenia, że ponieważ zbyt często czujemy, że musimy spełniać czyjeś oczekiwania, zachowywać postawę konformistyczną, coraz trudniej dojść do wniosku, czego naprawdę chcemy?
A czasem jest tak jak w tej smutnej historii o ojcu, który zabrał syna do kościoła, kazał mu uklęknąć i żałować za grzechy. Syn spytał: „Tato, za jakie?!”, ojciec na to: „Ty już wiesz, za jakie”.

Bardzo często jako dzieci, ale i jako dorośli, spotykamy się z oczekiwaniami kierowanymi pod naszym adresem, które są wprawdzie nieujawnione, ale domyślamy się, że gdybyśmy je spełnili, to uzyskalibyśmy aprobatę kogoś, na kim nam zależy. Co więcej, niektórzy rodzice specjalizują się wręcz w roli takich surowych trenerów, ciągle podnoszących poprzeczkę – uważają to wręcz za swoje zadanie. Jest to tragiczna sytuacja, bo uczy dzieci tego, że one same właściwie nic nie znaczą, liczy się jedynie to, czy dostosowują się do warunków. Często, mimo że rodzice są już starzy lub nie żyją, one nadal noszą w sobie ich słowa, ich oczekiwania. Są znanymi lekarzami, bo rodzice tak chcieli, choć w głębi duszy woleliby być malarzami.

Chyba że…?
…poziom frustracji będzie tak duży, że przerodzi się w depresję albo znajdą kogoś, kto ich zrozumie i wesprze w zmianie.

Nie spełnia cudzych oczekiwań, ale czy to znaczy, że nie powinien też ich posiadać?
Ależ my mamy mieć oczekiwania w stosunku do ludzi i do świata! Tylko dajmy im także prawo do tego, by nie musieli ich spełniać. Jak pani nie będzie miała oczekiwań w stosunku do facetów, to trafi pani na takiego, który do niczego pani się nie przyda. Gdy zacznie pani stawiać warunki – nie będzie pani miała problemu z wyborem.

Andrzej Wiśniewski doktor filozofii, superwizor treningu psychologicznego i psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychologicznego i Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>