Kryzys w związku zbliża – przekonuje Katarzyna Miller

Dopadł was kryzys? Usiądźcie, porozmawiajcie, co z nim możecie zrobić. (fot. iStock)

Nawet nad najbardziej udanym związkiem zbierają się czasem czarne chmury. Dlaczego? Już choćby z tego prostego powodu, że nie ma relacji idealnych. Psychoterapeutka Katarzyna Miller przekonuje, że kryzysy są nieuniknione, ale też niezwykle cenne, bo – mądrze przepracowane – cementują miłosne więzi.

Kryzys w związku to ścianą, która przed wami nagle stanęła czy raczej proces, który narasta?

To zdecydowanie proces i bardzo bym lubiła, żeby publiczność, czyli naród, wiedziała, że bez kryzysów się nie obejdzie, bo jest to normalny kawałek każdej długotrwałej relacji. Prowadziłam kiedyś warsztaty, które nazwałam „Kryzys – przystanek do szczęścia”, bo ja tak właśnie go widzę. Jako przystanek. Trzeba na nim wysiąść, postać, poczekać, pomyśleć, coś zrozumieć i wsiąść do autobusu jadącego prosto do szczęścia. Kryzysy dotyczą właściwie każdej sytuacji życiowej: w pracy, w związku, w przyjaźni, szkole – wszędzie, gdzie jest stała grupa ludzi, którzy coś razem robią i przeżywają. Ponieważ wszyscy oni są w jakiejś mierze podobni, ale też różni, to pewne ich żale, pretensje i niespełnienia prędzej czy później wychodzą na wierzch.

Choć najpierw super się dogadywali?

Jak ludzie się w sobie zakochują, to chcą widzieć tylko podobieństwa. To jest taka pieśń miłosna: „Myśmy obydwoje wychowali się na Podlasiu, chodzili po drzewach, mieli paczki przyjaciół, on gra na gitarze i śpiewa, ja też”. Ona nie ma pojęcia, że po trzech latach on wyjmie gitarę i jak ona zacznie śpiewać, to usłyszy: „Przestań mi przeszkadzać”. Dlaczego? Bo na wierzch wyjdzie jego ambicja – to przecież on gra, do cholery, to on ma być tu gwiazdą!

A kiedyś był taki zachwycony, jak razem śpiewali…

No bo chciał ją zdobyć, wtedy wszystko mu się podobało. A teraz? Teraz ona wpieprza mu się w jego granie i śpiewanie. A nie mogłaby tak jak inni posłuchać i zachwycić się? Mogłaby, ale ona też chce śpiewać i chce, żeby on się zachwycał tym, jak śpiewa. Tym bardziej że najpierw przez te trzy lata się zachwycał, a tu nagle przestał. „To straszne, on już mnie nie kocha” – myśli ona. Ano kocha, kocha, tylko siebie kocha bardziej (śmiech).

Ona jednak czuje żal i pretensję.

On też. I tak zbierają się ich drobne pretensje żale i smutki. Pierwszy kryzys, jaki dopada pary – jedne wcześniej, inne później – nazywa się „i skończyły się te dobre dni”. On jej już nie poświęca tyle uwagi, co kiedyś, a ona coraz częściej ma skwaszoną minę. Jak mu mówi: „Ale dlaczego tak często chodzisz na piłkę z kolegami, skoro masz mnie tu, w domu?”, to on się denerwuje: „Jak to, chcesz mi zabrać moją piłkę”.

Czyli pierwszy kryzys dotyczy kwestii: autonomia versus więź?

Raczej tego, że każdy z nas chce być kochany przez ukochaną osobę, a nagle ma poczucie, że już nie jest. Trochę na zasadzie: było obiecane co innego.

Zderzenie wyobrażeń z rzeczywistością?

Tak. Na przykład on był taki pogodny i zaradny, a teraz przychodzi zły z pracy, zalega na kanapie i nie chce powiedzieć, o co chodzi. A jak ona dopytuje, bo chciałaby wszystko o nim wiedzieć, to słyszy: „To nie twoja sprawa” albo „A co ja ci będę opowiadał, jak ty nic z tego nie zrozumiesz, nie siedzisz w tym ze mną”. Wyobrażenia mieli takie, że ponieważ się sobą zachwycili i wszystko dobrze do tej pory szło, to będzie tak już zawsze. Dlatego ten pierwszy kryzys musi przyjść…

Musi?

Musi, jeśli ludzie nie są świadomi tego, że stan zakochania kiedyś minie. Następne kryzysy pojawiają się już z różnych powodów: chociażby dlatego, że jesteśmy w jednym gospodarstwie domowym, ale mamy do niego inne podejście. Bo ludzie się wcześniej ze sobą nie umawiają na to, kto będzie gotował, a kto sprzątał. Mężczyzna nie mówi kobiecie, że chciałby tradycyjnego podziału obowiązków – czyli tego, żeby ona była jak jego mamusia, która zajmowała się domem i dziećmi – bo ona najpierw pociąga go tym, że jest dokładnie inna niż jego mamusia, ale potem by jednak chciał mieć taki priorytet w domu jak tata.

Ten pierwszy kryzys tak naprawdę dotyczy tego, że związek nie spełnia naszych oczekiwań?

Nasze potrzeby nie są w nim zaspokajane. Zresztą tak jak nie były w rodzinie. A wszyscy, mniej lub bardziej świadomie, oczekujemy, że małżeństwo nam wyrówna to, czego nie dostaliśmy. U mnie w domu będzie zupełnie inaczej…

… a okazuje się, że jest tak samo.

Niekoniecznie tak samo, ale wiele rzeczy jest podobnych. Nieprzypadkiem się mówi, że pobieramy się ze swoim tatusiem czy mamusią, bo nie mamy z nimi dokończonych spraw. Oczywiście, może nam się wydawać, że jest zupełnie inaczej, bo tata nie mówił mi w ogóle, że mnie kocha, a ten chłopak mówi to siedem razy dziennie, tylko że potem nagle przestaje – no bo już tyle razy powiedział.

Jaka nauka płynie z pierwszego kryzysu?

Ano taka, żebyśmy sobie usiedli w miłej atmosferze, na wygodnej kanapie i opowiedzieli o tym, czego sobie nie wyjaśniliśmy, o oczekiwaniach, jakie mamy, a o jakich nie uprzedziliśmy naszego partnera, i sprawdzili, co można zrobić, żeby sobie trochę więcej dać, ale też nie być rozczarowanym i wiedzieć, że niektórych rzeczy nie dostaniemy nigdy od naszego partnera. I trzeba będzie ich szukać gdzie indziej. Ja zawsze dziewczynom powtarzam, że jeżeli marzy im się głębokie porozumienie, to proszę bardzo, ale z przyjaciółkami, a nie z facetem. Jak się z nim rozumiesz, to cud boski, czyli rzadkość, nie reguła. Często lepsi są w tym faceci wychowani przez siostry, bo oni wyczuwają pewne sprawy. A najbardziej to już życzyłabym nam wszystkich partnerów, którzy są najstarszymi z rodzeństwa w rodzinie. Bo oni są najbardziej opiekuńczy, a dziewczyny to lubią.

Następne kryzysy pojawiają się z różnych powodów: chociażby dlatego, że jesteśmy w jednym gospodarstwie domowym, ale mamy do niego inne podejście. (fot. iStock)

A jedynacy?

Zgroza! Ja mam zawsze jedynaków, ale i ja sama jestem jedynaczką, więc nic dziwnego, ludzie w końcu dobierają się według pewnych jakości, które znają z domu. Myśmy z Edkiem mieszkali w kilku mieszkaniach i najlepiej jest nam teraz, kiedy każde z nas ma osobny pokój i łazienkę. Niedawno mieliśmy za małe mieszkanie, więc się bez przerwy kłóciliśmy. Przestrzeń niesamowicie wpływa na relacje między ludźmi. Na dodatek my jesteśmy jak dwie skrajności: on zawsze jest na „nie”, a ja zawsze jestem na „tak”. Ja włączam światło, on gasi, ja otwieram okno, on zamyka, ja lubię chodzić do różnych restauracji, on zawsze do tej samej. Teraz pomyśl, jak my bylibyśmy stale w jednym pokoju, tobyśmy się pozabijali. Można powiedzieć, że większość kryzysów bierze się ze wspólnej sypialni.

I nie masz na myśli seksu?

Ja mam na myśli przebywanie we wspólnym pokoju. Kobieta nie ma swojej części, facet nie ma swojej części i wyobraź sobie, że on lubi się budzić rano, a ona długo spać, że wieczorem ona czyta, a jemu przeszkadza światło, że on lubi, jak w nocy jest otwarte okno, a jej jest wiecznie zimno, że on śpi jak zabity, a ona ma bardzo płytki sen, abo że on czy ona chrapie… Ewidentnie się nie zgrywają. Osobne sypialnie ratują wiele związków, naprawdę. A jak fajnie jest, jak się oboje seksualnie w tych sypialniach odwiedzają.

Brzmi cudownie, ale niewielu z nas na to stać…

Masz na myśli kwestie finansowe? Zgadza się, ale wiesz, że bardzo wielu na to stać i tego nie robią?

Ja mam wrażenie, że przyczyną wielu konfliktów jest już samo to, że jesteśmy mężczyzną i kobietą.

Słusznie mówisz. Konflikty biorą się już z tego prostego faktu, że jesteśmy innymi osobami, pochodzimy z innych rodzin, mamy inne doświadczenia, jak i tego, że jesteśmy innej płci. Z jednej strony nas to do siebie przyciąga, z drugiej strony jest przyczyną konfliktów. Bo to, co ci się w nim na początku najbardziej podoba, będzie cię potem najpewniej drażnić. Powiedzmy, że ty jesteś we wszystkim szybka, a on jest spokojny. Najpierw się zachwycasz: „Ach, jaki on jest spokojny”, potem mówisz: „A co ty tak siedzisz i siedzisz? Ruszyłbyś się gdzieś”. Na co on: „Ale o co ci chodzi? Przecież zawsze taki byłem. Takiego mnie brałaś”. „Ale już nie chcę!”. No właśnie. Dlatego ja jakiś czas temu powiedziałam sobie tak: „Nie chce iść ze mną do teatru? Dobrze, idę z przyjaciółką”. „Nie chce iść ze mną do kina? Świetnie, idę sama”. Trzeba się siebie nauczyć i właśnie po to są nam kryzysy.

Kryzys to szkoła relacji?

Najwięcej o sobie i o związku uczymy się właśnie na kryzysach. Najpierw on tak cię wkurza, że myślisz, żeby go ciepnąć o ziemię i iść sobie w siną dal, ale kiedy już przejdzie ci złość, dochodzisz do wniosku, ze będzie ci bez niego smutno – przecież nie ma drugiego faceta, który będzie cię tak rozśmieszał i znał. Zaczynasz się zastanawiać, czy nie lepiej pewne rzeczy przecierpieć albo przemilczeć, żeby mieć te inne, które są istotne. Powiem tak, zamiast dziwić się, że dopadł nas kryzys, powinniśmy dziwić się, gdy długo go nie ma. Bo na co dzień pędzimy gdzieś ciągle z głową pełną rzeczy do załatwienia, a wzajemna komunikacja nie mieści się raczej w spisie spraw na jutro. Wieloletni małżonkowie najczęściej przekazują sobie tylko polecenia: „Pamiętaj, żeby odebrać dziecko ze szkoły”, „Bądź w południe w domu, bo przyjdzie hydraulik”. W rezultacie po jakimś czasie zaczynają się traktować na zasadzie: „No i znowu zapomniał”, „Ma mnie w dupie”. Jak tak się o kimś myśli, to się go raczej nie znosi, prawda?

Ale tu chodzi też chyba o to, że on już się nie stara…

Jeżeli mi się w nim coś nie podoba, to mam dwie rzeczy do zrobienia. Najpierw zapytać się samej siebie, czy mogę to znieść. Jak mogę, to zacznę to znosić. Jak nie, to trochę spróbować na niego wpłynąć, ale jak nic nie działa – po prostu przestać. Nie ciosać facetowi kołków na głowie za to, że jest, jaki jest. „Bo on nie mówi, że mnie kocha”. Ale jest kochana, przy tobie. Chcesz być sama, bądź. Dziewczyny, które są same, mają mnóstwo plusów w swoim życiu, ale nie maja tego jednego – kogoś do pary, kogoś w domu, kto cię czasem wkurza, ale też robi ci herbatę. Oczywiście, singielki wolą być same także dlatego, że widzą, jak niektóre pary się ze sobą żrą bez przerwy, a one tak nie chcą.

Są też kryzysy wywołane nagłymi zmianami: przeprowadzką, zmianą pracy, chorobą, romansem.

Oczywiście. Kupa kobiet reaguje najgorzej na zdradę, bo myśli, że nic gorszego je spotkać nie może. Ja im mówię: „Żeby cię tylko takie rzeczy spotykały, bo jak cię chłop oszukuje, okrada, bije albo gwałci, to dopiero jest nieszczęście”. Ale one wolą być bite, oszukiwane niż zdradzane.

Judith Viorst w książce „To, co musimy stracić” przytacza wyniki badań na temat przyczyn kryzysów w związki. Jeden z nich jest taki, że mężczyźni dążą do autonomii, a kobiety do głębokiej więzi.

Jest to z grubsza prawda, choć zdarzają się bardzo głęboko wiążący się mężczyźni i bardzo autonomiczne kobiety. Poza tym odnoszę wrażenie, że kobietom bardziej niż na więzi zależy na władzy i kontroli. Ale jeżeli umiesz zachować więź, to nie trzeba kontroli.

Inne badania mówią, że to więcej żon niż mężów mówi o niezadowoleniu ze związku, więcej żon ma depresję i więcej się rozwodzi.

Bo mężczyźni są dużo bardziej zadowoleni z tego, co mają, niż kobiety. Oni jak coś chcą, to sobie to zwyczajnie biorą. Poza tym są bardziej realistyczni. Pamiętam, jak wiele lat temu spytałam kolegę, którego przypadkiem spotkałam na mieście: „A jak tam twoje małżeństwo”?. On na to: „A dziękuję, średnio”. Najpierw miałam taki dysonans, że jak to, średnio to dobrze? Potem chwilę z nim porozmawiałam i on mi wyjaśnił: „Średnio to jest bardzo dobrze, bo to znaczy, że my się już dotarliśmy i dogadaliśmy. Ja się nie spodziewam fajerwerków. Ona też. Liczymy na siebie, wiemy, ile jesteśmy w stanie sobie dać, i jest bardzo spokojnie”. Pomyślałam: „Boże, jakie to mądre”. Złoty środek jest zawsze dobrym rozwiązaniem.

Jeszcze jeden fakt: kobiety dostosowują się bardziej do oczekiwań mężów niż mężczyźni do oczekiwań żon.

Owszem, dużą mądrością jest ustępować, ale ustępować i nie mieć o to pretensji, nie zapisywać tego w kominie jako „ja zawsze…, ty nigdy…”. Faceci robią dla siebie więcej, toteż mniej ustępują. Dostają od cywilizacji na to pozwolenie, a kobiety nie, dlatego powinny się tego nauczyć.

A na ile przyczyną kryzysów w relacji są nasze marzenia o idealnym związku?

Mit romantycznej miłości więcej robi nam szkody niż pożytku. Podobnie jak wiara w ideały. Kryzysy są nam niezbędne, mamy je szanować i czerpać z nich naukę. Nazywać je. Dopadł was kryzys? Usiądźcie i porozmawiajcie, co z nim możecie zrobić. W którym miejscu on być coś chciał od ciebie, a ty od niego. I nie nastawiajcie się od razu, że i tak tego nie dostaniecie albo nie umiecie dać. Jeżeli będziecie odganiać kryzys, to być może się nie rozstaniecie, ale będziecie od siebie coraz dalej. Natomiast jeżeli go przyjmiecie, postaracie się zrozumieć i dobrze rozwiązać, to się do siebie zbliżycie. I może nawet przeżyjecie kolejny miesiąc miodowy. Znam pary, które zaczęły być ze sobą bliżej niż kiedykolwiek wcześniej – po zdradach, stracie majątku, a nawet dziecka. Bez wygranych i przepracowanych kryzysów nie ma prawdziwie scementowanych związków.