fbpx

Mitomania, czyli jak kłamstwo staje się nawykiem

Mitomania, czyli jak kłamstwo staje się nawykiem
Niewinne kłamstwa dodają kolorów, ale gdzie jest granica niewinności? (Fot. iStock)

Wszyscy czasem kłamiemy, żeby nie zrobić komuś przykrości, łatwiej się usprawiedliwić czy wypaść trochę lepiej w oczach innych. Ale są osoby, które mijają się z prawdą częściej niż pozostali i nie przestają koloryzować nawet wtedy, gdy działa to przeciwko nim i niszczy ich relacje z bliskimi.

Dobrze pamiętam z dzieciństwa wiersz Juliana Tuwima „O Grzesiu kłamczuchu i jego cioci”. Ciocia zapytała Grzesia, czy wrzucił list do skrzynki, a on powiedział, że wrzucił, ciocia nie była przekonana, pytała, czy na pewno nie kłamie, na co on barwnie opowiedział i o liście samym, i o okolicznościach zdarzenia… Oto próbka: „A jak wrzucałem list do skrzynki/ To przechodził tatuś Halinki/ I jeden oficer też wrzucał, Wysoki – wysoki/ Taki wysoki, że jak wrzucał, to kucał/ I jechała taksówka… i powóz…/ I krowę prowadzili… i trąbił autobus,/ I szły jakieś trzy dziewczynki/ Jak wrzucałem ten list do skrzynki”. Grześ opowiada i opowiada, a na koniec okazuje się, że ciocia nie dała mu żadnego listu do wrzucenia, więc cała opowieść jest zmyślona. Wiersz o Grzesiu nadal żyje w moim pokoleniu i kiedy ktoś opowiada historię, która brzmi niewiarygodnie, komentujemy czasem: „a jak wrzucał, to kucał!”. I wiadomo, że nie wierzymy w to, co słyszymy, i nie damy się zwieść.

Pełną szczegółów opowieść Grzesia można uznać za dziecięce fantazjowanie, z którego zwykle się wyrasta. A jeśli nie? Wtedy mamy do czynienia z mitomanią, gdzie nie wiadomo od razu, że ktoś kłamie i trzeba czasu, żeby się o tym przekonać.

Nałogowy kłamca

Monika, lat 38, rozwiodła się trzy lata temu, ale wciąż ma poczucie winy z tego powodu. – Były mąż nadal mi wypomina, że rozbiłam rodzinę i unieszczęśliwiłam nasze dzieci. Nie płaci alimentów, bo skoro chciałam być sama, to powinnam sama sobie radzić. Zagroziłam mu sądem, a on powiedział córkom, że mama chce go wykończyć, że chodzi jej tylko o pieniądze, a on nie ma. Dzieci zaczęły mnie błagać, żebym nie krzywdziła taty, bo tata jest biedny i nie ma gdzie mieszkać, bo wyrzuciłam go z domu, a on nie ma za co wynająć mieszkania i musi mieszkać kątem u jakiejś pani. Z tego, co wiem, to z tą panią mieszka z wyboru, wkrótce będą mieli dziecko, ale naszym córkom opowiada, że ich wszystkich unieszczęśliwiłam i zniszczyłam rodzinę. Może lepiej było się nie rozwodzić? – Pewnie miała pani ważne powody, żeby to zrobić? – pytam. – Mój były mąż ciągle mnie okłamywał. Długo wierzyłam we wszystko, co mówił, miałam do niego zaufanie, ale jego historie nie zgadzały się z rzeczywistością. Kłamał w ważnych i nieważnych sprawach, nigdy nie wiedziałam, jak jest naprawdę. Podobno skończył studia na politechnice, ale nigdy nie widziałam dyplomu, indeksu, nic. Nie miałam powodu, żeby mu nie wierzyć, ale kiedyś zobaczyłam jego CV, w którym napisał, że skończył technikum. Zapytałam, jak to jest z jego wykształceniem. Szukał wtedy pracy i powiedział, że łatwiej znajdzie jako technik niż inżynier, dlatego tak napisał. Wkrótce znalazł pracę, opowiadał mi ze szczegółami, jak tam jest, nawet pokazał umowę, a kiedy wpadłam do tej firmy, okazało się, że nikt tam o nim nie słyszał. Był na mnie wściekły, robił mi wyrzuty, że mu nie wierzę, w tej firmie podobno pracował, ale pokłócił się z szefem, pewnie dlatego ten powiedział, że go nie zna. Inne rzeczy też się nie zgadzały. Tuż przed naszym poznaniem podobno sprzedał swoje volvo, bo na rok odebrano mu prawo jazdy. Po roku przypomniałam mu, żeby tym się zajął, mógłby jeździć moim samochodem, a on nic. Wspomniałam kiedyś o tym volvo, gdy byliśmy u jego rodziców, ojciec był zdziwiony, bo syn nigdy nie miał samochodu, do prawa jazdy podchodził kilka razy, ale bez skutku. Miałam dość. Nie wiedziałam, kim jest ten facet, z którym żyję, co w nim jest prawdziwe, a co nie. W dodatku nigdy nie przyznał się do kłamstwa. – Czyli chciała się pani z nim rozstać? – upewniam się. – No tak, ale on kłamie dzieciom, że jest biedny, a wiem, że mu się dobrze powodzi, przez kilka lat go utrzymywałam, a teraz w końcu ma pracę, ale córce powiedział, że musi zbierać butelki i makulaturę – dzieci są nieszczęśliwe, że tata cierpi!

Były mąż Moniki tworzy swoje opowieści w zależności od potrzeb. Gdy się poznali, ona pracowała naukowo, miała doktorat, więc przedstawił się jako osoba po studiach, żeby podnieść swoją atrakcyjność. Kiedy została jego żoną, łatwo mógł jej to wytłumaczyć, że zakochał się, chciał ją zdobyć, bał się, że bez wyższego wykształcenia nie ma szans, ale on nigdy nie wycofał się ze swoich kłamstw. Nawet wtedy, gdy były oczywiste, oburzał się na Monikę, że mu nie wierzy. Teraz podsyca w niej poczucie winy i nie liczy się z uczuciami dzieci, robiąc z siebie ofiarę, którą pewnie naprawdę się czuje, bo w jego świecie fakty nie mają znaczenia.

Trochę koloru

Mitomani mogą kłamać, żeby zwiększyć własną atrakcyjność społeczną. Przypisują sobie wykształcenie, talenty, umiejętności, doświadczenia lub wpływy, jakich nie mają. Są bohaterami niezwykłych historii, z których wychodzą zwycięsko, jak baron Münchhausen, który sam siebie wyciągnął z bagna za włosy. Ale mogą również posługiwać się kłamstwem, aby wzbudzić współczucie innych.

Na forach internetowych dotyczących mitomanii jest wiele przykładów kłamstw o wielkiej sile stosowanych w błahych sytuacjach. Po wizycie u lekarza chłopak mówi swojej dziewczynie, że ma raka, choć lekarz stwierdził grypę. Mężczyzna chce wziąć dzień wolny w pracy, więc opowiada, że żona wpadła pod samochód i walczy o życie, a żona ma się dobrze i nic o tym nie wie. Takie kłamstwa są dla nas niezrozumiałe, choć wyrastają ze znanych nam potrzeb. Nie trzeba być mitomanem, żeby chcieć wzbudzić zainteresowanie innych albo zwiększyć swoją atrakcyjność towarzyską. Niemal każdy z nas ubarwia nieco historie z własnego życia, aby brzmiały bardziej interesująco dla słuchaczy. Chętnie też posługujemy się opowieściami o przeszkodach, które spowodowały, że czegoś nie zrobiliśmy lub spóźniliśmy się na spotkanie. „Sorry, były straszne korki” – brzmi lepiej, niż informacja o tym, że wyszliśmy za późno z domu, bo nie chciało nam się wychodzić. Niewinne kłamstwa ułatwiają życie społeczne i dodają mu trochę kolorów. Ale gdzie jest granica niewinności?

Prawie własna historia

Opowiedziałam kiedyś znajomemu śmieszną historię z własnego życia. Kilka miesięcy później byłam na przyjęciu, na którym on również był. Nie widziałam go, rozmawiałam z innymi osobami, ale nagle dobiegł mnie jego głos. Stał niedaleko i opowiadał moją historię. Opowiadał ją tak, jakby zdarzyła się jemu, robił te same gesty, które czyniły ją bardziej zabawną. To nie była ważna historia, zapewne każdy z nas ma kilka takich wspomnień, którymi może rozbawić innych, ale to była moja historia, ilustrowana moimi gestami, a on ją zawłaszczył. Podeszłam bliżej. Właśnie skończył i ludzie zaczęli się śmiać. Śmialiby się pewnie tak samo, gdyby powiedział, że słyszał tę historię od kogoś, ale wolał sam siebie uczynić jej bohaterem. – Hej, to moja historia, dlaczego mówisz, że zdarzyła się tobie? – zaprotestowałam. – Bo mi się zdarzyła. Może tobie też, to nie jest nieprawdopodobne. – Dlaczego nie powiedziałeś mi o tym, kiedy ci ją opowiadałam kilka miesięcy temu? – dociekałam. – Nie pamiętam, nie zawracam sobie głowy wszystkim, co ludzie mówią!

No i już. Nie wiem, czy zawstydziła go moja interwencja, a nawet jeśli tak, nie dał tego po sobie poznać. Nie stracił pewności siebie. W oczach innych wyglądał pewnie bardziej wiarygodnie niż ja, która czepiam się nie wiadomo czemu, gdy wszyscy dobrze się bawią.

I chyba właśnie to różni osoby, które posługują się kłamstwem nawykowo, od tych, które robią to od czasu do czasu, żeby coś sobie ułatwić lub poprawić poczucie własnej wartości. Reakcja, gdy zostaną przyłapane na kłamstwie. Prawdziwy kłamca nie okazuje wstydu, nie traci zimnej krwi i nie widzi problemu, często jest oburzony na to, że mu się nie wierzy, choćby sprawa była ewidentna. Osoba bez tendencji do kłamstwa zwykle wstydzi się, gdy jej kłamstwo się wyda.

Agata, lat 33, wychowawczyni w placówce wychowawczej, przez rok była na stażu w podobnym ośrodku w Holandii. Po powrocie opowiedziała o różnicach w podejściu do dzieci, o innym systemie wychowawczym, przytoczyła konkretne sytuacje, które tam miały miejsce, i to zainspirowało zespół do wprowadzania zmian. Kilka miesięcy później szef Agaty udzielał wywiadu na temat ich placówki. I w tym wywiadzie przedstawił doświadczenia Agaty jako własne. To on był w Holandii na stażu, widział na własne oczy sytuacje, o których ona opowiadała, to on sprawił, że zaczęli wprowadzać zmiany itd. Agata była oburzona, jej koleżanki i koledzy również. Czuła się okradziona, jakby dyrektor zawłaszczył kawałek jej życia. Na zebraniu zespołu powiedziała o swoich uczuciach.

– To ten dziennikarz coś pokręcił, ja mówiłem, że to ty opowiadałaś, ale widocznie tak było mu łatwiej napisać – stwierdził dyrektor. – I nie autoryzowałeś tego wywiadu? – Nie miałem czasu, tylko rzuciłem okiem. Zresztą ważne, żeby ludzie wiedzieli, jak można pracować, a nie kto był akurat w Holandii – uciął.

Może dyrektor wzmocnił swoje poczucie własnej wartości i wypadł bardziej atrakcyjnie w tym wywiadzie, ale stracił zaufanie zespołu, który nie chciał już z nim pracować.

Kłamstwo zwykle ma krótkie nogi. Można dzięki niemu przez chwilę zabłysnąć lub czegoś uniknąć, ale gdy inni się dowiedzą, że kłamiemy, tracimy wiarygodność, zaufanie, szacunek. Jeżeli kłamstwo staje się nawykiem, prędzej czy później prowadzi do katastrofy. Miało nas wyratować lub podbudować poczucie własnej wartości, a staje się czymś, co nas pogrąża. Można skutecznie okłamać kogoś, z kim widzimy się raz albo dwa w życiu, ale w dłuższych relacjach kłamstwo w końcu się wyda. I zwykle to oznacza koniec relacji.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze