fbpx

Fałszywa troska – na czym polega?

Fałszywa troska - na czym polega?
"Sztuką jest być obok, wytrzymać czyjeś cierpienie, nie oddzielać się zarówno od niego, jak i drugiego człowieka. To jest empatyczny kontakt. Jednak większość ludzi w takich sytuacjach wybiera zamartwianie, a zatem tworzenie wyobrażeń". (fot. iStock)

Im bardziej martwiła się o swoją mamę, tym mniej ją kochała. A to potęgowało poczucie winy, że za mało się stara. Przykład Anity pokazuje, że zamartwianie się tak naprawdę jest ucieczką od prawdziwego kontaktu.

Anita zbliża się do czterdziestki, ma dwójkę dzieci w wieku szkolnym i mieszka w małym miasteczku pod Poznaniem. Cztery lata temu Bożena, jej mama, przeszła mastektomię prawej piersi, obecnie jest pod stałą kontrolą lekarską. Bożena mieszka sama, jej mąż, ojciec Anity, umarł ponad 10 lat temu. Wraz z rakiem pojawiła się u niej również depresja, której nie chce leczyć farmakologicznie ani terapeutycznie, gdyż twierdzi, że i tak jej koniec się zbliża. Anita czuje się jak w potrzasku, obowiązek pomocy mamie miesza się u niej z potrzebą bycia blisko, niepokój o stan zdrowia wywołuje lęk, czasami niechęć i złość, której nie wyraża, ponieważ mama choruje. Jednak to, co najbardziej męczy Anitę, to właśnie stałe zamartwianie się, które wypełnia większość jej myśli. I chociaż kobiety spędzają ze sobą dużo czasu, to nie pamięta, by kiedykolwiek dzieliła je tak wielka emocjonalna przepaść.

Martwe zmartwienie

Słowo „martwić” jeszcze w XV wieku znaczyło tyle, co być martwym, uśmiercać czy zabijać. Wiek później „martwić” zaczęło oznaczać kłopoty, zgryzotę.

– Nie lubię słowa „zmartwienie”, kojarzy mi się z czymś śmiercionośnym, z wycofaniem się z relacji, z czegoś żywego – mówi Agata Algierska, psychoterapeutka pracująca w Centrum Psychoterapii Integralnej w Poznaniu. – Zamartwianie się bywa narcystyczną obroną przed spotkaniem z drugą osobą.

Dzieje się tak dlatego, że zamartwianie nigdy nie odbywa się w teraźniejszości, jest wyobrażaniem przyszłości w oparciu o jakiś fakt z przeszłości lub tylko owego faktu interpretację. Martwiąc się o kogoś, pozostajemy w złudzeniu, że dążymy do spotkania, do budowania, do dawania, ale tak naprawdę robimy krok od człowieka, od emocji, od bliskości, od intymności.

Pod zamartwianiem Anity znajduje się bardzo dużo złości i frustracji do mamy. Złość niesie w sobie zagrożenie utraty relacji. Zazwyczaj nie boimy się złości, tylko jej konsekwencji, a tak naprawdę fantazji na temat konsekwencji. Anita boi się konfrontacji, samej myśli o tym, że może się zezłościć na chorą mamę. Im więcej się martwi, tym rzadziej mierzy się ze swoimi wypartymi negatywnymi uczuciami. – Dlatego wolimy się zamartwiać, niż złościć, bo w naszej kulturze jest to łatwiej akceptowane. Dodatkowo zamartwianie kojarzone jest z miłością, bywa odbierane jako deklaracja, że jestem przy kimś. Ale to jest ucieczkowe, służy podtrzymywaniu iluzji kontaktu, a nie kontaktowi – komentuje Agata Algierska.

Czy sobie poradzisz?

Czym innym jest troska, rozumiana jako zainteresowanie drugą osobą i uważność na nią. Gdy ktoś obok nas cierpi, zazwyczaj doświadczamy bezradności, tym bardziej jeśli jest to bliska osoba. Sztuką jest być obok, wytrzymać czyjeś cierpienie, nie oddzielać się zarówno od niego, jak i drugiego człowieka. To jest empatyczny kontakt. Jednak większość ludzi w takich sytuacjach wybiera zamartwianie, a zatem tworzenie wyobrażeń. Wtedy ludzie nie są ze sobą, grają w grę pod tytułem „tak bardzo cię kocham, że będę się o ciebie zamartwiał i będę cierpiał jeszcze mocniej od ciebie”. To złudzenie obecności. Ale wolimy się martwić, niż być blisko.

– „Ja się, dziecko, o ciebie martwię”, tak naprawdę pod tym zdaniem bywa ukryty inny komunikat: „Nie ufam, że sobie poradzisz”, „Nie wierzę, że jesteś wystarczająco dorosły”. Czym innym jest zapytać: „Jak mogę ci pomóc?” albo powiedzieć: „Nie umiem ci pomóc, ale może ty wiesz, czego potrzebujesz”. To właśnie jest troska – komentuje Agata Algierska i dodaje, że zamartwianie się jest prawie zawsze nawykową formą obrony przed rzeczywistością zewnętrzną i wewnętrzną. A każda psychologiczna obrona służy ochronie przed jakąś odmianą bólu i realnością tego wszystkiego, co niesie ze sobą relacja. Dopóki się martwimy, nie musimy kontaktować się z rzeczywistością, nie musimy przeżywać takich emocji, jak złość, smutek, frustracja. Wtedy właśnie włącza się mechanizm wyobrażania sobie przyszłości, tego wszystkiego, co może się przytrafić, snucia historii, czyli martwienia się.

Daleko od bliskości

Niektórzy manipulują sobą nawzajem, dając drugiej osobie powody do zmartwienia, bo tak wyobrażają sobie bliskość. Czasami w ten sposób zachowują się zakochani, którzy pozostają w przekonaniu, że martwienie się o kogoś lub bycie z kimś, kto się martwi, jest równoznaczne z bliskością. Na podobnej zasadzie opartych jest szereg relacji koleżeńskich, niekiedy przyjacielskich, dopóki jedna ze stron pod wpływem psychicznego wyczerpania nie zechce odejść lub nawet uciec. Zmartwienie uniemożliwia pozostawanie w kontakcie z realnymi uczuciami, np. złością na drugą osobę o to, że nie dba o siebie, że zapomniała wziąć leków i jest chora, że oczekuje pomocy i wysłuchania.

– W troszczeniu się jest coś bardzo żywego, nastawionego na drugiego człowieka, w zamartwianiu przeciwnie – oddalamy się, odcinamy. Bo druga osoba nam zupełnie nie jest potrzebna, żebyśmy mogli się zamartwiać. Wystarczy wyobrażenie – mówi Agata Algierska.

Bywa również, że martwimy się nawykowo, że jest to nieświadomy odruch, którego nigdy nie poddaliśmy analizie, krytycznej ocenie, wtedy martwimy się, bo wydaje się to naturalne, dodatkowo nagradzane przez współczesną kulturę. Jednak za każdym razem, gdy zaczynam się martwić, warto siebie zapytać, po co to robię. Dlaczego wolę odpływać w zamartwianie, niż wybrać troskę.

Anita nie odważyła się powiedzieć mamie o złości, paraliżującym ją uczuciu bezradności, ale też lęku przed śmiercią. Taka rozmowa jest dla niej obecnie zbyt trudna, ale na konsultacjach z terapeutką uczy się rozpoznawać mechanizm zamartwiania, tego, jak wybiera pozostawanie ze swoimi myślami zamiast pozostawania w kontakcie z mamą. Uczy się też zadawać pytania: „Jak mogę pomóc? Czego potrzebujesz?” i słuchać odpowiedzi. Uczy się nie wybiegać w przyszłość i nie brać odpowiedzialności za nastrój mamy. Wie, że w spotkaniu dwojga osób potrzebna jest przestrzeń, stara się ją wypełnić nie tylko zabiegami pielęgnacyjnymi, rozmowami o receptach, ale również milczeniem, z którego powoli wyłania się bezradność, troska, i miłość.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze