Na przekór spleenowi – sposoby na odpędzenie ponurych myśli

Nie dotknie depresja tego, kto otacza się zwierzętami. (Fot. iStock)

Smutek to naturalny element życia, nie warto zatem unikać go za wszelką cenę. Ważne, by nie zdominował naszego postrzegania świata, bo stąd tylko krok do izolacji i zapadania się coraz bardziej w siebie. Katarzyna Droga dzieli się swoimi sprawdzonymi sposobami na przepędzenie ponurych myśli.

Rzadko popadam w depresyjne nastroje, a jeśli już, to zwykle wtedy, gdy zaczynam za dużo myśleć o przyszłości i dopuszczam do głosu pesymistę, który mieszka w kącie mojej podświadomości. Wyprowadziłam się na Podlasie, żeby „żyć po swojemu”, ale i tu zdarzają się ponure jesienne dni, kiedy gałęzie uderzają w dach, a wiatr gwiżdże za oknami, jakby powiesiło się stu straceńców. Co wtedy? Rozpalam w kominku, a mój kominek to coś więcej niż piecyk, bo tak naprawdę chodzi o to, żeby człowiekowi było ciepło w środku. My, zmarźlaki, całe życie szukamy ciepła i dlatego uwielbiamy miękkie grube rękawice, ale też trzymanie się za ręce, przytulne kołdry i objęcia, gorące czekolady i pocałunki, no i oczywiście gadanie przy kominku. A jak dbam o to, żeby zawsze było mi ciepło? Już wyjaśniam.

Sama – nie sama

O sile relacji napisano tony książek, ja wspomnę o kontaktach. Te pozornie drobne, pomijane przez podręczniki codzienne spotkania są doskonałą dawką dobrej energii. Czy można popaść w zły nastrój, gdy po drodze do sklepu pogadasz przez płot z sąsiadką? Jeśli grożą ci jakieś łzy, to ze śmiechu. Wiadomo, że o płoty i zagrody w miastach trudno, ale są windy, skwerki, znajome twarze w sklepach, kolejki do kasy. Nieraz zdarzało mi się zagadać o coś (zbawienny temat pogody) i wiem, że poczucie „wspólnoty dzielnicowej” bardzo dobrze nastraja. Liczne kontakty dają inną perspektywę spojrzenia na swoje sprawy. Tyle się przydarza ludziom dookoła! Wystarczy pogadać w parku o tym, co u kogo, i własne przygody życiowe zyskują inny wymiar, a problemy kurczą się i bledną.

Ale lubię też pobyć sama, chodzić przez cały dzień w swojej ulubionej szarej piżamie, w której podobno przypominam zająca, i robić, co chcę. Inna sprawa, że tak zupełnie sama też nigdy nie bywam, bo mam dwa psy i kota. Nie dotknie depresja tego, kto ma obok troje zwierząt. Wierzę, że głaskanie psa mnoży endorfiny. A kot? Osobowość godna pozazdroszczenia, wzór. Żyje, jak chce, i nie da się zastraszyć wichrom ani zepchnąć z kolan. Zwierzęta to najlepsze antydepresanty, jakie znam, nawet jeśli brudzą dywany, psują powietrze i wciąż żądają wyjścia na dwór, bo tam zakopały wołowe ucho, albo chcą ścigać myszy. Dzięki nim jestem blisko natury. Dużo chodzę, opieram się o drzewa, a kiedy jest gorąco – pływam w Narwi. Dotyk kory i wody powoduje, że przez moment inaczej odczuwa się swoje ciało, znikają napięcia. Dodam, że przeprowadzka na wieś nie jest konieczna, by czerpać antydepresyjne moce z przyrody. Na przykład rytuał codziennego spaceru z psami uprawiałam tak samo w mieście. Wiele osób mi współczuło, że tyle pracy, a tu jeszcze trzeba z psami… Co najmniej godzina z głowy! Ale dla mnie ta godzina jest bezcenna: po pisaniu odświeża głowę, przed pisaniem podpowiada pomysły, bo ja mam tak, że aby nie popadać w zły nastrój, to muszę coś pisać.

Pisanie to moja pasja

Pasja jest potężnym antydepresantem – sprawdziłam to na sobie! Pisanie stało się dla mnie terapią w bardzo trudnym okresie życia, po stracie rodziców. Byłam o krok od depresji, stanu, który jest już chorobą. Jeden z jej objawów to pobudki tuż przed świtem, o godzinie słusznie nazwanej „między psem a wilkiem”, uporczywe myśli o bezsensie wszystkiego, co jeszcze przed chwilą miało znaczenia. Na szczęście zanim dopadła mnie niechęć do jakiejkolwiek aktywności, postanowiłam te poranki wykorzystać. Zamiast rozpaczać po tych, co odeszli, zaczęłam spisywać to, co o nich pamiętam. Powoli pomagało, a w dodatku utwierdziłam się w tym, że tworzenie powieściowego świata daje dystans wobec rzeczywistości, a ja chcę w ten sposób zarabiać na życie. Dlatego szczerze propaguję oddanie się swojej pasji – cokolwiek nią jest.

Mam na Podlasiu znajomą, która pisze ikony, a skupienie się na kolejnych etapach pokrywania drewna farbami, na detalach i doborze barw przynosi jej wielką satysfakcję. Pasją może być pieczenie ciast, malowanie obrazów, szydełkowanie serwet. Prowadzenie pamiętnika, który pozwala obejrzeć miniony dzień, podkreślić wszelkie dobre zdarzenia. Kolekcjonowanie kubków ze znaczącymi napisami czy naklejek z lotnisk całego świata, oryginalnych książek albo bransoletek. Ba, jeśli masz w sobie pasję podróżniczą, to mimo że ta pasja wydawać się może trudna do realizacji na co dzień, to przecież każdy może odbyć podróż bez ruszania się z miejsca.

Podróże w wyobraźni

Magiczne narzędzie terapeutyczne: magiczne, bo możesz podróżować nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie. Nie potrzebujesz biletów ani żadnego środka lokomocji, wystarczy ci mapa, album ze zdjęciami, kalendarz, wyobraźnia i pamięć. Mam sporo książek o dalekich krajach i egzotycznych miastach i gdy moje córki były małe, bawiłam się z nimi w „Kiedyś tam pojadę”: z zamkniętymi oczyma otwierasz książkę na przypadkowej stronie. Dziś wiem, że przenoszenie się myślami w dalekie miejsca to całkiem dobre ćwiczenie antydepresyjne, zwłaszcza że mamy do dyspozycji mapy Google, wirtualne spacery po muzeach i parkach narodowych.

W wywiadzie z Pauliną Młynarską, który ukazał się w lipcowym SENSie, rozmawiałyśmy o podróżowaniu bez ruszania się z kuchni: gotujesz ze znajomymi potrawy z ich regionów, a oni przenoszą cię w swój świat dzieciństwa – czy to Kaszuby, czy Ukraina. To już podróż w czasie, a taką każdy może sobie zafundować, zaglądając do albumów. Pragnienie podróży w przeszłość nachodzi mnie zwykle jesienią, kiedy pod pozorem porządkowania szuflad albo dysku w laptopie zabieram się do przeglądania fotografii. Chwile zatrzymane w kadrze, dzieci, które przestały być dziećmi, ludzie, których nie ma poruszają wspomnienia. Bywa, że płyną łzy, ale to łzy oczyszczające; bywa, że wspomnienia uruchomione przez taką podróż przenikają do pasji – u mnie do książek. Doskonale jest także wyruszać w taką podróż w grupie: stos zdjęć na dywanie, wokół nich rodzina i znajomi. Pytanie: „Pamiętacie, gdzie to było?” działa jak zaklęcie.

Można też stworzyć sobie prywatny „albumik antydepresyjny”: ja mam zdjęcie, które bardzo dobrze mi robi, kiedy myślę, że źle wyglądam (bo naprawdę zawsze lepiej niż na nim), mam fotografie córek taplających się w kałuży – a nic lepiej nie pokazuje, gdzie jest szczęście. Każdy ma zdjęcia, które budzą śmiech: dziadek w garnku na głowie, towarzystwo z lat 50. na plaży, pies z kokardą gotowy na ślub swojej pani… Nie wiem, czy na pewno śmiech przedłuża życie, ale każda minuta śmiechu odsuwa widmo ponurego spleenu. Chwila śmiechu to chwila zyskana.

Chwilozofia

Filozofia doceniania chwili naprawdę nie jest przereklamowana: poranna kawa lub smaczne śniadanie, sympatyczny gest w ciągu dnia, „przytulak” i SMS wymieniony z kimś, kogo kochasz albo lubisz, wreszcie odprężająca kąpiel, dobry film lub książka do poduszki. Czy są remedium na kopnięcia losu, przykrości i niepowodzenia? Oczywiście że nie, ale doskonale je amortyzują, potrafią obronić przez fatalnym nastrojem i zwyczajnie je równoważą. Mają silne działanie antydepresyjne, są obok, wymagają tylko jednej czynności: trzeba je dostrzegać. Joanna Matusiak w książce „Manufaktura codzienności” ujęła to tak: „Czy byłaś już dziś szczęśliwa? Nie? To się pospiesz, dzień taki krótki. Ja już byłam, słońce czułam na twarzy, ptaków słuchałam, wsłuchiwałam się w oddech mężczyzny, potem on mnie tulił, czułam smak kawy, a teraz moja wierna kocia towarzyszka mruczy tuż obok. Tak. Przez godzinę mojego dnia byłam już wiele razy szczęśliwa niewidzianymi szczęściami i jeszcze wiele razy będę”.

Podaruj sobie szczęśliwy czas

Rozmowa z trenerką biznesu, pozytywną optymistką Joanną Matusiak:

Jaki antydepresant uważa pani za najskuteczniejszy?
Każdy człowiek ma swój sposób, więc warto zagłębić się w siebie i rozpoznać, co jest dla nas pozytywne, co nas dobrze nastraja i odciąga od negatywnych myśli, stresu, lęków. Naukowcy twierdzą że najlepszy jest ruch, ale jestem sobie w stanie wyobrazić, że osoby, które w ogóle nie są aktywne fizycznie, wcale nie odnajdą w tym remedium. Na mnie zdecydowanie aktywność fizyczna działa. Ale też w ogóle szeroko rozumiana aktywność – zaangażowanie się w jakieś twórcze czy odtwórcze działania, zajęcie czymś rąk – choćby sprzątaniem. Idealnie jest, gdy w gorszym dniu mogę zrealizować coś, co dawno odkładałam, czego zaniechałam lub co bardzo chciałam zrobić, a zawsze brakowało na to czasu. Jestem wtedy podwójnie zadowolona, bo oprócz odsunięcia kłębowiska uzyskuję też realny efekt.

Jak w deszczową pogodę na świecie mieć słońce wewnątrz?
Słońce wewnątrz to nic innego, jak umiejętność dostosowania się do wciąż zmieniających się warunków – na zewnątrz, w świecie i wewnątrz nas. Pozwolenie sobie na niedociągnięcia, nierealizowanie wszystkich planów, na bycie nieperfekcyjnym. Jeśli w nas będzie taka zgoda – łatwiej będzie o pogodę ducha. Bardzo bliska mi teoria pozytywnego myślenia radzi nie zajmować się sprawami, na które nie mamy wpływu, a umysł zawsze sprowadzać do tu i teraz.

W książce „Manufaktura codzienności” podkreśla pani wagę rytuałów dnia. Dlaczego są tak ważne dla nastroju?
Dają nam poczucie stabilizacji, rytmu, bezpieczeństwa, często są punktem odniesienia i nagrodą. Jeśli jesteśmy w trakcie jakiegoś ważnego i wyczerpującego zadania, to myśl o takiej nagrodzie stanowi dodatkową motywację. Dla mnie świadomość, że o 18 usiądę z kubkiem herbaty na kanapie lub poczytam córce książkę – jak robię codziennie – oznacza, że jest na co czekać, a więc warto się zmobilizować, aby do tej chwili dotrwać. Człowiek zmobilizowany to człowiek skuteczny, a człowiek skuteczny to człowiek w dobrym nastroju!