fbpx

Nie schodź na drugi plan

Nie schodź na drugi plan
(IIustracja iStock)

Nie ma niczego złego w „byciu dla innych”. Jeśli kryją się pod tym wrażliwość na drugiego człowieka, uważność, pomoc i wsparcie, to działamy wedle złotej zasady – czyń drugiemu to, czego sam od niego byś oczekiwał. Ale jeśli pojawia się w nas potrzeba poświęcania się dla innych kosztem ignorowania własnych potrzeb, powinna zapalić się czerwona lampka. Tak postępuje echoista, człowiek, który traci swój własny głos, mówi psycholożka i socjolożka dr Joanna Heidtman.

Niedawno natknęłam się na całkiem świeży termin – „echoizm”. Echoista to ktoś, kto żyje wyłącznie dla innych, gotów do poświęceń, wyrzeczeń, by zaspokoić cudze potrzeby. Pomyślałam, że coś w tym jest, znam takie osoby…
To ludzie, którzy podobnie jak nimfa Echo z mitu o Narcyzie tracą swój głos, a konkretnie – świadomość swoich potrzeb, zwłaszcza tych emocjonalnych. Przejmują potrzeby drugiej osoby, zwłaszcza tej, z którą są w związku, zajmują się nią, bo swoje własne nauczyli się ignorować. Echoista poświęci się dla pani, zanim zdąży go pani o to poprosić. To ktoś, kto ma problem z przyjmowaniem czegoś dobrego od innych – od drobnych komplementów po uwagę, pomoc, a w końcu miłość. Jest szalenie uważny na innych i jednocześnie nadzwyczaj czujny, by nie zająć swoją osobą zbyt wiele czyjejś uwagi, nie być dla kogokolwiek ciężarem. Jest, czasem bezgranicznie, wytrzymały, potrafi wytrwale znosić cierpienie wynikające z przekonania o nierówności – inni mogą, ja nie. Inni mają prawo (do potrzeb, miłości, uwagi), ja nie, to oczywiste. Często nie odczytuje, nie wyczuwa pokrętnych czy niejasnych intencji osób, którym daje z siebie bardzo wiele, zbyt wiele.

Brzmi jak opis altruisty. Zatem czym echoizm różni się od altruizmu?
Altruizm jest podstawowym pojęciem socjologii i psychologii ewolucyjnej. To zachowanie polegające na działaniu na korzyść innych. Dobrowolne ponoszenie pewnych kosztów przez jednostkę na rzecz innej jednostki czy grupy. Jesteśmy zdolni jako gatunek do takich zachowań, kierujemy się empatią, ale i (świadomym lub nieświadomym) oczekiwaniem, że to poświęcenie się nam „zwróci”, to znaczy ktoś również będzie zdolny do takich zachowań wobec nas. Ponadto, i to ważne, nie działamy w taki sposób stale i przez całe życie.
Echoista natomiast ma sztywny wzorzec postępowania, co oznacza, że zachowuje się podobnie, a nawet dokładnie tak samo, w różnych sytuacjach i różnych relacjach.

Jakie mogą być źródła takiej przesadnej ofiarności?
Są osoby, których uwaga na skutek – jak to często bywa – zaburzonej więzi z rodzicem jest ciągle przekierowana na potrzeby, ale przede wszystkim na stany emocjonalne innych ludzi. Dzieje się to z kompletnym pominięciem jego samego aż do takiego stopnia, że taka osoba nie dostrzega ani swoich potrzeb, ani swoich granic. Nie dostrzega ich, bo nauczyła się je ignorować. To forma obrony i dostosowania do warunków z wczesnego okresu życia, kiedy na przykład rodzic miał silny rys narcystyczny i zajmował całą „przestrzeń” swoimi potrzebami. Dziecko znajdzie sposób na to, by poczuć bliskość z rodzicem, ale zwykle dzieje się to dużym kosztem. Wykształca ono bowiem mechanizmy, które w dorosłym życiu są dla niego krzywdzące. W tym przypadku dziecko uczy się rezygnować z własnej przestrzeni, potrzeb, zwłaszcza potrzeby uwagi, bycia dostrzeżonym. To zostaje na całe życie.

Czyli echoista to ktoś, kto kiedyś przestał słuchać, co czuje, bo jego uczucia dla nikogo nie miały żadnego znaczenia?
Tak, to bardzo czytelny przekaz – to, co we mnie, jest nieważne. Jeśli zyskuję cokolwiek, to tylko wtedy, kiedy wsłuchuję się w to, co czują i czego potrzebują inni.

Tracę swój głos i mówię głosem cudzych potrzeb…
Tak, bo tylko wtedy mogę „ugrać” okruch uczucia, zainteresowania. Do takiego przekazu dziecko bardzo szybko się adaptuje, to pozwala mu „żyć”. Ale tylko tu i teraz. Bo w dorosłym życiu ta sama broń go niszczy.

A odłożyć ją jest bardzo ciężko.
Żeby coś odłożyć, trzeba mieć na początek świadomość, że się to w ogóle w ręku trzyma… A echoista działa wedle silnego wewnętrznego schematu, który zna. Zakładając, że mamy skłonność do odtwarzania nie tylko swoich zachowań, ale także rodzaju relacji, które znamy, echoista „dobrze” poczuje się na przykład, kiedy u jego boku pojawi się narcyz. On to zna, więc wie, jak narcyza „obsłużyć”. I mamy gotową układankę, puzzle do siebie pasują, wszystko gra. Jest komplementarnie.

Czyli… bezpiecznie.
O tak, echoista u boku narcyza może „ze spokojem” nadal ignorować swoje potrzeby emocjonalne, siebie w ogóle, bo narcyz brawurowo zajmuje sobą całą przestrzeń. No i pojawiają się pytania: Co może sprawić, że „zawodowy” echoista zdoła zwrócić się ku sobie? Że spróbuje odbudować albo w ogóle zbudować emocjonalną wierność sobie?
W takiej sytuacji echoista ma trudne zadanie, by przełamać swój schemat myślowy mówiący: bycie z kimś oznacza zaprzedanie samego siebie. Musi ten schemat zmienić i dostrzec, że prawdziwa relacja to być z kimś, przy kimś i jednocześnie być przy sobie. Że empatia, której echoista ma w sobie kilogramy, nie oznacza całkowitego porzucenia samego siebie.

Powiedziała pani, że można być „z kimś”, „przy kimś”, nie porzucając siebie, myślę, że coś kryje się także w samym języku, echoista mówi często, że jest „dla kogoś”.
Ten, wydawałoby się, drobiazg językowy jest znaczący. „Jestem tu dla ciebie” może być właśnie takim wyrazem zaprzeczenia samemu sobie na poziomie języka. A już powiedzenie: „Możesz na mnie liczyć”, oznacza coś zupełnie innego: „Jestem i mam siłę, motywację, chęć, by dawać, kiedy ty potrzebujesz”. Takim niuansom, które z psychologicznego punktu widzenia mają ogromne znaczenie, warto się przyjrzeć. Język, którego nieprzypadkowo używamy, może być tu taką nicią Ariadny, która uzmysłowi i zapoczątkuje próbę wyjścia z echoizmu, ze stanu zniknięcia dla siebie, a bycia właśnie tylko „dla kogoś”.

Mówimy o sytuacji, kiedy w dzieciństwie działo się źle, ale są też osoby, które nie mają w życiorysie wielkich braków. Poświęcano im uwagę, mogły mówić o uczuciach, ale jednocześnie wychowane zostały w przekonaniu, że ogromną wartością jest to „bycie dla innych”. Czy z takim przekazem można przesadzić i wychować w ten sposób echoistę?
To zależy, co ma pani na myśli, mówiąc, że wartością jest „bycie dla innych”. Bo jeśli kryje się pod tym nauka dotycząca wrażliwości na drugiego człowieka, otwartości, uważności na innych, tego, że ludziom warto pomagać i ich wspierać, to nie ma w tym nic złego, niezdrowego. Przeciwnie, to daje możliwość budowania więzi społecznych, współpracy, wartościowego bycia z innymi.

Ale czy można z tym przesadzić?
Nie, nie można z tym przesadzić! To prosta i jednocześnie złota zasada życia wśród ludzi: czyń innym to, czego sam od nich byś oczekiwał. Ale jeśli w tym przekazie do młodego człowieka pojawia się zabarwienie ideologią poświęcenia, ofiarności, wtedy pojawia się kłopot.

W takim razie w jaki sposób kształtuje się człowieka skłonnego do przesadnego poświęcania się? Jakie przekazy mają już to niebezpieczne zabarwienie?
Wychowanie kogoś takiego wcale nie jest takie trudne… Każdy z nas dostaje w domu, i szerzej – w rodzinie – dziesiątki podstawowych przekazów dotyczących siebie i świata wokół. Na przykład: „Świat jest dobry i pełen możliwości” lub „świat jest wrogi i pełen zagrożeń”, „ludziom warto ufać” lub „ludzie są zasadniczo nieuczciwi i nie wolno im ufać”. Jeśli ktoś wśród tych bazowych komunikatów dostaje takie w rodzaju: „Tylko wtedy będziesz dobrym człowiekiem, kiedy poświęcisz się dla innych”, nie będzie miał w życiu łatwo.

Ale to komunikat, mam wrażenie, dość radykalny jednak, dotyka też religii. A jakie mogą być te mniej oczywiste formy „rodzinnej indoktrynacji”?
Są w naszej kulturze takie, niby niewinne, powiedzonka: „Siedź w kącie, a znajdą cię”, czy „nie wychodź przed szereg”. Zgodzi się pani, że to w zasadzie nie są żadne radykalizmy. A jednak wystarczy usłyszeć takie komunikaty raz i drugi w dzieciństwie, kiedy jeszcze nie mamy rozwiniętego krytycznego myślenia, by zacząć kształtować w sobie taki mechanizm czy sposób funkcjonowania w świecie, który jest dosłownie zgodny z tym przekazem – stać się na przykład konformistą albo echoistą właśnie.
U echoisty bardzo silny jest lęk przed wyróżnieniem się, a czy mało mamy w pewnym sposobie wychowania zaproszeń do niewychylania się? Wedle którego doświadczanie powodzenia czy sukcesu traktowane jest raczej jako tupet czy wręcz buta niż zdrowe docenianie siebie i swojej wartości?

Wydaje mi się, że to się jednak trochę zmienia, przynajmniej w młodszych pokoleniach.
Tak, z jednej strony powtarzamy dzieciom, żeby w siebie wierzyły, ale z drugiej – nie pozwalamy im na przykład wyrażać tego, co czują, albo je zawstydzamy. Podam przykład takiej sytuacji, zdarzyła się całkiem niedawno: wsiadam do samolotu, obok mnie siedzą rodzice z trzyletnią córką. Małej podczas lądowania zatykają się uszy, to przecież normalne. Płacze, bo zwyczajnie cierpi. Co robi mama? Wydaje takie komunikaty: „Zobacz, nikt inny nie płacze”, „przestań krzyczeć, bo już nigdy nigdzie nie polecisz” itd. W ciągu tych 15 minut lądowania, zapewne nieświadomie, tę swoją córkę tak poniżyła, że włos jeży się na głowie. Mała nie będzie pewnie pamiętać tej sytuacji, ale będzie funkcjonować wedle tego zawstydzenia, które się w tym samolocie dokonało. Kiedy wylądowaliśmy, matka dodała: „A teraz powinnaś wyjść i wszystkich przeprosić”. Naprawdę nie trzeba wiele, by wychować echoistę.

Jak funkcjonuje echoista?
Każdy przypadek jest inny, ale sądzę, że łączy je wszystkie lęk oraz przymus zajmowania się innymi. Bo każda okazja, by zostać sam na sam z sobą samym jest przerażająca. Kiedy zostajemy sami, rodzi się przecież niebezpieczeństwo zwrócenia się ku sobie. A tu nie ma ku czemu się zwrócić, bo nie ma siebie… Więc echoista pomaga, wybawia, służy sobą.

Można sądzić, że jest świetnym materiałem na przyjaciela.
Nie jest, bo przyjaźń wymaga od nas dawania i brania. Trzeba umieć obie rzeczy. Bo kiedy jedno tylko daje, a drugie tylko bierze, dochodzi do usztywnienia tej relacji, nawet do jej usztucznienia. A wtedy nie ma mowy o bliskości. Interakcje z innymi ludźmi wymagają elastyczności. Nie można do każdej sytuacji stosować w odpowiedzi tego samego mechanizmu. To przynosi cierpienie.

Co może przebudzić echoistę, stać się impulsem do zmiany?
Echoista może doświadczyć jakiegoś punktu przełomowego, na przykład kiedy ktoś, z kim tworzył związek, odejdzie. Ucieknie spod ciężaru dobroci, opieki, troski. Albo narcystyczny partner znajdzie sobie inną osobę, która będzie dodatkiem do jego wizerunku. Kiedy partner odchodzi, echoista może doświadczać potwornej pustki. Niepomiernie większej niż zazwyczaj w przypadku straty, bo jego emocjonalny świat wypełniony jest po brzegi światem partnera. Kiedy tego nie ma, nie zostaje nic. Ale z pewnością da się reagować wcześniej, wychwycić echoistyczne skłonności, jeśli uczciwie się sobie przyjrzymy. Da się je zauważyć nawet w języku, którym operujemy, warto się w niego wsłuchać. Cierpienia naprawdę można uniknąć.

dr Joanna Heidtman, psycholożka, socjolożka, trenerka biznesu, doradczyni, coach.
Prowadzi zajęcia na studiach podyplomowych w SWPS.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze