1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Wszyscy jesteśmy dotknięci narcyzmem. Wojciech Eichelberger o tym, jak żyć w związku z narcyzem

Wszyscy jesteśmy dotknięci narcyzmem. Wojciech Eichelberger o tym, jak żyć w związku z narcyzem

Psychoterapeuta Wojciech Eichelberger twierdzi, że wszyscy jesteśmy dotknięci narcyzmem. I stawia temat „związku z narcyzem” w zupełnie nowym świetle. (Ilustracja: iStock)
Psychoterapeuta Wojciech Eichelberger twierdzi, że wszyscy jesteśmy dotknięci narcyzmem. I stawia temat „związku z narcyzem” w zupełnie nowym świetle. (Ilustracja: iStock)
Narcyz jest zwykle przedstawiany jako jednostka szkodliwa, którą trzeba wręcz wykluczyć  ze społeczeństwa. Tymczasem, jak przekonują psychologowie, to osobowość głęboko skrzywdzona; on żyje w przekonaniu, że jest niewiele wart, stąd musi ciągle udawać, że jest inaczej. Psychoterapeuta Wojciech Eichelberger twierdzi, że wszyscy jesteśmy dotknięci narcyzmem. I stawia temat „związku z narcyzem” w zupełnie nowym świetle.

Nie chciałabym, by była to rozmowa o tym, jak obronić się przed narcyzem czy jak się od niego uwolnić. We mnie wzbudza on więcej współczucia niż strachu czy pogardy. Jest w końcu człowiekiem, a nie jakimś „stworem”.
O ludziach cierpiących z powodu swoich uwarunkowań psychicznych zawsze należy mówić ze współczuciem i zrozumieniem. Zresztą wszyscy mamy jakieś ograniczające uwarunkowania psychiczne, choć na szczęście nie zawsze na tyle dolegliwe, żeby psuły nam życie. A ponieważ owe uwarunkowania tworzą się w naszej psychice we wczesnej, bezrefleksyjnej, niewystarczająco samoświadomej fazie, więc trudno kogokolwiek czynić  odpowiedzialnym za to, jakim się  stał. Nie wybieramy  świadomie swojego charakteru czy osobowości. Staje się  nią nasza dziecięca strategia przetrwania, adekwatna do  emocjonalnych warunków dyktowanych przez otoczenie. Dopiero w dorosłym życiu – gdy rozwijamy samoświadomość – mamy szansę zdać sobie sprawę z charakteru i ograniczeń naszej strategii, a także z faktu jej nieprzystawania do nowej, dorosłej sytuacji. Wtedy dopiero możemy też  podjąć różne działania na rzecz zmiany. Nie jest to proces łatwy ani szybki, bo ta dziecięca strategia obrosła w międzyczasie licznymi doświadczeniami, nakładkami i uzupełnieniami, stając się w rezultacie naszym charakterem i psychologiczną tożsamością.

Czyli to, co często nazywamy charakterem, jest tak naprawdę nawykiem, który wszedł nam w krew, bo zwyczajnie nam się opłacał?
Można tak powiedzieć. W istocie bowiem wspomniana strategia nie jest naszym ostatecznym, niezmiennym „ja” – jest zaledwie punktem startowym  procesu poszukiwania prawdziwego „ja”, który wielu ludzi na różne sposoby podejmuje.  Aby to podkreślać, staramy się także w warstwie językowej nie utożsamiać osoby z jej charakterem. Dlatego kogoś, kogo dzieciństwo ukształtowało narcystycznie, nie nazywamy „narcyzem”,  lecz „osobą narcystyczną” albo „osobą o charakterze narcystycznym”.

W czym strategia narcystyczna miała zatem pomóc tym osobom w dzieciństwie? Chronić przed porzuceniem, odrzuceniem?
Ochrona przed porzuceniem i odrzuceniem to minimalne cele każdej dziecięcej strategii, również narcystycznej. Celem maksimum – znacznie trudniejszym do osiągnięcia – jest uszczęśliwienie rodziców i zapewnienie sobie dzięki temu ich miłości oraz uznania. A zdobywa się ten skarb tylko wtedy, gdy zdołamy trafnie odczytać ich oczekiwania i potrzeby z nami związane, i poświęcimy wiele, żeby je przynajmniej w jakiejś mierze zaspokoić. Aby użyć wyrazistego przykładu, narcyzm jest bardzo często cechą osób z historią DDA, czyli Dorosłych Dzieci Alkoholików. Takie dzieci są zawsze zdradzane przez rodzica z tym, od czego się uzależnił. Nie mają szans wygrać jego miłości i lojalności, bo on jest uzależniony. Dziecko zawsze przegra – z alkoholem, hazardem czy inną używką.

A przecież osoby narcystyczne postrzega się zwykle jako demoniczne, a DDA raczej jako ich ofiary.
To zależy. Niektórzy DDA mają za sobą historię rodziny alkoholowej, ale są niezwykle ambitni, bardzo siebie dyscyplinują i często popadają w perfekcjonizm – który też jest formą narcyzmu. Strasznie im zależy na tym, by jak najlepiej wypaść, zasłużyć na uznanie i lojalność otoczenia. Generalnie narcyzm może się brać ze zdrady w dzieciństwie, która pozostawia po sobie syndrom DDA, może też brać się z takiej sytuacji, która zdarza się często i nie jest definiowana jako rodzinna patologia, czyli na przykład ojciec jest bardzo wymagający, stawia wymagania nie do spełnienia i nigdy nie jest zadowolony, a mama, żeby jakoś skompensować cierpienie dziecka, z którego ojciec nigdy nie jest zadowolony – przecenia je i przechwala. Wszystko jej się podoba, cokolwiek dziecko zrobi, to jest super. I wtedy ono dorasta, właściwie nie wiedząc, co jest warte i co naprawdę potrafi, bo nigdy nie dostało tzw. realistycznego odzwierciedlenia. Zawsze było albo niedoceniane, albo przeceniane. Co nie znaczy, że czuło się niekochane, tylko pogubiło się  całkowicie  w tym, co jest jego mocną, a co słabą stroną.

Czyli strategia „jestem super” ma chronić przed myślą: „a może wcale nie jestem super”? Dodaje wartości, której tak naprawdę się nie czuje?
Cóż, bardzo często rodzicami osób narcystycznych są osoby narcystyczne. Zwykle jedno z nich, np. wymagający, nigdy niezadowolony ojciec, który prawdopodobnie przeniósł na syna jeden do jednego sytuację z własnego dzieciństwa. Sam jako dziecko dociskany wymaganiami, których nie był w stanie spełnić, wszedł w dorosłe życie z poczuciem nieudacznictwa i bezwartościowości. Kiedy więc został rodzicem, włączył mu się mechanizm „ofiara szuka ofiary”.

Czy zawsze ten schemat musi być przekazywany z pokolenia na pokolenie?
Nie zawsze. Ale wtedy rodzic musi się zreflektować, że to, co robi, jest fundowaniem innemu tego, co jemu samemu było niemiłe. Albo gdy  dziecko stworzy ważną dla niego relację z jakimś innym dorosłym, od którego dostanie wsparcie i realistyczną ocenę swojej wartości.

Ale jedno jest pewne – szkodliwą strategię można zmienić. Od czego zaczyna się pracę terapeutyczną?
Pierwszym etapem pomagania takim ludziom jest uświadomienie im, że ich styl funkcjonowania w dorosłych relacjach z ludźmi jest przeniesionym z dzieciństwa dostosowaniem do sytuacji, w której dorastali. I że wtedy była ona skuteczna, inteligentna, ale teraz – w dorosłym życiu – powoduje nieporozumienia, konflikty i nieszczęścia, więc czas ją porzucić. To właśnie najczęściej konflikty, nieporozumienia, rozstania, niemożność utrzymania związku, sprawiają, że osoby narcystyczne przychodzą po pomoc.

A sądzi się, że osobowości narcystyczne są zadowolone ze swojego życia i tego, kim są.
To prawda. Na ogół są z siebie zadowolone i nie przychodzą do terapeuty z pomysłem „jestem niepoprawnym narcyzem, proszę mi pomóc”, bo – jak powiedziałem – nie uświadamiają sobie  swoich uwarunkowań. Ale skarżą się, że ludzie nie potrafią ich docenić, a życie im się komplikuje ponad miarę. Z tym przychodzą.

Czyli przychodzą z jakimś rodzajem kryzysu?
Mówią na przykład: „Mój trzeci poważny związek się rozpadł” albo: „Nie potrafię znaleźć partnerki/partnera. Szybko się zniechęcam i odchodzę”. Po pewnym czasie wspólnej pracy z terapeutą to zdanie będzie brzmieć: „We wszystkich związkach czułem/łam się niepewny/a i skazany/a na to, że zostanę opuszczony/a, więc odchodziłem/łam pierwszy/a, aby mniej cierpieć”.

Podczas jednego ze spotkań „Filmoterapia z SENSem” mówiłeś o depresji narcystycznej, czyli rodzaju kryzysu, który może być szansą na zmianę dla osoby ze spektrum narcyzmu.
Depresja narcystyczna jest nieodzowną fazą procesu urealniania swojej wartości. Strategię narcystyczną budujemy po to, by się uchronić przed cierpieniem związanym  z  poczuciem, że nic nie jesteśmy warci i jako tacy nie zasługujemy na zainteresowanie, obecność i lojalność innych. Aby ukoić ten niepokój, pracowicie budujemy fasadę atrakcyjności i wyjątkowości: poprzez kupowanie wyjątkowych przedmiotów, kolekcjonowanie wyjątkowych znajomych, bywanie w wyjątkowych miejscach itp. Osoba narcystyczna ulega złudzeniu, że im bardziej imponująca stanie się ta  fasada, tym bezpieczniej będzie się czuła. Ale okazuje się, że jest całkiem odwrotnie. Kiedy ktoś  narcystycznie ukształtowany zauważa, że fasada nie chroni przed wątpliwościami co do własnej wartości i tożsamości, pojawia się depresja narcystyczna. Czyli wracamy do uczuć dziecka, którym kiedyś byliśmy, zmuszonego do budowania fasady pozorów, by zadowolić wiecznie niezadowolonego rodzica. Bo skoro nie mogło tego rodzica w żaden sposób zadowolić, to musiało nauczyć się ściemniać, kłamać i koloryzować.  A potem – nie wiedząc o tym – kłamało już samo przed sobą. Trzeba więc wygrzebać tego świetnego dzieciaka spod sterty kłamstw, pozorów oraz niesprawiedliwych rodzicielskich ocen i epitetów – a potem pogodzić go samego ze sobą.

Ten proces może zakończyć się sukcesem?
Może, choć jest bardzo trudny. Tym trudniejszy, im później ktoś trafia na terapię, na przykład jeśli robi to ktoś w kryzysie połowy życia. Wtedy bardzo trudno spojrzeć za siebie i choćby zapytać: „Czyżby całe moje dotychczasowe życie to był jeden wielki fejk?”. Obrona przed taką świadomością jest zrozumiała i bardzo silna.

Skupmy się może na bliskich relacjach. Jak strategia narcystyczna przejawia się w związkach?
W strefie relacji narcyzm sprowadza się w gruncie rzeczy do takiego przekonania: „Nie jestem wart miłości”. I jak ktoś wchodzi w związek z takim przekonaniem – bo to coś więcej niż nastawienie – to najpierw zaczyna się bardzo starać, żeby go pokochano, ale ponieważ w głębi duszy wie, że to i tak się nie uda, próbuje w jak największym stopniu uzależnić tę drugą osobę od siebie. Tak się przejawia jego strategia.

Czyli nawet jeśli nie będzie mnie kochała, to będzie musiała ze mną być.
Nawet więcej: ponieważ wiadomo, że nie będzie mnie kochała, to ja muszę się dla niej stać absolutnie niezbędny. Czyli – jeśli mówimy o narcystycznym mężczyźnie – muszę ją osaczyć, ubezwłasnowolnić, sprowadzić do pozycji dzidzi, co to sobie sama w życiu nie poradzi i potrzebuje opiekuna. Taki partner z jednej strony uspokaja się tym, że wprawdzie nie jest kochany, ale stał się niezbędny, a z drugiej czerpie z tego pewną satysfakcję w obszarze poczucia własnej wartości. W pewnych okolicznościach taki związek może trwać bardzo długo. Jeśli jeszcze ta druga osoba, jak to się mówi, gra w dzidzię, to bardzo potrzebuje kogoś, kto gra w opiekuna. Związek, gdzie dwa deficyty się bardzo dobrze uzupełniają, nazywa się związkiem koluzyjnym. Ma on jednak tę jedną zasadniczą wadę, że właściwie nikt nie jest w nim do końca szczęśliwy. Nikt nie realizuje swojego potencjału, nie przekracza swoich ograniczeń i deficytów z dzieciństwa.

Obie osoby w takim związku mają rys narcystyczny? Jedna może poczuć się ważna, dzięki temu, że się opiekuje, a druga dzięki temu, że trzeba się nią opiekować?
Wszyscy mamy jakiś rys narcystyczny. Trzeba to sobie jasno powiedzieć, że mniejszy lub większy narcyz mieszka w każdym z nas. Bo na podstawowym, egzystencjalnym poziomie nikt nie jest pewny, kim naprawdę jest i co jest wart. Musimy więc sobie tworzyć mniej lub bardziej tymczasowe fasady i je od czasu do czasu „podmalowywać”.

Dzisiejsze czasy dają nam wiele możliwości podmalowania wizerunku.
Tak, obecnie możemy się wykreować na kogo tylko zechcemy. Dlatego narcyzm jest dziś tak powszechny i trzeba stale ludzi uwrażliwiać na te groźne manowce. Jak już powiedzieliśmy, osoba narcystyczna nie zna swojej prawdziwej wartości, musi więc się w jakiś sposób kreować. Przynajmniej w oczach jednej osoby. Na przykład w takim związku, o którym przed chwilą mówiliśmy, albo w oczach jakiegoś większego lub mniejszego otoczenia. Ale oczywiście im bardziej się kreuje, tym bardziej się oddala od tego, kim jest, i żyje w coraz większym lęku, że jej kreacja zostanie zdemaskowana. Wracając do naszego przykładu, osoby narcystyczne często wiążą się z innymi osobami narcystycznymi. Jeśli kobieta w ramach strategii z dzieciństwa nauczyła się grać w dzidzię, to w jakiś sposób grzeje się w świetle swojego partnera, bo na ogół wybiera sobie kogoś mocno osadzonego, czyli mającego jakąś imponującą jej fasadę, gwarantującą korzystną społeczną ekspozycję i materialne bezpieczeństwo. Obie strony są narcystycznie usatysfakcjonowane, ale nie ma tam na ogół miejsca na głębokie uczucie. Oczywiście taka para nie zdaje sobie sprawy z tego, że w tak skonstruowanym związku brakuje silnej emocjonalnej więzi. Ten brak uświadomią sobie oni i odczują po latach – jeśli będą mieli trochę szczęścia i dużo odwagi. Na razie narcystyczna satysfakcja decyduje o wszystkich ich poczynaniach. Najważniejsze jest wrażenie, jakie wywrą, na otoczeniu i na sobie nawzajem, i to, czy dodają sobie nawzajem splendoru i czy ich wartość rośnie w oczach innych.

Ktoś narcystyczny potrafi się zakochać?
Zakochać to się prawie każdy potrafi, z nielicznymi wyjątkami, ale kochać to jest już inna opowieść. Osoby narcystyczne tworzą takie związki, które są ciągle zagrożone rozpadem – ponieważ wątpią  w swoją wartość, więc nie potrafią też uwierzyć w trwałość zachwytu i przywiązania partnera czy partnerki. Na ogół w takim związku ciągle trwa jakiś dramat, balansowanie na krawędzi.

To są takie wymyślone, wydumane dramaty?
W istocie wydumane, choć z punktu widzenia osoby narcystycznej całkiem realne. Bo skoro  jestem pewien, że partnerka kiedyś  porzuci mnie z dnia na dzień i żyję w lęku, to aby poczuć się bezpieczniej, na boku zbuduję drugi, równoległy związek.

Ale czy to nie jest krótkowzroczne? Przecież kiedy obie partnerki dowiedzą się prawdy, poczują się zranione i zapewne nie będą chciały być już w takim związku.
Wszystkie strategie – nie tylko narcystyczna – są krótkowzroczne i działają na zasadzie samospełniającej się  przepowiedni. Z drugiej strony scenariusz, o którym mówisz, wcale nie musi się zdarzyć. Zwykle jeśli prawda wychodzi na jaw, zaczyna się ostra jazda, zwana narcystycznym tangiem. Polega ono na tym, że gdy jeden z partnerów się oddala (na przykład ma romans lub przygodę na jedną noc), to drugi, szarpany zazdrością, zaczyna za nim podążać i o niego walczyć. Gdy ten pierwszy nasyci się erzacem miłości, czyli zazdrością, i z poczuciem satysfakcji powróci do pierwotnego związku, to wtedy ten drugi zacznie się, niejako w rewanżu, oddalać  – a ten pierwszy za nim podążać. W ten sposób  partnerzy w związkach narcystycznych – obawiając się zaangażowania serca i związanego z tym autentycznego zbliżenia, które w ich przekonaniu grozi ujawnieniem ich wyuczonej, wydumanej bezwartościowości – w zamian karmią się lękiem przed porzuceniem  i zazdrością. W konsekwencji nieświadomie fundują swojemu partnerowi przeżywanie tego samego, co  było ich udziałem w dzieciństwie: lęku przed odrzuceniem i porzuceniem przez nadmiernie wymagającego i wiecznie nieusatysfakcjonowanego rodzica.

A jeśli osoba narcystyczna zwiąże się z osobą nienarcystyczną?
Czasami tak się zdarza. Wtedy taka osoba zamęczy nienarcystyczną partnerkę scenami zazdrości albo wymaganiami dotyczącymi jej wyglądu lub domaganiem się uległości i upokarzaniem jej – co prędzej czy później doprowadzi do kryzysu w tym związku. Może to na przykład przybrać taki obrót: wiecznie rozczarowany i nienasycony narcystyczny partner będzie szukał innych obiektów, skuteczniej reperujących jego niskie poczucie wartości, a jego partnerka umęczona podejrzeniami o zdradę, paranoiczną kontrolą i upokorzeniem, wda się w romans z kimś, kto uwierzy w jej miłość i ją doceni.

Można zakochać się w osobie narcystycznej i chcieć jej pomóc? Może ktoś po przeczytaniu naszej rozmowy zorientuje się, że jest w związku z taką osobą i będzie chciał towarzyszyć jej w zmianie.
Jak się kocha kogoś ze spektrum narcyzmu, to właściwie nie wiadomo, kogo się kocha. Dopiero po jakimś czasie trwania związku okazuje się, że pokochaliśmy tylko pozór i fasadę. Bo nagle ta niegdyś wspaniała osoba, uzależnia nas od siebie, upokarza albo traktuje instrumentalnie – jako kogoś, kim można imponować innym ludziom. Niełatwo wtedy wytrwać w swojej miłości do kogoś takiego. Chyba że ten ktoś podejmie wysiłek poszukiwania prawdziwego siebie.

Czy narcystyczną formą uwiązania przy sobie może być długo trwająca choroba, na przykład depresja? Partner czy partnerka czasem mówią: „Bez ciebie sobie nie poradzę, ale tobie na pewno będzie lepiej beze mnie”.
Narcyzm może być dobrze skompensowany lub zdekompensowany. Pierwszy charakteryzuje się tym, że jego fasada jest na tyle silna i dobrze skonstruowana, że nie przepuszcza informacji o tym, iż coś może być źle z poczuciem wartości. Drugi, zdekompensowany typ narcyzmu, karmi się  strategią ofiary, czyli przyznaje się przed sobą i przed światem, że czuje, że nie jest nic wart – ale wtedy jest najmniej wartościowym człowiekiem na świecie, wielkim kłopotem itp. – czyli znowu kimś  wyjątkowym. Często od takiej osoby można usłyszeć: „Nie ma bardziej beznadziejnego człowieka  na tym świecie niż ja, więc jeśli mnie zostawisz, zabiję się. Bo jesteś jedyną osobą, która mnie toleruje”. W ten sposób w dwóch krótkich zdaniach narcyzm obu stron dostaje potężną dawkę paliwa. Ale – podkreślmy to – nadal nie jest to związek oparty na miłości, a tylko na wzajemnym uwikłaniu.

Jak wybrnąć z takiej manipulacji: „jak mnie zostawisz, to się zabiję”? Można na przykład powiedzieć: „Wiesz co, ty jesteś dorosły, ja jestem dorosła. Każdy z nas odpowiada za swoje życie. I twoje życie nie może zależeć ode mnie, bo ja tego nie uniosę. Nie jesteś moim dzieckiem. Albo więc pójdziesz na terapię i się jakoś ogarniesz, albo będziemy musieli się rozstać”.

I to zadziała?
Zadziała. Chyba że narcystyczny partner – tak jak przed chwilą mówiliśmy – trafił na narcystyczną partnerkę, która czerpie nieuświadomioną satysfakcję z tego, że jest dla partnera niezbędna.

W większości poradników na temat związku z osobą narcystyczną pojawia się rada: „Uciekaj!”. A co z opcją: „Zostań, ale ochroń siebie”? Ta druga opcja też jest możliwa. Ale nie ma na to jednej odpowiedzi dla wszystkich przypadków. Każdy przypadek musi być osobno obejrzany, bo ilość dodatkowych okoliczności  jest ogromna. Ale szczególnie ważne  jest określenie charakteru i strategii drugiej strony relacji. Czy ta osoba zdaje sobie sprawę z tego, w co gra? Bo oczywiście najłatwiej jest umieścić wszystkie przyczyny kryzysu w drugiej osobie. Ale to nigdy nie jest prawdziwy obraz powodów kryzysu, co z reguły prowadzi do rozstania.

7 dobrych praktyk w związku z osobą narcystyczną

  1. Postaraj się go/ją zrozumieć: jego/jej strategie oraz uwarunkowania i wynikające z nich zachowanie.
  2. Przyjrzyj się swoim strategiom w waszym związku – czy ty też w coś nie grasz: w dzidzię, ofiarę, a może także szukasz potwierdzenia swojej wartości?
  3. Nie dawaj się zamęczać domaganiem się uwagi, uznania i podziwu, uległości i oddania – i nie zamęczaj tym partnera/ki.
  4. Nie ufaj nadmiernej i uogólnionej krytyce ani uogólnionemu wychwalaniu. Ufaj tym, którzy widzą twoje konkretne, dobre albo słabe strony.
  5. Dawaj konkretny pozytywny i negatywny feedback, np. „To i to budzi moje uznanie, radość, wdzięczność itp.”. Albo: „To i to budzi mój niepokój, gniew, niechęć, dezaprobatę itp.”.
  6. Nie pozwalaj się zamęczać scenami zazdrości spowodowanymi jego/jej lękiem przed porzuceniem ani nie zamęczaj tym drugiej strony. Mów wtedy do niego/niej: „Ciebie wybrałam/wybrałem i dla mnie jesteś najważniejszy/a i jedyny/a. Problem jest po twojej stronie, bo nie potrafisz w to uwierzyć”.
  7. Buduj swój związek na zaufaniu i bliskości. Podejrzliwość, zazdrość, wywyższanie się lub poniżanie uznaj za przejaw swojego lub/i jego/jej problemu z poczuciem wartości.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Co to jest NLP i na czym polega neurolingwistyczne programowanie?

Programowanie neurolingwistyczne pomaga zbudować pewność siebie. (fot. iStock)
Programowanie neurolingwistyczne pomaga zbudować pewność siebie. (fot. iStock)
Neurolingwistyczne programowanie to jedna z najmłodszych koncepcji terapeutycznych, stosowana chętnie podczas szkoleń i warsztatów.

Programowanie neurolingwistyczne, znane również jako metoda NLP, to jedna z najmłodszych koncepcji terapeutycznych, stosowana chętnie podczas szkoleń i warsztatów. Żaden z nurtów psychologicznych nie spotyka się z tak ostrą krytyką, będąc zarazem jednym z najbardziej znanych i praktykowanych.

Do dzisiaj żadne badania nie określiły jednoznacznie przewagi jednego nurtu psychoterapeutycznego nad drugim – wiemy, że różnią się sposobem pracy, długością trwania sesji, a nawet słowami używanymi wobec klienta czy pacjenta, ale efekty w zdrowieniu są zbliżone we wszystkich nurtach. Co w takim razie sprawia, że terapia przynosi skutek? Na ile jest on zależny od osobowości terapeuty? Ta kwestia zaintrygowała dwóch młodych badaczy: Richarda Bandlera, studenta Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Cruz, oraz lingwistę Johna Grindera. Bandler uczestniczył w zajęciach z matematyki, filozofii i logiki, a ostatecznie ukończył indywidualny tok studiów ze specjalizacją informatyczną. Zafascynowany psychoterapią, został bliskim współpracownikiem Fredericka Perlsa, twórcy terapii Gestalt. Z kolei Grinder zgłębiał technikę szybkiego uczenia się poprzez modelowanie, czyli naśladowanie, poprzedzone precyzyjną obserwacją. Opanował wiele języków obcych i w trakcie służby wojskowej pracował jako tłumacz na całym świecie, również przy tajnych operacjach amerykańskiej armii. Trafili na siebie w latach 70. i połączyli swoje umiejętności, by zająć się psychoterapią, ale od zupełnie nowej i zaskakującej strony.

Ukryty czynnik, czyli NLP – co to jest?

Skupili się na znanych i uznawanych za genialnych psychoterapeutach, m.in. wspomnianych Perlsie, ale również Virginii Satir, pracującej systemowo z rodzinami, i Miltonie Ericksonie, pionierze hipnozy – by znaleźć wspólny mianownik, zbiór cech czy też czynników łączących wybitnych ludzi pomagających innym. Zaobserwowali, że ukrytym – nieuświadomionym również przez psychoterapeutów – czynnikiem jest zestaw wzorców komunikacji zarówno werbalnej, jak i niewerbalnej.

Psychoterapeuci odnoszący sukces wierzyli w zmianę, mieli pozytywne nastawienie do procesu leczenia i niejako zaszczepiali je swoim pacjentom, poza tym ich ciało zazwyczaj było otwarte i wysyłało w kierunku pacjenta sygnały związane z poczuciem bezpieczeństwa. Na podstawie powyższych obserwacji Bandler i Grinder opracowali zasady i interwencje, które działają w procesie leczenia – nową metodę pracy nazwali metodą NLP (neurolingwistycznym programowaniem). Chociaż na początku skupili się tylko na psychoterapii, to efekty ich pracy szybko trafiły do poradnictwa, edukacji, biznesu (zwłaszcza sprzedaży), ale również sportu i wszelkich miejsc, w których osiągnięcie celu zależy od wywierania wpływu, perswazji, a czasami manipulacji, a więc stosowania techniki NLP.

Jak zacząć NLP? Zacznij od ciała

Weronika została wysłana przez przełożoną na dwudniowe szkolenie NLP, dotyczące technik wywierania wpływu. Zarówno w pracy, jak i życiu osobistym zawsze zajmowała pozycję osoby podległej, zależnej. Po raz czwarty została porzucona przez partnera i nie mogła zrozumieć, dlaczego odtwarza niechciany scenariusz, w którym zostaje z poczuciem odrzucenia i bezradności. Choć kurs NLP miał jej pomóc w pracy (dział rekrutacji dużej warszawskiej firmy), to Weronika szybko zrozumiała, że nowe narzędzie pomoże jej także być bardziej pewną siebie w życiu osobistym. Zafascynowało ją swoją prostotą i szybkimi rezultatami – pierwszym efektem było to, że Weronika zaczęła obserwować swoje ciało podczas rozmowy ze znajomymi, bliskimi i osobami, które rekrutuje do pracy. Najpierw skupiła się na rękach (pokazywanie wnętrza dłoni mówi o czystych intencjach), pozycji, w której stoi podczas rozmowy (na wprost – konfrontacyjnie, bokiem – asekuracyjnie), na tym, czy zasłania, czy odsłania brzuch (symboliczne miejsce, w którym znajduje się poczucie bezpieczeństwa), kiedy zaciska pięści (postawa zamknięta, agresja). Zapisała się na kurs praktyka NLP i roczny kurs zaawansowany (koszt: 9000 zł), a w międzyczasie korzystała z indywidualnych, cotygodniowych sesji (200 zł każda) ze swoim mistrzem – tak praktycy nurtu nazywają swoich nauczycieli. W ciągu kilku miesięcy poczuła się pewniej w ciele podczas spotkań z ludźmi, również wtedy gdy niczego nie mówiła. Mistrz przekazał jej także przekonanie, które uwewnętrzniła – by wszystkie porażki traktowała jako informacje zwrotne, jeśli będzie je rozpatrywać w kategoriach emocjonalnych.

Od tej pory zamiast pogrążać się w smutku z powodu porzucenia, zaczęła traktować odejście partnera (już nie porzucenie) jako wskazówkę na temat tworzonych przez nią relacji. Podczas sesji neurolingwistycznego programowania, gdy mistrz przekazywał Weronice nową wiedzę czy zasadę, którą powinna wprowadzić w swoim życiu w następnych dziesięciu dniach, używał techniki zakotwiczenia, tzn. dotykał jej nadgarstka.

Zakotwiczenie polega na wzmocnieniu przekazu słownego poprzez obraz, dźwięk albo właśnie dotyk, niektórzy z tego powodu noszą na ręku kolorową tasiemkę. Ma im np. przypominać o tym, że zanim na kogoś nakrzyczą, mogą wziąć trzy głębokie oddechy, a potem zdecydować, czy wciąż chcą użyć krzyku.

Mapa rzeczywistości w metodzie NLP

Według podstawowych założeń NLP w psychologii każde nasze zachowanie oparte jest na umysłowej strukturze, która manifestuje się poprzez zachowania możliwe do zaobserwowania, zwane mową ciała. Na tym polega połączenie procesów umysłowych czy neurologicznych (neuro), języka i sfery komunikacji (lingwistyczne) z zachowaniami (programowanie). Każde nasze postępowanie coś mówi, nawet wtedy gdy pozostajemy nieruchomi i milczący, a celem komunikacji jest wynikająca z niej reakcja. Bez świadomości sygnałów, jakie wysyłamy ciałem, nie panujemy nad efektem, który chcemy osiągnąć w relacji z szefem czy podczas spotkania z ukochaną osobą.

Specjaliści technik NLP mówią o subiektywnej i indywidualnej mapie rzeczywistości, którą mamy wszyscy. Terytorium jest cały otaczający nas świat, natomiast każdy z nas ma inną mapę. Jeśli jest szczegółowa – ułatwia swobodne przemieszczanie się po terytorium rzeczywistości. A jeśli nie jest konkretna, zawiera sprzeczne informacje, wskazuje pomylone kierunki i jest nieczytelna – z pomocą może przyjść mistrz neurolingwistycznego programowania, który na początku dokona diagnozy mapy albo mówiąc innymi słowy  – struktury naszej osobowości. Niedoświadczeni praktycy tego nurtu popełniają podstawowy błąd, jakim jest zabawa w czytanie w myślach bądź serwowanie swoim klientom gotowych rozwiązań: stój w ten sposób, mów wolniej, patrz powyżej poziomu ust rozmówcy, nie zaczynaj zdania od „nie”. I chociaż klient może zyskać pozorne poczucie wpływu na swoje życie, nie zachodzi w  nim realna zmiana, ponieważ nie rozpoznał własnej mapy, a wyruszył w teren.

Programowanie neurolingwistyczne ma aktywować własny potencjał

Jednym z najczęstszych zarzutów, jakie stawia się NLP, jest ten, że jego twórcy – specjaliści w dziedzinie języka i komputerów – nie mają formalnego wykształcenia psychologicznego i hołdują zasadzie, że cel uświęca środki. To prawda – ta metoda NLP posługuje się wieloma uproszczeniami i jest niewiele badań z zakresu psychologii potwierdzających skuteczność stosowanych przez nią narzędzi. Kolejny zarzut: wychodzi z afirmacyjnego założenia, że każdy człowiek dysponuje wszystkimi niezbędnymi zasobami, by rozwiązać swoje problemy. Ale nawet jeśli to naiwne podstawy, znane są przecież eksperymenty naukowe potwierdzające skuteczność placebo czy mechanizmu samospełniającego się proroctwa. Trzeba przyznać, że w odróżnieniu od wielu nurtów terapeutycznych, które skupiają się na deficytach, traumach i poszukiwaniu odpowiedzialnego, NLP uznaje, że za zachowaniem każdej osoby stoi pozytywna intencja, a tym, co najbardziej pomaga w rozwoju, jest poznanie czy też aktywowanie własnego potencjału.

Obecnie szkolenia NLP  dostępne są prawie dla wszystkich, bez względu na doświadczenie i wykształcenie – to też budzi kontrowersje. Jednak należy rozróżnić osobę, która po kilkumiesięcznym kursie neurolingwistycznego programowania przyznaje sobie prawo do leczenia innych bądź prowadzenia nieetycznych coachingów, od specjalisty, który otrzymał certyfikat PS NLPt, uprawniający do ubiegania się o Europejski Certyfikat Psychoterapii. Wcześniej zaś ukończył czteroletnie szkolenie, obejmującego m.in. 400-godzinny staż kliniczny w placówkach ochrony zdrowia lub ośrodkach psychoterapeutycznych, w których stażysta ma możliwość kontaktu z pacjentami o zróżnicowanej diagnozie, w tym cierpiącymi na głębsze zaburzenia oraz współpracy z lekarzami psychiatrami – jak podają twórcy Polskiego Stowarzyszenia NLP. Szarlatani i domorośli specjaliści pojawiają się w obrębie każdego nurtu psychoterapeutycznego i nawet jeśli w NLP jest ich nadreprezentacja, nie przekreśla to narzędzia jako takiego i skuteczności neurolingwistycznego programowania. Podobnie jak użycie noża do zabójstwa czy posmarowania chleba, w każdym z tych przypadków nie jest opowieścią o nożu, a o człowieku z niego korzystającym.

Wszystkie zasoby

Weronika zakończyła sesje po pół roku, gdy zrozumiała, że wybiera na partnerów mężczyzn manifestujących na zewnątrz siłę, apodyktycznych, ale zwykle ubogich pod względem emocjonalnym, niepotrafiących żyć w relacji. Wierzyła, że musi pełnić rolę osoby uległej, by zasłużyć na miłość lub awans – tak skonstruowana była jej mapa.

Zmiany rozpoczęła od łatwiejszego obszaru – pracy. Poprosiła przełożoną o dodatkowe zajęcie, jakim było prowadzenie szkoleń z technik sprzedaży dla telemarketerów. Weronika chce bowiem zostać trenerką i wie, że to pierwszy dobry krok w tym kierunku.

Jeśli nie metoda NLP, to:

Szkoła Negocjacji – roczny, wielowątkowy i precyzyjnie przemyślany kurs łączący w sobie najbardziej aktualne narzędzia negocjacyjne z technikami komunikacyjnymi, wywierania wpływu oraz bogatym zapleczem praktycznym i teoretycznym. Szkoła rozpoczyna się treningiem interpersonalnym, a wśród prowadzących pojawiają się najbardziej znani na świecie negocjatorzy.

Terapia poznawczo-behawioralna – skupiona na określonym celu, ograniczona liczba sesji, praca skupia się – podobnie jak w NLP – na nawykach, zachowaniach oraz języku. Atutem jest możliwość pogłębionej pracy nad sobą.

  1. Psychologia

Jak radzić sobie z uzależnieniem? Zamiast odcinać się od zmysłów, zmniejsz ilość bodźców

Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. (Ilustracja: iStock)
Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jako ludzie łakniemy i szukamy przyjemności. Zatraciliśmy jednak umiejętność zarządzania nimi – ten swoisty instynkt zachowawczy, chroniący nas przed autodestrukcją. I to właśnie popycha nas w ramiona nałogu – twierdzi psychoterapeuta Robert Rutkowski, kiedyś sam uzależniony. 

Czy dzisiejsze czasy sprzyjają uzależnieniom? Dowodem na to, jak bardzo, są niedawne amerykańskie badania, w których obliczono, że człowiek w czasach średniowiecza przyjmował w ciągu całego swojego życia tyle informacji, ile współczesny człowiek przyjmuje w ciągu jednego dnia. Na przestrzeni wieków nie zmieniliśmy się wcale, jeśli chodzi o rozmiar i pojemność urządzenia, jakim jest mózg, natomiast ilość bodźców, jaką nim odbieramy, przerażająco się zwiększyła. Mówiąc kolokwialnie, przegrzewają nam się styki. Nie wyrabiamy. Futurysta Alvin Toffler w latach 50. ubiegłego wieku napisał książkę „Szok przyszłości”, w której prorokował, że przyjdą takie czasy, kiedy człowiek przestanie ogarniać te wszystkie nowinki technologiczne, z którymi będzie się stykał. I miał rację.

Czasy są więc podłe i przerażające, a na dodatek ta niemożliwa do ogarnięcia ilość bodźców styka się z naszymi słabościami: lenistwem, niefrasobliwością, brakiem chęci chronienia siebie. Człowiekowi wysiada instynkt samozachowawczy, czyli swoiste zabezpieczenie przed szkodliwym wpływem świata, przejawiające się np. poprzez smak czy wstyd.

W jaki sposób działa to zabezpieczenie? W bardzo prosty. Człowiek, jeśli coś mu nie smakuje, czuje obrzydzenie. To ono pojawia się na twarzy, kiedy pierwszy raz w życiu pije się wódkę czy wypala papierosa. Mogę tu wymieniać jeszcze inne substancje, na przykład heroinę, którą znam, a z którą pierwszy kontakt kończy się zawsze torsjami, czyli szokową reakcją organizmu. To są sygnały wysyłane do nas, żeby zrobić STOP. A czym jest wstyd? Uczuciem, które chroni nas przed rozwiązłością, przed wchodzeniem w niejasne relacje seksualne. A obecnie wstyd jest się wstydzić. Przyszedł do mnie niedawno 20-letni mężczyzna, który wyznał, że ma problem z seksem. „Na czym on polega?” – spytałem. „Na tym, że mam 20 lat i jestem prawiczkiem”. „Chłopie, o czym ty mówisz? Dlaczego uważasz, że to jest problem?”. Ano dlatego, że on się porównuje z innymi. I czyta, że 13-, 14-latki rozpoczynają życie seksualne i że to jest norma, czyli on nie jest w normie. A przecież każdy ma swoją drogę, swoją ścieżkę i późniejsza inicjacja seksualna nie musi być od razu chorobą. Świat naprawdę zwariował! A ci, którzy nie mają barier ochronnych, czyli silnego poczucia własnej wartości, będą wchodzić w różnego rodzaju pęknięcia, jak na przykład uzależnienie.

W definicji uzależnienia często podaje się, że to ucieczka od samego siebie, ale czy w tych – jak pan mówi – „podłych i przerażających” czasach nie jest ono też próbą wypisania się z otaczającej nas rzeczywistości? Czy uzależnienie jest ucieczką od siebie, czy od świata? Moim zdaniem to są kolejne etapy. Cel jest ten sam – żeby było lżej, żeby mniej bolało. Uzależnienie jest zadaniem sobie bólu w innym miejscu, żeby w tamtym przestało boleć. To jak, kiedy boli ząb, wbić sobie igłę w piętę. Ból pięty na chwilę pozwoli zapomnieć o zębie. I podobnie człowiek, którego boli dusza, sięga po narkotyki – a mówiąc „narkotyki“, mam też na myśli alkohol. To jeden z najbardziej niebezpiecznych narkotyków, bardzo silnie uzależniający i bardzo silnie negatywnie działający na cały organizm człowieka. I podstępny, bo występujący w anturażu czegoś miłego.

W filmie „Najlepszy” matka mówi do syna, narkomana: „Jureczku, już lepiej, żebyś pił”. Ludzie mówią, że alkohol to dla nich reset. Tymczasem alhohol nie rozluźnia, on paraliżuje. Ludzie mówią, że alkohol poprawia nastrój. Nie, on go zmienia. Człowiek pod działaniem alkoholu jest zatruty, odurzony, odcina się od zmysłów. Dla mnie semantycznym dowodem na to, jak nie radzimy sobie z traktowaniem naszych zachowań, jest słowo „rausz“. Z czym się pani kojarzy „bycie na rauszu“?

Z czymś w rodzaju miłego pobudzenia, upojenia. A wie pani, co znaczy słowo „rausch“ po niemiecku? Upojenie, ale też otępienie. Albo „napić się dla kurażu“. „Courage” to po francusku odwaga, która też jest odcięciem się od zmysłów. Ale dobrze nam się kojarzy, prawda? W ten sposób oswajamy sobie truciznę. Podobnie jest dziś z paleniem marihuany, które zaczyna się wkradać na salony i być dobrze postrzegane. Ja się kiedyś wstydziłem, że palę marihuanę, teraz to jest trendy. Tak jak kokaina. Trzeźwość nie jest już dziś trzeźwością sensu stricto i można być pozornie trzeźwym człowiekiem, który sobie okazjonalnie wciąga kokainę, pali marihuanę... Ale to nie wszystko.

Miałem niedawno sesję z parą, do życia której wkradła się zdrada i która usłyszała od poprzedniego psychologa, a właściwie usłyszała to zdradzona kobieta: „Ale czym się pani przejmuje? Przecież to naturalne, mężczyzna musi sobie od czasu do czasu na boku coś bzyknąć“. Jak widać, niektórzy przedstawiciele mojego zawodu załapali się na wspomnianą dewaluację pewnych wartości.

Nie mówię, że wszyscy powinniśmy być mnichami zen, ale nazywajmy rzeczy po imieniu. Jeżeli nauczyciel pali papierosy i mówi młodzieży o szkodliwości brania narkotyków, to kim on jest? Hipokrytą. Jest niewiarygodny, dzieciaki od razu to wyczują. Warto mówić prawdę. „Nie radzę sobie z moim nikotynizmem“, „To jest moja słabość“, „Nie jestem z tego dumny, nie popieram tego“, a nie przekonywać, że narkotyki są złe, ale palenie jest w porządku. Jeśli ktoś się decyduje być takim pomagaczem i radzić innym w ich problemach, to musi być spójny. Powinien zastanawiać się nad tym, co mówi, bo jego słowa mogą zdemolować komuś życie.

Są uzależnienia bezsprzecznie postrzegane jako szkodliwe: narkotyki, dopalacze. Alkohol i papierosy też – choć tu pewnie z dużym marginesem przyzwolenia. Ale są także uzależnienia, których nie traktuje się jako niebezpieczne. Na przykład poprawianie urody.

Ono się zawiera w takim ogólnym terminie o nazwie „uzależnienie od własnego wizerunku”. Ten nałóg szczególnie dotyka ludzi z piedestału, eksponowanych. Ludzie w ogóle bardzo szybko przyzwyczajają się do tzw. głasków, do miłych rzeczy. Nie ma w tym nic złego, dopóki nie dzieje się tak, że kiedy tego zabraknie, to następuje utrata sensu życia. Tak jest z politykami, uzależnionymi od wydzielania się neurohormonów, które powoduje już samo bycie na piedestale. Oni celowo generują zamieszanie wokół siebie. I tak się tworzy tzw. szum medialny.

Już Stanisław Lem zauważył w „Bombie Megabitowej“, że znalezienie jakiegoś terminu w Internecie jest poprzedzone setkami tysięcy informacji kompletnie zbędnych. Lepiej iść do zwykłej biblioteki. Sam to robię i widzę, że w bibliotekach jest coraz więcej ludzi. Oni już zrozumieli, że obecnie najważniejsza jest umiejętność selekcji. Jako gatunek ludzki jesteśmy ogromnie podatni na bodźce zewnętrzne, dlatego musimy sami się od nich odgradzać.

Skoro nałogi odcinają nas od zmysłów, trzeba do tych zmysłów powrócić? W rzeczy samej. Istotą jest odcięcie bodźców, nie zmysłów. Uzależnienia odcinają właśnie zmysły, a im więcej bodźców do nas wtedy dociera, tym większy szum powoduje. Jeśli bodźców będzie mniej, to nasze zmysły będą bardziej nastawione na ich odbiór.

W książce „Pułapki przyjemności“ mówi pan: jeżeli jemy obiad, jednocześnie oglądając telewizję, to nie czujemy smaku tego, co mamy na talerzu. Zgadza się. Podsumowując ten kawałek naszej rozmowy, człowiek jest coraz bardziej słaby, pozbawiony wartości, fundamentów, a przez ciągłe porównywanie się – także pewnych barier wewnętrznych, które sam na własne życzenie i własną zgubę likwiduje, by się wpisać w kontekst. Dlatego niezmiernie ważne jest środowisko, w jakim funkcjonujemy. Nic dziwnego, że rodzice tak martwią się, gdy ich dziecko wpada w tzw. złe towarzystwo.

Na ile to, czy popadniemy w uzależnienie, zależy od środowiska, a na ile od naszej wrodzonej podatności? A może człowiek jako gatunek czuły na bodźce jest po prostu z natury podatny na uzależnienia? Jesteśmy urodzonymi poszukiwaczami przyjemności. To atawizm. Gdyby człowiek nie chciał, by było mu przyjemniej, toby nie odkrył ognia. Kiedy pierwszy raz ogrzał się przy ogniu i zjadł mięso z upolowanego zająca, opieczone na tymże ogniu, zrozumiał, że jest to o wiele przyjemniejsze niż siedzenie w ciemności, w zimnie i żucie surowego jedzenia. Cały rozwój naszej cywilizacji był możliwy dzięki wrodzonemu pędowi do szukania przyjemności.

I ułatwiania sobie życia. Kiedyś człowiek, żeby napić się wody, musiał pójść kilometr do wodopoju, zażył trochę ruchu, poobserwował okolicę. Dziś nie ma takiej potrzeby, wszystko jest dostępne na aplikacji. Człowiek się zredukował na własne życzenie. Śmiem twierdzić, podążając za Tofflerem, że osiągnęliśmy czasy zerowe. W tej chwili może nas uratować jedynie świadome odchodzenie od nadmiaru bodźców. Sztuką dobrego życia nie jest robienie trzeciego fakultetu czy szukanie nowych kanałów dostępu do informacji, tylko właśnie nierobienie tego. Nie dodawanie, tylko odejmowanie. Sztuka selekcji. Jako człowiekowi dojrzałemu oczywiście jest mi łatwiej się z tym uporać, bo też osiągnąłem jakieś punkty zerowe. Dlatego świadomie nie chcę być dobrze poinformowany, nie chcę mieć pozornie łatwiej i przyjemniej, nie szukam dwóch rzeczy w cenie jednej, kiedy potrzebuję tylko jednej.

Twierdzi pan, że powinniśmy się nauczyć zarządzać naszymi przyjemnościami? Tak naprawdę musimy się nauczyć zarządzać samym sobą. Wtedy będziemy gotowi na przyjemności. Łatwiej jest radzić sobie z jedzeniem człowiekowi niegłodnemu, który jadł trzy godziny temu posiłek, więc nie czuje histerycznego głodu. Niech pani sobie wyobrazi kogoś, kto jada regularnie w ciągu dnia, i kogoś, kto przez cały dzień nic nie jadł, bo nakręcała go adrenalina, jaką daje praca, i nagle o 19.45 idą obaj do restauracji.

Pierwszy pewnie zamówi to, na co ma ochotę, drugi, cokolwiek, byle szybko i dużo. Albo zrobi tak jak grubas ze słynnej sceny z „Sensu życia według Monty Pythona“, który zamówił wszystko z karty. W czym? W wiadrze. Z kolei pierwszy z uśmiechem na ustach, spokojnie będzie wybierał, selekcjonował, zastanawiając się, na co tym razem ma smak. I tę metaforę można przełożyć na nasze wewnętrzne poukładanie. Jeżeli jesteśmy wewnętrznie wygłodniali, popękani, jeżeli nie mamy bazy w postaci poczucia własnej wartości, będziemy zachłystywać się nowymi bodźcami: co chwila nowa partnerka, nowy samochód, nowe buty. Można tak wymieniać bez końca rzeczy czy zachowania, które mają nas zaspokoić. Jaki jest tego efekt? Głód nie gaśnie. Jest coraz większy.

Człowiek woli albo w ogóle zrezygnować ze wszystkich pokus, czyli nie piję, nie palę, nie uprawiam seksu, nie biegam, nie jem i jestem całkowicie z boku – albo korzystać ze wszystkiego. Wolimy to, niż zadać sobie trud i popracować nad kontekstem, w którym funkcjonujemy. Nie trzeba być od razu abstynentem, można próbować alkoholu, ale być świadomym, co on mi daje, a co zabiera. Ja celowo rezygnuję z alkoholu, ponieważ on nie daje mi nic, a wielu rzeczy pozbawia. I wcale nie jestem wojującym ortodoksem neofitą, który kiedyś pił za dużo, a teraz nie pije wcale...

...tylko nie pije pan dlatego, że panu to już nie służy. Dokładnie tak. Alkohol przestał mi służyć i jest dla mnie stratą czasu. Pod wpływem alkoholu nie jestem sobą, a od kiedy się polubiłem, bycie sobą jest przyjemne. Kiedyś piłem dla swoistego kontekstu, czyli dla towarzystwa. Alkohol służył mi do pokrycia, zatuszowania moich kompleksów. A ponieważ wziąłem się za siebie, poszedłem na jedną terapię i drugą, to zniknęły kompleksy. I nagle alkohol też przestał działać, przestał być potrzebny. Przestałem chcieć kłamać, a alkohol to kwintesencja kłamstwa.

Zauważyłem, że wielu moich pacjentów, ludzi biznesu, pije nie dla samego smaku alkoholu czy jego działania, ale dlatego że piją ich kontrahenci. Czyli mamy coś, co się bardzo często pomija w analizach psychologicznych. Mamy uzależnienie fizyczne, psychiczne i to uzależnienie społeczne, środowiskowe.

Presja społeczna to silne narzędzie wpływu. Często najtrudniejsze do pokonania przez uzależnionych pacjentów.

Pana praca polega na pokazaniu im, jak mogą się uniezależnić od opinii innych zamiast od konkretnej substancji? Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. Czy zaprzestaniu jakiś zachowań, jeśli mówimy o uzależnieniu behawioralnym, jak np. seksoholizm. Nie, tu chodzi o całkowite przeprogramowanie człowieka.

Przychodzimy na ten świat głodni przyjemności. Jak się zachowuje małe dziecko? „Jakiż kontrast między promienną inteligencją dziecka a ograniczoną umysłowością dorosłego“ – napisał gdzieś Zygmunt Freud. To jest kwintesencja naszej rozmowy – wracajmy do naszego wewnętrznego dziecka. Ono dużo lepiej wie, jak żyć. Kiedy jest głodne, to co robi? Płacze, bo chce zaspokoić głód. A co robi dorosły? Gasi go, eliminuje. Bo w tym momencie ma dużo ważniejsze rzeczy do zrobienia. Przestaliśmy o siebie dbać. Nie jemy, nie śpimy, nie odpoczywamy, bo mamy projekt do wykonania. Pogubiliśmy się do tego stopnia, że prawdopodobnie dlatego ludzkość wymiera i tak mało się rodzi dzieci, bo one wzbudzają w nas poczucie winy.

No, takiej teorii jeszcze nie słyszałam... Oczywiście żartuję sobie trochę, ale coś w tym jest. Nie chcemy płodzić dzieci, bo jesteśmy uzależnieni od wygodnego życia. Ja mam teraz w domu 5-miesięcznego bobasa i rozkoszuję się tzw. dojrzałym ojcostwem. Syn jest moim trenerem uważności. Pierwszą rzecz, jaką pod jego wpływem zrobiłem, było skrócenie czasu pracy. Przyjmuję mniej pacjentów. Stwierdziłem, że nie chcę sobie odbierać przyjemności obcowania z nim. Jeśli miałbym zatem na koniec pokusić się o jakąś radę, to brzmiałaby ona tak: uczmy się od swoich dzieci odróżniania rzeczy ważnych od tych nieistotnych.

Robert Rutkowski psychoterapeuta, pedagog, trener umiejętności psychologicznych. Prowadzi prywatny Gabinet Psychoterapii i Rozwoju Osobistego w Warszawie, specjalizuje się w leczeniu uzależnień, depresji, nerwic oraz w zarządzaniu stresem. Współautor książek „Spowiedź narkomana” i „Pułapki przyjemności” (wyd. Muza)

Wywiad archiwalny. 

  1. Psychologia

Męska depresja. Nieobecność ojca, ból zranionego wewnętrznego chłopca

Głęboki smutek, ucieczka od życia, od uczuć, niemożność utrzymania trwałych relacji to poważne symptomy braku ojca. (Fot. iStock)
Głęboki smutek, ucieczka od życia, od uczuć, niemożność utrzymania trwałych relacji to poważne symptomy braku ojca. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Doświadczenie porzucenia przez ojca daje znać w dorosłym życiu. Męska depresja często wynika z tego dojmującego braku. Mężczyzna może odnosić sukcesy, jednak pod maską czai się ból zranionego wewnętrznego chłopca – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Lothar Schon, autor książki „Synowie i ojcowie. Tęsknota za nieobecnym ojcem”, opisuje jednego ze swoich klientów w psychoterapii o imieniu Aleksander, aktora, który odnosi sukcesy. „W rozmowie telefonicznej kontakt z nim wydaje się swobodny  i nieskomplikowany, co potęguje wrażenie, że Aleksander musi być silną i ciekawą osobowością. Świadczy o tym przede wszystkim sposób mówienia; świadomy, wyćwiczony, pewny”. Wszystko zmienia się, gdy Schon poznaje Aleksandra: „Wygląda zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałem, sprawia wrażenie zaniedbanego, jest dla mnie uosobieniem psychicznej nędzy i depresji”. Co dzieje się z mężczyznami porzuconymi przez ojców?
Na zewnątrz mogą odnosić sukcesy, świetnie wyglądać, chodzić na siłownię, sprawdzać się w wielu dziedzinach. Jednak doświadczenie porzucenia daje o sobie znać. Męska depresja często wynika właśnie z tego dojmującego braku, z nieobecności ojca. Głęboki smutek, ucieczka od życia, od uczuć, niemożność utrzymania trwałych relacji to poważne symptomy tego braku. Zewnętrzna kompensacja, którą mężczyzna sobie funduje, pozwala mu przetrwać w życiu i całkiem nieźle funkcjonować. Jednak pod maską czai się ból zranionego wewnętrznego chłopca. Jeśli na przykład ojciec znika, gdy chłopiec ma trzy czy cztery lata, dziecko na nieświadomym poziomie obciąża winą siebie: „Widocznie nie byłem wystarczająco dobry; to przeze mnie ojciec odszedł; skoro mnie nie chciał, jest we mnie jakaś wada”. Podobne konsekwencje mogą być również wtedy, gdy ojciec jest obecny fizycznie, jednak nieobecny emocjonalnie.

Ci mężczyźni, którzy nie wiedzą, kim są ich ojcowie, mogą odczuwać podobnie: „Ojciec nie chciał mnie znać, to przeze mnie”.
Może być też tak, że chłopiec dowiaduje się, iż mama nie powiedziała ojcu o jego istnieniu, ponieważ nie chciała się z nikim wiązać; chciała mieć dziecko. Taka sytuacja może generować bardzo silny wewnętrzny konflikt, związany z miłością, rozczarowaniem i złością w stosunku do matki; dlaczego tak postąpiła, dlaczego odizolowała ojca.

Możemy tu uczyć się od pierwotnych kultur. Tam, nawet jeśli chłopiec wychowywał się bez ojca, i tak przechodził swoją inicjację w dorosłość.
Szedł na polowanie ze starszymi mężczyznami. Czuwali nad nim mężczyźni z całego plemienia. Wygląda na to, że najlepsze, co może zrobić kobieta samotnie wychowująca syna, to zadbać o kontakty chłopca z innymi mężczyznami. Czasami kobiety przesadnie starają się być dla syna najlepszą matką, a jednocześnie zastąpić mu ojca, nadrobić wszystkie braki. Chłopiec tym bardziej odczuwa, że jest z nim coś nie tak, skoro mama tak się stara. Przekaz, który płynie od matki, to: „Czegoś ci brakuje, ja muszę to wyrównać”. Tak wychowywani mężczyźni mogą mieć trudności w relacjach z mężczyznami, w budowaniu męskich przyjaźni. Widzimy, że wielu 30-, 40-latków ma dobry kontakt z kobietami, ale w środowisku mężczyzn czują się obco.

Tęsknią jednak za tym światem.
Usilnie, czasem wręcz desperacko poszukują kontaktu z mężczyznami. Niestety, często w niewłaściwych miejscach. Pragną, aby relacja z ojcem mogła się w ich życiu zrealizować, ponieważ jednak nie mają dobrego wzorca, wikłają się w zależności, dają się wykorzystywać. Wchodzą w ryzykowne przedsięwzięcia, w grupy przestępcze, bandy, sekty, kierowane przez psychopatycznych liderów, czyli wszędzie tam, gdzie są silni mężczyźni, którzy mogą być autorytetami. Byle być zauważonym, dostrzeżonym, zaakceptowanym. Wielu mężczyzn z tego względu wybiera także pracę w korporacji. W korporacji zawsze ma się nad sobą szefa. Łatwo wejść w „przeniesieniową” relację, widzieć w szefie zastępczego ojca, tworzyć zastępczą więź. Te więzi bywają trudne. Jeśli jednak szef jest opiekuńczy i wspierający, mężczyzna doświadcza uznania, co w pewnym stopniu wyrównuje brak z dzieciństwa. U wielu mężczyzn wewnętrzne zranienie odrzucenia jest bardzo silne. To ci, którzy permanentnie zmieniają pracę, nie mogą wytrzymać z żadnym szefem, niejako uciekają przed ojcem, paradoksalnie ciągle go znajdując. Samotność, zamknięcie, niezgoda, wewnętrzny konflikt mogą owocować uzależnieniem od alkoholu, pracy, władzy, pieniędzy, płytkich relacji seksualnych.

Kobiety mówią, że związek z takim mężczyzną nie rokuje, ponieważ on nie chce przyszłości, dzieci, „nie chce o tym mówić”.
Unika emocjonalnego zaangażowania. Ma opór przed założeniem rodziny i wejściem w rolę ojca. Musiałby dotknąć rany porzucenia, poczuć ból, a to spore wyzwanie. Dlatego swój sposób bycia racjonalizuje na wiele sposobów: po co zajmować się przyszłością, skoro w świecie dzieją się takie straszne rzeczy, nie damy rady; może kiedyś było inaczej, ale teraz nie ma szans; niech będzie tak, jak jest. Tłumaczy sobie: „Jeszcze za wcześnie, nie teraz, nie w tej fazie życia”. Ten brak na poziomie tożsamości sprawia, że mężczyzna nie identyfikuje się z rolą ojca i partnera kobiety. Smutek, poczucie opuszczenia, niemocy, poczucie niskiej wartości mogą się przejawiać w różnych nadmiarowych zachowaniach; na przykład w przesadnym podkreślaniu swojego zdania, wyborów, decyzji, własnych opinii. Wydaje się, że ten butny mężczyzna ma wysokie mniemanie o sobie, jednak to pozory.

Porzuceni synowie w dorosłym życiu porzucają swoich synów. To znana psychologiczna konsekwencja. Czy musi tak się stać?
Warto wiedzieć, że nie ma determinizmu, chociaż rzeczywiście jest spore prawdopodobieństwo powikłań i komplikacji. Spotykam wielu mężczyzn, którzy wychowywali się bez ojca, a byli i są dobrymi ojcami dla swoich synów. W dzieciństwie byli otoczeni mężczyznami w systemie rodzinnym, wujkami, stryjami, dziadkami, kuzynami, nauczycielami, sąsiadami, przyjaciółmi rodziny, od których dostali wiele miłości i wsparcia. Tacy mężczyźni kochają własne dzieci i troszczą się o nie. Nawet jeśli zakończyli związek z kobietą, są obecni w życiu dzieci, zabierają synów na męskie wędrówki po górach, na spływy kajakowe, chodzą na wywiadówki. Tym samym przerywają tę destrukcyjną, pokoleniową sztafetę porzucania dzieci. Bolesną przeszłość przekuwają na miłość i troskę.

Słyszałam opinię, że lepszy jakikolwiek ojciec niż ojciec nieznany, ponieważ syn ma się do czego odnieść. Chłopiec, który nie zna ojca, mierzy się z wewnętrzną pustką.
Trudno się z tym w pełni zgodzić; ojciec, który stwarza realne zagrożenie, którego działanie jest destrukcyjne, doprowadza rodzinę do katastrofy. Synowie, którzy mieli ojców psychopatycznych, uzależnionych od alkoholu, często idą w ich ślady. Chłopiec, który nie zna ojca, oczywiście doświadcza traumy, jednak jeśli w otoczeniu są inni mężczyźni, pustka się wypełnia. Może odczuwać smutek czy stany obniżonego nastroju, jednak nie będą one dominujące czy obezwładniające.

Jakie działania byłyby pomocne dla mężczyzny, który wie już, że ciężko mu się żyje z powodu porzucenia przez ojca?
Jeśli na przykład pojawia się lęk przed byciem ojcem, ogromną pomocą byłyby kontakty z ojcami, którzy czerpią radość z bycia tatą, także szkoły rodzenia. Dobrze jest szukać kontaktu z dojrzałymi mężczyznami, z mentorami, prosić ich o rozmowę, poradę, pomoc. Ważna jest literatura. Czytanie działa terapeutycznie. Miałem klienta, który opowiadał mi, że jako dorastający chłopiec, wychowywany bez ojca, przez mamę, babcię i ciocie, intuicyjnie sięgnął po mocne, męskie opowieści, książki Jacka Londona, Jamesa Coopera, Karola Maya o traperach, szlachetnych wojownikach. To jest literatura, która z jednej strony wzmacnia męskie cechy, a z drugiej – dużo w niej o relacjach między przyjaciółmi, kochankami, rodzicami i dziećmi, dzięki czemu ten chłopak, a teraz dorosły mężczyzna mógł budzić w sobie męski potencjał, integrować wzorce, poznał honor, opiekuńczość, szlachetność, waleczność, miłość do kobiety. Dobra literatura przemawia do emocji, więc nas kształtuje. Znajdujemy w niej wzorcowe postacie, które mają szanse budzić się w nas, rozwijać i spełniać. Oczywiście, książki nie zastąpią żywych relacji, jednak pokazują rzeczywistość, którą przeżywamy i którą możemy uwewnętrznić. Podobnie dzieje się, gdy oglądamy dobry film: widzimy, że istnieją inne światy, inne doświadczenia niż te, w których się wychowaliśmy. To może być dla nas wielki ratunek.

Dobrym, kojącym sposobem może być napisanie listu do nieobecnego ojca. Jeden z mężczyzn opowiadał mi, że napisał serię takich listów i to mu bardzo pomogło.
Albo „porozmawiać” z ojcem: wyobrazić sobie zarys jego sylwetki na krześle i wyrazić wszystko, co ważne, a co dotyczy jego osoby, jego nieobecności. Wszystko, czego nie byliśmy w stanie wypowiedzieć z tego powodu, że nie było z ojcem kontaktu. Ważne, aby nie cenzurować tego, co się pojawia, pozwolić płynąć wszystkiemu. Gdy to robimy, nasz system nerwowy reaguje w taki sposób, jakby to działo się naprawdę. Jest szansa na uwolnienie się od zalegających, niewypowiedzianych treści, od traumatycznej historii opuszczenia, porzucenia.

Kobiety, które samotnie wychowują syna, bo ojciec go nie chciał, często nie wiedzą, co powiedzieć dziecku, gdy pyta o tatę. W jaki sposób kobieta ma sobie radzić w takiej sytuacji?
Niepewność jest trudna i sieje spustoszenie; jest wtedy mnóstwo miejsca na różnego rodzaju domysły, fantazje. Gdy syn jest izolowany od wiedzy na ten temat, powstaje luka, wyrwa w osobistej historii i w systemie rodzinnym. Jest tajemnica. Dziecko nie może tego zrozumieć, pozostaje w niepewności: Kim jest ojciec? Co się stało? Dlatego, jeśli to tylko możliwe, trzeba z dzieckiem rozmawiać, nawet jeśli historia jest trudna i bolesna. Matka może powiedzieć: „Niestety, nie miałam możliwości zbudować trwałego związku, a zależało mi tak bardzo, żebyś przyszedł na świat, że podjęłam decyzję, żeby cię urodzić… I nie żałuję… Wręcz przeciwnie”. Jeśli dziecko jest małe, można powiedzieć: „Mama bardzo chciała mieć dzidziusia, ciebie, bardzo się starała, niestety, nie było w tym czasie nikogo, kto mógłby być tatą…”. Potem, w miarę jak dziecko rośnie i rozwija się, można wyjawić więcej.

A gdyby syn dopytywał: „Ale dlaczego tata mnie nie znalazł, nigdy nie odwiedził?”.
Zawsze mówimy prawdę, czyli na przykład: „Bo nigdy się nie dowiedział, gdzie mieszkasz. Bo ma inną rodzinę. Bo tak się umówiliśmy, nie chciałam mu komplikować życia, zniknął, straciliśmy kontakt, nie wiem, co się z nim stało”. Prawda jest ważna. Silne emocjonalne przeżycia, które towarzyszą takim rozmowom, działają oczyszczająco i wyzwalająco.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, coachem i psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP.

  1. Psychologia

Narcyz - jak z nim żyć?

Narcyz, nawet jeśli stworzy z kimś związek, tak naprawdę pozostaje w związku z sobą samym. (Fot. iStock)
Narcyz, nawet jeśli stworzy z kimś związek, tak naprawdę pozostaje w związku z sobą samym. (Fot. iStock)
Zbliża się jedynie na chwilę. Raczej nie jest tobą zainteresowany, nie okazuje uczuć. Masz wrażenie, że jesteście oddzieleni niewidzialną szybą. Tak naprawdę, nie wiesz kim jest, bo on sam nie ma o tym pojęcia.

Z narcyzmem jest zupełnie odwrotnie niż w znanym micie o Narcyzie. Ani starożytni Grecy, ani Rzymianie nie znali mitu w tej wersji. Przypuszczalnie powstała ona w czasach Romantyzmu. Postawa wielkościowa bohatera mitu, jego poczucie, że jest najpiękniejszy i najwspanialszy jest tylko jednym biegunem osobowości narcystycznej. Bo kim tak naprawdę jest narcyz? To człowiek zupełnie zamknięty w swoim świecie. Miotany wewnętrznymi przekonaniami - z jednej strony czuje się wszechmocny, a z drugiej strony - wydaje mu się, że jest zerem, nikim. Jest rozdarty między takim myśleniem na swój temat. I z tego powodu nie kontaktuje się ze światem.

Narcyzm wynika z podwójnego stosunku rodzica do dziecka. Nie dostał on ciepła, spełnienia emocjonalnego, prawdziwego zainteresowania, akceptacji. Jednocześnie jednak matka wysyłała sygnały, że dziecko jest dla niej najważniejsze. Właśnie ta podwójność jest najtrudniejsza, najbardziej rani, czyniąc spustoszenia w psychice. Narcyzm jest pewną postawą wewnętrzną, którą każdy z nas ma w jakimś stopniu. Z człowiekiem, który jest esencją narcyza, w ogóle nie ma porozumienia. Narcyz „50-procentowy”, „70-procentowy” może na przykład przybliżać się i oddalać od ludzi.

Narcyz ma problem w kontaktach z innymi, bo konfrontując się z nimi, mógłby zweryfikować kim naprawdę jest. Musiałby jednak do nich wyjść, ale nie może tego zrobić, bo boi się że ponownie zostanie odrzucony. Tak jak w dzieciństwie przez matkę. Nie należy jednak postrzegać narcyza jedynie jako odizolowanego samotnika. Osoby narcystyczne potrafią prowadzić aktywne życie. Często są perfekcyjni, ambitni, odnoszą sukcesy. Cały czas jednak nie mają realnego kontaktu z ludźmi. Oni im służą jedynie do pozycjonowania się - czy jestem mądrzejszy, czy głupszy, ładniejszy czy brzydszy. Jest zainteresowany tymi, którzy go podziwiają, bo wzmacniają jego poczucie wszechmocy. W końcu jednak traktuje ich w sposób lekceważący, pogardliwy. I krytyczny, bo w ten sposób ucieka od własnego wewnętrznego krytyka. Jeśli ktoś sam miota się między zerem a nieskończonością, nie może mieć realnego odbioru innych. Narcyz ma niesamowicie niestabilny obraz siebie, brak mu poczucia własnej wartości.

On źle znosi wszelkie przegrane, porażki. Ma silną chęć odwetu, bywa mściwi, zazdrosny agresywny. Narcyz nie ma środka, nie czuje siebie. Dramat polega na tym, że nie umie dowiedzieć się, że nie jest ani geniuszem, ani zerem, tylko po prostu w czymś jest dobry, a w czymś innym przeciętny. Często z tego powodu przeżywa napięcie nie do zniesienia. Może się pojawić złość, zawiść, niechęć do kogoś, kto zagraża, bo pokazuje, że wcale nie jest taki wspaniały.

Bywa, że narcyz zachowuje się lekkomyślnie, brawurowo, szuka wrażeń, emocji. Bo chce poczuć się wyjątkowy. Albo ma kamienną twarz, jest jakby zamrożony, ponieważ zaabsorbowanie przede wszystkim wewnętrznym dialogiem z samym sobą, robi wrażenie, że jest nieobecny. Narcyz doświadcza wewnętrznej pustki i skrajnej nudy, bo nie kontaktuje się ze swoimi prawdziwymi potrzebami. Tak naprawdę nie wie, co go interesuje w życiu, jaką może mieć pasję albo cokolwiek innego do zrobienia. Postawa narcystyczna może polegać na wycofaniu się z jakiejkolwiek działalności po to, żeby nie ponieść porażki. Narcyz nie może przecież pójść do kogoś i zapytać, czy to co robi, na przykład pisze, maluje czy śpiewa, jest dobre czy złe, bo naraziłby się ocenę i potencjalne odrzucenie.

Narcyz, jak każdy, pragnie odczuwać, doświadczać bliskości. To dziecięca tęsknota, żeby wszystkie jego potrzeby zostały wreszcie zaspokojone. Na takie spełnienie w dorosłym świecie nie ma szans, na inne też nie, dopóki nie wyjdzie do świata, którego panicznie się boi.

Narcyz, nawet jeśli stworzy z kimś związek, tak naprawdę pozostaje w związku z sobą samym. Szuka ładnej żony, jeśli potrzebuje jej do potwierdzenia, że jest przystojnym mężczyzną. Jeśli pięcioro dzieci da mu poczucie, że jest świetnym ojcem i głową rodziny, będzie nimi zainteresowany. On szuka tylko atrybutów, potrzebnych mu do podbudowania poczucia, że jest jakiś. Często partnerką narcyza musi być ktoś wyjątkowy, na przykład żona pochodząca z określonej sfery, dalekiego kraju, czy bardzo bogata. Możliwy jest też wariant, że weźmie sobie za żonę przysłowiową Kryśkę Kowalską, która będzie w niego wpatrzona i tym będzie się karmił. Szybko jednak nasyci się podziwem, nie rozwinie się w tej relacji. On może jej coś dać, lub nie, porozmawiać, uprawiać seks, ale w jego wewnętrznym świecie w ogóle nie ma to znaczenia. Kobieta, która żyje z narcyzem prędzej czy później będzie miała poczucie, że ma w domu przedmiot, z którym nie ma kontaktu.

Jeśli jest z narcyzem, nie widzi w nim realnej osoby. Tak jak on jest w pułapce, projektuje na niego swoje marzenia relacyjne. Może na przykład widzieć w nim silnego mężczyznę, przy którym czuje się zaopiekowana. Ale on wcale nie jest troskliwy. Żeby wyjść z tej pułapki, warto stracić iluzję, która ją do niego przywiodła i odzyskać realność sytuacji, w której się znajduje. Być może potrzebuje stanąć za sobą i powiedzieć - jeśli się mną nie zaopiekujesz, poszukam sobie kogoś innego, kto to zrobi. W ten sposób może sprowokować go, by wyszedł ze swojego żelaznego pieca do świata. Żeby złapał rzeczywisty, realny obraz siebie i zweryfikował kim w istocie jest. Żeby jednak zbliżył się do drugiej osoby, nie traktując jej jak instrumentu, musi wyzbyć się swojego lęku przed odrzuceniem. Skoro są ze sobą w relacji, to znak że mają coś do przepracowania. Tym, co mają do zrobienia, jest zobaczenie realnego siebie i realną osobę, z którą jestem w związku. Wtedy dopiero mogę świadomie zadecydować czy chcę z tą osobą być czy też nie. Inaczej jesteśmy rządzeni przez różne mechanizmy, których wcześniej czy później stajemy się ofiarami. Żaden związek, nie tylko osób narcystycznych, nie będzie satysfakcjonujący, pełny, jeżeli nie zostanie oparty na zasadzie realności i świadomego wyboru.

Konsultacja: Tomasz Teodorczyk i Agnieszka Wróblewska, psychoterapeuci, Akademia Psychologii Zorientowanej na Proces w Warszawie. 

  1. Psychologia

Zadbaj o swoje życie wewnętrzne - inspiracje na listopad

Listopadowe wieczory warto przeznaczyć na praktykowanie duńskiej filozofii hygge, która oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także cieszenia się drobnymi przyjemnościami. (Fot. iStock)
Listopadowe wieczory warto przeznaczyć na praktykowanie duńskiej filozofii hygge, która oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także cieszenia się drobnymi przyjemnościami. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Listopadowe dni spędzamy raczej stacjonarnie (i w pobliżu źródła ciepła). Warto wykorzystać ten czas na zrobienie porządków oraz gruntownych remontów we wnętrzu dosłownym i metaforycznym.

Ćwiczenie 1. Rozmyślania w fotelu

Jesienna aura może wprawiać nas czasami w melancholijny, a nawet depresyjny nastrój. Szarość na zewnątrz konfrontuje z niewyrażonymi emocjami i „uwierającymi” stanami: smutkiem, żalem, rozczarowaniem i poczuciem, że utraciliśmy coś bezpowrotnie. Może również aktywować w nas lęk przez zmianami i starzeniem się. To, co możesz zrobić, kiedy dopadnie cię jesienna melancholia, to uświadomić sobie i nazwać to, co dokładnie teraz czujesz. Następnie zadaj sobie kolejno pytania: Co jest prawdziwą przyczyną mojego smutku (żalu, rozczarowania, lęku etc.)? Czego obecnie potrzebuję? Jak mogę o siebie teraz zadbać? Jeśli w tej chwili w życiu doświadczasz niespodziewanej zmiany, spróbuj spojrzeć na tę sytuację z szerszej perspektywy. Jak powiedział Dalajlama: „Kiedy coś tracisz, pamiętaj, aby nie stracić tej lekcji”. Zadaj sobie pytanie: Jaka ważna lekcja pojawiła się dzięki tej zmianie? Jak mogę to wykorzystać pozytywnie? A teraz pomyśl o tym, że kiedy tracisz jedno, robi się przestrzeń na coś nowego. Weź kilka głębokich oddechów i spróbuj poczuć ciekawość związaną z tym, co nowego może się teraz wydarzyć w twoim życiu.

Ćwiczenie 2. Uwolnij się od nadmiaru

Rozejrzyj się dookoła. Czy naprawdę potrzebujesz wszystkiego, co cię otacza? Takie pytanie proponuje zadać sobie propagatorka minimalizmu, japońska pisarka Hideko Yamashita. Jej autorska metoda Dan-Sha-Ri (opisana w ksiażce pod takim tytułem) to sztuka ustanawiania porządku w otoczeniu poprzez eliminację wszystkiego, co nie jest niezbędne. Może być szczególnie inspirująca, jeśli należysz do plemienia zbieraczy, którzy latami chomikują przedmioty i mają problem z rozstaniem się z nimi. Trzy filary Dan-Sha-Ri oznaczają kolejno: odmowę (mówienie „nie” kolejnym nowym, a bezużytecznym rzeczom, które chcą stać się częścią naszego życia); wyrzucanie (pozbywanie się przedmiotów, które przepełniają naszą przestrzeń) i odcięcie się (rezygnację z przywiązania do rzeczy).

Aby zrobić przestrzeń na coś nowego w życiu, niezbędna jest umiejętność pożegnania się z tym, co nie jest użyteczne. Robiąc gruntowne porządki w domu, wykreujesz stan wewnętrznej równowagi w sercu i umyśle. Warto spróbować i podelektować się stanem określanym jako Ri – uczuciem wolności i lekkości, poczuciem wewnętrznej harmonii. Uzyskasz go tylko dzięki regularnemu powtarzaniu Dan i Sha.

Ćwiczenie 3. Sięgnij po marzenia!

Mary Reynolds, projektantka ogrodów, bohaterka filmu „Dzika jak natura”, marzy o udziale w prestiżowym konkursie. Zapisuje na kartce: „Dziękuję za przyznanie mi głównej nagrody w konkursie”, a potem wykonuje pierwsze kroki na drodze do realizacji tego marzenia. Nie załamuje się, kiedy pojawiają się niespodziewane komplikacje. Jest zmotywowana, ponieważ realizuje swoje pragnienie z dzieciństwa. Zainspiruj się jej historią. Pomyśl, o czym marzyłeś w dzieciństwie? Jakie pomysły odłożyłeś „na później”? Wybierz jedno marzenie i zastosuj metodę małych kroków. Codziennie pielęgnuj w sobie to marzenie, myśl o nim pozytywnie rano i tuż przed zaśnięciem. Wejdź w uczucia i emocje, jakie się wtedy w tobie budzą. Trwaj w tym procesie „karmienia” marzenia, aż poczujesz gotowość do kolejnego kroku – działania. Jesień i zima to znakomity czas na sadzenie ziarenek marzeń, pielęgnowanie ich i troszczenie się o nie.

Ćwiczenie 4. Zadbaj o swój hygge time

Listopadowe wieczory są też idealne na praktykowanie bardzo modnej duńskiej filozofii hygge. Hygge oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także bezpieczeństwa i cieszenia się drobnymi przyjemnościami. To wszystko, co wprawia nas w dobry nastrój i stan relaksu. Istotą hygge jest uczucie więzi, jaką odczuwasz, przebywając z bliskimi, z naturą, ale również sam ze sobą. Oto przykłady sytuacji, które pomogą ci wejść w stan wewnętrznego ukojenia: Owinięty kocem siedzisz na fotelu z pyszną herbatą w ulubionym kubku lub filiżance. Słuchasz muzyki, czytasz ciekawą książkę, kontemplujesz chwilę obecną, jest ci ciepło, błogo, po prostu dobrze.
  • Spotykasz się w przytulnym miejscu z grupą przyjaciół. Panuje atmosfera luzu, radości, wzajemnego szacunku i troski.
  • Jesz kolację z ukochaną osobą. Za oknem szaro, a ty delektujesz się uczuciem więzi z kimś bliskim oraz pysznym jedzeniem.
  • Spacerujesz po lesie, jesteś w kontakcie z przyrodą, cieszysz się ciszą i tym, że możesz oddychać świeżym powietrzem i naładować wewnętrzne baterie.

Ćwiczenie 5. Moc muzyki

Jesienią zwykle mamy obniżony nastrój związany z niedoborem słońca. Jednym ze sposobów na poprawę samopoczucia jest terapeutyczna moc muzyki. Ścieżka dźwiękowa powinna być radosna i słoneczna. Zaprzyjaźnij się z flamenco, brazylijską sambą, muzyką z Afryki czy Karaibów. Jeśli rano brakuje ci energii, nagraj kilka ulubionych utworów na telefon i słuchaj ich po przebudzeniu oraz w trakcie drogi do pracy. A wieczorem, aby nastroić się do snu, nastaw spokojną bossa novę, muzykę instrumentalną albo relaksacyjną, która wywołuje w mózgu fale alfa, związane z odprężeniem i kreatywnością.

Ćwiczenie 6. Kreatywny zeszyt

Jak jeszcze bardziej uruchomić kreatywność? Na przykład prowadząc twórcze notatki. Wybierz zeszyt z okładką, która najbardziej ci się spodoba. Umów się ze sobą, że codziennie napiszesz cokolwiek, choćby jedno zdanie, które odzwierciedla to, jak się czujesz, czego potrzebujesz, co masz w planach czy co właśnie przyszło ci do głowy. Możesz również malować lub rysować, a nawet wklejać obrazki wycięte z pism. Zapisuj wszystkie, nawet z pozoru bezsensowne myśli i pomysły. Kreatywny zeszyt zachęca do ekspresji, wyrażania tego, co w danej chwili krąży w twoim umyśle i sercu. Już samo przeglądanie takich zapisków bywa inspirujące.

Ćwieczenie 7. Rozgrzewający napój

Deszcz i zimno to nie najlepsza aura dla układu immunologicznego. Aby wzmocnić odporność, polecam oczyszczający i rozgrzewający napój na bazie naturalnych składników. Weź 1/2 łyżeczki kurkumy, 1/2 łyżeczki imbiru, szczyptę czarnego pieprzu lub pieprzu cayenne oraz 1/2 łyżeczki cynamonu. Wsyp wszystkie składniki do kubka i zalej je wrzątkiem. Po minucie dodaj sok z 1/2 cytryny. Wymieszaj wszystko. Możesz dodać odrobinę ksylitolu, syropu z agawy lub miodu. Pij taki napój co rano na czczo oraz między posiłkami. Dobry humor i zdrowie gwarantowane!