Odpowiedzialność za siebie i swoje czyny – jak ją budować?

Odpowiedzialność za siebie to nie tylko podejmowanie decyzji i ponoszenie ich konsekwencji. To również odwaga, aby wprowadzić zmiany w życiu i pokonać niemoc. Uczymy się tego od dziecka. W dorosłym życiu pomóc nam może 7 nawyków skutecznego działania. (fot. iStock)

Problem ludzi, którzy uważają, że nie mają na nic wpływu, polega na tym, że koncentrują się na niemocy zamiast na mocy – mówi Magdalena Niemczuk-Kobosko, założycielka firmy szkolącej nauczycieli, jak uczyć dzieci odpowiedzialności. Spróbujmy więc odpowiedzieć na pytanie: Co to znaczy być odpowiedzialnym?

Dlaczego tak ochoczo powtarzamy, że się nie da?
Może dlatego, że jesteśmy z natury leniwi i nie chce nam się podejmować wyzwań? Bo powiedzenie: „Ja sam jeden nic nie zmienię”, to wygodna tarcza. A z drugiej strony – nie ma w naszej kulturze tradycji brania odpowiedzialności za swoje życie. Wzorem są raczej ułańskie szarże, zrywy, a nie praca u podstaw.

W innych tradycjach jest lepiej?
Na przykład w kulturze amerykańskiej istnieje etos silnej jednostki, jej walki pod prąd, wbrew wszystkiemu. Archetypowo zakorzenione w tej kulturze westerny, którymi nasiąka się od najmłodszych lat, pokazują, jak wiele może zdziałać jednostka. U nas takich wzorców jest dużo mniej. Pamiętam, jak wstrząsnęła mną książka „Zabić drozda”. Opowiada o adwokacie Atticusie Finchu, który w latach 30. XX wieku na głębokim Południu broni czarnego chłopaka niesłusznie oskarżonego o gwałt na białej kobiecie. Uważam, że bohaterowie zmieniający rzeczywistość, którym się wierzy, mogą kształtować postawy młodych ludzi.

Kształtują je przede wszystkim rodzice.
Dla mnie wszystko zaczyna się od wychowania, od tego, czy daje się dzieciom poczucie mocy i odpowiedzialności. Pracując w edukacji, wielokrotnie byłam świadkiem, jak rodzice deklarowali, że chcą, aby dziecko było odpowiedzialne, a robili za nie prace domowe. I nie widzieli w tym żadnej sprzeczności!

Co zrobić, aby dzieci w przyszłości brały odpowiedzialność za swoje czyny? O czym rodzice powinni pamiętać?
O tym, żeby uczyć dzieci ponoszenia konsekwencji swoich czynów. Wszystko tak naprawdę zaczyna się od nauki odpowiedzialności, która czasem, owszem, bywa trudna, ale powoduje też, że mamy poczucie mocy, że trzymamy stery życia w swoich rękach. Bo jeśli nie będziemy mieli pomysłu na własne życie, to ktoś będzie miał go za nas. Trzeba zachęcać dzieci do podejmowania wyzwań, czyli tak naprawdę uczyć je odwagi.

Dlaczego to takie ważne?
Bo wszyscy boimy się nowych zadań, podejmowania decyzji, ryzyka. Perspektywa zmiany – także choroby, rozstania, utraty pracy – wytrąca nas z poczucia komfortu. Gdzieś sobie wygodnie siedzimy i myślimy, że tak będzie zawsze. A co ciekawe, dopiero wyjście poza strefę komfortu sprawia, że zaczynamy coś osiągać. Dopiero wtedy, gdy boli, rozwijamy się jako ludzie.

Propaguje pani metodę siedmiu nawyków skutecznego działania Coveya. Na czym ona polega?
Jestem fanką konceptu 7 nawyków skutecznego działania, który zresztą wcale nie jest pomysłem Coveya, tylko dużo wcześniejszym, czyli kręgu wpływu i kręgu troski. To znaczy, że nasze życie funkcjonuje w dwóch kręgach. Można je narysować w formie dwóch kół. Zewnętrzne koło, większe, to jest to wszystko, czym się martwimy, co nas frustruje, a z czym nic nie możemy zrobić, na przykład terroryzm, agresja, smog. Jak więc na to reagujemy? Narzekamy. A im bardziej narzekamy, tym bardziej karmimy się niemocą. I na tym polega problem wielu ludzi, którzy uważają, że nie mają wpływu – że koncentrują się na kręgu niemocy, że są cały czas w tym świecie.

Czym jest krąg wpływu?
Znajduje się w środku koła troski, jest mniejszy i pokazuje obszar, w którym mamy wpływ. Taki przykład: martwię się, że smog nas zatruwa. Co mogę zrobić? Nie palić w kominku. Ktoś powie: „Naiwność, dlatego że smogu w ten sposób się nie zlikwiduje”. Od razu na pewno nie. Ale może to zainspiruje sąsiada, potem moją ulicę i całe miasteczko? Wtedy mój mały krąg wpływu będzie się poszerzał, a nawet można zbudować w nim ruch społeczny. Z doświadczenia wiem, że jeśli się już pewne rzeczy zobaczy, to się nie da odzobaczyć.

Ktoś usprawiedliwia swoją bierność: „Bo sam świata nie zbawię”. Co pani by mu powiedziała?
Opowiedziałabym mu bajkę o chłopcu, który zbierał meduzy i wrzucał do morza. Zaczepił go starszy mężczyzna: „To, co robisz, jest pozbawione sensu, wszystkich meduz nie uratujesz”. Chłopiec odpowiedział: „Ale dla tej, którą trzymam w ręku, jest sens, bo właśnie ją uratowałem”. Moim zdaniem zmieniamy świat, ratując choć jedną meduzę.

Istnieją jakieś narzędzia, które pomagają się tego nauczyć?
Podstawowym narzędziem jest uświadomienie sobie, że rośnie to, na czym się koncentrujemy. Jak będziemy w sobie hodować krąg troski, to on będzie rósł.

To nie jest myślenie magiczne?
Nie. Jak się o czymś myśli, to przychodzą rozwiązania. Mówi o tym stara indiańska bajka. Otóż dziadek opowiada wnuczkowi, że w każdym z nas toczą walkę dwa wilki: dobry i zły. Wnuczek pyta: „Ale powiedz, dziadku, który wilk wygra”. Na co on odpowiada: „Ten, którego karmisz”. Według Coveya jest podobnie – pomiędzy tym, co nas spotyka, a naszą reakcją jest przestrzeń wyboru. I w tej przestrzeni mieści się nasza wolność, w której decydujemy, którego wilka karmimy, jak chcemy zareagować. Ja odmawiam karmienia złego wilka, chowania urazy.

Piękne w teorii, trudne w praktyce.
To prawda. Ale to taka mentalna siłownia, rodzaj ćwiczenia, które wykonujemy, żeby nauczyć się reagować tak, jak chcemy. Dobrze poeksperymentować na sobie – co mogę zrobić, żeby mieć wpływ na rzeczywistość. Na przykład zaobserwować, jak reaguje na mnie kelner, gdy zamawiam kawę, nie podnosząc wzroku znad komórki, a jak wtedy, gdy patrzę mu w oczy i się do niego uśmiecham.

Od czego dorosły może zacząć budowanie poczucia wpływu?
Od zmiany postrzegania rzeczywistości, problemów, siebie samego. Taka zmiana nie jest łatwa, bo działamy nawykowo. Ale dobrze wiedzieć, że nasze postępowanie warunkuje schemat: jeśli postrzegam siebie jako osobę, która nie ma na nic wpływu, to nie robię nic, co by tę rzeczywistość zmieniło, no bo przecież nie mam na to wpływu. Co więc otrzymuję? Brak wpływu.

I odwrotnie.
Oczywiście. Postrzegam siebie jako osobę, od której coś zależy, więc robię coś małego, a to przynosi konkretny efekt. Z kolei ten efekt wywołuje następny. I tak powstaje wielka zmiana. Jak w anegdocie opisanej jako efekt motyla – trzepot skrzydeł motyla w jednej części świata może po kilku dniach spowodować burzę piaskową w innej. Nawet motyl ma wpływ na świat. Dlaczego nie mogę mieć go ja?

Magdalena Niemczuk-Kobosko: nauczycielka z ponad 20-letnim stażem, tutorka, tłumaczka, założycielka firmy szkoleniowej FC EDU. Mama dwóch dorosłych córek.