Anna Dankowska - Dylemat jeżozwierza: włoska psychoterapeutka wyjaśnia, dlaczego bliskość tak często boli
00:00
Opowieści, mity, baśnie… Można na nie spojrzeć jak na metafory dotyczące życia, które niosą podpowiedzi, wyjaśnienia, inne sposoby patrzenia na daną sytuację. Stanowią punkt odniesienia w rozumieniu i opisywaniu świata. O ich roli w terapii ericksonowskiej rozmawiają psychoterapeutki tej metody – Consuelo Casula i Anna Dankowska.
- „Nie możesz kontrolować fal, ale możesz nauczyć się surfować” – mówi włoska psychoterapeutka Consuelo Casula, pokazując, jak metafory pomagają odzyskać sprawczość i inaczej patrzeć na życiowe trudności.
- Ekspertka wyjaśnia też, dlaczego dylemat jeżozwierza Schopenhauera pozostaje jedną z najcelniejszych opowieści o bliskości, granicach i relacjach między ludźmi.
- Casula przekonuje, że najważniejsze lekcje o zmianie, cierpliwości i różnorodności daje nam natura – dlatego właśnie z niej czerpie najskuteczniejsze terapeutyczne metafory.
- „Najlepsza droga to wzajemność. Ja daję ci wolność. Czemu ty nie możesz dać mi mojej?” – ekspertka wspomina również o sztuce mówienia „nie”, budowaniu zdrowych relacji i odnajdywaniu właściwego dystansu.
Wywiad pochodzi z magazynu „Sens” 07/2025
Anna Dankowska: W psychoterapii ericksonowskiej uznaje się, że metafory i opowieści są skutecznym narzędziem w komunikacji, ponieważ inicjują zmiany na nieświadomym poziomie. Metafory mogą pobudzić nasze zasoby i pozwolić na głębsze zrozumienie siebie i relacji z otoczeniem. Ostatnim razem, gdy się widziałyśmy, wspomniałaś historię o jeżozwierzu. Opowiesz?
Consuelo Casula: Oczywiście.
Dylemat jeżozwierza Schopenhauera to opowieść o grupie jeżozwierzy, którym jest zimno, więc zbliżają się do siebie, ale wtedy ranią się nawzajem. W rezultacie oddalają się i znowu marzną, aż w końcu znajdują odpowiednią odległość, by dawać sobie ciepło bez zadawania bólu.
Lubię tę metaforę, nie tylko ze względu na jej jasne odniesienie do relacji międzyludzkich: w związkach, ale też w przyjaźniach, rodzinie, grupach i społeczeństwie. To również tytuł mojej pierwszej książki, opublikowanej w 1997 roku. Była bardzo osobista, ponieważ zaczęłam ją pisać po śmierci mojej mamy – tak próbowałam radzić sobie z bólem po jej stracie.
To wielowymiarowa opowieść. Co jest tu najważniejsze?
Uderza mnie to, że ludzie często źle się traktują. Wokół nas jest przemoc i mowa nienawiści, ludzie przekraczają granice innych, choć ci nie życzą sobie, by ktokolwiek naruszał ich własną przestrzeń. Mamy zbyt cienką skórę, by mogła nas ochronić, i potrzebujemy czegoś więcej: przestrzeni, w której bliskość i dystans współistnieją. Tak by nie było ani za blisko, ani za daleko.
Rebecca Solnit, amerykańska pisarka, powiedziała kiedyś, że wszyscy potrzebujemy lepszych historii i metafor, aby pozostać otwartymi. Co o tym sądzisz?
Całkowicie się zgadzam. Dla mnie otwartość wiąże się z byciem ciekawym i ufającym, by móc iść ku nowym ludziom, których jeszcze nie znamy, ku nowym kulturom.
Tylko jeśli jesteś otwarty na słuchanie innych opinii, możesz się czegoś nowego nauczyć. Tylko wtedy możesz patrzeć innymi oczami, bez uprzedzeń, bez przekonania, że już wiesz, iż nie lubisz tej osoby, bo ma dziwne cechy, więc nie pasuje do twojego kręgu.
Sama kocham różnice, bo natura daje nam wiele różnorodności, zmian i tajemnic. Bycie ciekawym oznacza bycie otwartym i elastycznym. Pomagają nam takimi być między innymi opowieści, bo wskazują inną perspektywę niż ta, w której tkwimy z aktualnym problemem zaciemniającym szerszy obraz. Z tego miejsca trudno podjąć zmianę, która jest potrzebna, by ten problem rozwiązać.
Natura daje nam wiele lekcji o zmianie i nieprzewidywalności. Możemy spodziewać się zmian pór roku, ale nigdy nie wiemy dokładnie, kiedy przyjdzie wiosna ani jak długo utrzyma się dana pogoda, zanim ustąpi miejsca nowej aurze. Dlatego wiele metafor pochodzi właśnie z natury.
Tak, natura to nauczyciel, którego warto słuchać. Uczy nas wielu rzeczy, spośród których trzy są szczególnie istotne. Po pierwsze, natura kocha zmiany, są one na przemian nieprzewidywalne, przewidywalne, zaskakujące, ale warto pamiętać, że jest też w niej powtarzalność. Po drugie, natura kocha różnorodność: każda śnieżynka, każdy kwiat, każde drzewo jest inne. Wszystko jest unikalne. Dzięki temu uczymy się, że jesteśmy wyjątkowi: nikt nie jest taki jak ty, jak ja. I to ważne, by szanować naszą wyjątkowość oraz wyjątkowość innych. I trzecia lekcja: natura lubi ukrywać. Korzenie, diamenty, perły – natura wiele rzeczy chowa, lubi zatrzymywać swoje sekrety dla siebie.
W swojej książce „Metafory w psychoterapii” w podtytule umieściłaś postać ogrodnika. Dlaczego?
Bo postać ogrodnika to wizja skierowana w przyszłość. On wie, że jego najważniejsze działaniem jest posiać nasionko w odpowiedniej glebie, a potem czekać. A to oznacza cierpliwość. Świadomość, że zrobiłeś to, co należało, a teraz zostawiasz czas naturze. Ogrodnik symbolizuje zdolność do troski o ziemię i rośliny oraz hojność, bo daje to, co ważne, również innym ludziom.
Lubię metaforę ogrodnika, który uprawia pomidory. Przez całe lato cieszy się ich smakiem, ale po lecie roślina umiera, więc jeśli chcesz mieć pomidory w przyszłym roku, musisz zasadzić nowe.
Jeśli posadzisz jabłoń, poczekasz może dwa, trzy lata. Ale gdy drzewo będzie już wystarczająco silne i dojrzałe, będziesz zbierać owoce każdego roku. Jeśli jednak zasadzisz palmę daktylową, to nie ty zjesz daktyle. Zje je twój syn, twoja córka, bo palma daktylowa potrzebuje więcej czasu.
Każdy z nas jest metaforycznym ogrodnikiem – mamy swoje rośliny, o które potrzebujemy dbać, co uczy nas obecności, cierpliwości, ale też trudnej umiejętności pielęgnowania.
Opowiem metaforę, którą bardzo lubię. Tym razem o ogrodniku, który ma również ogród zimowy, gdzie hoduje sadzonki w doniczkach i czeka, aż będą gotowe do wystawienia na zewnątrz, by mogły zmierzyć się z pogodą. Pewnego dnia nie zauważa, że jedna z roślin spadła na ziemię. Zaraz potem na jakiś czas wyjeżdża, a kiedy wraca, odwiedza go chłopiec, który marzy o tym, by też zostać ogrodnikiem. Mężczyzna oprowadza go po ogrodzie, nazywa rośliny, uczy, jak o nie dbać. W ogrodzie zimowym chłopiec, który jest niższy od dorosłego, od razu zauważa doniczkę leżącą na podłodze. Gdy ją podnosi, obaj widzą, że mimo braku opieki coś w niej wyrosło. Ogrodnik zaproponował, żeby chłopiec rozpoczął naukę od opieki nad tą właśnie roślinką. Gdy chłopiec przesadza ją do większej donicy, zauważa, że zdana na siebie, zapomniana roślina wykształciła silny system korzeniowy, który pomoże jej stać się zdrową i silną w nowych, lepszych warunkach.
To piękna metafora, która prowadzi nas do terapeutycznego wymiaru opowieści oraz do istotnej w terapii kwestii sprawczości. Z historii możesz czerpać to, czego aktualnie potrzebujesz.
Nie tylko my, terapeuci, sięgamy po metafory, również pacjenci. Gdy jednak pacjent używa metafor lub analogii, które mi nie odpowiadają, pracuję z nimi podczas sesji. Podam przykład. Pacjentka powiedziała mi, że kiedy kłóci się z mężem, czuje się jak meduza. Meduza jest bierna, dryfuje w wodzie, niesiona przez fale. Może też zranić i zatruwać. Nie podobała mi się ta metafora w kontekście dynamiki związku i kłótni z mężem. Zapytałam pacjentkę, czy możemy znaleźć inną, silniejszą metaforę, taką, w której ona ma wpływ na sytuację. Przecież zna swojego męża i może reagować lub działać inaczej.
Ponieważ lubi morze, uświadomiła sobie, że wspaniałą metaforą jest surfing. Bo żeby być surferem, trzeba się tego nauczyć. Uczysz się elastyczności, uczysz się upadać i wstawać, przygotowujesz się na wielką falę.
To całkiem inna metafora niż bycie meduzą. Możesz przewidywać trudności i przez nie surfować.
I ta metafora pochodzi bezpośrednio od pacjentki.
Tak, ponieważ moja propozycja brzmiała: pozostańmy w obszarze wody, morza. Od tamtej pory często używam metafory surfowania. Tak jak Jon Kabat-Zinn, który mówi: „Nie możesz kontrolować fal, ale możesz nauczyć się surfować”.
To nie wynika tylko z naszego umysłu. To także kwestia okoliczności życiowych.
Okoliczności po prostu się zdarzają – coś przydarza się mnie, tobie, każdemu z nas. Nawet jeśli na to nie zasłużyłam, nawet jeśli się tego nie spodziewałam. Każdy tak ma. Dzieją się każdemu. A gdy już pewne rzeczy się wydarzą, najważniejsze pytanie brzmi: Dobrze, co teraz zrobię? Z tym, co mam tu i teraz. To także ważne w ogrodnictwie. Bo jeśli przez dwa tygodnie pada deszcz, co robisz? Nic. Czekasz, aż przestanie. Tak samo surfer czeka na odpowiednią pogodę. I na odpowiednią falę.
Nie możesz zmienić osoby, z którą jesteś, ale możesz zmienić dynamikę, relację, taniec. Zmień najpierw siebie i stań się surferem. To jednak wymaga wysiłku.
Myślę, że związek to ciągła negocjacja. Polubiłam ostatnio pojęcie pozytywnego „nie”. To „nie”, którym odpowiadasz na prośbę lub propozycję drugiej osoby po to, by powiedzieć „tak” sobie.
Mówisz to pozytywne „nie” w taki sposób, że najpierw uznajesz prawo drugiej osoby do zapytania: „Czy chciałabyś pójść…?”, potem mówisz „nie”, a następnie: „Następnym razem możemy tam pójść”.
To „nie” znajduje się pomiędzy dwoma „tak”: „tak” dla osoby, „nie” dla treści, i przede wszystkim „tak” dla siebie. Wyznaczasz granice, szanujesz siebie, wiesz, co jest dla ciebie dobre, i potrafisz w komunikacji powiedzieć: „Przepraszam, wolałabym nie”, zamiast odkładać decyzję albo mówić „tak”, a potem się wycofywać. Można to porównać do tańca lub negocjacji. Uczysz się także wiele o partnerze i jeśli coś ci się nie podoba, możesz zapytać siebie: „Co mogę zrobić, by kontynuować tę relację?”.
Tak, bo różnice nie oznaczają końca relacji.
Przeciwnie, one nas wzbogacają. I myślę, że brakuje nam takich lekcji. Jest takie arabskie powiedzenie: „Za pierwszym razem, kiedy mnie obrazisz, to twoja wina. Za drugim razem to już moja”. Uczę go wielu pacjentów.
Pracowałam z 75-letnią kobietą – silną, samodzielną, od lat przyzwyczajoną do życia w pojedynkę. Ma wielu przyjaciół, dobrze czuje się sama ze sobą. Pewnego dnia, zupełnie przypadkiem, spotkała mężczyznę, którego znała wiele lat temu. Los zbliżył ich ponownie. Zaczęli się spotykać, a on szybko się zakochał. Tak bardzo, że niemal natychmiast zadeklarował chęć ślubu. Ona jednak nie czuje się gotowa. Ceni jego obecność i obawia się, że mówiąc „nie”, mogłaby go zranić.
W rozmowie z nią przywołałam więc metaforę z „Małego Księcia”, gdy Lis mówi: „Musisz mnie oswoić. Jestem przyzwyczajony do samotności, daj mi czas. W przeciwnym razie będę zły”.
To trafne odniesienie do jej sytuacji. Weźmy prosty przykład z ich życia: sobotni wieczór. On proponuje kolację na mieście, ona odpowiada: „Ale przecież w sobotę niczego nie znajdziemy bez rezerwacji”. I rzeczywiście, w Mediolanie trudno o miejsce bez wcześniejszej rezerwacji. Ostatecznie lądują w pizzerii. Po kolacji ona mówi, że wraca do domu rowerem. Na to on: „Nie pozwolę ci wracać samej. Odprowadzę cię. Wezmę twój rower, pójdziemy razem”.
I właśnie w tym momencie wspólnie z pacjentką dostrzegłyśmy coś ważnego: jego styl to nadopiekuńczość, a ona od lat żyje w trybie samowystarczalności. Dla niej powrót rowerem był ważny, ponieważ potrzebowała tej samotnej jazdy po nieudanym wieczorze. A jednak się zgodziła, bo nie potrafiła powiedzieć prostego, łagodnego „nie”. Takiego, które wyraża siebie, ale nie rani drugiej osoby. Na przykład: „Dziękuję, ale naprawdę wolę wrócić sama. To dla mnie ważne”. Aby relacja była satysfakcjonująca i szczera, musi się nauczyć tej prostej i serdecznej formy wyrażania siebie, bez ranienia drugiej osoby.
Mówiąc to fałszywe „tak”, jestem niespójna. Bo gdy mówię „tak”, a chciałabym powiedzieć „nie”, to nie jestem sobą. Bo teraz potrzebuję przestrzeni.
Tracę szansę na zaspokojenie własnej potrzeby. Każda prośba to okazja, aby lepiej poznać siebie, drugą osobę lub relację, w której jestem.
Zwłaszcza na początku relacji toczy się subtelny taniec negocjacji – potrzeba bliskości przeplata się z potrzebą przestrzeni. To przypomina metaforę jeżozwierzy Schopenhauera: „Chcę być blisko ciebie… Ale teraz, proszę, potrzebuję oddechu”.
Jest jeszcze jedna prosta metafora, której używam: waga szalkowa. Na jednej szalce kładziesz swoją sprawczość w relacji, a na drugiej więź. Czy ona cię ogranicza? Czy przeszkadza w rozwoju, w pragnieniu, by stać się sobą? Bo jeśli więź jest zbyt ciasna, może cię zatrzymać. Przywołam przykład innej pacjentki, psychoterapeutki.
Ma 47 lat, chciała robić drugi dyplom, z antropologii. Jej mąż zapytał: „Po co ci to? Masz zawód, gabinet, jesteś zadowolona z pacjentów”. A syn powiedział: „Nie wstyd ci? W tym wieku iść na uniwersytet?”. Na szczęście uszanowała swoje potrzeby.
I kiedy pierwszy raz poszła na uczelnię, przekonała się, że wcale nie jest najstarsza. Zrobiła zdjęcie i wysłała je synowi. Napisała: „Nie wstydzę się iść na uniwersytet w wieku 47 lat”. Gdy masz marzenie, które możesz spełnić i które nie rani innych, masz do tego prawo. Nie podążajmy już za etyką poświęcenia.
Są inne drogi. I myślę, że właśnie ich szukamy.
A najlepsza droga to wzajemność. Ja daję ci wolność. Czemu ty nie możesz dać mi mojej?
I to właśnie tam się spotykamy. W przestrzeni wolności, szacunku i wzajemności.
Wzajemność jest tak ważna. W związku, w pracy, w biurze, w każdej współpracy. Dla zdrowego środowiska, zdrowia psychicznego, dla wymiany darów. Ty mi coś dajesz, a ja daję ci coś innego wedle swoich możliwości. Chodzi o naturalny, niezakłócony przepływ. Jest o nim wiele opowieści.
Consuelo Casula, włoska psychoterapeutka, filozofka i trenerka, specjalistka psychologii i hipnozy klinicznej, integruje hipnozę ericksonowską, podejście systemowe, strategiczne, psychologię pozytywną i mindfulness. Autorka wielu książek, w tym mającej się wkrótce ukazać w Polsce książki „Metafory w psychoterapii”