Agnieszka Radomska - Przeklinasz przy kimś? To może znaczyć więcej, niż myślisz. Językoznawczyni zwraca uwagę na zaskakującą funkcję wulgaryzmów
00:00
15:55
Mają tę wielką moc, że błyskawicznie skracają dystans. Tylko czy na pewno zawsze trzeba go skracać? Nad tym, do czego potrzebne nam wulgaryzmy i w jakie pułapki relacyjne wpadamy, sięgając po nie pochopnie – zastanawiamy się z językoznawczynią dr Małgorzatą Majewską.
- Dlaczego jedne przekleństwa nas rażą, a inne potrafią rozbawić lub nawet zachwycić? Językoznawczyni Małgorzata Majewska wyjaśnia, jak wiele zależy od kontekstu, osoby mówiącej i sytuacji.
- Wulgaryzmy nie tylko wyrażają emocje – mogą też skracać dystans i budować poczucie bliskości. Czasem jedno przekleństwo działa jak sygnał: „jesteś swój, ufam ci”.
- Jak zaznacza językoznawczyni, skracanie dystansu nie zawsze jednak wychodzi nam na dobre. Szczególnie w pracy czy relacjach opartych na hierarchii może zacierać granice i prowadzić do nieporozumień.
- Ekspertka pokazuje też, jak przekleństwa mogą stać się narzędziem protestu, wspólnoty i komunikowania, że nasze granice zostały przekroczone.
Wywiad pochodzi z magazynu „Sens” 05/2026.
Agnieszka Radomska: Są takie okoliczności, w których słowa uznane powszechnie za wulgarne lub obelżywe nie tylko mnie nie rażą, a wręcz zachwycają. Kiedyś mnie rozbawiło, gdy z ust pewnego profesora usłyszałam: „Miał to być, szanowna pani, dyskurs koncyliacyjny, przekładający się na inkluzywne praktyki społeczne. Ale ch*j, nie udało się”. Wulgaryzm wrzucony znienacka gdzieś między „imponderabilia” nie ma nic wspólnego z przekleństwem stosowanym jako przecinek w rozmowie kibiców piłkarskich. To, jak odbierzemy wulgaryzm, zależy od kontekstu, od osoby, która go wypowiada?
Małgorzata Majewska: Po trosze chodzi tu o kontrast. W ustach rapera wulgaryzmy najpewniej nie zrobiłyby na tobie najmniejszego wrażenia, bo to właściwie trzy czwarte jego kawałków, ale gdyby soczysta „ku*wa” padła z ust Krzysztofa Pendereckiego, sytuacja byłaby diametralnie inna.
Druga rzecz w tym przykładzie to dynamika narracji. Zgaduję, że byłaś tym wulgaryzmem zaskoczona, bo nie ma nic ciekawszego w tekście niż niespodziewana puenta. Pierwsza część wypowiedzi wywindowała stylistycznie język na poziom wysokiego C, więc ten „ch*j” był czymś, co natychmiast się wybiło, przyciągnęło twoją uwagę – być może nawet po to padł. Wszystko to w sytuacji bluzgów lecących ciurkiem się nie wydarza, bo one wtapiają się stylistycznie w resztę mało wyrafinowanych językowo wypowiedzi. Tymczasem im wyższy styl, tym większe wrażenie robi wulgarna puenta.
Chodzi jednak również o skracanie dystansu. Przekleństwa są rodzajem przepustki. Używając ich, wysyłasz informację, że dopuszczasz kogoś blisko.
Jeżeli przekleństwa w twojej obecności używa ktoś, kogo cenisz intelektualnie, to traktujesz ten zabieg w pewnym sensie jako komplement. Kontrast między jego pozycją, która budzi dystans społeczny i respekt, a tym wulgaryzmem daje ci poczucie, że jesteś bliżej takiej osoby niż na przykład na wykładzie, podczas którego na podobny zabieg najpewniej by się nie zdecydowała.
Chodzi o moment wyjścia poza konwenans?
Tak, ale też o przejście ze sfery sacrum do profanum. W auli uniwersyteckiej ani w kościele raczej nie będziesz przeklinać, bo w takich okolicznościach użycie wulgaryzmu byłoby manifestacją braku szacunku do sytuacji – przeklinając, pokazałabyś, że ważniejsza niż okoliczności jesteś ty, więc pewne tabu cię nie obowiązuje.
Nieraz obserwowałam po ceremoniach ślubnych czy komunijnych w kościele scenki, w których po uroczystości zgromadzeni goście opuszczają świątynię i tuż za jej progiem mówią pod nosem: „wreszcie, ku*wa, można zapalić”. Taki dość przaśny obrazek pokazuje symboliczny moment przejścia.
Taka jest zresztą etymologia przekleństw – one bardzo często dotyczą czegoś, co jest lub było stabuizowane. Jeśli coś jest skonwencjonalizowane, to użycie przekleństwa daje poczucie semantycznego naruszenia – i o to chodzi.
Przekleństwa nigdy nie są przypadkowymi wyrazami.
Słowa uznane powszechnie za obraźliwe najczęściej dotyczą bardzo konkretnych sfer, choćby: fizjologii, narządów intymnych, seksualności, chorób (jak „cholera”) czy religijności. Wprawdzie tendencja do używania w tym charakterze określeń wywodzących się z religii dziś już mocno osłabła, bo sama religia nie jest tak społecznie ważna jak kiedyś, ale jeszcze w pokoleniu naszych rodziców funkcjonowały określenia typu: „rany boskie” czy „Chryste Panie”, właśnie w znaczeniu przekleństw.
To doskonałe przykłady semantycznych przekroczeń – przecież „rany boskie” odnosi się do ran Boga, przedmiotu kultu. Nie ma w tym określeniu niczego wulgarnego, a jego moc jako przekleństwa polega właśnie na naruszeniu sacrum.
Ciekawe jest to, że popularnych przekleństw używamy najczęściej w kompletnym oderwaniu od semantyki. Profesorowi z twojego przykładu nie chodziło zapewne o narząd płciowy męski, tylko o słowo w wyraźnym kontraście do reszty wypowiedzi, być może był to nawet celowy zabieg stylistyczny. Ale żeby mogło być w kontraście, to musi się odwoływać do właśnie jednej z tych istotnych kategorii, które wymieniam wyżej.
A co do konwenansu, to myślę, że dość często na pewne konwencje się obrażamy, bo nas krępują, a zapominamy, że powstały po to, by nas chronić i dawać poczucie bezpieczeństwa. To jest ważne także w kontekście przekleństw.
Zdecydowanie. Gdy idę do ZUS, czuję się komfortowo, wiedząc, że urzędniczka raczej nie odezwie się słowami: „Niestety, spie*doliła pani ten wniosek, trzeba go wypełnić od nowa”. To może byłoby zabawne jako scenka kabaretowa, ale w realu by mnie zmroziło.
Właśnie o to chodzi – taka scenka to byłoby nie tylko zwykłe chamstwo. Może gdybyś coś podobnego usłyszała od koleżanki, w ogóle byś tego nie zauważyła, ale w sytuacji oficjalnej, służbowej to jest niedopuszczalne skrócenie dystansu. Konwencja wyznacza nam granice roli, w jakiej występujemy. Urzędniczka występuje wobec ciebie, jako interesantki, w roli społecznej i musi respektować wynikające z tego ograniczenia.
Dopóki pracowałam ze studentami na uczelni, nigdy nie przeklinałam, choć miałam z nimi naprawdę swobodną relację – właśnie dlatego, że byłam tam w roli wykładowczyni, a nie Gośki koleżanki.
Gdy natomiast wychodziłam z kampusu, wsiadałam do samochodu i stałam w korkach, już jako prywatna osoba mogłam sobie kląć jak szewc. Na uczelni ważniejszy ode mnie samej był komfort moich studentów. Zmniejszenie dystansu właśnie przez przeklinanie mogłoby zrodzić u nich dyskomfort: z jednej strony ta Majewska chce być kumpelą, a z drugiej – później będzie nas oceniać. To jest forma dysonansu poznawczego. Rozróżnienie tych dwóch sytuacji jest piekielnie ważne.
Chyba często nie zdajemy sobie sprawy, że drobne przekleństwo może być zinterpretowane prawie jak propozycja przejścia na „ty”. Nawet badania pokazują, że przekleństwa w naszych ustach są dla odbiorcy jakimś zaproszeniem do wspólnoty – przecież najczęściej przeklinamy wśród swoich.
Oczywiście, tak jest. Dla mnie przekleństwa na zupełnie bazowym poziomie są wskaźnikiem tego, czy ja jestem in, czy jestem out. Można się o tym przekonać w zupełnie pragmatycznych sytuacjach. Gdy zaczynasz nową pracę albo wchodzisz w nowe środowisko, badasz, kto jest kim, z kim co można, a czego nie, komu ufać, a kogo raczej obserwować.
I kiedy jakaś osoba przy tobie po raz pierwszy przeklnie, to często jest moment, w którym czujesz się zaproszona do środka, przyjęta.
To taka manifestacja: przeklinam przy tobie, więc ci ufam, mogę sobie na to pozwolić, bo nie jesteś dla mnie zagrożeniem. To oczywiście zbliża ludzi, pytanie brzmi jednak, czy mamy świadomość, jak to działa, i faktycznie chcemy skracać dystans. Moim zdaniem funkcjonuje pewien mit, że im ktoś jest z nami bliżej, tym jest lepiej. Przejście na „ty” interpretujemy jako komplement – a jednocześnie coraz głośniej mówimy o stawianiu granic. Idąc tym tropem, powiedziałabym, że to jest komplement wtedy, kiedy mam poczucie, że mogę odmówić. Jeżeli jednak skraca ze mną dystans ktoś, kto jest w hierarchii wyżej i nagle zaczyna przy mnie przeklinać, to nie mogę mu powiedzieć, że sobie tego nie życzę. Poza tym bliskość wcale nie zawsze jest dla nas aż tak dobra.
Na przykład w przestrzeni zawodowej?
Tak, i mam nawet przykład z mojej przeszłości akademickiej. Prowadziłam pracę magisterską jednej ze studentek, a ponieważ byłam niewiele starsza od studentów, przeszłam z nimi na „ty”.
Praca tej dziewczyny była tak słaba, że musiałam ją oblać, a wtedy ona poczuła się oszukana, rozczarowana – i w pewnym sensie miała prawo tak się poczuć. „Wydawałaś się taka fajna” – usłyszałam. To był ostatni raz, kiedy przeszłam na „ty” w sytuacji, gdy ktoś jest ode mnie zależny, bo przekonałam się, że skrócony dystans odbiera mi sprawczość.
W kontekście swobodnego przeklinania przy kimś to wydaje mi się równie ważne, bo jest to akt, który ma swoje konsekwencje. Zauważ, że często ludzie, którym dajesz znać, że mogą czuć się przy tobie swobodnie, zaczynają się zwierzać. Jeśli jesteś na to gotowa – nikomu nic do tego. Bywa jednak i tak, że po czasie tego żałujesz, bo okazuje się, że wcale nie chciałaś tej osoby aż tak blisko, a poza tym komuś, kto ci się zwierzył, trudniej postawić granicę, trudniej też radzić sobie z nieprzyjemnymi emocjami wobec niego. A raz skrócony dystans bardzo trudno odzyskać.
Ale te konsekwencje bywają też pozytywne. Jedno z włoskich badań pokazało, że politycy, którzy używają wulgaryzmów, są odbierani jako bardziej wiarygodni i wzbudzają większe zaufanie, więc jednak zyskują na autentyczności.
Z pewnością istotne byłoby to, jak ten polityk przeklina. Bo jeśli pozwala sobie na wulgaryzmy w charakterze przerywnika, wzmocnienia przekazu, to owszem, prawdopodobnie może to sprawiać, że jest odbierany jako „swój chłop”. Ale jeśli z jego ust padają inwektywy, to sytuacja się zmienia, gdyż może zostać odebrany jako ktoś, kto nie panuje nad emocjami. Można by argumentować, że faktycznie nie umie ugryźć się w język, czyli jest autentyczny, mówi, co myśli, więc można mu wierzyć. Jednak to jest pułapka wynikająca z przekonania, że albo jesteśmy autentyczni, albo zakładamy maskę, która kojarzy się z czymś negatywnym – tak jakby nie było nic pomiędzy.
Tymczasem poruszamy się w pewnego rodzaju spektrum, przyjmujemy określone postawy, biorąc pod uwagę, co w danym momencie jest najważniejsze. Jeśli więc jest to osoba zaufania publicznego, to w oficjalnych przemowach z szacunku do odbiorców swoich komunikatów powinna jednak z wulgaryzmów zrezygnować, świadoma swojej roli.
Można na ten przykład spojrzeć jak na kawałek szerszego problemu. Im dłużej przyglądam się językowi, tym bardziej zauważam, że chcemy widzieć język i konkretne językowe zabiegi w oderwaniu od tła, które ma ogromne znaczenie. To samo zdanie może znaczyć coś innego, o czym innym świadczyć w różnych kontekstach – i to dotyczy także przekleństw. Nie można orzec, że jeśli ktoś przeklina, to jest wiarygodny, a jeśli nie, to lepiej mu nie ufać, bo to byłoby potężne uproszczenie. Załóżmy, że mój przyjaciel jest człowiekiem, który potwornie przeklina w pracy. Wszystkie interesy załatwia w męskim gronie, wulgaryzmy są stałym elementem tego kodu komunikacji. I nagle, gdy idziemy na kolację, on nie wypowiada ani jednego wulgarnego słowa. Dla mnie to jest sygnał, że on się przełączył na tryb relacji, a nie że w pracy jest autentyczny, a na spotkaniu ze mną już nie.
Mówiłyśmy, że przeklinanie zmniejsza dystans i że dobrze się upewnić, czy aby na pewno właśnie tego chcemy. W tym kontekście może pełnić jeszcze jedną ważną funkcję – jednoczyć ludzi, których łączy wspólna sprawa, zagrzewać ich do walki. Przykładem jest dla mnie hasło Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, czyli zwięzłe „wypie*dalać”. Była w nim potężna moc.
To jest ciekawy przykład z kilku powodów. Przede wszystkim jest to przekleństwo w formie bezokolicznika. Bezokolicznik ma to do siebie, że pomija okoliczności – w tym wypadku jakiekolwiek łagodzące. To zupełnie coś innego niż „wypie*dalajcie”.
„Wypie*dalać” jest kategoryczne, nieodwołalne – wy, do których kierujemy to hasło, nie jesteście z nami i nie będziecie w żadnych okolicznościach. Jest w tym słowie zbitka „rd”, która fonetycznie wzmacnia przekaz, i jeszcze wzmacniający przedrostek „wy-”.
Dla mnie jako językoznawczyni Strajk Kobiet był kopalnią nieprawdopodobnej kreatywności. Weźmy inny wulgaryzm: „zostanie nam już tylko anal” – przecież to jest potężne naruszenie tabu, jakim jest seks analny. Takie hasło w ustach kobiet nie tak dawno było nie do pomyślenia i niezależnie od tego, czy ktoś z postulatami tego strajku się zgadza, czy nie, trzeba przyznać, że za sprawą użytych słów, także wulgarnych, była w nim ogromna siła.
Organizatorkami były kobiety intelektualistki, co wyraźnie było widać po intertekstualnym charakterze haseł na transparentach, więc mamy i przywołany już wcześniej dysonans pomiędzy wulgaryzmem a poziomem społecznym tego, kto go wypowiada. To świadectwo, że te kobiety, mówiąc wprost, naprawdę i ostatecznie się tym razem wku*wiły – na potwierdzenie na transparentach powtarzało się zresztą i inne hasło: „grzeczne już byłyśmy”. Gdy połączymy te aspekty, mamy superkombo o potężnej mocy rażenia. Tak mocny wulgaryzm to broń, po którą sięga się wtedy, gdy zawiodły wszystkie poprawne, konwencjonalne sposoby, by zakomunikować, że granice zostały naruszone.
Małgorzata Majewska, dr nauk humanistycznych, językoznawczyni, specjalistka od komunikacji werbalnej i niewerbalnej. Przez wiele lat pracowała w Instytucie Mediów i Komunikacji Społecznej UJ. Zafascynowana pograniczem języka i psychologii, bada jego znaczenie i rolę w relacjach międzyludzkich. Jest twórczynią kanału na YouTubie „Między Zdaniami”