Skończ z zamartwianiem się!

Zamiast zamartwiać się, lepiej zebrać informacje i opracować strategię, która zakładany plan B. (Fot. iStock)

Zamartwianie się działa jak zaklęcie – sprawia, że wszystko zamiera i nie widzimy tego, że przecież z każdej sytuacji jest jakieś wyjście. A czasem nawet sama sytuacja ulega zmianie. Zatem: przestańmy się zamartwiać – apeluje psycholożka Katarzyna Miller.

Mimo że domyślałam się źródłosłowu terminu „zamartwianie się”, to kiedy sprawdziłam go w słowniku etymologicznym, przyznam, że trochę się przeraziłam. Martwić dawniej oznaczało „sprawiać, że coś drętwieje”, „czynić martwym, uśmiercać”.
No jest się czego przerazić. Tym właśnie jest zamartwianie – czynieniem martwym siebie, życia i właściwie wszystkiego, co się dzieje. To tak jakby patrzeć na świat, nie dostrzegając jego żywotności, nie widząc tego, że wszystko się w jakiś sposób rozwija, przewleka przez siebie, cały czas dzieje.
Jest takie słowo jak „petryfikacja”, które według słownika oznacza „zamienianie w kamień” albo „utrwalanie czegoś w formie niepodatnej na zmiany”. W „Harrym Potterze” petryfikacja to stan, w którym ktoś, na kogo jest rzucone to zaklęcie, drętwieje, zamiera w ruchu. I to jest genialny obraz zamartwiania się. Przestraszeni ludzie boją się ruchu i chcą wszystko zatrzymać, spetryfikować, tak jak zatrzymuje się film, wciskając pauzę.
Gdy moja mama mówiła, że się o mnie martwi, czułam, że jestem załatwiona: nie wyjdzie mi, jestem do kitu, nie ma szansy. Na szczęście kiedy już w miarę dorosłam, odpowiadałam jej wtedy: „Przestań się o mnie martwić, ty we mnie wierz”, co jest absolutnym odwróceniem petryfikacji…

…i co warto mówić wszystkim, którzy się o nas martwią.
Polecam! Kiedy rodzice mówią, że się martwią o swoje dziecko, to zwykle oczami wyobraźni widzą je rozjechane, rozdeptane, utopione, pod mostem, biedne na stare lata, ogłupiałe, chore… – no po prostu nieustanna petryfikacja.

Zamartwianie się rzeczywiście działa jak zaklęcie. W dodatku bardzo potężne, bo przecież zamraża coś, czego nie da się zamrozić. W końcu już w starożytności mawiano: pantha rei, czyli: wszystko płynie. Każda sytuacja, nawet najbardziej niesprzyjająca, może się zmienić na co najmniej kilka sposobów.
Na mnóstwo sposobów. Mało tego, samo podjęcie jakiejś decyzji nie oznacza, że stanie się tak, jak postanowiliśmy. Bo może życie będzie sobie życzyło, żeby było inaczej. A poza tym zamartwianie się jest w praktyce tworzeniem wyłącznie czarnych scenariuszy, a zgodnie z mechanizmem samospełniającej się przepowiedni, jeśli spodziewamy się najgorszego, to najgorsze dostajemy. I tak ludzie swoim narzekaniem i czarnowidztwem sprawiają sobie los.

Na jakiej zasadzie działa ta samospełniająca się przepowiednia?
To jest właśnie tajemnica! Ale generalnie chodzi o to, że jeśli nastawiamy się na wyłapywanie negatywów, to tylko je dookoła widzimy. I nawet kiedy coś nam wychodzi, to nie dostrzegamy tego, bo przecież już nastawiliśmy się, że nam nie wyjdzie. Tak samo jak
z prognozą pogody, która mówi, że będzie padał deszcz. Niektórzy tak się do niej przywiązują, że nawet jeśli nie pada, to tylko ich utwierdza w pewności, że zaraz zacznie. No bo przecież musimy mieć rację. Stąd znane i bardzo mądre pytanie: „Chcesz mieć rację czy chcesz być szczęśliwy?”.

No, ale kiedy przewidujemy, że coś skończy się dobrze i tak się rzeczywiście dzieje, też mamy rację…
Wtedy to nie jest racja, tylko głupota (śmiech). No bo co to znaczy, że coś się dobrze skończy? Co za dziecinne podejście! Mądry to ten, kto czarno myśli… Co się śmiejesz, nie jest tak?

Niestety. Choć jest też takie pojęcie jak „szczęście w nieszczęściu”. Dla przykładu – ostatnio padł mi akumulator. Zaparkowałam samochód, a kiedy wróciłam, okazało się, że nie chce odpalić. Nie dość, że musiałam wzywać pomoc drogową, to jeszcze byłam strasznie głodna. Zamiast nakręcać się sytuacją, rozejrzałam się dookoła i zobaczyłam, że zaparkowałam tuż obok obiadów domowych. I wyobraź sobie, że czas oczekiwania na pomoc wystarczył mi akurat na to, by zjeść pyszną zupę z botwinki i dorsza z ziemniakami i surówką.
Genialnie jest mieć awarię pod obiadami domowymi! I na tym właśnie polega pozytywne myślenie.

Ale przyznam, że na początku jadłam z odrobinę ściśniętym żołądkiem, bo się martwiłam: ile będzie kosztować naprawa, czy to na pewno akumulator, że muszę poprzekładać plany. To mi uzmysłowiło, że zamartwianie się sprawia, że nie czerpiemy przyjemności z życia.
I nie jest wcale produktywne, bo ani nie przyspiesza załatwienia sprawy, ani nie pociesza. A do tego zawsze można sobie znaleźć powód do zamartwiania się: że nie przy- jechał autobus, że koleżanka nie zadzwoniła, że pensja nie przyszła na konto.
Ja się niedawno zamartwiałam, bo mnie bardzo boli kręgosłup. Próbowałam masaży i różnych terapii, i nic. Ani nie wiedziałam, co z tym zrobić, ani w co to się rozwinie. I ten ból, i to zamartwianie się wszystko mi psuły. I pomyślałam sobie: „co jeśli to mi tak zostanie?”. No cóż, będę z tym żyła. Z mnóstwem rzeczy da się żyć. Ale od niedawna mam wspaniałego rehabilitanta i już się dużo lepiej czuję. Hurra życie!

Co tak naprawdę napędza nasze zamartwianie się? Strach czy może raczej lęk?
Najpierw strach, który potem jednak przeradza się w lęk. A lęk jest związany z obawą, która niekoniecznie musi być realna.

Czyli zamartwianie się w pierwszym odruchu byłoby taką atawistyczną reakcją – kiedy coś ci zagraża, na przykład atak lwa, a nie możesz lub nie chcesz walczyć ani uciekać – zamierasz, udajesz martwego.
Najlepiej jeszcze wtedy zrobić kupę albo puścić bąka, bo drapieżnik pomyśli, że nie dość, że martwa, to też nieświeża (śmiech).

Tylko dziś drapieżnik to rzadkość, udawanie trupa nie rozwiąże twoich problemów. Co zatem robić zamiast zamartwiania się?
Kiedy tylko zaczynamy się czymś zamartwiać, trzeba sobie powiedzieć: STOP. Następnie pogratulować sobie, że się na tym złapaliśmy. Nie ganić się za to, tylko się za to przeprosić i poczuć, że przeprosiny zostały przyjęte. A potem trzeba sobie powiedzieć pięć dobrych rzeczy w miejsce tej jednej, z powodu której chcieliśmy się zamartwiać.

Czyli: skoro jesteśmy tak kreatywni w wymyślaniu czarnych scenariuszy, zaprzęgnijmy umysł do tworzenia tych pozytywnych?
No przecież! A poza tym można sobie postanowić, że jeśli to, co przychodzi mi do głowy, się wydarzy, to wtedy dopiero będę się martwić. A może w ogóle się nie zdarzy. Przecież jak na razie to tylko myśl – rozglądasz się i nie ma żadnego lwa.

Z drugiej strony czasem dobrze jest uwzględnić czarne scenariusze, żeby być na nie przygotowanym. Tylko wtedy nie jest to zamartwianie się…
To jest myślenie strategiczne. Łatwo odróżnić po tym, że nie towarzyszą temu żadne emocje, w tym lęk, a jest jedynie kombinowanie, jak tu sobie poradzić, gdyby jednak zaatakował mnie lew. Na przykład idę do szefa z ważną sprawą i wiem, że jeśli będzie miał zły humor, to zacznie na mnie wrzeszczeć, więc postanawiam sobie, że nie będę wtedy płakać czy się trząść, ani nie wyjdę z pokoju, tylko na przykład wezmę trzy głębokie oddechy i powiem: „Bardzo mi przykro, że ma pan dziś zły dzień, może przyjdę później”. I kiedy się taka sytuacja zdarzy, zrobię to! Bo sobie przećwiczyłam taką reakcję. Można nawet pójść do kibelka i ją przetestować albo poprosić koleżankę, żeby zrobiła ze mną psychodramę. Wszystko to warto zrobić, bo ta sytuacja jest realna. Ale jeżeli nie wiem, co się zdarzy – to po co snuć czarne scenariusze?
Wiele osób zadręcza się tym, czy wydać pieniądze na to czy na tamto. Jak to są małe pieniądze, to jeszcze mała bieda, gorzej, gdy są większe – wtedy ludzie się boją, że będą żałowali. Albo przegapią jakąś okazję. Tylko że zamiast się zamartwiać, lepiej zebrać informacje. Skupiajmy się na faktach, zamiast skupiać się na lęku. Na takiej samej zasadzie najpierw szukamy, jaki bank daje jaki procent i dopiero potem lokujemy swoje oszczędności.

Zamiast się martwić, lepiej opracować strategię?
Dokładnie tak. I to najlepiej taką, która zakłada plan A, ale też plan B i plan C, jeśli potrzeba. Na przykład ostatnio zostałam zaproszona do udziału w politycznej audycji, co bardzo mnie ucieszyło, bo poczułam się doceniona. Ale zaraz pomyślałam sobie, że nie znam politycznego języka i nie jestem na bieżąco z wydarzeniami, bo polityka mnie nudzi, więc sobie zaplanowałam, że pójdę i będę słuchała innych, a potem wyrabiała sobie zdanie na temat tego, co ktoś powiedział. I tylko wtedy będę coś mówiła, gdy będę wiedziała co. I nie będę się przejmowała tym, że być może okażę się najbardziej milczącą osobą z całego zestawu rozmówców.

To się nazywa strategia nastawiona na słuchanie innych. To rzadkość w publicznych dyskusjach…
Po prostu stwierdziłam, że nie chcę udawać kogoś, kim nie jestem, a nie jestem ekspertką od polityki. Ale mam swoje zdanie. I w rezultacie ani nie wyszłam na eksperta, ani na idiotkę i byłam zachwycona, bo posłuchałam mądrych kobiet.

Może warto sobie to powiedzieć: martwię się, bo się boję, że…
Tak, ale z jednym zastrzeżeniem. Ludzie lękowi, gdy zaczynają odczuwać lęk, zaczynają się bać, że się boją, i wtedy zwykle dochodzą do wniosku, że na pewno im to nie wyjdzie. I na to, proszę pani, pomoże tylko terapia. Ludziom, którzy nie pozwalają sobie na strach, u których strach wywołuje lęk – tylko terapia może pomóc. Bo zdrowy człowiek ma korzyści z tego, że się boi – to go powstrzymuje od robienia rzeczy, które są naprawdę niebezpieczne.

Ostatni raport Instytutu Gallupa o naszym stanie emocji potwierdza, że coraz bardziej się stresujemy i zamartwiamy. Może dlatego, że media bombardują nas złymi wiadomościami?
I ta spirala się nakręca – zamiast sobie pomagać, tylko sobie szkodzimy. W skali makro nic nie zrobimy, możemy działać tylko w skali mikro. Nie dawajmy się zastraszać!
Fajne są takie inicjatywy jak Dzień Dobrej Wiadomości czy portal dobrych wiadomości – dzięki nim zdajemy sobie sprawę, że na doniesienia ze świata też można spojrzeć wybiórczo. Zamiast czytać o kolejnym wypadku, można przeczytać o tym, że zespół szkół ogrodniczych z Kutna wystawia sztukę. Albo pani Y oddała pani Z pieniądze, które była jej winna od kilku miesięcy. Lub że mąż wysprzątał strych, a żona powiedziała: „Ale jesteś kochany” i razem poszli sobie odpocząć na kanapie. Życie jest pełne dobrych wiadomości!