fbpx

Sprzeczki dobre dla związku? Zamiast unikać konfliktów, lepiej nauczmy się kłócić

Sprzeczki dobre dla związku? Zobacz jak się kłócić z partnerem!
Kłótnie są zupełnie naturalnym elementem bycia razem – nie ma bez nich bliskich związków. Tam, gdzie brak kłótni, jest fałsz i powierzchowność. (Ilustracja: Getty Images)

Tam, gdzie nie ma tarcia i emocji, jest fałsz i powierzchowność – twierdzi psycholog Maria Rotkiel. Dlatego zamiast unikać konfliktów i spięć w związku, lepiej nauczmy się kłócić.

Mówi się, że wspólne mieszkanie to prawdziwy test dla związku. A może najważniejszym testem jest jednak pierwsza kłótnia? Pokazuje to, co nam się w sobie nie podoba, ale też to, czy umiemy o tym rozmawiać.
Na pewno ważny jest sam temat, który wywołuje pierwszą sprzeczkę. Tym bardziej jeśli powraca w następnych – to znaczy, że jest to punkt newralgiczny. Matka partnera, która wiecznie jest w pobliżu, pieniądze, a może była dziewczyna? Kłótnia pokazuje też naszą sferę wrażliwości i nasze granice, co nam się w sobie nie podoba i na ile to „nie podoba” znaczy „denerwuje”, a na ile „wkurza”. Na przykład przeszkadza mi to, że on odbiera po raz kolejny telefon podczas naszej randki, ale już wkurza, że odbiera mój telefon, kiedy nie ma mnie w pobliżu. Równie ważne, a może nawet ważniejsze jest to, w jaki sposób się kłócimy.

A nie jak często?
Kłótnie są zupełnie naturalnym elementem bycia razem – nie ma bez nich bliskich związków. Tam, gdzie brak kłótni, jest fałsz i powierzchowność. Coś, co jest dla nas trudne, coś, co musimy przenegocjować, coś, co powoduje emocje – to wszystko wychodzi w takich momentach spięcia. Po prostu nie wierzę w zgrane pary, które się nie sprzeczają.

Może kłócą się w sposób wyważony. Na zasadzie: „Kochanie, nie rób tak, bardzo mi to przeszkadza”. „Kochanie, nie wiedziałem, przepraszam, nie będę”.
Kiedy czytam wywiady z parami, którym nigdy nie puszczają nerwy, i tylko sobie z dzióbków spijają, to od razu wiem, że jest między nimi źle. Natomiast ludzie kłócą się na milion sposobów i sprzeczka, w której jest agresja, ranienie drugiej osoby, mówienie: „Czy ty jesteś jakimś debilem?” – to sygnał, że w parze dzieje się źle. Bo można poruszyć nawet najtrudniejszy temat, ale w odpowiedni sposób. Sztuka kłócenia się jest jedną z ważniejszych i pożyteczniejszych. To umiejętność odróżnienia komunikatu: „Naprawdę irytuje mnie to zachowanie” od: „Wkurzasz mnie” – raniącego, oceniającego i nieprawdziwego, bo przecież on mnie nie wkurza, ja go kocham, natomiast niektóre jego zachowania są dla mnie trudne. Psychologowie często mówią o tym, żeby postarać się skupić podczas kłótni na komunikatach „ja”, czyli konstruować wypowiedzi na zasadzie: „Kiedy tak robisz, to czuję…”, żeby nazywać uczucia i mówić o zachowaniu, a nie o osobie – wiem, że dla niektórych to brzmi sztucznie i śmiesznie, ale to pozwala doprowadzić nas do jakichś wniosków, znaleźć wzajemne porozumienie, zamiast zgliszczy. Bo możemy ująć sprawę tak: „Chyba jesteś jakiś nienormalny, tyle razy ci powtarzałam, że mnie to denerwuje, a ty znów to robisz, mam cię dosyć!”. Albo tak: „To zachowanie jest dla mnie bardzo trudne, prosiłam cię, żebyś tak nie robił”. I mamy dwa inne światy. Oczywiście, to nie znaczy, że masz to wszystko wyrazić spokojnym, stonowanym głosem. Nie, możesz to powiedzieć w emocjach, podnieść głos, a mimo to nie zranić drugiej osoby, nie deprecjonować wartości partnera ani waszej relacji.

Chodzi o przekazanie informacji: to mnie denerwuje, to przekracza moje granice i czuję się wtedy tak…?
Kiedy mówimy o swoich emocjach, nikogo w ten sposób nie obrażamy, co innego, gdy zaczynamy przypisywać uczucia lub ich brak partnerowi. Słowa się materializują, zostają na długo, czasem na zawsze. Nie da się ich wymazać gumką z notatnika wspólnego życia. Trzeba mieć świadomość, że jeżeli kogoś obrazimy, to mimo że nawet za chwilę będziemy tego żałowali, i tak konsekwencje raz „palniętej” głupoty możemy ponosić bardzo długo. Niestety, ponieważ ludzie uczą się siebie nawzajem, to w miarę trwania związku poznają coraz lepiej swoje słabości i drażliwe obszary. Odkrywają swoją piętę Achillesa albo nawet „pięty”: to może być trudna relacja z mamą, niezrealizowane ambicje zawodowe, nadmierna tusza czy inne kompleksy. I w kłótni, pod wpływem zranienia i wysokiej temperatury emocji, zdarza się im potem wykorzystać tę wiedzę. Uderzyć w miękkie podbrzusze. Tak nie wolno się kłócić. Tu nawet nie chodzi o to, by nie być wulgarnym, tylko by nie być agresywnym. Obrażanie, wyśmiewanie, zaniżanie czyjejś samooceny, ranienie słowami to też agresja. Życie z drugą osobą uczy wielu rzeczy, w tym tego, że z frustracją trzeba sobie radzić. Bo choć strasznie wkurza mnie jego zachowanie, to nie usprawiedliwia ono na przykład takich słów: „Jak znajdziesz sobie wreszcie pracę, która da ci więcej satysfakcji, to może przestaniesz leczyć swoje kompleksy, wyżywając się na mnie”.

Mocne.
To typowo kobieca kwestia. Mężczyźni za to są specjalistami od: „Jesteś taka sama jak twoja matka”, mimo że wiedzą (a może właśnie dlatego), iż partnerkę bardzo boli ta relacja. Tak nie wolno robić. Uczmy się mądrze kłócić. I miejmy przyzwolenie na to, że kłótnie będą się zdarzały, i o duperele, i o ważniejsze rzeczy. Przyglądajmy się tematom, o które się kłócimy, i temu, jak się kłócimy. Bo to właśnie po bolesnych kłótniach ludzie najczęściej trafiają do terapeuty. Słyszę często: „Wie pani, ja mu tego nie mogę wybaczyć. Jak on mógł powiedzieć coś takiego?!”. Naprawdę, trzy razy zastanówmy się, zanim powiemy coś w złości. Bo ludzie ranią się głównie przez nieumiejętność mówienia pewnych rzeczy i niezadanie sobie trudu, by ująć coś tak, by nie zranić, a zmobilizować do zmiany. Ucząc się kłótni, czyli mówienia trudnych rzeczy w prosty i delikatny sposób, uczymy się też asertywności.

A nie sądzisz, że czasem niepotrzebnie mówimy pewne rzeczy, nawet jeśli mamy rację? Może zamiast zastanawiać się, jak to inaczej powiedzieć, darujmy sobie nasze oceny i mądrości?
Na pewno darujmy sobie komentarze raniące i dotykające sfery, na którą druga osoba nie ma wpływu. Nie mówmy: „Twoja matka na niczym się nie zna”, jeśli matka jest dla naszego partnera bardzo ważną osobą. Bo co on może zrobić z naszą informacją? Nie mówmy też: „Zazdroszczę mojej przyjaciółce, że jej mąż więcej zarabia”. Chcesz zmobilizować go do szukania lepszej pracy – powiedz, że w niego wierzysz.

Niektóre pary w kłótni wypominają sobie pochodzenie, wykształcenie, rodziców… Rzeczy od nas niezależne.
I jeśli to się często powtarza, może stać się przyczyną rozstania. Naprawdę. Ludzie odchodzą od siebie najczęściej wtedy, kiedy kończy się ich tolerancja na zranienie. Można być raz zranionym, dwa razy, trzy, ale kropla drąży skałę. Dlatego nie ma się co dziwić, że niektórzy rozstają się nie z powodu zdrady czy wielkiego przewinienia, tylko tego, że on po raz enty obraził ją w większym towarzystwie czy znów wypomniał coś sprzed lat. Bo czara goryczy się przepełniła.

A czy nauka kłótni obejmuje też naukę godzenia się? Ja na przykład nauczyłam się o sobie tego, że w momencie, gdy napięcie sięga zenitu, muszę wyjść na kilka minut, by się uspokoić. Dopiero potem mogę wrócić do rozmowy i dojść do porozumienia.
Kłótnia to otwarcie tematu i trzeba go umieć też zamknąć. Ty nauczyłaś się o sobie bardzo istotnej wiedzy i umiesz ją teraz wykorzystać. Wiele osób tego nie robi, nie wycofuje się w momencie, kiedy czuje, że już nad sobą nie panuje, a potem, kiedy kurz bitewny opadnie, nie wraca do tematu i zamiata wszystko pod dywan. Czasami wystarczy jedno zdanie: „Nie dogadamy się w tym temacie, trudno, niech tak zostanie”. Albo: „OK, tym razem wybierzmy rozwiązanie, za którym ty optujesz, ale umówmy się, że w innej kwestii zgodzisz się na moją propozycję”. Negocjujmy, uzgadniajmy: raz niech będzie po twojemu, raz po mojemu, a może w ogóle z tego zrezygnujmy. Zamknięciem sprawy może być też: „Słuchaj, nie rozmawiajmy już o tym, to nie ma sensu”, kiedy kłótnia dotyczy np. poglądów politycznych. Musimy umieć zamykać sprawy i mieć w sobie zgodę na różnice, jakie są między nami. Poznając materię kłótni, poznajemy też swoje style kłócenia się. Jest na przykład styl „na mruka”, częściej spotykany u mężczyzn. Ona gada i gada, a on nic. To też kłótnia, tyle tylko, że oparta na biernej agresji, bo partner nie odpowiada na zadane pytania, nie wchodzi w interakcję, odgradza się murem. Jest styl „włoski”, charakterystyczny dla typów emocjonalnych. Najpierw jest dużo krzyku i nawet rzucania przedmiotami, ale emocje szybko opadają i „Włoszka” lub „Włoch” już nie pamiętają nawet, o co była kłótnia. Dlatego bardzo ważne jest, by poznać swoje style kłócenia się i umieć zwrócić uwagę na to, co może być dla mnie i dla partnera szczególnie trudne.

Niektóre osoby bardzo źle tolerują na przykład podniesiony głos. Jeśli podnosimy go momentalnie, wręcz niezauważalnie, starajmy się mówić spokojnie. Podaję to z własnego doświadczenia, bo my z partnerem kłócimy się bardzo śmiesznie. On jest introwertykiem, szybko zamyka się w sobie i wycofuje. Ja jestem bardzo emocjonalna, mówię szybko i głośno. I wiem, że to bywa dla niego trudne. Staram się nad tym panować i żeby się uspokoić, zaczynam mówić bardzo powoli i wyraźnie, co szybko doprowadza go do szału, a chwilę potem – także mnie samą. Ale to jest dobre, bo ja zaczynam się wtedy śmiać, a chwilę potem on też. Śmiech cudownie rozładowuje napięcie.

Bywa też tak, że ona po kłótni czuje się zrelaksowana, jakby zeszło z niej powietrze, ma ochotę objąć partnera. A tymczasem on jest emocjonalnym wrakiem, bo dużo go ta sprzeczka kosztowała, i musi godzinę po tym ochłonąć.
I niech ma ten czas na ochłonięcie. Miejmy szacunek dla odrębności drugiej osoby. A co do dobrego stylu samego kłócenia się: nie wyciągajmy rzeczy z przeszłości, kłóćmy się o jedną, konkretną i bieżącą sprawę, nie o całokształt. Nie przywołujmy też osób trzecich na zasadzie „Nie dziwię się, że twoja żona cię rzuciła”. Nam, kobietom, zdarza się to często. Jesteśmy mistrzyniami dziwnej dyscypliny, w której od niewstawionego talerza do zmywarki w tempie kosmicznym przechodzi się do zarzutu, że on nie rozmawia z ojcem już od roku. A to dlatego, że często myślimy na skróty i wszystko łączy się dla nas w jakiś większy kontekst. Często w tym rozumowaniu jest dużo racji, bo nasz partner rzeczywiście może nie mieć uważności na potrzeby drugiej osoby, o czym mówiła mu jego żona i ojciec, a teraz jego podejście uwidacznia się w stosunku do domowych obowiązków – ale jeśli do jednego worka wrzucimy jego eksżonę, ojca i niepozmywane talerze, może być to komunikat nie do ogarnięcia. O wiele lepiej będzie usiąść z partnerem i na spokojnie z nim to przegadać, wspomnieć o ojcu, o byłej żonie i dodać: „Zastanów się, czy ty tak nie masz w relacji, że ludzie cię o coś proszą, a ty nie słuchasz, co ich bardzo irytuje. Wiem, że nie robisz tego złośliwie, ja ci tylko mówię, jak to jest odbierane, że może wkurzać i być powodem wielu konfliktów”. I naprawdę nie trzeba być psychologiem, żeby tak rozmawiać. Ale być człowiekiem, czytać mądre książki i fajne gazety, uczyć się siebie i rozwijać.

W wielu związkach kłótnia staje się codziennym rytuałem, pretekstem do tego, by drugiej osobie „nawtykać”.
Ja powiedziałabym raczej, że jest wtedy pretekstem do rozładowania napięcia. Ale to bardzo zły sposób. Istnieje tyle innych metod i dróg, by odreagować, partner nie jest naszym workiem treningowym.

Jeden z psychologów mówił niedawno w wywiadzie, że nie martwią go pary, które się często i burzliwie kłócą, tylko te, które już tego nie robią.
Ja powiedziałabym, że martwią mnie pary, które nie przychodzą do mnie w emocjach, bo związki, w których jest chłód i obojętność, rokują najgorzej. Podsumowując, nie bójmy się emocji, także tych trudnych, ale kłóćmy się w sposób konstruktywny.

Maria Rotkiel, psychoterapeutka, trenerka, dydaktyk, doradca rodzinny i zawodowy. Specjalizuje się w terapii par, terapii rodzinnej oraz doradztwie z zakresu rozwoju zawodowego i osobistego, autorka książek, w tym „Nas dwoje, czyli miłosna układanka” i „Nas troje, czyli rodzinne nastroje”.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze