Terapia dla par – na czym polega i czy ma sens?

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)

Niektóre pary przychodzą na skargę, inne po zrozumienie drugiej osoby. Jeszcze inne po dobre rozstanie. – Często największym trudem w terapii jest doświadczenie bezradności wobec tego, kogo chciało się widzieć w partnerze, i tego, kim on nie jest – mówi psycholog Bartosz Szymczyk. Ale ten trud się opłaca, bo nagrodą za niego jest przezwyciężenie kryzysu.

Podobno najwięcej pozwów o rozwód wpływa do sądu tuż po Nowym Roku i po wakacjach. A kiedy ludzie przychodzą po pomoc w związku?
Nie wiem, na ile dotyczy to terapii par, ale rzeczywiście sama terapia rządzi się podobną sezonowością. Dużo zgłoszeń jest na początku roku, ma to najpewniej związek z postanowieniami noworocznymi – ludzie chcą coś zmienić w swoim życiu i idą na terapię. Zgłaszają się też po dłuższych przerwach urlopowych, po wakacjach albo majówce. My, terapeuci, interpretujemy to tak, że podczas takich wyjazdów ludzie mają okazję do zastanowienia się nad sobą i dużo czasu spędzają wspólnie z bliskimi, i to dość intensywnie, a wtedy różne rzeczy i kwestie, które w codziennym trybie są spychane czy zamiatane pod dywan, uwypuklają się i wzmagają. Po powrocie jest większa motywacja, by coś z nimi zrobić.
Jeśli chodzi o pary, to zawsze na początku konsultacji pytamy: „Co sprawiło, że państwo właśnie teraz się zgłaszają?”, ale też: „Kiedy po raz pierwszy pojawiła się myśl, wypowiedziana na głos, że to jest stan, z którym państwo nie dają sobie sami rady i może ktoś trzeci mógłby pomóc?”. Często pada odpowiedź: „Pierwszy raz dwa lata temu”. Jak widać, czas od zrodzenia się tej myśli do zgłoszenia się jest bardzo długi. Często pojawia się rozgrywka między partnerami: „Kto wyszuka terapeutę?”. Pary używają tego jako swoistego probierza, czy komuś zależy, czy już nie. Ale takie przerzucanie się odpowiedzialnością bardzo spowalnia proces zgłoszenia. Dlatego apelowałbym, by kiedy para wyrazi na głos: „Nie radzimy sobie z tym naszym kryzysem, może idźmy do terapeuty” – nie czekała z decyzją zbyt długo.

Z czego bierze się to odwlekanie? Nie chcemy zajmować się trudnymi sprawami? A może boimy się, że usłyszymy, że nic już się nie da zrobić? Że jest za późno?
Na pewno boimy się ruszać trudny temat, bo wtedy trzeba zmierzyć się ze swoimi zranieniami i wziąć współodpowiedzialność za kryzys, do którego doszło. Często pary przeczuwają, że to ziarnko grochu, które uwiera, jest na tyle duże, że nie wystarczą małe rozwiązania, że mierzymy się z czymś wielkim – a to wzmaga opór. Ale czasem jest tak, że pary zamiast motywacji, o której mówiłem, a którą można ująć słowami: „Nie idzie nam, spróbujmy coś z tym zrobić”, mają taką: „To ty powinieneś się zmienić, ze mną jest wszystko w porządku”.

Przychodzą na terapię po to, by się poskarżyć na drugą osobę i usłyszeć, że to one mają rację?
Często nawet mówią to wprost na konsultacji: „Ja chciałam przyjść z mężem” czy „Ja chciałem przyjść z żoną, żeby ktoś mu/jej obiektywnie powiedział, że…”.

A co jest tym bezpośrednim czynnikiem, który sprawia, że jednak decydują się przyjść?
Zwykle przychodzą, bo kryzys tak narasta, że dochodzi do bardzo impulsywnej kłótni albo sytuacji około zdrady. I zazwyczaj są to stany przetrzymane. Tak jakbyśmy zgłaszali się do lekarza z chorobą, która od bardzo długiego czasu trawi nasz organizm.

Czy to znaczy, że leczenie będzie trwało równie długo?
To zależy, na co się umawiamy. Jeśli osoby chcą szukać rozwiązań kryzysu i poprawy relacji, a dzieje się między nimi źle od pięciu lat czy od początku ich wspólnego życia, to terapia siłą rzeczy nie może być krótka. Ale czasem jest tak, że przetrzymania skutkują taką motywacją: „OK, to zgłośmy się na terapię po to, by dobrze się rozstać”. Jeżeli oboje są na to gotowi i przejawiają mało impulsów agresywnych względem drugiej osoby – to czasem nie musi być to długa terapia, bo oni są pogodzeni ze swoją sytuacją, nie mają żalu, pretensji, chcą jedynie zrozumieć, co się między nimi wydarzyło, że znaleźli się w miejscu, z którego nie ma już odwrotu. Myślę, że najtrudniejsza i najdłuższa praca szykuje się wtedy, kiedy konflikt w parze jest bardzo długo utrzymany, a sytuacja między partnerami doprowadziła do dużego oddalenia. Nie ma otwartego, agresywnego konfliktu, tylko dużo obcości, wycofania i głębokiej bierności.

Czy wtedy jest to już praca nad dobrym rozstaniem, czy są szanse na uratowanie związku?
My jako terapeuci nigdy nie zakładamy, co będzie tym celem. Bywa, że para przychodzi do nas w stanie wielkiego oddalenia, ale deklaruje chęć szukania rozwiązań i zrozumienia drugiej osoby. I wtedy tego szukamy. Ale szukając, zwracamy też uwagę na to, co powoduje tę bierność i oddalenie. Niekiedy pod nimi kryje się dużo innych, trudnych uczuć: żale, zranienia z przeszłości lub niemożność radzenia sobie z bezradnością, która powoduje, że mąż schodzi do garażu i spędza tam cały dzień. Bo może jest tak, że wprawdzie siedzi w garażu, ale w środku złości się na żonę, a jak się złości, to znaczy, że mu zależy. A jeśli mu zależy, to być może jest jeszcze o co walczyć. Ale czasem on się nie złości, tylko naprawdę wycofuje i jest już za taką granicą obojętności, którą trudno pokonać nawet w terapii.

Zdarzają się pary, które przychodzą już na początku takiego kryzysu, kiedy pojawiają się pierwsze trudności?
Ostatnio obserwujemy wiele młodych par, które przychodzą do nas na etapie narzeczeństwa. Czasem to jest zdumiewające, bo para siada w gabinecie, gdzie zwykle małżonkowie opowiadają o swoich żalach czy trudnościach z naprawdę długą historią, a taka para zaczyna: „Jesteśmy ze sobą od pół roku i nie mieszkamy razem”. Myślę, że fakt, że pierwszy kryzys zdarza się im już na samym początku, jest wynikiem zmian społecznych – kiedyś narzeczeństwo trwało dłużej. Na przykład on i ona poznawali się w szkole średniej, byli ze sobą cztery lata, mogli obserwować się i sprawdzać w różnych okolicznościach: w szkole, na przerwie, na wagarach. W związku z tym słabszy był i tak obecny w sytuacji zakochania taki czynnik jak idealizacja, czyli tendencja, żeby w kimś widzieć to, co się chce widzieć. Ona teraz jest silniejsza, bo mniej mamy danych i możliwości ich konfrontacji z rzeczywistością. Obecnie jest mnóstwo młodych par, które związały się ze sobą przypadkowo, poznały się w sytuacji towarzyskiej – na imprezie u znajomych czy przez Internet – i praktycznie tylko w takich okolicznościach się spotykają. Z drugiej strony jest dziś więcej lęku przed zobowiązaniem, stąd pary, które właściwie dawniej nie zgłosiłyby się na terapię, tylko albo by się rozstały albo same szukały rozwiązania konfliktu, teraz uznają, że terapia jest im potrzebna. Myślę, że jest to też wynikiem większej świadomości tego, że z terapii można i warto korzystać.

Czy kryzys, z którym przychodzą do pana pary, dotyczy głównie ich relacji czy też wizji związku i miłości? Traktują związek jak coś, nad czym można pracować, czy raczej jako coś, co nie uda się bez strzały Amora?
To zależy od różnic indywidualnych oraz tego, jaką kto ma emocjonalność i usposobienie temperamentalne, a nawet biologiczne.

A nie jest to pokoleniowe?
Na pewno starsze pary, które są w swoich pięćdziesiątych latach życia, inaczej patrzą na związek i miłość – bardziej przez pryzmat przywiązania, lojalności i zobowiązania w postaci domu czy dzieci niż intymności czy seksualności. Ale jeśli pyta pani o strzałę Amora, to są osoby, które bardzo silnie przeżywają namiętności, zarówno te miłosne, jak i nienawistne. I jeśli wejdą w relację dwie osoby o podobnej strukturze, to są to związki bardzo burzliwe, pełne rozstań, kłótni, napięć. Ogromnych namiętności, ale i wielkich dramatów. Takie pary bardzo mocno widzą w drugiej osobie to, czego nie lubią w sobie i – jednocześnie w sobie tego nie dostrzegając – złoszczą się na to podwójnie. Są to więc czasem strzały Amora, a czasem strzały niczym z kuszy.

Ale podczas terapii chcą pracować nad związkiem?
Te pary przychodzą bardziej na skargę lub żeby terapeuta rozsądził, kto ma rację. Mają dużą niezgodę na dostrzeżenie swojego udziału w tym, co się stało. Na tyle mocno przeżywają własne porywy uczuć i namiętności, że właściwie nie mają w głowie konstruktu „my”. Są skoncentrowane na tym, jak mocno zostały zranione, albo na tym, jak bardzo kochały.

Może wtedy lepsza byłaby terapia indywidualna, osobna? Jest jakiś schemat pracy w terapii z parą?
Terapia pary nie wyklucza terapii indywidualnej. Najlepiej jak taką indywidualną pracę podejmują oboje partnerzy. Ważne, by było to u innych terapeutów niż ich wspólny. Nierzadko w terapii par pracujemy metodą dwoje terapeutów na parę, gdzie zwykle jest terapeuta mężczyzna i terapeuta kobieta, ale z powodów logistycznych lub finansowych często jest to niemożliwe. Wtedy musi wystarczyć jeden terapeuta i ważna jest jego neutralność, czyli to, żeby nie miał indywidualnych informacji od jednej ze stron, które dotyczyłyby pary. Unikamy sytuacji, w której przychodzi do nas jedna osoba, a potem dopraszamy na terapię jej partnera – wtedy kierujemy ich jako parę do innego terapeuty.
Na początku umawiamy się na konsultacje, które służą terapeucie do tego, by lepiej poznał parę i zrozumiał jej problem, a parze, by przyjrzała się problemowi i zobaczyła, czy taka rozmowa ma sens i daje jej jakąś nadzieję. Bo zwykle pierwsze konsultacje wywołują dwa rodzaje uczuć w parze: nadziei i ulgi, że dotarło się do gabinetu razem i podjęło się rozmowę na trudny temat, ale też bólu i lęku. Przecież odsłaniamy rany i dotykamy bolesnych miejsc. Zwykle mówimy, że tak będzie i żeby pod wpływem tych bolesnych impulsów para nie chciała się wycofać z terapii. Prosimy też, by jeśli zechcą – oboje lub jedno z nich – zrezygnować z terapii, to żeby powiedzieli o tym w gabinecie, a nie używali sytuacji wspólnego spotkania i rozmowy do tego, by kogoś zranić czy odrzucić i na przykład nie przyjść, wystawić drugą osobę.
Kiedy problem, z którym para się zgłasza, i to, co chce z nim zrobić, mamy już omówione, umawiamy się na spotkania terapeutyczne. Mają one służyć rozmowie o tym, co trudne, która ma szansę doprowadzić do dobrych dla nich rozwiązań: czasem poprawy relacji, a czasem godnego rozstania z zachowaniem szacunku w relacjach.

Spotkania terapeutyczne zwykle odbywają się raz na tydzień lub na dwa tygodnie, ale co się dzieje pomiędzy nimi? Kiedy odbywa się proces leczenia?
On odbywa się na bardzo wielu poziomach. Jako terapeuci zdajemy sobie sprawę z tego, że ten czas, kiedy widzimy parę, to tylko mały wycinek ich życia. To, co staramy się zrobić w tym czasie, to odkryć coś razem, dodać coś nowego do ich sposobów przeżywania siebie, do ich myślenia. Rozmowa w gabinecie jest specyficzna – odbywa się w skupieniu i ma duży walor modelujący, czyli pokazujący, że można usiąść i nie wbijając sobie szpil, spróbować wysłuchać drugiej osoby i wyrazić siebie inaczej. Między sesjami bywa różnie.
Są pary, które używają tego, że są w terapii, do unikania pewnych tematów. Mówią: „Nie będziemy o tym rozmawiać w domu, tylko na terapii”. Z jednej strony to dobrze, że para chroni się przed dalszym ranieniem, jednak z drugiej w ten sposób blokuje zmianę. Ale wtedy rozmawiamy o tym, co to powoduje, jaki lęk się wtedy odzywa. Bo pomijając sytuacje dużego konfliktu, dobrze jest, jeśli para pomiędzy sesjami jest w kontakcie, próbuje nowych rzeczy, rozmawia.

Co jest najczęstszą przyczyną kryzysów w związkach? Dom rodzinny, różnice temperamentalne, zranienia? Co mówią pary? Co pan sam zauważył?
Wszystkie czynniki, które pani wymieniła, badamy i wszystkie dużo wnoszą. Na przykład często rysujemy coś, co się nazywa genogramem, czyli strukturę rodziny pochodzenia i relacje pomiędzy jej członkami. Czasem to pokazuje, że mąż jest najstarszym dzieckiem w rodzinie, a żona najmłodszym – co ma znaczenie. Czasem widzimy, jaki był przekaz transgeneracyjny w danym domu, czyli co było premiowane, a co nie. Jednak ogromną rolę odgrywają czynniki temperamentalne i procesy idealizacyjne. Bardzo często największym trudem terapii jest doświadczenie bezradności wobec tego, kogo chciało się widzieć w partnerze, oraz tego, kim ten drugi nie jest i, co więcej, może stać się nim tylko w niewielkim stopniu.
Na przykład w rodzinie pochodzenia kobiety był ogromny konflikt, latały butelki i talerze. Nagle w jej życiu zjawia się ktoś, kto jest spokojny, porządny, uczciwy, nie krzyczy, podchodzi z szacunkiem. Pobierają się i są szczęśliwi. Ale z czasem okazuje się, że ta jego cichość nie tylko dotyczy tego, że butelki nie latają, lecz także wszystkiego innego i nie da się z nim na przykład porozmawiać o tym, co on czuje, bo nie ma słownictwa do opisania swoich emocji, a może też ma takie doświadczenie, że nie było sensu tego wyrażać, bo to nic nie znaczyło. I nagle ktoś, kto był oazą spokoju i wybawicielem, staje się woskową figurą, niereagującą, bierną. Ona próbuje się dopraszać jakiejś reakcji i sięga po podobne środki, jakie były stosowane u niej w domu – zaczyna krzyczeć. Na co on reaguje jeszcze większym wycofaniem. My z tego męża podczas terapii nie zrobimy superresponsywnego, on może trochę bardziej dostrzegać jej potrzeby i ośmielać się wyrażać swoje stany emocjonalne, ale czy to „trochę bardziej” jej wystarczy? Czasem wystarczy, bo w ślad za tym idzie odkrycie, że może on nie jest tak emocjonalny, jakby chciała, ale jest dobrym ojcem dla dzieci. I to jest dla niej w porządku. A czasem to za mało, ona potrzebuje czegoś więcej. Wtedy pojawia się kolejne pytanie: czy partner ma nam dawać wszystko, czego potrzebujemy, czy możemy te rzeczy też czerpać skądinąd lub sami o nie zadbać?

Może dobrym pomysłem byłoby przychodzić na taką terapię jeszcze przed ślubem?
Terapia jest procesem leczenia, czyli działa, kiedy kryzys już się pojawi. Zanim to się stanie, można skorzystać z szerokiej oferty warsztatów dla par. Takie warsztaty działają na zasadzie swoistych nauk przedmałżeńskich. Pokazują wiele rzeczy, a jednocześnie ta wiedza o sobie nie jest obarczona takim trudem jak w kryzysie. A dziś naprawdę coraz trudniej jest kogoś dobrze poznać. To, co mógłbym doradzić wszystkim, to stwarzać sobie okazje do wzajemnego poznania się, w różnych sytuacjach, nie tylko wyjazdowo-balangowych. Związki, które powstały na bazie przyjaźni, bardzo rzadko pojawiają się na terapii, a gdy się pojawiają, to zwykle w atmosferze szacunku.

Pewnie dla niektórych par godzina terapii tygodniowo to jedyne chwile, kiedy skupiają się tylko na sobie. Na co dzień brak im na to czasu…
Tempo naszego życia jest rzeczywiście szybsze niż kiedyś, ale żeby kogoś czule dotknąć czy popatrzeć mu w oczy i poszukać w nich zrozumienia, nie trzeba dużo. To można zrobić i w przelocie. Bardzo łatwo brak czasu wziąć za zasłonę, za którą pielęgnuje się samotność i złość. Ja często nie dowierzam, gdy na moje pytanie: „Jak minął wam tydzień?” słyszę: „Tyle się działo, że nie było okazji, by porozmawiać”. Nawet jeśli jest mało czasu, to można pod kołdrą stopą kogoś dotknąć, a można nie dotknąć.