Wszyscy jesteśmy dotknięci narcyzmem. Wojciech Eichelberger o tym, jak żyć w związku z narcyzem

Psychoterapeuta Wojciech Eichelberger twierdzi, że wszyscy jesteśmy dotknięci narcyzmem. I stawia temat „związku z narcyzem” w zupełnie nowym świetle. (Ilustracja: iStock)

Narcyz jest zwykle przedstawiany jako jednostka szkodliwa, którą trzeba wręcz wykluczyć ze społeczeństwa. Tymczasem, jak przekonują psychologowie, to osobowość głęboko skrzywdzona; on żyje w przekonaniu, że jest niewiele wart, stąd musi ciągle udawać, że jest inaczej. Psychoterapeuta Wojciech Eichelberger twierdzi, że wszyscy jesteśmy dotknięci narcyzmem. I stawia temat „związku z narcyzem” w zupełnie nowym świetle.

Nie chciałabym, by była to rozmowa o tym, jak obronić się przed narcyzem czy jak się od niego uwolnić. We mnie wzbudza on więcej współczucia niż strachu czy pogardy. Jest w końcu człowiekiem, a nie jakimś „stworem”.
O ludziach cierpiących z powodu swoich uwarunkowań psychicznych zawsze należy mówić ze współczuciem i zrozumieniem. Zresztą wszyscy mamy jakieś ograniczające uwarunkowania psychiczne, choć na szczęście nie zawsze na tyle dolegliwe, żeby psuły nam życie. A ponieważ owe uwarunkowania tworzą się w naszej psychice we wczesnej, bezrefleksyjnej, niewystarczająco samoświadomej fazie, więc trudno kogokolwiek czynić odpowiedzialnym za to, jakim się stał. Nie wybieramy świadomie swojego charakteru czy osobowości. Staje się nią nasza dziecięca strategia przetrwania, adekwatna do emocjonalnych warunków dyktowanych przez otoczenie. Dopiero w dorosłym życiu – gdy rozwijamy samoświadomość – mamy szansę zdać sobie sprawę z charakteru i ograniczeń naszej strategii, a także z faktu jej nieprzystawania do nowej, dorosłej sytuacji. Wtedy dopiero możemy też podjąć różne działania na rzecz zmiany. Nie jest to proces łatwy ani szybki, bo ta dziecięca strategia obrosła w międzyczasie licznymi doświadczeniami, nakładkami i uzupełnieniami, stając się w rezultacie naszym charakterem i psychologiczną tożsamością.

Czyli to, co często nazywamy charakterem, jest tak naprawdę nawykiem, który wszedł nam w krew, bo zwyczajnie nam się opłacał?
Można tak powiedzieć. W istocie bowiem wspomniana strategia nie jest naszym ostatecznym, niezmiennym „ja” – jest zaledwie punktem startowym procesu poszukiwania prawdziwego „ja”, który wielu ludzi na różne sposoby podejmuje. Aby to podkreślać, staramy się także w warstwie językowej nie utożsamiać osoby z jej charakterem. Dlatego kogoś, kogo dzieciństwo ukształtowało narcystycznie, nie nazywamy „narcyzem”, lecz „osobą narcystyczną” albo „osobą o charakterze narcystycznym”.

W czym strategia narcystyczna miała zatem pomóc tym osobom w dzieciństwie? Chronić przed porzuceniem, odrzuceniem?
Ochrona przed porzuceniem i odrzuceniem to minimalne cele każdej dziecięcej strategii, również narcystycznej. Celem maksimum – znacznie trudniejszym do osiągnięcia – jest uszczęśliwienie rodziców i zapewnienie sobie dzięki temu ich miłości oraz uznania. A zdobywa się ten skarb tylko wtedy, gdy zdołamy trafnie odczytać ich oczekiwania i potrzeby z nami związane, i poświęcimy wiele, żeby je przynajmniej w jakiejś mierze zaspokoić. Aby użyć wyrazistego przykładu, narcyzm jest bardzo często cechą osób z historią DDA, czyli Dorosłych Dzieci Alkoholików. Takie dzieci są zawsze zdradzane przez rodzica z tym, od czego się uzależnił. Nie mają szans wygrać jego miłości i lojalności, bo on jest uzależniony. Dziecko zawsze przegra – z alkoholem, hazardem czy inną używką.

A przecież osoby narcystyczne postrzega się zwykle jako demoniczne, a DDA raczej jako ich ofiary.
To zależy. Niektórzy DDA mają za sobą historię rodziny alkoholowej, ale są niezwykle ambitni, bardzo siebie dyscyplinują i często popadają w perfekcjonizm – który też jest formą narcyzmu. Strasznie im zależy na tym, by jak najlepiej wypaść, zasłużyć na uznanie i lojalność otoczenia.
Generalnie narcyzm może się brać ze zdrady w dzieciństwie, która pozostawia po sobie syndrom DDA, może też brać się z takiej sytuacji, która zdarza się często i nie jest definiowana jako rodzinna patologia, czyli na przykład ojciec jest bardzo wymagający, stawia wymagania nie do spełnienia i nigdy nie jest zadowolony, a mama, żeby jakoś skompensować cierpienie dziecka, z którego ojciec nigdy nie jest zadowolony – przecenia je i przechwala. Wszystko jej się podoba, cokolwiek dziecko zrobi, to jest super. I wtedy ono dorasta, właściwie nie wiedząc, co jest warte i co naprawdę potrafi, bo nigdy nie dostało tzw. realistycznego odzwierciedlenia. Zawsze było albo niedoceniane, albo przeceniane. Co nie znaczy, że czuło się niekochane, tylko pogubiło się całkowicie w tym, co jest jego mocną, a co słabą stroną.

Czyli strategia „jestem super” ma chronić przed myślą: „a może wcale nie jestem super”? Dodaje wartości, której tak naprawdę się nie czuje?
Cóż, bardzo często rodzicami osób narcystycznych są osoby narcystyczne. Zwykle jedno z nich, np. wymagający, nigdy niezadowolony ojciec, który prawdopodobnie przeniósł na syna jeden do jednego sytuację z własnego dzieciństwa. Sam jako dziecko dociskany wymaganiami, których nie był w stanie spełnić, wszedł w dorosłe życie z poczuciem nieudacznictwa i bezwartościowości. Kiedy więc został rodzicem, włączył mu się mechanizm „ofiara szuka ofiary”.

Czy zawsze ten schemat musi być przekazywany z pokolenia na pokolenie?
Nie zawsze. Ale wtedy rodzic musi się zreflektować, że to, co robi, jest fundowaniem innemu tego, co jemu samemu było niemiłe. Albo gdy dziecko stworzy ważną dla niego relację z jakimś innym dorosłym, od którego dostanie wsparcie i realistyczną ocenę swojej wartości.

Ale jedno jest pewne – szkodliwą strategię można zmienić. Od czego zaczyna się pracę terapeutyczną?
Pierwszym etapem pomagania takim ludziom jest uświadomienie im, że ich styl funkcjonowania w dorosłych relacjach z ludźmi jest przeniesionym z dzieciństwa dostosowaniem do sytuacji, w której dorastali. I że wtedy była ona skuteczna, inteligentna, ale teraz – w dorosłym życiu – powoduje nieporozumienia, konflikty i nieszczęścia, więc czas ją porzucić. To właśnie najczęściej konflikty, nieporozumienia, rozstania, niemożność utrzymania związku, sprawiają, że osoby narcystyczne przychodzą po pomoc.

A sądzi się, że osobowości narcystyczne są zadowolone ze swojego życia i tego, kim są.
To prawda. Na ogół są z siebie zadowolone i nie przychodzą do terapeuty z pomysłem „jestem niepoprawnym narcyzem, proszę mi pomóc”, bo – jak powiedziałem – nie uświadamiają sobie swoich uwarunkowań. Ale skarżą się, że ludzie nie potrafią ich docenić, a życie im się komplikuje ponad miarę. Z tym przychodzą.

Czyli przychodzą z jakimś rodzajem kryzysu?
Mówią na przykład: „Mój trzeci poważny związek się rozpadł” albo: „Nie potrafię znaleźć partnerki/partnera. Szybko się zniechęcam i odchodzę”. Po pewnym czasie wspólnej pracy z terapeutą to zdanie będzie brzmieć: „We wszystkich związkach czułem/łam się niepewny/a i skazany/a na to, że zostanę opuszczony/a, więc odchodziłem/łam pierwszy/a, aby mniej cierpieć”.

Podczas jednego ze spotkań „Filmoterapia z SENSem” mówiłeś o depresji narcystycznej, czyli rodzaju kryzysu, który może być szansą na zmianę dla osoby ze spektrum narcyzmu.
Depresja narcystyczna jest nieodzowną fazą procesu urealniania swojej wartości. Strategię narcystyczną budujemy po to, by się uchronić przed cierpieniem związanym z poczuciem, że nic nie jesteśmy warci i jako tacy nie zasługujemy na zainteresowanie, obecność i lojalność innych. Aby ukoić ten niepokój, pracowicie budujemy fasadę atrakcyjności i wyjątkowości: poprzez kupowanie wyjątkowych przedmiotów, kolekcjonowanie wyjątkowych znajomych, bywanie w wyjątkowych miejscach itp. Osoba narcystyczna ulega złudzeniu, że im bardziej imponująca stanie się ta fasada, tym bezpieczniej będzie się czuła. Ale okazuje się, że jest całkiem odwrotnie. Kiedy ktoś narcystycznie ukształtowany zauważa, że fasada nie chroni przed wątpliwościami co do własnej wartości i tożsamości, pojawia się depresja narcystyczna. Czyli wracamy do uczuć dziecka, którym kiedyś byliśmy, zmuszonego do budowania fasady pozorów, by zadowolić wiecznie niezadowolonego rodzica. Bo skoro nie mogło tego rodzica w żaden sposób zadowolić, to musiało nauczyć się ściemniać, kłamać i koloryzować. A potem – nie wiedząc o tym – kłamało już samo przed sobą. Trzeba więc wygrzebać tego świetnego dzieciaka spod sterty kłamstw, pozorów oraz niesprawiedliwych rodzicielskich ocen i epitetów – a potem pogodzić go samego ze sobą.

Ten proces może zakończyć się sukcesem?
Może, choć jest bardzo trudny. Tym trudniejszy, im później ktoś trafia na terapię, na przykład jeśli robi to ktoś w kryzysie połowy życia. Wtedy bardzo trudno spojrzeć za siebie i choćby zapytać: „Czyżby całe moje dotychczasowe życie to był jeden wielki fejk?”. Obrona przed taką świadomością jest zrozumiała i bardzo silna.

Skupmy się może na bliskich relacjach. Jak strategia narcystyczna przejawia się w związkach?
W strefie relacji narcyzm sprowadza się w gruncie rzeczy do takiego przekonania: „Nie jestem wart miłości”. I jak ktoś wchodzi w związek z takim przekonaniem – bo to coś więcej niż nastawienie – to najpierw zaczyna się bardzo starać, żeby go pokochano, ale ponieważ w głębi duszy wie, że to i tak się nie uda, próbuje w jak największym stopniu uzależnić tę drugą osobę od siebie. Tak się przejawia jego strategia.

Czyli nawet jeśli nie będzie mnie kochała, to będzie musiała ze mną być.
Nawet więcej: ponieważ wiadomo, że nie będzie mnie kochała, to ja muszę się dla niej stać absolutnie niezbędny. Czyli – jeśli mówimy o narcystycznym mężczyźnie – muszę ją osaczyć, ubezwłasnowolnić, sprowadzić do pozycji dzidzi, co to sobie sama w życiu nie poradzi i potrzebuje opiekuna. Taki partner z jednej strony uspokaja się tym, że wprawdzie nie jest kochany, ale stał się niezbędny, a z drugiej czerpie z tego pewną satysfakcję w obszarze poczucia własnej wartości.
W pewnych okolicznościach taki związek może trwać bardzo długo. Jeśli jeszcze ta druga osoba, jak to się mówi, gra w dzidzię, to bardzo potrzebuje kogoś, kto gra w opiekuna. Związek, gdzie dwa deficyty się bardzo dobrze uzupełniają, nazywa się związkiem koluzyjnym. Ma on jednak tę jedną zasadniczą wadę, że właściwie nikt nie jest w nim do końca szczęśliwy. Nikt nie realizuje swojego potencjału, nie przekracza swoich ograniczeń i deficytów z dzieciństwa.

Obie osoby w takim związku mają rys narcystyczny? Jedna może poczuć się ważna, dzięki temu, że się opiekuje, a druga dzięki temu, że trzeba się nią opiekować?
Wszyscy mamy jakiś rys narcystyczny. Trzeba to sobie jasno powiedzieć, że mniejszy lub większy narcyz mieszka w każdym z nas. Bo na podstawowym, egzystencjalnym poziomie nikt nie jest pewny, kim naprawdę jest i co jest wart. Musimy więc sobie tworzyć mniej lub bardziej tymczasowe fasady i je od czasu do czasu „podmalowywać”.

Dzisiejsze czasy dają nam wiele możliwości podmalowania wizerunku.
Tak, obecnie możemy się wykreować na kogo tylko zechcemy. Dlatego narcyzm jest dziś tak powszechny i trzeba stale ludzi uwrażliwiać na te groźne manowce. Jak już powiedzieliśmy, osoba narcystyczna nie zna swojej prawdziwej wartości, musi więc się w jakiś sposób kreować. Przynajmniej w oczach jednej osoby. Na przykład w takim związku, o którym przed chwilą mówiliśmy, albo w oczach jakiegoś większego lub mniejszego otoczenia. Ale oczywiście im bardziej się kreuje, tym bardziej się oddala od tego, kim jest, i żyje w coraz większym lęku, że jej kreacja zostanie zdemaskowana.
Wracając do naszego przykładu, osoby narcystyczne często wiążą się z innymi osobami narcystycznymi. Jeśli kobieta w ramach strategii z dzieciństwa nauczyła się grać w dzidzię, to w jakiś sposób grzeje się w świetle swojego partnera, bo na ogół wybiera sobie kogoś mocno osadzonego, czyli mającego jakąś imponującą jej fasadę, gwarantującą korzystną społeczną ekspozycję i materialne bezpieczeństwo. Obie strony są narcystycznie usatysfakcjonowane, ale nie ma tam na ogół miejsca na głębokie uczucie. Oczywiście taka para nie zdaje sobie sprawy z tego, że w tak skonstruowanym związku brakuje silnej emocjonalnej więzi. Ten brak uświadomią sobie oni i odczują po latach – jeśli będą mieli trochę szczęścia i dużo odwagi. Na razie narcystyczna satysfakcja decyduje o wszystkich ich poczynaniach. Najważniejsze jest wrażenie, jakie wywrą, na otoczeniu i na sobie nawzajem, i to, czy dodają sobie nawzajem splendoru i czy ich wartość rośnie w oczach innych.

Ktoś narcystyczny potrafi się zakochać?
Zakochać to się prawie każdy potrafi, z nielicznymi wyjątkami, ale kochać to jest już inna opowieść. Osoby narcystyczne tworzą takie związki, które są ciągle zagrożone rozpadem – ponieważ wątpią w swoją wartość, więc nie potrafią też uwierzyć w trwałość zachwytu i przywiązania partnera czy partnerki. Na ogół w takim związku ciągle trwa jakiś dramat, balansowanie na krawędzi.

To są takie wymyślone, wydumane dramaty?
W istocie wydumane, choć z punktu widzenia osoby narcystycznej całkiem realne. Bo skoro jestem pewien, że partnerka kiedyś porzuci mnie z dnia na dzień i żyję w lęku, to aby poczuć się bezpieczniej, na boku zbuduję drugi, równoległy związek.

Ale czy to nie jest krótkowzroczne? Przecież kiedy obie partnerki dowiedzą się prawdy, poczują się zranione i zapewne nie będą chciały być już w takim związku.
Wszystkie strategie – nie tylko narcystyczna – są krótkowzroczne i działają na zasadzie samospełniającej się przepowiedni. Z drugiej strony scenariusz, o którym mówisz, wcale nie musi się zdarzyć. Zwykle jeśli prawda wychodzi na jaw, zaczyna się ostra jazda, zwana narcystycznym tangiem. Polega ono na tym, że gdy jeden z partnerów się oddala (na przykład ma romans lub przygodę na jedną noc), to drugi, szarpany zazdrością, zaczyna za nim podążać i o niego walczyć. Gdy ten pierwszy nasyci się erzacem miłości, czyli zazdrością, i z poczuciem satysfakcji powróci do pierwotnego związku, to wtedy ten drugi zacznie się, niejako w rewanżu, oddalać – a ten pierwszy za nim podążać.
W ten sposób partnerzy w związkach narcystycznych – obawiając się zaangażowania serca i związanego z tym autentycznego zbliżenia, które w ich przekonaniu grozi ujawnieniem ich wyuczonej, wydumanej bezwartościowości – w zamian karmią się lękiem przed porzuceniem i zazdrością. W konsekwencji nieświadomie fundują swojemu partnerowi przeżywanie tego samego, co było ich udziałem w dzieciństwie: lęku przed odrzuceniem i porzuceniem przez nadmiernie wymagającego i wiecznie nieusatysfakcjonowanego rodzica.

A jeśli osoba narcystyczna zwiąże się z osobą nienarcystyczną?
Czasami tak się zdarza. Wtedy taka osoba zamęczy nienarcystyczną partnerkę scenami zazdrości albo wymaganiami dotyczącymi jej wyglądu lub domaganiem się uległości i upokarzaniem jej – co prędzej czy później doprowadzi do kryzysu w tym związku. Może to na przykład przybrać taki obrót: wiecznie rozczarowany i nienasycony narcystyczny partner będzie szukał innych obiektów, skuteczniej reperujących jego niskie poczucie wartości, a jego partnerka umęczona podejrzeniami o zdradę, paranoiczną kontrolą i upokorzeniem, wda się w romans z kimś, kto uwierzy w jej miłość i ją doceni.

Można zakochać się w osobie narcystycznej i chcieć jej pomóc? Może ktoś po przeczytaniu naszej rozmowy zorientuje się, że jest w związku z taką osobą i będzie chciał towarzyszyć jej w zmianie.
Jak się kocha kogoś ze spektrum narcyzmu, to właściwie nie wiadomo, kogo się kocha. Dopiero po jakimś czasie trwania związku okazuje się, że pokochaliśmy tylko pozór i fasadę. Bo nagle ta niegdyś wspaniała osoba, uzależnia nas od siebie, upokarza albo traktuje instrumentalnie – jako kogoś, kim można imponować innym ludziom. Niełatwo wtedy wytrwać w swojej miłości do kogoś takiego. Chyba że ten ktoś podejmie wysiłek poszukiwania prawdziwego siebie.

Czy narcystyczną formą uwiązania przy sobie może być długo trwająca choroba, na przykład depresja? Partner czy partnerka czasem mówią: „Bez ciebie sobie nie poradzę, ale tobie na pewno będzie lepiej beze mnie”.
Narcyzm może być dobrze skompensowany lub zdekompensowany. Pierwszy charakteryzuje się tym, że jego fasada jest na tyle silna i dobrze skonstruowana, że nie przepuszcza informacji o tym, iż coś może być źle z poczuciem wartości. Drugi, zdekompensowany typ narcyzmu, karmi się strategią ofiary, czyli przyznaje się przed sobą i przed światem, że czuje, że nie jest nic wart – ale wtedy jest najmniej wartościowym człowiekiem na świecie, wielkim kłopotem itp. – czyli znowu kimś wyjątkowym. Często od takiej osoby można usłyszeć: „Nie ma bardziej beznadziejnego człowieka na tym świecie niż ja, więc jeśli mnie zostawisz, zabiję się. Bo jesteś jedyną osobą, która mnie toleruje”. W ten sposób w dwóch krótkich zdaniach narcyzm obu stron dostaje potężną dawkę paliwa. Ale – podkreślmy to – nadal nie jest to związek oparty na miłości, a tylko na wzajemnym uwikłaniu.

Jak wybrnąć z takiej manipulacji: „jak mnie zostawisz, to się zabiję”?
Można na przykład powiedzieć: „Wiesz co, ty jesteś dorosły, ja jestem dorosła. Każdy z nas odpowiada za swoje życie. I twoje życie nie może zależeć ode mnie, bo ja tego nie uniosę. Nie jesteś moim dzieckiem. Albo więc pójdziesz na terapię i się jakoś ogarniesz, albo będziemy musieli się rozstać”.

I to zadziała?
Zadziała. Chyba że narcystyczny partner – tak jak przed chwilą mówiliśmy – trafił na narcystyczną partnerkę, która czerpie nieuświadomioną satysfakcję z tego, że jest dla partnera niezbędna.

W większości poradników na temat związku z osobą narcystyczną pojawia się rada: „Uciekaj!”. A co z opcją: „Zostań, ale ochroń siebie”?
Ta druga opcja też jest możliwa. Ale nie ma na to jednej odpowiedzi dla wszystkich przypadków. Każdy przypadek musi być osobno obejrzany, bo ilość dodatkowych okoliczności jest ogromna. Ale szczególnie ważne jest określenie charakteru i strategii drugiej strony relacji. Czy ta osoba zdaje sobie sprawę z tego, w co gra? Bo oczywiście najłatwiej jest umieścić wszystkie przyczyny kryzysu w drugiej osobie. Ale to nigdy nie jest prawdziwy obraz powodów kryzysu, co z reguły prowadzi do rozstania.

7 dobrych praktyk w związku z osobą narcystyczną

  1. Postaraj się go/ją zrozumieć: jego/jej strategie oraz uwarunkowania i wynikające z nich zachowanie.
  2. Przyjrzyj się swoim strategiom w waszym związku – czy ty też w coś nie grasz: w dzidzię, ofiarę, a może także szukasz potwierdzenia swojej wartości?
  3. Nie dawaj się zamęczać domaganiem się uwagi, uznania i podziwu, uległości i oddania – i nie zamęczaj tym partnera/ki.
  4. Nie ufaj nadmiernej i uogólnionej krytyce ani uogólnionemu wychwalaniu. Ufaj tym, którzy widzą twoje konkretne, dobre albo słabe strony.
  5. Dawaj konkretny pozytywny i negatywny feedback, np. „To i to budzi moje uznanie, radość, wdzięczność itp.”. Albo: „To i to budzi mój niepokój, gniew, niechęć, dezaprobatę itp.”.
  6. Nie pozwalaj się zamęczać scenami zazdrości spowodowanymi jego/jej lękiem przed porzuceniem ani nie zamęczaj tym drugiej strony. Mów wtedy do niego/niej: „Ciebie wybrałam/wybrałem i dla mnie jesteś najważniejszy/a i jedyny/a. Problem jest po twojej stronie, bo nie potrafisz w to uwierzyć”.
  7. Buduj swój związek na zaufaniu i bliskości. Podejrzliwość, zazdrość, wywyższanie się lub poniżanie uznaj za przejaw swojego lub/i jego/jej problemu z poczuciem wartości.