fbpx

Wszyscy jesteśmy straumatyzowani – rozmowa z terapeutką Kamą Korytowską

Wszyscy jesteśmy straumatyzowani - rozmowa z terapeutką Kamą Korytowską
Trauma oznacza oddzielenie od siebie i utrata kontaktu z rzeczywistością. (Fot. iStock)

Czym jest trauma? – Najprościej to oddzielenie od siebie i utrata kontaktu z rzeczywistością – odpowiada terapeutka Kama Korytowska. Według jej kryterium wszyscy jesteśmy w jakimś stopniu straumatyzowani. Jeśli jesteś wiecznie zabiegany, stale przemęczony, silnie zestresowany i niezadowolony z siebie – trauma może też ciebie dotyczyć.

Terapia traumy to obecnie jeden z prężniej rozwijających się trendów terapeutycznych. Czy to znaczy, że tak bardzo jesteśmy straumatyzowani czy że wreszcie tak dużo wiemy o traumie?
Przez 25 lat mieszkałam w Anglii, regularnie wracając do Polski, i w tym czasie nie spotkałam się tutaj z używaniem pojęcia „trauma”. Znano traumę fizyczną, czyli sytuację, w której na przykład łamiemy sobie nogę, ale w odniesieniu do psychiki określenie to nie było w moim doświadczeniu stosowane. Z drugiej strony od zawsze istniały kultury, zwłaszcza te bardziej pierwotne, które miały wypracowane narzędzia i struktury służące do tego, by na bieżąco radzić sobie z traumami, które zdarzają się w każdej społeczności.
Kiedy komuś dzieje się krzywda, spotyka go nieszczęście i traci kontakt ze sobą – zbiera się cała wioska, aby być przy nim, towarzyszyć mu, wspierać go i pomagać mu w powrocie do siebie. Na przykład w Anglii czy Stanach Zjednoczonych procedury pomocy terapeutycznej w takich przypadkach istnieją od kilkudziesięciu lat. Jednak w Polsce praca z traumą funkcjonuje dopiero od kilkunastu lat.

Jednocześnie mamy kilkaset lat traumatyzacji i mówię tu o wojnach, powstaniach czy zaborach.
Mówimy tu najpierw o 123 latach nieistnienia Polski na mapie, czyli o sześciu pokoleniach, które walczyły o przetrwanie i tożsamość, po czym o pierwszej wojnie światowej, chwili wolności, z którą nie bardzo wiedzieliśmy, co zrobić, oraz o drugiej wojnie światowej i cichej inwazji radzieckiej, której wpływ jest odczuwalny aż do dzisiaj. Czyli mówimy o 250 latach ciągłej traumatyzacji Polaków. A sięgam tylko do historii najnowszej. Trauma nie znika z czasem. Straumatyzowani rodzice nie mogą nie straumatyzować swoich dzieci. Jest więc przenoszona z pokolenia na pokolenie, ale również się kumuluje. Bo straumatyzowany mężczyzna nie ma wyjścia, zwiąże się ze straumatyzowaną kobietą, ich dziecko dziedziczy więc zarówno traumę matki oraz jej przodków, jak i traumę ojca i jego przodków.

Trauma przyciąga traumę?
Osoba niestraumatyzowana, zdrowa nie będzie w relacji ze straumatyzowaną. Osoba straumatyzowana ma bowiem zawężone pole zachowań i reakcji, zarówno na poziomie umysłu, serca, jak i ciała. Ktoś, kto ma dostęp do siebie, nie będzie chciał ani mógł być na stałe z kimś pozamykanym na siebie i innych.

Trauma to stan umysłu. Od jakiegoś czasu zaczęto nazywać nią nie tylko konkretne zdarzenia, takie jak wojna czy wypadki, ale też wpływ innych osób. Nie ma wojny, a traumatyzują nas relacje.
Bo jeżeli rodzic jest straumatyzowany, będzie traumatyzował swoje dziecko poprzez działania lub niedziałania. Jak widać, to nie musi być wojna czy samoloty zrzucające bomby, wystarczy rodzic, który nie jest w stanie spotkać się ze swoim dzieckiem na poziomie jego potrzeb i konieczności. I w zasadzie w tym momencie możemy mówić tylko o koniecznościach. Wiadomo, fizyczne konieczności to jedzenie, picie, ciepło i dach nad głową, ale mamy też symbiotyczne potrzeby: potrzebę bycia widzianym, potrzebę miłości, potrzebę bezpiecznego kontaktu wzrokowego i fizycznego. A matka, która jest straumatyzowana, nie może dać dziecku czegoś, do czego sama nie ma dostępu. Przy czym dodam, że nie mówimy tu o dobrej czy złej matce albo dobrym lub złym ojcu, ale o straumatyzowanych.

Jeśli spojrzymy na obecne młode pokolenie, czyli osoby przed trzydziestką, to z jednej strony widzimy ludzi dużo bardziej świadomych i w kontakcie ze sobą niż chociażby w moim pokoleniu, a z drugiej jest duża grupa młodych, którzy są mocno straumatyzowani. To o wiele bardziej powszechne niż nam się wydaje. Podam przykład: jestem w kawiarni i składam zamówienie. Powiedzmy, że mówię, że chcę cappuccino na wynos, małe, na mleku sojowym. Ekspedientka coś wstukuje na komputerze i pyta: „Z jakim mlekiem?”. Za chwilę: „Duże czy małe? Cappuccino czy latte?”.

Oj, tak, bardzo często jestem świadkiem takiej sytuacji.
Ale co to znaczy? O czym świadczy? Że dana osoba jest nieobecna wobec informacji, które do niej napływają. A to jeden z symptomów traumy – że nie kodujemy tego, co do nas przychodzi, nie jesteśmy w stanie być tu i teraz, bo nasza uwaga jest skierowana gdzie indziej. To taki drobny, wydawałoby się banalny przykład, ale bardzo symptomatyczny. W mojej młodości nie zdarzyło mi się, żeby kelner dwa razy pytał, co zamawiam. A teraz zdarza się to nagminnie.

Wszyscy kładziemy to na karb wszechobecnego pośpiechu. Ciągle gdzieś gonimy, więc tym trudniej się skupić.
Ale dlaczego gonimy? Zastanówmy się nad tym przez chwilę. Jeżeli gonimy, to zwykle za czymś. Albo przed czymś uciekamy. Co zresztą na jedno wychodzi. Jeżeli gonimy za czymś, to znaczy, że mamy poczucie braku. Osoba najedzona nie goni za posiłkiem, osoba z pełną kieszenią nie goni za pieniądzem, chociaż to też różnie bywa. Zmierzam do tego, że jeżeli uciekamy przed czymś, to trzeba ustalić, co jest dla nas zagrożeniem i czy ono w ogóle istnieje. Rozejrzyjmy się dookoła, popatrzmy, co nam dziś zagraża. Bombowce nad nami nie latają, tygrysy nas nie gonią, nikt nam nie przystawia pistoletu do głowy. Często mówię do osób, z którymi pracuję: „Weź przeciętny dzień ze swojego życia i zastanów się, jak bardzo czujesz w nim zagrożenie, przy czym 0 to brak zagrożeń, a 100 proc. oznacza pistolet przystawiony do głowy”. Jak pani sądzi, co mówią? Ile jest w ich życiu realnego zagrożenia? Ile jest w pani codzienności na przykład?

Nie wiem, może 25 proc. Mam na myśli to, że codziennie wsiadam do samochodu i ruszam w drogę. Do tego na przykład smog…
Ale czy to znaczy, że codziennie ktoś w panią uderza na drodze i cudem unika pani śmierci? No nie. Codziennie też atakują nas bakterie, ale nie określilibyśmy ich jako zagrożenia, o którym mówimy, czyli takich sytuacji, w których ktoś mnie goni, gwałci, grozi mi czy uderza we mnie ciężarówka. Podczas przeciętnego dnia mamy tak naprawdę
0 proc. zagrożenia. A teraz pomyślmy, jak duże jest odczuwanie zagrożenia w naszym codziennym życiu, znów skala jest od 0 do 100. Czyli 0 to zero stresu, kompletny relaks i poczucie bezpieczeństwa, a 100 to całkowity terror. Z reguły dostaję odpowiedź: 70, 80 lub 90 proc. A już każde odchylenie od 0 to mijanie się z rzeczywistością. Jakbyśmy żyli w stanie wojny. Nic dziwnego, że gonimy za czymś, czego nie ma, i uciekamy przed czymś, przed czym należałoby się zatrzymać i sprawdzić, jak faktycznie jest. Jedną z definicji traumy jest to, że w jej wyniku tracimy kontakt z rzeczywistością, czyli przestajemy reagować adekwatnie.

Czyli każdy z nas tak naprawdę potrzebuje terapii?
Specjalnie daję takie mocne kontrasty, żeby pokazać, jak bardzo odkleiliśmy się od siebie. I tu przechodzimy do kolejnej definicji traumy, jaką jest utrata kontaktu ze sobą. Konsekwencją tej utraty jest cierpienie. Tym cierpieniem jest choćby ciągły stres i ciągły pośpiech. Ból jest wpisany w życie każdego, także dzieci czy zwierząt, natomiast cierpienie, w tym psychiczne, jest opcjonalne. Czyli my sobie sami je dokładamy. Dlatego nie widzę obecnie ważniejszej rzeczy, ważniejszego zadania do wykonania, niż wrócić na swój tor. Zawsze powtarzam, że dla mnie praca z traumą odbywa się nie tylko na poziomie terapeutycznym, ale także duchowym. Czyli na poziomie: kim jestem? Co jest prawdziwe? Forma pracy, jaką między innymi praktykuję, IoPT, czyli Identity-oriented Psychotrauma Therapy, pozwala wyrwać się nam z tej pętli chomika, z tego chorego kołowrotka do rzeczywistości takiej, jaka jest.

Żyjemy dziś jak ten chomik?
Nasze życie stało się ucieleśnieniem naszych myśli, a przecież nie jesteśmy swoimi myślami. To tak jakbym powiedziała, czyli wyraziła na głos myśl: „to jest herbata”, ale przecież nie mogę napić się tą myślą. Myślami nie możemy się spełnić, jedynie rzeczywistością. Jest w nas więc z jednej strony ból tego rozszczepienia, czyli utraty kontaktu ze sobą i z rzeczywistością, a z drugiej strony – ogromna tęsknota. Zarówno ból, jak i tęsknota są interpretowane przez umysł w pewien sposób, w moim odczuciu mylny, że muszę szukać tego na zewnątrz, czyli: muszę zasłużyć sobie na miłość, muszę poprawić swój wizerunek, by ludzie mnie akceptowali itd., itp. Obecnie zwłaszcza wątek wizerunku jest bardzo mocno rozbudowany. Kiedyś lustro w domu to był luksus, dzisiaj mamy lustra wszędzie, nawet w torebce, przeglądamy się w szybach wystawowych. To może być jedna z form kompensacji poczucia braku. Zobaczmy, jak silny jest dzisiaj pęd za szczęściem. Ile rzeczy uważamy, że musimy zrobić, by być szczęśliwymi. Dla mnie osobiście definicja szczęścia to: być sobą. Stać się tym, kim już jestem. Bo to już jest, tylko jest niezrealizowane czy niespotkane.

Ciągle chcemy się ulepszać, a nie ma takiej potrzeby?
Ile osób kończy dziś więcej niż jedne studia, ile osób jest uzależnionych od warsztatów rozwoju? Do tego ciągle chodzimy zmęczeni. Dużo energii angażujemy w realizację pomysłów, które spalają na panewce oraz w systemy obronne, najczęściej broniąc się przed niewygodnymi uczuciami.

I to wszystko są efekty traumy?
To wszystko są efekty utraty kontaktu z samym sobą. W zasadzie nie znam osoby, która nie byłaby mniej lub bardziej straumatyzowana. To jest tylko kwestia intensywności. Weźmy sam fakt, że pępowina nowo narodzonego dziecka zostaje przecięta, zanim przestanie pulsować, czyli do 15 minut po porodzie. Jeszcze łożysko jest w łonie matki i do dziecka tą drogą nadal jest dostarczane pożywienie i pompowany tlen. Jeśli pępowina jest odcięta od razu, dziecko musi walczyć o swój pierwszy oddech. A przecież możemy dać mu szansę, by w ciągu tych 15 minut bardzo łagodnie przestawiało się na własne oddychanie. Wczesne odcięcie pępowiny jest najczęściej traumatyzujące. Powoduje wewnętrzne rozszczepienie, bo jest bezpośrednim zagrożeniem dla życia.

To, co właśnie pani opisała, psycholog Franz Ruppert nazywa wczesną traumą. Okres, kiedy może się nam ona przydarzyć, rozciąga od poczęcia do około pierwszego roku życia. Skąd mamy wiedzieć, czy taka trauma nam się zdarzyła? Przecież wtedy nie mieliśmy rozwiniętej pamięci.
Wiemy to po symptomach. Wśród moich klientów zdarzają się np. terapeuci, którzy mają na swoim koncie już 15 lat pracy ze sobą i z innymi, a tak naprawdę nie wylądowali w sobie. Czyli możemy bardzo dużo ze sobą zrobić, a widzimy, że nie załatwia to najistotniejszej sprawy. Czyli nadal nie wiem, kim jestem. Bo to nie jest wiedza teoretyczna, ona odbywa się na zasadzie styku. Nawet kiedy mówimy: „Chcę pokochać siebie”, to już mamy informację o tym, że jesteśmy od siebie oddzieleni. Bo jestem ja, która kocha, i ja, która jest kochana. Jesteśmy w rozszczepieniu.
Kiedy jesteśmy sobą lub sobą się stajemy, nie ma w ogóle tego tematu. Przestajemy się sobą w ten sposób zajmować, po prostu żyjemy bieżącą chwilą, rzeczywistością, życiem, które nas dotyka. I nie mówimy wtedy o poczuciu bezpieczeństwa, nawet o miłości, chyba że piszemy jakiś wiersz o niej. Przestajemy się tym zajmować, bo wszystko jest na swoim miejscu, nawet jeśli natrafiamy na trudne życiowe sytuacje.
Wracając do wczesnej traumy, najczęściej zajmujemy się tym, co pamiętamy. Dlatego, że mamy dostęp do pamięci, która opiera się na istnieniu myśli. Do około pierwszego roku mamy jedynie pamięć wewnętrzną, niejako schowaną. Dziś już wiemy, że woda ma pamięć – jako dorośli jesteśmy w około 75 proc. wodą, a w momencie porodu jesteśmy jak meduza, czyli w 99 proc. składamy się z płynów, w różnej postaci. Wszystko, co się w nas koduje, koduje się więc także na poziomie płynów. A rzadko potem z tego korzystamy. Proszę zauważyć, że wszelkie formy pracy z ciałem, np. masaże, to jest głównie praca z mięśniami, powięziami i kośćmi; mamy słabo rozwiniętą pracę z płynami i narządami wewnętrznymi. Zajmujemy się oprawą obrazka, a nie zawartością, nie tym, co jest procesem, co jest płynne. Dlatego pamięć maluszka nie jest nam dostępna poprzez pamięć świadomą. Na szczęście obecnie mamy narzędzia, które otwierają ten dostęp.

Dzięki tym narzędziom możemy scalić to, co zostało rozłączone?
Nie jest to takie proste i nie dzieje się tak szybko. Wyobraźmy sobie drzewo. Jego konstrukcja jest tak pomyślana, że może się uginać. Wyobraźmy sobie, że wiatr to stresor, więc kiedy wieje, drzewo się ugina, ale gdy przestaje wiać, drzewo wraca do pierwotnej postaci. Jeżeli jednak stresor wiatr jest za duży, czyli huraganowy, to konstrukcja drzewa może sobie z tym nie dać rady. I nawet jeśli wiatr ustanie, drzewo nie wraca do poprzedniej formy, jest rozłamane. To samo dzieje się z nami, ludźmi, tylko wewnętrznie. W wypadku małego dziecka niewiele trzeba, by doszło do takiego rozszczepienia. A rozszczepienie to jest najlepsza i najbardziej kreatywna rzecz, na którą nas wtedy stać.
Siła życiowa człowieka rozdziela się na dwoje. Jedna część pozostaje w przerażeniu, ogromnym pobudzeniu, wściekłości czy poczuciu opuszczenia – gdybyśmy mieli tylko ją, to umarlibyśmy albo oszaleli. Na szczęście powstaje też druga część, ta nastawiona na przeżycie. I to nas ratuje. Tak jak ratowało naszych przodków po wojnie, kiedy musieli powrócić do życia. Problem jest wtedy, kiedy zagrożenie mija, ale my nadal funkcjonujemy w poczuciu, że to zagrożenie jest realne. Zachowujemy się tak, jakbyśmy byli na wojnie, podczas gdy jest czas pokoju i wtedy możemy zająć się uzdrawianiem tego, co pozostaje w bólu i z czym utraciliśmy kontakt. Czyli najważniejsze jest rozpoznanie: już jest bezpiecznie. I tylko to, co jest w nas zdrowe, może to rozpoznać.

Jeśli nie mamy kontaktu z tą zdrową częścią w nas, działamy z rozszczepienia. Do jednej części spychamy to, co nas straumatyzowało i wszystkie uczucia z tym związane, druga zaś rozwija różne strategie, które mają nas chronić przed tą wiedzą i pozwalać przetrwać. I wkładamy mnóstwo energii w to, by utrzymać tę wewnętrzną granicę. Jedna strategia nie działa? Budujemy następną albo ją intensyfikujemy. Biegałem 20 minut? Będę biegał godzinę. Albo idziemy na warsztaty, które nauczą nas zarządzania sobą. Strategią może być na przykład łykanie tabletki, kiedy boli nas głowa. A przecież możemy się zatrzymać nad tym symptomem – wejść w siebie, a nie szukać od razu rozwiązania na zewnątrz. Pewien piękny współczesny nauczyciel mówi, żebyśmy się tak bardzo nie spieszyli z uzdrowieniem, czyli jak najszybciej pozbywali się np. bólu głowy, bo po drodze możemy przeoczyć dar, jaki niesie – być może wskaże nam miejsce, które w sobie opuściliśmy, odrzuciliśmy. Dając nam szansę do „wrócenia po siebie“.

Leczenie traumy polega na zwiększaniu dostępu do zdrowej części w nas, która jest w kontakcie z rzeczywistością?
To jest punkt wyjścia, bo tylko ze zdrowej części nas możemy wiarygodnie się w sobie poruszać, ale też w czasie całego procesu następuje rozwinięcie i wzmocnienie tego, co w nas zdrowe. Czas ma też tutaj duże znaczenie. Na przykład dzieci po traumatycznym porodzie mogłyby być jak najszybciej poddawane np. terapii czaszkowo-krzyżowej, tutaj każda doba się liczy. Jeśli zaś chodzi o inne traumy, to społeczeństwa powinny dopuszczać do siebie fakt, że trauma jest częścią życia, i mieć narzędzia, które pomagają w jej uzdrowieniu i integracji. Jeśli tak się nie dzieje, jeszcze bardziej się rozszczepiamy, w efekcie tracąc powoli kontakt z rzeczywistością, a żyjąc z pozycji tej części, która rozwija nowe strategie i ucieka przed sobą, czyli szuka rozwiązania na zewnątrz. Nawet jedna myśl może stać się taką strategią: na przykład Krytyk Wewnętrzny. Czyli nieświadomie wierzę, że jeśli siebie zaatakuję, osądzę, to wyjdzie z tego coś dobrego. Nie rozpoznaję, że to się nie sprawdza. Atakując siebie, tak naprawdę robię sobie krzywdę – może dojść do nowej traumy lub dawna trauma się powiększy. Z tej właśnie części odpowiedzialnej za strategie ludzie często przychodzą na warsztaty czy terapię. Tak jakby prosili: „proszę nauczyć mnie, jak lepiej uciekać od siebie, bo mi się to nie udaje”. Większość terapii uczy jeszcze nowszego czy lepszego zarządzania symptomem. W dodatku to takie zdrowe, więc czemu nie: uprawiajmy jogę, biegajmy. Tylko że w dużym stopniu, choć nie zawsze, jest to ucieczka przed sobą. I możemy tak uciekać latami. W wieku 20 czy 30 lat mamy jeszcze dużo energii, którą możemy w tę ucieczkę wkładać. Po czterdziestce tej siły zaczyna nam brakować i wtedy często pojawia się szansa na zmianę. Lub zaczynamy chorować i rozkładać się na czynniki pierwsze. Proszę zobaczyć, jak wiele osób jest dziś zmęczonych. A to dlatego, że w traumie organizm traci zdolność do samoregulacji. Nie umiemy odpoczywać, nie śpimy, mamy problemy trawienne.

Jak zacząć patrzeć na świat z tego miejsca, które jest zdrowe?
Potrzebujemy czegoś, co pomoże nam otworzyć oczy. Powiedzmy, że moją strategią na unikanie zaglądania do tej części, która jest głęboko ukryta, jest wkurzenie się. Złość chroni mnie przed niepewnością, bezradnością. Ale czy tak naprawdę mi pomaga? Jeśli zaczniemy się nad tym zastanawiać, będzie to już pierwszy krok w dobrą stronę. Kolejny to pozwolenie sobie na to, by przez chwilę poczuć tę bezradność i niepewność. I przekonać się, czy są aż tak straszne, jak mi się wydaje. Ale podkreślam: nic na siłę. Jeśli uda nam się zajrzeć na chwilę, nawet króciutką, do naszego worka z traumami, to miejmy pewność, że zagląda do niego już ta zdrowa część, która nie boi się, nie ucieka, którą kieruje delikatność i życzliwość. A to znaczy, że mamy z nią kontakt. Wystarczy regularnie wzmacniać ten kontakt. I wtedy nie muszę szukać sposobów na pozbycie się złości, bo złość przestaje być moją strategią i naturalnie odpada, jak uschnięta gałązka. Poza tym energia, którą wkładałam w złość, może teraz zasilać zdrową część mnie i dochodzi do czegoś, co potocznie nazywa się relaksacją, zaufaniem do siebie i do życia. Wtedy jest miejsce na wszystkie uczucia, które znajdują się na palecie człowieczeństwa. Nawet na naturalną agresję. Mogę poczuć agresję; zwierzęta, a mamy z nimi co najmmniej 98 proc. wspólnych genów, mają naturalną agresję w sobie po to, by im pomagała. Ta agresja jest też w ręce chirurga, który wykonuje operację. Nie ma potrzeby przed nią uciekać. Wystarczy prawdziwie poczuć i w tym momencie nie rozdzielamy się wewnętrznie. Konsekwencją jest poczucie osadzenia na właściwym miejscu, reakcje adekwatne do okoliczności i poczucie spełnienia, bo przestajemy się bać tego, od czego w sobie uciekaliśmy lub za czym goniliśmy, nie rozpoznając, że to już w nas jest.
Na koniec dodam, że głębiej niż trauma leży to, co ma się kompletnie OK, nienaruszone, otwarte i już życzliwe. To tylko kwestia odkrycia, kim naprawdę jesteśmy.

Kama Korytowska terapeutka traumy, praktykuje IoPT (identity-oriented psychotrauma therapy). Od lat zajmuje się duchowością oraz praktyką przebudzenia. Prowadzi warsztaty IoPT, grupy przebudzeniowe oraz sesje indywidualne.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze