fbpx

Wiary Godni

fotochannels.com

Żyjemy w czasach kryzysu zaufania, w których nikt nikogo nie może być pewien. Jesteśmy podejrzliwi, nagrywamy poufne rozmowy, nie dajemy wiary nie tylko obcym, ale nawet bliskim. A jednocześnie słowo „zaufanie” jest na ustach wszystkich jako najbardziej pożądana wartość.

W czasie ostatniej kampanii wyborczej usłyszałam bardzo symptomatyczne zdanie na temat badania przyczyn katastrofy pod Smoleńskiem, wypowiedziane przez jednego z polityków: „nie będę mógł przyjąć zasady pełnego zaufania, która w ogóle nie jest przyjmowana nigdzie w stosunkach międzynarodowych, i w ogóle rzadko jest przyjmowana w stosunkach międzyludzkich, nawet w stosunkach rodzinnych”.

Ten polityk nie wie, jak bardzo się myli. Bo wszyscy bezwiednie kierujemy się międzyludzkim zaufaniem. Na przykład idąc rano do łazienki, ufamy, że z kranu popłynie woda, że zapali się światło. Ufamy, że w sklepie będzie świeże pieczywo, a na przystanek podjedzie autobus. Choć nie zdajemy sobie z tego sprawy, obdarzamy zaufaniem wielu nieznanych nam ludzi, bez których nie moglibyśmy funkcjonować.

Zaliczka, która przynosi owoce

Na to, że zaufanie jest wszechobecne w naszym życiu, zwraca uwagę badacz tego tematu, profesor socjologii Piotr Sztompka. W książce „Zaufanie” pisze, że to klucz do zrozumienia społecznej egzystencji.

Zaufanie określane jest na wiele sposobów. Jako wiara, że nasze oczekiwania zostaną spełnione. Jako strategia pozwalająca na zaadaptowanie się w niepewnym świecie. Jako zaliczka na poczet powodzenia. Jako przekonanie, że inni zachowają się w określony sposób, i oparte na tym przekonaniu działanie. Według Stephena M.R. Coveya – pracującego od lat na rzecz budowania zaufania w biznesie, autora książki na ten temat  – zaufanie polega na zawierzeniu zdolnościom i kompetencjom innych ludzi.

Jolanta Otrębska już za komuny marzyła o otwarciu własnej kawiarni, która byłaby azylem wolności i miejscem spotkań ludzi sztuki. Ale urodziła dzieci, musiała zarabiać na życie, więc marzenia odłożyła na później. Kiedy w ubiegłym roku straciła pracę, wróciła do dawnego pomysłu. O prowadzeniu własnego biznesu, tym bardziej kawiarni, nie miała pojęcia. Wiedziała tylko jedno – że kawiarnia musi mieć klimat, że musi być zaprojektowana z pomysłem. Ale jakim? – główkowała razem z synami, Grzesiem (22 lata) i Piotrkiem (25). I starszy rzucił: „otwórzmy kawiarnię z klimatem starej Warszawy”.

– Podchwyciłam tę myśl, choć wiele osób mówiło mi, że kawiarnia w starym stylu nie znajdzie zwolenników. Ale ja absolutnie Piotrkowi zaufałam. Skończył polonistykę na UW, jest zapalonym varsavianistą, przedwojenna Warszawa to jego pasja.

Jolanta przekonała się, jak ważne w biznesie jest zaufanie. Po pierwsze, do własnego pomysłu, czyli do tego, że obrany cel jest możliwy do realizacji i służy czemuś więcej niż tylko zarabianiu pieniędzy. Po drugie, do współpracowników – wszak nie da się wszystkiego zrobić samemu. Po trzecie, do urzędów i instytucji, od których zależało wiele decyzji. Wcześniej nasłuchała się, że urzędnicy rzucają kłody pod nogi, a ona doświadczyła sprawnego i życzliwego traktowania. I wreszcie do spotkanych po drodze ludzi, którzy pomagali, doradzali, wspierali duchowo.

Siedzimy w pachnącej świeżością Retrospekcji. Jolanta śmieje się, że wszystko jest tu owocem zaufania. Nawet to, że kawiarnia działa od kwietnia, bo ona zaufała przypadkowo poznanemu na jodze właścicielowi innej kawiarni, który odradził jej składanie wniosku o unijne dofinansowanie. Gdyby wystąpiła z wnioskiem, czekałaby na odpowiedź i kawiarni nie byłoby do dziś. Z dumą pokazuje wystrój Retrospekcji, choć na początku miała inną wizję. Powiedziała sobie jednak: To przecież Piotrek zna się na tym lepiej niż ja. A Grześ, który ma doświadczenie w pracy barmana, zna się na obsłudze barku. Zaufała synom, potem kompetentnym ludziom. A oni zaufali jej. Znany grafik za darmo wykonał logo kawiarni. Sąsiad nastroił pianino i podarował stylowe krzesełko. Miłośnik starej Warszawy, śpiewający matematyk Wojciech Dąbrowski, prowadzi w kawiarni muzyczne retrowtorki. A goście reklamują ją jako kultowe miejsce na Facebooku.

 

Warto iść za wewnętrznym głosem

Stephen Covey powiedziałby, że Jolanta zdobyła zaufanie, bo jest wiarygodna. A wiarygodność według niego opiera się na czterech podstawach: prawości, intencjach, umiejętnościach i rezultatach. Dwie pierwsze podstawy dotyczą charakteru, dwie następne – kompetencji.

Prawość jest fundamentalną cechą w budowaniu zaufania. Dla wielu ludzi oznacza uczciwość. Tak naprawdę to robienie tego, co się mówi. Odwaga postępowania zgodnie z przekonaniami i wyznawanymi wartościami. Co ciekawe, najwięcej deficytu zaufania wiąże się z niedostatkiem prawości.

Druga podstawa wiarygodności – intencje – ma ścisły związek z motywami, jakimi się kierujemy, oraz z zamiarami, z których wynika nasze postępowanie. Wiarygodność, a więc także zaufanie wzrastają, gdy nasze motywy są czytelne i prowadzą do obopólnych korzyści, kiedy dbamy nie tylko o siebie, ale i o ludzi, z którymi współpracujemy. Trzecia podstawa
– umiejętności – to nasze talenty, wiedza, wyuczone rzemiosło. Lekarz może być prawy i mieć dobre intencje, ale jeśli brakuje mu umiejętności, by dobrze wykonać operację, nie będzie wiarygodny. Podobnie jak nie zyska wiarygodności ktoś, kto nie zrobi tego, czego się od niego oczekuje albo do czego się zobowiązał, czyli jeżeli nie będzie stała za nim czwarta podstawa wiarygodności – rezultaty.

Psychologowie podkreślają, że nie można budować zaufania do innych, gdy nie ma się zaufania do siebie. Potwierdza to Marek Lechki, reżyser, laureat nagrody za debiut i nagrody dziennikarzy na tegorocznym festiwalu filmowym w Gdyni za autorski, kameralny film „Erratum” o uniwersalnym przesłaniu. Jest pomysłodawcą filmu, scenarzystą, reżyserem, producentem. Musiał być bardzo mocno przekonany do projektu, a także do tego, że da sobie radę.

– Istotą takiego przedsięwzięcia jest wiara w to, co się czuje i myśli – mówi. – Swego rodzaju przekonanie, że warto iść za wewnętrznym głosem. Budowanie zaufania do siebie nie jest jednak proste. Ono nie pojawia się natychmiast, tylko kształtuje w procesie. Filarem tego procesu jest konfrontacja tego, co się wykreuje, z adresatem wypowiedzi, czyli w przypadku filmu
– z widownią. Pojawia się pokusa, aby skrajnie zsubiektywizować wypowiedź, jednakże jeśli przekroczy się pewien próg, wówczas istnieje ryzyko, że wypowiedź stanie się niezrozumiała.

Marek opowiada z jednej strony o silnym imperatywie, który kazał mu robić film w zgodzie ze sobą, a z drugiej – o swoich wątpliwościach, które pojawiły się w trakcie realizacji. Zaufał sobie, stawiając wszystko na jedną kartę.

– Bardzo ważnym doświadczeniem jest dla mnie to, że film spotkał się z tak dobrym odbiorem. Zyskałem potwierdzenie, że miałem rację. To bardzo ważne. Także w kontekście narzędzia, jakim jest intuicja. To wszystko tworzy bufor zaufania do samego siebie. Jest zachętą, aby ryzykować jeszcze bardziej.

Marek podkreśla, że nie byłoby filmu bez zaufania do ludzi przy nim pracujących.

– To niesłychanie ważne w przypadku czegoś tak subtelnego jak film. Zaufanie tworzy poczucie bezpieczeństwa, a idąc dalej – jest współodpowiedzialne za komfort pracy, ale głównie za efekt artystyczny. To nie znaczy jednak, że praca oparta na zaufaniu jest wyłącznie idyllą, niczym niezmąconą sielanką. Spieramy się, nie zgadzamy, ale łączy nas coś więcej – porozumienie ponad podziałami. To bardzo ważny element.

 

Jak kręgi na wodzie

Nic tak nie niszczy zaufania jak zdrada. I to zarówno ta polityczna, w interesach, jak i zdrada w miłości. Zdradzeni stają się nieufni, podejrzliwi, ostrożni, kontrolujący.

Małgorzata Potocka, aktorka i reżyserka, ma za sobą kilka bolesnych zdrad. W czasie studiów przyjaciółka za jej plecami sprzedawała poufne informacje na jej temat. Potem partnerzy w firmie robili interesy na boku. Zawiódł ją boleśnie jej zaufany asystent przy produkcji filmu – oferował innym te same usługi za połowę ceny. Przez ostatnie cztery lata, gdy była dyrektorką oddziału TVP w Łodzi, przekonała się, że najbardziej zaufani współpracownicy pisali na nią donosy. Ale najbardziej boleśnie przeżyła zdradę męża Grzegorza Ciechowskiego.

– Poczułam się zdradzona podwójnie – po pierwsze, zrobił to ukochany mężczyzna, a po drugie, niania, którą traktowałam jak członka rodziny, uczyłam prowadzenia samochodu, mobilizowałam do zdania matury. Byłam załamana, walczyłam. Nie potrafiłam trzeźwo myśleć, zaślepiła mnie miłość i ból. Grzegorz zaczął mnie nienawidzić z poczucia winy, a ja jego z poczucia upokorzenia. Staram się znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego nie potrafiłam opanować emocji, okazać Grzegorzowi więcej miłości i zrozumienia. Dzisiaj wiem, że odpowiedział ucieczką dlatego, że tak makabrycznie zareagowałam. Ale wtedy byłam pochłonięta swoim cierpieniem, a wokół mnie nie znalazł się nikt, kto by mnie oświecił. Być może uratowałabym nasz związek, być może nawet Grzegorz by żył.

Małgorzata ma teraz wielkie poczucie winy, że postawiła wszystko na ostrzu noża. Trudno jej zaufać mężczyźnie. Zastanawia się, dlaczego właśnie ją spotykają zdrady. Z ludzkiej zazdrości, zawiści, że jej się coś udaje? Z lęku, że jest zbyt niezależna i może komuś zagrozić?

– Wiem, że przyczyna tego, co mnie spotyka, leży także we mnie. Bo obdarzam ludzi totalnym zaufaniem, bywam naiwna, tak byłam wychowana. Po prostu widać, że łatwo mnie zranić, i ludzie to wykorzystują. Ale chwała Bogu, że potrafię się odrodzić jak Feniks z popiołu. Na szczęście nie ma we mnie goryczy, są ludzie, którym ufam i z którymi dobrze się czuję. I oni równoważą mi tamte trudne doświadczenia.

Utracić zaufanie można w jednej chwili. Zdobywa się je latami. Stephen Covey podkreśla: każda nasza interakcja z drugim człowiekiem jest chwilą prawdy – zwiększa lub zmniejsza jego zaufanie do nas i nasze do niego. A ta prawda rozchodzi się dalej, niczym kręgi na wodzie: zachowanie wobec jednego pracownika dostrzegane jest przez innych. Tak więc zdobywając zaufanie jednego człowieka, powoli przekonujemy do siebie wielu ludzi.

W Polsce mamy wielki deficyt społecznego zaufania. Do państwa, instytucji, polityków, a nawet do siebie nawzajem. Marek Lechki uważa, że nic w tym względzie się nie zmieni, dopóki nie będzie pozytywnego przykładu ze strony elit.

Zdaniem Małgorzaty Potockiej trzeba postawić na edukację obywatelską. Dużo według niej do zrobienia mają w tej dziedzinie media publiczne, psychologowie społeczni. Tylko pracą od podstaw da się zbudować społeczność obywatelską. Zacząć można na przykład od walki ze ściąganiem. W Ameryce, gdzie studiuje jej córka Weronika, ściąganie jest nie do pomyślenia. A u nas? Dowodzi sprytu i inteligencji! Małgorzata od lat jest wolontariuszką – pracowała w Monarze, z księdzem Arkadiuszem Nowakiem, na rzecz rodzin patologicznych. Uważa, że nic tak nie buduje społecznego zaufania jak wolontariat.

Jolanta widzi szansę na odbudowanie zaufania w wychowaniu. W jej domu nie ma szperania w ubraniach, sprawdzania SMS-ów. Grzegorz i Piotr przyznają zgodnie: mama ich nie kontroluje i niczego im nie zabrania, choć często ma inne zdanie. Była przeciwna wyprowadzce Grzegorza do dziewczyny, gdy skończył 18 lat. Ale zaakceptowała jego decyzję.

– Ufam synom. I widzę, że oni tego nie nadużywają. Ale ja też byłam tak wychowana. Moi rodzice mieli jasno określone zasady, których musieliśmy z bratem przestrzegać. Żyliśmy jednak swoim życiem, mieliśmy pełną swobodę i prawo do błędów. I nigdy tego nie wykorzystaliśmy. Bo zaufanie zobowiązuje. Jak mi ktoś zaufa, to daję z siebie dwa razy więcej.

Korzystałam z książek: Piotr Sztompka „Zaufanie”, Znak 2007; Stephen M.R. Covey i Rebecca R. Merrill „Szybkość zaufania”, Rebis 2009.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze