1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Porady małżeńskie (cz. 2)

Porady małżeńskie (cz. 2)

123rf
123rf
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Doświadczenie wielu par oraz terapeutów, którzy pracują z nimi, pokazuje, jakie zachowania we wspólnym życiu skutkują satysfakcjonującym związkiem. Jakie?

11. Koncentracja na pozytywach partnera i wspólnego życia. Łatwiej jest nam krytykować i narzekać, wytykać błędy i widzieć ciemniejszą stronę. Trudniej zaakceptować rzeczywistość i ukochanego człowieka takim, jakim on jest. Jeszcze trudniej docenić i dostrzec w nim piękno. Jednak warto zmienić spojrzenie, bo rozwija się to, na czym koncentrujemy uwagę.

12. Wieczne randkowanie. Czyli: przyjemność ze wspólnie spędzanego czasu, odświętna atmosfera spotkań, pamiętanie o powodach, dla których jesteśmy razem. Rezygnując z randek, zmierzacie prostą drogą do rozstania. Bo po co tak naprawdę jesteśmy razem? Żeby spłacać kredyt mieszkaniowy?

13. Codzienne rozmowy twarzą w twarz. Wystarczy 20 minut rozmowy, kiedy patrzymy sobie w oczy i słuchamy siebie z empatią. Nie rozmawiamy jednak o rachunkach, sąsiadach czy szefie, tylko o sobie.

14. Dbanie o swój rozwój. Jeśli będziesz z pasją zajmowała się sobą i odkrywała kolejne części osobowości, będziesz atrakcyjna dla swojego partnera a twój związek będzie kwitł.

15. Wspólna zabawa i radość. Jeśli każdego dnia znajdziecie powód do wspólnej radości, związek tylko na tym skorzysta. Śmiech leczy ze stłumionych negatywnych emocji, rozładowuje napięcie wewnętrzne i sprawia, że chce się żyć.

16. Lista wdzięczności. Każdego dnia uświadom sobie za co jesteś wdzięczna życiu z powodu swojego związku.

17. Słowa miłości. To nie tylko „kocham cię”, ale także „rozumiem”, „dziękuję”, „przepraszam”, „doceniam”, „dobrze, że jesteś” i wiele, wiele innych słów i zwrotów, za sprawą których robi się cieplej na sercu.

18. Jasna wizja wspólnej przyszłości. Jeśli patrzycie się razem we wspólnym kierunku, wspólna droga będzie przyjemniejsza i łatwiej dotrzecie do celu.

19. Szacunek. Bez niego nie ma mowy o szczęśliwym wspólnym życiu.

20. Brak unikania. Jeśli zawsze spojrzycie trudnym sprawom i kłopotliwym uczuciom w twarz, okaże się, że znikają one jak za sprawą czarodziejskiej różdżki. Zamiatanie ich pod dywan i udawanie, że wszystko jest w porządku, gdy tak nie jest, to równia pochyła, która prowadzi do poważnych kryzysów.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kobiety w stałych związkach - czego zazdroszczą singielkom?

Na co, poza nierównym podziałem domowych obowiązków, narzekają mężatki? Otóż lista zażaleń w długoletnich związkach nie jest aż taka długa. (fot. iStock)
Na co, poza nierównym podziałem domowych obowiązków, narzekają mężatki? Otóż lista zażaleń w długoletnich związkach nie jest aż taka długa. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Koniec wolności, rutyna, ograniczenia – owszem, to grozi każdemu związkowi. Ale będąc z kimś „na dobre i złe”, wiesz też pewnie, że to dobre wynagradza zwykle to złe. Psycholog Ewa Klepacka-Gryz ma kilka wskazówek dla rozczarowanych żon i partnerek.

Od zawsze wiedziałaś, że będziesz mieć dom, męża, dzieci. W twojej rodzinie tak było od pokoleń. Wspólne mieszkanie, dzieci, wspólne konto – tak żyli twoi rodzice, dziadkowie… Kiedy nadszedł twój czas, wybrałaś tego Jedynego, w głębi duszy wierząc, że wasz związek będzie wyjątkowy. Mijają lata, między wami bywa różnie; raz lepiej, raz gorzej, jak to w życiu. A wokół ciebie mnóstwo singielek, które idą przez życie same, bez mężczyzny, i twierdzą, że to ich świadomy wybór.

„Wolę być sama niż samotna” – usłyszałaś niedawno na babskim spotkaniu. „Jeśli mam ochotę napić się wina, nie muszę kupować całej winnicy” – to głos koleżanki z pracy, pożeraczki męskich serc i łowczyni cudzych mężów. Roześmiałaś się w duchu na myśl o tym, co by powiedział na to twój mąż, ale ziarenko niepewności zakiełkowało i w głowie pojawiły się niepokojące pytania: Jak bardzo musiałam zrezygnować z siebie dla naszego związku? Czy samej byłoby mi lepiej? Czy on dotrzymał obietnic, które mi składał? Skoro się kochamy, to dlaczego czasami czuję się taka samotna?

Zdaniem małżeńskich terapeutów po roku, dwóch albo trzech latach nawet w najlepszym związku pojawia się poczucie rozczarowania, opuszczenia, odrzucenia. – Jeśli jesteś z kimś w związku, to prawdopodobieństwo tego, że będziesz czasami doznawała stanów dojmującej samotności jest większe, niż kiedy żyjesz sama – twierdzi Zofia Milska-Wrzosińska, psycholożka, psychoterapeutka. – Bo kiedy wchodzisz w bliską relację, otwiera się obszar związany z twoimi pragnieniami, tęsknotami, oczekiwaniami i nadzieją, że zranienia z przeszłości zostaną opatrzone, a to, co bolesne i trudne – ukojone. A to jest niemożliwe.

Czy lepiej żyć razem, czy w pojedynkę? Czy na to pytanie można w ogóle dać jednoznaczną odpowiedź? Czego tak naprawdę zazdrościsz koleżankom – singielkom? Jakie gorzkie prawdy sobie przyswoiłaś?

„Małżeństwo to koniec wolności”

Kochana, odkryłam cudowne SPA na Mazurach, może wybierzemy się tam w weekend? – rzuciła od niechcenia koleżanka. To kusząca propozycja, ale… kiedy ostatni raz po babskim spotkaniu zdecydowałaś się przenocować u przyjaciółki, twój ukochany nie był zachwycony. Nie robił ci wyrzutów, ale wiesz, że nie lubi, kiedy spędzasz noce poza domem. On jest typowym domatorem, nawet razem rzadko wychodzicie. Przyzwyczaiłaś się do tego, ale czasami z sentymentem wspominasz, że kiedyś byłaś duszą towarzystwa; uwielbiałaś imprezy, spontaniczne wyprawy za miasto, a dziś? Przecież w satysfakcjonującym związku życzenia, potrzeby i dobre samopoczucie partnera powinny być dla ciebie tak samo ważne jak twoje własne.

Przypomnij sobie, dlaczego przed laty zdecydowałaś się zrezygnować, a może bardziej – ograniczyć swoją wolność? Może dlatego, że poczucie bezpieczeństwa, wsparcia, zrozumienia, a także pragnienie dzielenia wspólnych planów i pasji, czyli część MY, stały się dla ciebie ważniejsze niż część JA? Twoja koleżanka singielka w każdej chwili może wyruszyć na koniec świata, nie pytając nikogo o zgodę, ale gdy ma problem, to do ciebie dzwoni w środku nocy. A kiedy, po wysłuchaniu jej szlochów, wracasz do łóżka, złodziej twojej wolności z miłością obejmuje cię ramieniem i zaspany pyta: „Wszystko w porządku?”. Zależy ci na tym wyjeździe do SPA? Może powiedz mu o tym? Małżeństwo to nie więzienie. To od was zależy, ile dacie sobie nawzajem wolności.

„Małżeństwo to zabójca miłości”

Nawet największa miłość kończy się po okresie miodowym – tak twierdzą przeciwniczki trwałych związków. Mówią: „romans – tak, małżeństwo – nie, bo każdy facet zmienia się po ślubie”. Cóż, jest w tym trochę racji. Codzienna rutyna to zabójca pożądania. Nie kochacie się już tak często i z taką namiętnością jak w pierwszych miesiącach po ślubie. Bywają między wami ciche dni. No i twój mąż nie jest już tym dzielnym rycerzem, który nosił cię na rękach. To prawda, ale ty też nie jesteś już tą zakochaną w nim bez pamięci dziewczyną, która spijała z jego ust każde słowo. Specjaliści od terapii par przyznają, że w miarę trwania związku zmienia się dynamika miłości. W miejsce namiętności i intymności – najbardziej „apetycznych” składników – pojawiają się przyzwyczajenie i zaangażowanie. A zakochanie przechodzi w etap dojrzałej miłości.

Obecnie coraz więcej par deklaruje pragnienie funkcjonowania w tzw. wolnym związku, który podobno nie zabija wolności, niezależności, możliwości samorozwoju, i trwa dopóty, dopóki nie wygaśnie „płomienna” miłość. Takie pary trafiają do mojego gabinetu i nierzadko okazuje się, że pod seksualną i emocjonalną swobodą kryje się lęk przed bliskością lub przed odrzuceniem, a także niewyrażona tęsknota za poczuciem stabilności, spokoju i bezpieczeństwa. Małżeństwo nie jest stanem, lecz procesem, w którym pojawiają się okresy bliskości, ale też dystansu, kryzysy, rozczarowania i problemy. Na przestrzeni wspólnego życia zmienia swój kształt, zmienia się intensywność, intymność i motywacja do bycia razem. Obydwoje się zmieniacie, rozwijacie się jako para, ale także każde z osobna. Bywa, że na jakiś czas przestajecie się rozumieć, zamykacie jedno na drugie – po to, by znów wrócić do siebie „z” i „dla” miłości. Kreujecie wspólny świat, doświadczając go jednak osobno – bo miłość łączy, ale czasami też dzieli.

Zamknij oczy i spróbuj wyobrazić sobie życie bez niego – mężczyzny, którego wybrałaś „na dobre i złe”. Jak się z tym czujesz?

„Małżeństwo to wybór na całe życie”

Skąd mam wiedzieć, że nie spotkam mężczyzny, w którym się zakocham bardziej niż w moim narzeczonym? – to najczęstsze pytanie, które zadają mi kobiety tuż przed decyzją o ślubie. Niestety, nikt ci nie da takiej gwarancji. Być może, będąc mężatką, właśnie tego najbardziej zazdrościsz singielkom – spotkania miłości życia. Choć w dzisiejszym świecie kolejne małżeństwa wcale nie należą do rzadkości, czasami okazuje się, że drugie czy trzecie również kończy się rozwodem. Zdarza się również, że wybór życia w pojedynkę jest właśnie konsekwencją kolejnej nieudanej próby. A pozamałżeńskie romanse są chwilową ucieczką od owego wyboru na całe życie. No cóż, satysfakcjonujący związek wymaga dojrzałości obydwojga partnerów. A dojrzałość to przede wszystkim umiejętność dokonywania wyboru określonej drogi życia i wykluczenie pozostałych możliwości. Wybór tego jedynego partnera wyklucza wszystkich innych, i rzeczywiście nie jest to łatwe. Bez względu na to, czy w waszym małżeństwie panuje sielanka, czy akurat macie kryzys, wasza relacja, w odróżnieniu od np. przyjaźni, opiera się na wiążącej umowie, której zasady powinniście ustalić na początku. Niestety, partnerzy kierowani impulsem zakochania naiwnie wierzą, że „wszystko się samo ułoży”. Zależność, wierność, lojalność czy podporządkowanie – to nie są kajdany, ale kwestie do ustalenia.

Kiedy trafia do mnie para na terapię, pierwsze zadanie, jakie mają do wykonania, to narysować siebie i partnera w postaci kółek. Ważne jest, w jakiej odległości kółka znajdują się od siebie, czy się przecinają i co jest zawartością każdego z nich oraz części wspólnej. W niej mieszczą się wspólnie wypracowane zasady dotyczące wolności, niezależności, wspierania się, indywidualnych wyborów, prawa do dystansu i samorealizacji, czyli to wszystko, czego zazdrościsz singielkom.

  1. Psychologia

Codzienność to test dla związku

Dobra codzienność to umiejętność autoryzacji swoich wyborów, które nie poprzez fajerwerki, ale małe gesty i rytuały znane tylko nam umacniają związek. Stawiajmy na jakość, a nie ilość. (Fot. iStock)
Dobra codzienność to umiejętność autoryzacji swoich wyborów, które nie poprzez fajerwerki, ale małe gesty i rytuały znane tylko nam umacniają związek. Stawiajmy na jakość, a nie ilość. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
„I nie opuszczę cię aż do śmierci!” No tak, ale… nikt nie obiecywał, że będzie łatwo! Los nie raz jeszcze wystawi nas na ciężkie próby, chorobę, zdradę, a nade wszystko na... nudę. Jak dać radę trudom codzienności, mówi psycholog Mariola Kosowicz.

Codzienność nie jest zabójcą miłości? Nie. Jest testem naszych zaniedbań. Obiecaliśmy sobie być razem w zdrowiu i chorobie. Mijają lata, a wspólna codzienność okazuje się szara, pusta i nudna, a czasami, zupełnie niespodziewanie, do drzwi puka: choroba, problemy finansowe czy zdrada. Codzienność to także mój ból brzucha, jego katar, wspólne troski, skąd wziąć pieniądze na rachunki. Odpowiedzialne i dojrzałe wchodzenie w związek oznacza akceptację również tego, że może być trudno, bo miłość to nie krótkotrwała emocja, tylko relacja, którą buduje się każdego dnia. To ciągłe dorzucanie do pieca, żeby ogień nie wygasł.

Kiedy wygasa, to… Budzimy się osobno, nawet jeśli leżymy w tym samym łóżku. Z niechęcią patrzymy na partnera, ożywają pretensje z przeszłości. Trwa codzienność, która nie łączy. To bardziej przymus trwania w związku: dla dobra dzieci, wspólnego konta w banku, z przyzwyczajenia albo lęku przed samotnością. Ale może być inaczej: kiedy związek jest dobrem w naszym życiu, to uśmiechamy się do siebie nawzajem i w naturalny sposób czujemy, że bez tej drugiej osoby ten dzień byłby smutny. Tęsknimy, kiedy partner wyjeżdża. W ciągu dnia, nawet najbardziej zajęci pracą, wysyłamy sobie ciepłe wiadomości, nawet te formalne: ,,Kup chleb” z emotikonem buźki. ,,Wracam do domu” oznacza wówczas nie powrót do czterech ścian, ale spotkanie z ludźmi, którzy są dla nas ważni.

Większość z nas łudzi się, że tak właśnie będzie, a potem gubimy drogę do dobrej codzienności. Codzienność jest wielką niewiadomą. Każdy z nas ma takie „kawałki” siebie, które bywają trudne w relacji, ale dojrzały partner jest w stanie przyjąć nas w całości. A my jego. Kiedy spotykamy drugą osobę, widzimy w niej, a raczej chcemy widzieć, głównie to, czego pragniemy: bratnią duszę, drugą połówkę... I wystarcza to na pierwszy moment bycia razem. Bieg dni bezlitośnie obnaża jednak prawdę. Pojawiają się poważne sygnały świadczące o tym, że partner nie jest do końca taki, jak nam się wydawało, ale z lęku, wygodnictwa lekceważymy to, mówiąc: ,,jestem przewrażliwiona”, albo: ,,on się zmieni”, „wszyscy mężczyźni tak mają, czego tu się spodziewać”. Zamiast  szukać coraz bardziej nieskutecznych form zaklinania rzeczywistości typu: ,,może kiedyś się zmieni”, lepiej dla związku, i w konsekwencji zdrowiej, zmierzyć się z problemem i  porozmawiać o tym. Zacząć na przykład: ,,Obydwoje mamy kłopotliwe nawyki. Nasza codzienność zaczyna być walką. Zróbmy coś z tym”. Niestety, wiele związków nic z tym nie robi. Tymczasem chęci jednej strony nie wystarczą. Ja chcę rozmawiać, a on/ona mówi: „ciągle się czepiasz, jak ci się nie podoba, to sobie zmień”. I tak tkwią przy sobie z musu, każde na swój sposób uciekając od smutnej prawdy o związku. A kiedy wyjeżdżają na wakacje, zabierają ze sobą znajomych po to, żeby nie być tylko we dwoje. To nie codzienność jest trudna czy smutna, to my bywamy byle jacy. Nie dorzucamy do pieca, chcemy budować związek na tej początkowej fascynacji. Albo z czasem uzurpujemy sobie prawo do wyłączności względem drugiej osoby.

 
Chodzę po domu w poplamionym T-shircie, a on rozrzuca brudne skarpetki? Każdego dnia mamy doskonałe pomysły na zakupy czy pracę, ale najmniej planów mamy na jakość życia emocjonalnego. Dlatego wszystko zrzucamy na czynniki zewnętrzne, m.in. nudną codzienność. Przestajemy być dla siebie atrakcyjni i to nie tylko w sensie zewnętrznym, ale przede wszystkim psychicznie, emocjonalnie i intelektualnie. Przestajemy troszczyć się o siebie nawzajem i coraz częściej to ktoś z zewnątrz staje się tym atrakcyjnym i bardziej bezpiecznym powiernikiem naszych trosk, kimś, komu czujemy się potrzebni. Dopuszczamy się zdrady, ale tłumaczymy to sobie na różne sposoby. Komentując rozwód koleżanki, mówimy: ,,Nic dziwnego, że po dwudziestu latach małżeństwa odszedł od niej do młodej sekretarki. Zabiła ich codzienność”. Tymczasem to nie codzienność zawiniła, ale bylejakość. Byle jak komunikujemy się ze sobą, byle jak spędzamy wspólne chwile, byle jak wyglądamy, bo „dla kogo mam się w domu stroić?”. Odzieramy codzienność z atrakcyjności. Nierzadko dopiero wtedy, gdy pojawia się kryzys, przypominamy sobie, że jednak zależy nam na nim czy na niej i przywołujemy na ratunek odświętność. Niektóre kobiety, kiedy dowiadują się, że są zdradzane, biegną do sklepu po zmysłową bieliznę, idą do fryzjera. I nie ma w tym nic złego, pod warunkiem, że rzeczywiście dostrzegły swój udział w bylejakości wspólnego życia. Co oczywiście nie jest żadnym usprawiedliwieniem dla zdrady.

I nie ma co zwalać winy na nudną, szarą teraźniejszość? Świat nie może brać odpowiedzialności za jakość naszej codzienności, on ją tylko przynosi. Czyja to wina, że w wielu domach już nawet nie rozmawia się o problemach, bo nie ma z kim, bo każda próba jest ucinana krótkim: ,,Ty znowu swoje”, albo: ,,Przestań truć!”. Dom powinien być miejscem, w którym mamy czasami prawo pomarudzić, mieć gorszy dzień czy się polenić. Być naszym azylem. A rodzina jako system ma być zamknięta, hermetyczna w tym sensie, że jeśli coś się dzieje między mną a mężem, to rozmawiam o tym z nim, a nie z przyjaciółką. Bezpieczeństwo systemu polega na tym, że nie ma pustej przestrzeni, w którą mogą wejść: alkohol, czasochłonne hobby czy kochanek, czyli to wszystko, co zapełni pustkę.

Może więc czasem trzeba dodać ognia, zorganizować romantyczny wyjazd we dwoje? Dobra codzienność to umiejętność autoryzacji swoich wyborów, które nie poprzez fajerwerki, ale małe gesty i rytuały znane tylko nam umacniają związek. Trzeba się lubić, a wówczas możemy kochać się raz w miesiącu i mieć z tego prawdziwą satysfakcję, wyjeżdżać raz na jakiś czas i czerpać z tego przyjemność. Stawiajmy na jakość, a nie ilość. Można przecież spotykać się w sypialni co noc, a w ciągu dnia lekceważyć się i nie szanować. Ilość seksu, wspólnych wieczornych wyjść czy wspaniałych wyjazdów nie świadczy bynajmniej o jakości związku. Razem można się też fajnie nudzić, a kiedy jest za nudno, jedno może zaproponować: ,,Może byśmy coś zrobili?”, a drugie spytać: ,,Wychodzimy na kolację czy smażymy naleśniki?”. I nie potrzeba fajerwerków.

Czasami poszukujemy tych fajerwerków na zewnątrz, zamiast w związku. To prawda. Kiedy nasze zadowolenie uzależniamy od dobrej pracy, świetnych przyjaciół czy ekskluzywnych przedmiotów, to kiedy to tracimy, codzienność staje się okrutna, a świat do niczego. Tymczasem o wiele ważniejsze jest to, czy lubimy siebie, czy życie z nami może dawać satysfakcję naszym bliskim i nam samym. Bez tej świadomości obudzimy się w wieku 40, 50 lat z refleksją, że emocjonalne CV naszego związku jest bardzo ubogie. Rozpraszając się na poszukiwanie ekscytacji na zewnątrz, gubimy coś ważnego. A przecież do związku wnosimy jakość każdego dnia. Warto tak sobie zaplanować dzień, żeby nie wracać do domu wyczerpanym, ale mieć siłę na pobycie z rodziną, wspólną kolację czy rozmowę.

A co z traumatycznymi wydarzeniami, które spadają na związek? Nie muszą go zniszczyć, ale na pewno weryfikują prawdę o nim. Kryzysy są i będą częścią życia człowieka, związku, rodziny. Na jedne pracujemy sami, inne, jak choroba czy śmierć osoby bliskiej, pojawiają się nieproszone. Z psychologicznego punktu widzenia, to nie kryzys jest największym problemem, ale to, w jaki sposób sobie z nim radzimy. Na przykład życie z poważną chorobą w rodzinie, to wielkie wyzwanie dla każdej ze stron i jest czymś naturalnym, że potrzeba czasu, żeby się w tym odnaleźć. Rodzina korzysta wtedy ze znanych systemowi zachowań zaradczych. Jedni biegną w pogoni za jeszcze lepszym lekarstwem (którego często nie ma) w myśl: ,,im więcej dla ciebie robię, tym bardziej cię kocham”. Inni potrafią rozmawiać, wspólnie popłakać, pośmiać się i dbać o dobrą jakość każdego dnia. Jeszcze inni odkrywają, że są sobie bardziej obcy niż myśleli. Bywa również, że choroba osoby bliskiej jest dla zdrowego partnera sytuacją nie do udźwignięcia, bo „to on zawsze dbał o mnie, nie mam siły tego znosić” – i sam zaczyna chorować albo znajduje sobie następnego opiekuna. Nierzadko choroba odwraca role w związku, każe nauczyć się nowych. Udowadnia także, że codzienność to pogodzenie się z tym, co przynosi nam życie, nie rezygnacja, ale akceptacja.

  1. Psychologia

Jak kochać szczęśliwie?

Do miłości szczęśliwej każdy z nas musi dojrzeć i nauczyć się tych psychologicznych umiejętności, które pomogą mu w tym procesie. (fot. iStock)
Do miłości szczęśliwej każdy z nas musi dojrzeć i nauczyć się tych psychologicznych umiejętności, które pomogą mu w tym procesie. (fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Czy o miłości powiedziano już wszystko? Czy warto pisać kolejne poradniki psychologiczne i artykuły poruszające temat zakochania, budowania związku i dbania o relację? Czy rozmowy o tym nigdy nam się nie znudzą? Moim zdaniem odpowiedź brzmi : nie. Ani nie znudzą, ani nie wyczerpią wszystkich refleksji i nie rozwieją wszystkich wątpliwości. Bo miłość to najtrudniejsze z uczuć. Najpiękniejsze, najważniejsze, czyniące nasze życie wyjątkowym i barwnym, ale również najtrudniejsze.

Aby umieć kochać szczęśliwie, trzeba odrobić wiele niełatwych życiowych lekcji. Bo dojrzewanie do miłości to proces, który wymaga nie tylko naszej motywacji i wiary w możliwość bycia szczęśliwym, ale także wielu psychologicznych kompetencji, które musimy nadrabiać w życiu dorosłym, ponieważ w naszym dzieciństw nie mieliśmy okazji nauczyć się tego, co jest warunkiem koniecznym miłości szczęśliwej. A są nim przede wszystkim miłość do siebie i wiara we własną wartość, odwaga w podejmowaniu ryzyka oraz otwartość na drugiego człowieka i zdolność do empatii.

Jako psycholog i terapeuta par wiem jedno: każdy z nas ma w tych obszarach coś do przepracowania. I każdy przynajmniej kilka razy w życiu zadawał sobie pytania: jaki popełniam błąd? Dlaczego nie znajduję spokoju i szczęścia? Co sprawia, że cierpię, że ranią mnie bliskie osoby? Czy znajdę miłość? Czy będę umiała o nią zadbać? Uważam, że każdy z nas potrzebuje czasem wsparcia i podpowiedzi, co robić, gdy zagubi się w meandrach miłości, zatraci w zakochaniu czy doświadczy bolesnej straty. Bo każdy czasem traci wiarę w miłość szczęśliwą.

Skąd te wątpliwości, rozterki, lęki i błędy, które popełniamy? Ano stąd, że nikt z nas nie miał idealnego dzieciństwa i każdy wchodzi w dorosłość z jakimś bagażem nieprzepracowanych, trudnych doświadczeń i emocji. Dlatego uważam, że każdy z nas czasem potrzebuję wsparcia, podpowiedzi, jak radzić sobie z uczuciowymi dylematami, a te odnajdzie w artykułach i poradnikach, w których o psychologi uczuć i mechanizmach budowania relacji piszą osoby, mogące swoją wiedzą i doświadczeniem służyć czytelnikom. I uważam, że każdy, kto po takie wsparcie sięgnie, odnajdzie coś dla siebie. Bo każdy z nas ma swój obszar do przepracowania, który sprawia, że trudno mu kochać szczęśliwe.

Część z nas to „niedokochane dzieci" spragnione akceptacji i bezwarunkowej miłości. Takie osoby są w stanie zgodzić się na wiele, zbyt wiele, aby ktoś, często ktokolwiek, je pokochał. Wikłają się w toksyczne, przemocowe relacje, wierząc, że krzywdy których doznają, to „ich wina". Dlatego ich lekcją jest uczenie się bycia asertywnymi i umiejącym szanować i kochać siebie. Cześć z nas to zranieni wrażliwcy, którzy zamykają się w bezpiecznej skorupce, nie ryzykując bycia porzuconymi. Boją się rozczarowania. Boją się miłości. Pytają: co zrobić, aby nigdy nie zostać zranionym? I znajdują odwiedź: można nigdy nie kochać. To prawda. Wtedy nikt nas nie zrani. Gdy się nie przywiążemy, gdy nie zaryzykujemy, nie zostaniemy zranieni. Ale czy warto zapłacić taką cenę? Czy warto zrezygnować z uczucia tylko dlatego, że się boimy? Dla takich osób wyzwaniem jest uczenie się odwagi pomimo lęku, który czują. Bo każdy się boi. Ci, którzy ranią, udają obojętność, gdy ktoś cierpi; ci, którzy uciekają przed odpowiedzialnością, i ci, którzy nie potrafią kochać dojrzale też się boją. Ich lękiem jest przywiązanie i zależności. Bo miłość to odpowiedzialność. A ona jest dla wielu osób trudna.

Miłość to również sztuka dbania o drugiego człowieka. Dlatego wymaga postawy empatycznej i uważnej na potrzeby innych. Miłość szczęśliwa to także szacunek do siebie samego i poczucia własnej wartości. To pogodzenie własnych potrzeb z dbaniem o szczęście tych, których kochamy. Nie każdy potrafi tę równowagę zachować. Dla wielu z nas bycie otwartym na drugiego człowieka w sposób, który pozwala chronić również własne granice i własną intymną przestrzeń, to nie lada wyzwanie. Uważam, że do miłości szczęśliwej każdy z nas musi dojrzeć i nauczyć się tych psychologicznych umiejętności, które pomogą mu w tym procesie. Dlatego każdy kolejny artykuł, na temat tego jak przygotować się do zbudowania relacji, jak uczyć się kochać dojrzale i odpowiedzialnie, jak być w miłości szczęśliwym, jest tak cenny. I dlatego uważam, że warto o miłości rozmawiać, warto dzielić się swoimi doświadczeniami i szukać cały czas odpowiedzi na ważne i aktualne pytania. Bo warunkiem koniecznym miłości szczęśliwej jest umiejętność dbania również o siebie.

Maria Rotkiel: psycholożka, terapeuta, autorka poradników psychologicznych.

  1. Psychologia

Od zakochania do dojrzałego związku

W związku od początku najważniejsza jest szczerość, a także bycie w kontakcie z samym sobą oraz świadomość własnych uczuć. Podstawą w budowaniu prawdziwego kontaktu jest również dzielenie się odczuciami w odpowiedzi na działania drugiej osoby. (Fot. iStock)
W związku od początku najważniejsza jest szczerość, a także bycie w kontakcie z samym sobą oraz świadomość własnych uczuć. Podstawą w budowaniu prawdziwego kontaktu jest również dzielenie się odczuciami w odpowiedzi na działania drugiej osoby. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Podstawą dojrzałego związku są wspólne cele, bagatelizowane na początku różnice mogą stać się przeszkodą nie do pokonania - tłumaczy Marta Wołowska-Ciaś, terapeutka Gestalt.

W początkowej fazie znajomości zakochani najchętniej w ogóle nie rozstawaliby się. W pewnym momencie to „zakleszczenie” się kończy. Zakochanie to faktycznie wyjątkowy moment w związku. Można powiedzieć - niepowtarzalny, pod wieloma względami. Wszystko dzieje się po raz pierwszy: pierwsze spojrzenia, spotkania, dotyk,  potem: wyjawianie tajemnic, rozmowy o przeszłości, dzieciństwie, planach na przyszłość, pocałunki, intymne kontakty…  To budzi niesamowicie pozytywne uczucia. Ekscytacja i niemal euforia towarzyszą każdemu spotkaniu, oczekiwaniu na telefon, rozmowę, wiadomość. Po kilku tygodniach partnerzy spotykają się coraz częściej, spotkania trwają coraz dłużej i dochodzi do nich w bardzo różnorodnych sytuacjach. To już nie tylko randki w kinie i kolacje przy świecach, ale wspólne weekendy, wyjazdy we dwoje, poznawanie znajomych. Zakochani stają się coraz mniej zahamowani i bardziej skłonni do wzajemnego pochwalania się i ganienia. Stają się bardziej empatyczni, rozwijają swoje własne zwyczaje, systemy porozumiewania się, scenariusze wzajemnych kontaktów.  

Jak wykorzystać ten proces dla budowania dojrzałej relacji? Od początku ważna jest szczerość i uczciwość w związku, a także bycie w kontakcie z samym sobą, świadomość własnych uczuć tu i teraz. Dzielenie się zarówno pozytywnymi, jak i negatywnymi myślami i odczuciami w odpowiedzi na działania drugiej osoby jest podstawą w budowaniu prawdziwego kontaktu.

Na przykład? Kiedy osoba jest świadoma swoich własnych uczuć w danym momencie - warto pamiętać, że są to: złość, smutek, radość, strach - ma wolność wyboru i zachowania. Kiedy partner spóźnia się na kolację albo spotkanie może powiedzieć: „Jest mi przykro, kiedy nie przychodzisz punktualnie. Czuję się wtedy dla ciebie mało ważna. Możemy o tym porozmawiać?”. Albo: „Złości mnie, kiedy umawiasz się ze mną, a przychodzisz razem z koleżanką. Oczekuję, że będziesz to ze mną omawiała w przyszłości, dobrze?”.

Aby związek mógł przejść w kolejną fazę, potrzebne są wspólne cele. Nie muszą być identyczne. Jednocześnie wspólne planowanie, rozmowy na temat przyszłości mogą korzystnie wpłynąć na cementowanie relacji. Jeśli cele nie będą zsynchronizowane co do głównych założeń, takich jak na przykład posiadanie albo nie dziecka, miejsce zamieszkania, jeśli zbagatelizujemy te różnice na początku, to potem mogą się okazać przeszkodą w stworzeniu trwałego związku.

Kiedy związek zaczyna dojrzewać? Kiedy mija pierwsza faza związku (około 8-9 miesięcy), „partnerzy silniej odczuwają, że ich indywidualny interes jest nieodłączny od istnienia i jakości łączącego ich związku.[...] Coraz częściej i silniej występują jako para (a nie dwie jednostki) w relacjach z innymi ludźmi. [...]  Zwiększają wysiłek wkładany w związek, podwyższając w ten sposób jego ważność we własnej przestrzeni życiowej"*. To także czas, kiedy budujemy swoje granice w związku. Dlatego tak bardzo ważna jest świadomość własnych granic. Gdzie kończę się ja, a gdzie zaczynasz się ty? Samo zadawanie sobie takiego pytania w związku, rozmowa o tym może zwiększyć naszą wiedzę i odczuwanie samych siebie.

Jak stawiać granice w związku, żeby nie zranić partnera? Drogowskazem w stawianiu granic powinny być nasze uczucia i znajomość własnych potrzeb. Warto szukać odpowiedzi na pytania: „ jak ja się czuję, kiedy mój partner proponuje to czy tamto albo zachowuje się w stosunku do mnie w taki albo inny sposób? ”, „czego potrzebuje, chcę, co tak naprawdę lubię?”.  Jeśli będziemy przekraczać siebie, nie wyjdzie nam to na dobre, a tym bardziej nie przysłuży się relacji. Wcześniej czy później „wyjdzie”, być może bocznymi drogami, w nieadekwatnej sytuacji, nasza złość czy zranienie.

Ale może się zdarzyć, że postawienie granicy będzie raniące dla partnera. Wtedy konieczna jest rozmowa, żeby zrozumieć, co kryje się za taką sytuacją. Być może nasze zachowanie przypomina mu jakieś niedokończone sytuacje z przeszłości i otwiera niezabliźnioną ranę. Może ma inny system wartości, wychowanie, wiarę, zasady i stąd mogą wynikać jego uczucia. Tego nie wiemy. To może oczywiście dotyczyć nas samych. Dlatego im bardziej jesteśmy świadomi siebie, tym łatwiej budować dobre relacje. Stawianie granic to wyraz troski i szacunku do siebie i do partnera. I pamiętajmy: asertywność to nie tylko umiejętność mówienia NIE, ale także mówienia TAK.

*cytaty pochodzą z: B. Wojcieszke „Psychologia miłości”

  1. Seks

Związek w wibracji 5 - przygoda i wolność

Zero nudy. Związek w wibracji 5 jest jak powiew wiatru. (fot. iStock)
Zero nudy. Związek w wibracji 5 jest jak powiew wiatru. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Numerologia mówi, że jeśli dodane do siebie liczby urodzeniowe partnerów dadzą 5, nie będzie im się razem nudzić. Przyjdzie im się otworzyć na nieprzewidywalność, przygodę, na przypływy i odpływy.

Wibracja 5 daje partnerom okazję do tego, by smakowali życia wszystkimi zmysłami, szukali wciąż nowych doznań. Ważne jest to, że ludzie w takim związku wpływają na swoje wnętrze, silnie oddziałują na siebie, wzajemnie inspirują się do zmiany.

Fundamentalnym aspektem do przepracowania dla takiej pary jest kwestia wolności, braku kontroli, otwarcia się na nowości, przepływ. Ważne? Prawda? Bo my w relacjach lubimy kontrolować, mieć pewniki. Wydaje się bezpieczne, gdy ktoś jest ujęty w ramy. Jesteś taki, taka. Takim, taką cię chcę, wtedy będę cię kochać. To jednak iluzja. Kochać prawdziwie, to być przygotowanym, że codziennie rano budzisz się obok kogoś innego. Jeśli jesteśmy prawdziwi, nie jesteśmy monolitem.

Kiedy liczbą numerologiczną związku jest 5, w życiu dwojga ludzi nie za wiele jest stałości. Nudy brak, są za to przeprowadzki, podróże, nagłe zwroty akcji, niespodzianki, imprezy, szaleństwa. Zupełnie odwrotnie niż w związku 4.

Zwykle są przyjemności, sporo zmysłowego seksu, wydawanie pieniędzy i dobry standard życia. Taka relacja może się nagle i burzliwie zacząć, może się też niespodziewanie skończyć. Albo jest między partnerami cudownie, albo beznadziejnie. Nie ma miejsca na letnie uczucia, są wyznania miłosne, bywają wyzwiska. Jest uwielbienie, są awantury, bunt, nic stałego.

Istotna jest też niezależność partnerów, każdy ma swoje pasje i hobby oraz czas tylko dla siebie. Takich ludzi będzie ciągnęło w stronę rozwoju, duchowości, egzystencjalnych rozmów. Może też to być związek trochę dziwny, w jakiś sposób trudno akceptowalny społecznie, z różnicą wieku, wyznań, mezaliansem.

Ale, że kij ma zawsze dwa końce, wibracja "pięć" może dać relację bardzo rodzinną i usankcjonowaną, pobożną. Jednak nawet w takim układzie jakieś burze zaistnieją, często na poziomie emocji czy szybkiego tempa życia. Często dzieje się tak, że wibracja ta daje poczucie wyższości. Partnerzy żyją w przekonaniu, że są wyjątkowi - ładniejsi, zdolniejsi, ciekawsi niż inni. Często szokują otoczenie swoją ekscentrycznością i mają poczucie niezwykłości swojego wspólnego życia.