1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Męskie archetypy: Hermes

Męskie archetypy: Hermes

fot.123rf
fot.123rf
Posłannik bogów – w sandałach ze skrzydełkami, bez trudu przemieszcza się między światami. Olimp, ziemia, świat umarłych...

Zobacz Męskie archetypy: Zeus, Posejdon, Hades, Apollo

Hermes. Życie w ruchu

Opiekun podróżnych, sportowców, biznesmenów i złodziei. Już w dniu urodzenia ukradł krowy Apollina, a potem ułożył się w kołysce i wyparł wszystkiego. Bystry, aktywny, elokwentny, przebiegły. Mężczyzna Hermes jest wciąż w drodze. Lubi odkrywać nowe terytoria. Może być dyplomatą, politykiem, dziennikarzem albo specjalistą od PR-u, wykładowcą albo błyskotliwym przedsiębiorcą. Poszukujący, skuteczny. Mistrz forteli. By spełnić swoje zachcianki, ucieknie się do każdego wybiegu. Wolny duch, wywracający do góry nogami najbardziej uporządkowane plany. Kreatywny, otwarty na zbiegi okoliczności, na to, co przynosi życie. Znajdzie wyjście z każdej sytuacji, przekracza granice. Łatwo zyskuje życzliwość innych. Sam potrafi być bardzo usłużny. Spontaniczny, rozrywkowy, ma wielu znajomych (choć nie są to głębokie przyjaźnie).

Jeśli chodzi o związki z kobietami, Hermes był pełen pasji, namiętny. Ścigał nimfy i dziewice. Sam jednak nigdy nie pozwalał się pochwycić. W odróżnieniu od innych bogów nie spotkał tej jednej, wielkiej miłości. Szukał. Mężczyzna Hermes często zachowuje się jak Don Juan. Pojawia się niespodziewanie – w samolocie, na przyjęciu. A potem znika. Nie lubi zobowiązań. Piotruś Pan. Nie chce dorosnąć, żyje w świecie możliwości, trudno mu z którejkolwiek zrezygnować. Nic dziwnego, że niespecjalnie interesuje go stabilizacja. Często najważniejszą kobietą w jego życiu pozostaje matka, trudno mu być z kimś blisko. Nawet w małżeństwie zachowuje niezależność.

WSKAZÓWKA: Hermes musi nauczyć się szacunku dla praw i granic innych. Potrzebuje silnego autorytetu – dobrze więc, gdyby sięgnął po niektóre wartości patriarchalne reprezentowane przez Zeusa. Od Apollina nauczy się koncentracji na celu, wyczucia czasu, cierpliwości, umiejętności kończenia. Ma duży potencjał, by stać się poszukiwaczem sensu, przewodnikiem dusz. Na przykład psychoterapeutą, który towarzyszy innym przez jakiś odcinek drogi, pomaga przekroczyć próg. W micie o porwaniu Persefony to przecież Hermes schodzi do podziemnego świata, by sprowadzić boginię z powrotem na ziemię...

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Wzorce w relacjach. Może lepiej nie wiedzieć, jaki ma być mój partner?

Jeśli już potrzebujemy marzyć i składać zamówienia dotyczące naszego ideału partnera, myślmy raczej o tym, jak chcemy się czuć z nim w związku. Radośni, wolni, uskrzydleni? (Fot. iStock)
Jeśli już potrzebujemy marzyć i składać zamówienia dotyczące naszego ideału partnera, myślmy raczej o tym, jak chcemy się czuć z nim w związku. Radośni, wolni, uskrzydleni? (Fot. iStock)
A może by tak porzucić oczekiwania, że on ma być opiekuńczy, zaradny, wysportowany i mieć niebieskie oczy? Bo czasami lepiej nie wiedzieć, jaki ma być i wybrać tego z etykietką „zupełnie do mnie nie pasuje”. Do czego taka postawa doprowadzi w związku, mówi life coach Joanna Godecka. 

To żadne odkrycie, że w związki wchodzimy rządzeni przez różnego rodzaju wzorce. Do czego może prowadzić ich nieuświadomione odtwarzanie w kolejnych relacjach?
Funkcjonując zgodnie z wzorcami, mamy tylko dwie drogi do wyboru. Nagle budzimy się dokładnie w takim samym związku, w jakim żyli nasi rodzice, albo w jego zaprzeczeniu. W jednym i drugim przypadku jest to nieprawda. A w pewnym momencie życia chcemy już tylko prawdy.

Kiedy wreszcie uświadomimy sobie te schematy i powiemy „dość”, tracą one swoją moc. Jednak wtedy docieramy jednocześnie do miejsca dużej niepewności. Potrzebny jest nam nowy pomysł. Jak go znaleźć?
Niczego nowego nie stworzymy, jeśli usiądziemy i będziemy myśleć, co już było, a czego jeszcze nie. Kalkulacja w sprawach uczuć nie ma żadnych szans. I tak zweryfikuje się negatywnie. Znowu wpadniemy w jakąś rolę i będzie teatr. Kiedyś mężczyzna miał zarabiać, a kobieta prowadzić dom, potem to zaczęło się zmieniać, kobiety zaczęły robić karierę i zapracowały na swoje złote karty kredytowe. Wszyscy to wiemy, ten proces ewoluował całe lata na naszych oczach. Natomiast teraz liczy się partnerstwo, oboje pracujemy, oboje przynosimy pieniądze. Czyli pojawił się następny model, w którym – jak widać – po raz kolejny grzęźniemy.

Często zdarza mi się pracować z ludźmi, którzy boją się związku, bo kojarzy im się on z ciasnym, dusznym pokojem, w którym nie ma okien. Mam wrażenie, że przeczuwają oni nadchodzącą katastrofę. I słusznie, bo każdy model jest jakimś schematem, jakimś ograniczeniem, a one przecież do niczego dobrego nie prowadzą.

Model partnerski może niektórych straszyć wymuszaniem niezależności, na którą nie każdy i nie zawsze ma ochotę. Jest tu też coś niebezpiecznie bezpłciowego.
Myślę, że związki budzą lęk przed codziennością, taką „misiowatością”. Ciągłe eksploatowanie tych samych zachowań sprawia, że przestają one być atrakcyjne. Schematem jest też myślenie, że jak żyjemy w związku, to pewne rzeczy musimy robić. Na przykład wracać po pracy do domu. I rezygnujemy z plotek u przyjaciółki, żeby partner nie czuł się zaniedbywany. Zawsze, gdy wyznaczamy sobie sztywne reguły, życie staje się obowiązkiem. Jeśli sobie pomyślisz, że musisz, jak się czujesz?

Źle.
A jeśli powiesz sobie: „chcę”, jaka energia jest w tym słowie?

Dużo lepsza. Będąc w związku, nie powinniśmy zapominać o swoich przyjemnościach, ale też nie róbmy z tego obowiązku. Jest chyba teraz taka tendencja, żeby dmuchać i chuchać na swoją strefę „ja”. A może czasem ktoś wolałby wrócić po pracy do domu i cieszyć się, że ukochana osoba jest blisko?
Doszłyśmy teraz do punktu prawdy. Sama próbuję jej szukać dla siebie i pomagać ją znaleźć ludziom. Mówię: „Poszukaj prawdy o tym, co tak naprawdę lubisz. Czego chcesz w życiu?”. Wydaje się, że są to najprostsze, podstawowe pytania, ale wbrew pozorom trudno na nie odpowiedzieć. Zwykle nie wiemy, co lubimy, bo to, co lubimy, zastąpiliśmy tym, co robimy. A że tego nie lubimy? Już o tym zapomnieliśmy.

Powiedzmy sobie: „nie wiem, jaki ma być mój związek, nie wiem, jaki ma być mój partner, ale wiem, co lubię”.
Tak. Wydaje mi się, że to lubienie jest drogowskazem do związku. A każdy lubi co innego, tutaj się nie trzeba od razu definiować. O ile damy sobie szansę, żeby zauważyć, co lubimy. W tej stołówce zwanej życiem dosyć wcześnie jesteśmy przyrządzani na takie danko, żeby nikomu nie zaszkodziło. Dziewczynki mają być grzeczne, chłopcy zresztą też. Musimy to pranie mózgu troszkę odwrócić, wejść w siebie.

Kiedyś dostałam wino od koleżanki, która sama nie pije wina. Poszła do sklepu i powiedziała, że chce kupić wino dla koleżanki w prezencie. Polecono jej słodkie, bo ktoś założył, że kobiety takie piją. Ja go nienawidzę. Nie pijmy zatem słodkiego wina, skoro go nie lubimy. Pijmy to, co lubimy, i zorientujmy się w różnorodności swoich ulubionych smaków. Używając tej monopolowej metafory – próbujmy w życiu różnych rzeczy, żeby móc jak najpełniej zdefiniować swoją osobowość.

Dobre warunki do zdefiniowania własnej osobowości mamy chyba podczas różnego rodzaju przerw, chwil spokoju. Na przykład między związkami.
Jeśli ktoś kończy związek i desperacko ląduje w następnym, zwykle robi to ze strachu. Powinniśmy mieć trochę czasu, żeby opadły emocje. Ale też, żeby zauważyć, w jakim punkcie jesteśmy, bo na pewno się zmieniliśmy, na pewno mamy już nowe doświadczenia. To jest dobry czas na rozmontowanie się, kiedy najlepiej nic nie robić i za bardzo nie chcieć. Pozwolić sobie na wielkie „nie wiem”.

Rozmontowanie się jest trudne, bo umysł chce się czymś zajmować. Poza tym mamy w głowę wbite hasła o wyznaczaniu celów, świadomym kreowaniu rzeczywistości. Co robić, kiedy naprawdę nie wiemy? Mówimy „nie wiem, jakiego chcę związku”, bo niby skąd mamy wiedzieć? Wyszliśmy ze schematów, które były znane, ale nieprawdziwe. Boimy się.
Ten lęk może znowu zaprowadzić na znane ścieżki albo złapiemy się byle czego. Z jakiego powodu niektórzy, będąc na przykład na wakacjach w Hiszpanii, wcinają hamburgery, zamiast delektować się miejscowymi specjałami? Bo boją się nowości. Wyobraź sobie, że nagle zapomniałaś wszystkie przepisy, które znasz. Otwierasz lodówkę, wyjmujesz produkty i zaczynasz eksperymentować. Odkrywasz nowe smaki dzięki temu, że przepisy wyleciały ci z głowy.

Zdrowo jest zapomnieć.
I zdrowo jest nie wiedzieć. Ta amnezja, to „nie wiem” i ten nieprzyjemny moment, kiedy czujemy, że już nie mieścimy się w jakimś schemacie i kompletnie nie wiemy, co mamy sobie dać zamiast – to powinno być nasze święto. Wtedy warto zabrać się do eksperymentowania. Iść do sklepu i nie ściągać z wieszaków tego, co zawsze – piątego szarego sweterka, tylko wziąć rzecz z etykietką „to do mnie zupełnie nie pasuje”.

Tak. Ale zwykle w tym momencie pojawia się psychiczny dyskomfort. Wzorce nie pozwalają być sobą, ale w pewien sposób chronią. Jak sobie pomóc?
Warto sobie pomagać technikami praktyki obecności. Na przykład świadomym oddychaniem, tym wszystkim, co nas zbliża do siebie samych. Kiedyś podczas sesji coachingu oddechu straciłam poczucie tożsamości. Byłam przerażona i miałam moment paniki. Jednak gdy wzięłam oddech z tym moim lękiem, poczułam, że wszystkie definicje są mi niepotrzebne. To, że ja jestem, to już definicja, nie muszę tego nazywać. Trzeba pozwolić sobie zbliżyć się do siebie, czuć tak, jak się czujemy. Beznadziejnie na przykład. Wtedy odkryjemy w tym coś szalenie bliskiego i idealnego.

Dopiero gdy zbliżymy się do siebie, możemy prawdziwie zbliżyć się do drugiego człowieka.
Nie podamy tu recepty na idealny związek, właściwie obojętne, czy będzie on mniej, czy bardziej partnerski. Chodzi o to, żeby dojść do tego, czy jest to nasz wybór. Czy jest to nasza prawda, czy coś, co nam narzucono.

To bliskie wolności.
Tak. A wolność czujemy w ciele. Gdybyśmy, żyjąc w jakimś schemacie, byli uważni na sygnały ciała, odkrylibyśmy, że na przykład barki są napięte, a kręgosłup trzeszczy. Schematy usztywniają, ciało zawsze pokazuje prawdę. Jego rozluźnienie jest dowodem, że żyjemy tak, jak lubimy.

Kiedy już zdecydujemy się pozostać w stanie „nie wiem”, przychodzi czas prób. Pojawiają się osoby, sytuacje, rzeczy, którym mówimy „nie”, chociaż na horyzoncie nie pojawia się jeszcze nic, czemu można powiedzieć „tak”.
Wtedy trzeba zmierzyć się z pustką. Ale tylko w momencie, kiedy przejdziemy przez ten etap, pojawi się coś naprawdę nowego.

Całkowitą pustką. Mam wrażenie, że nawet marzenia o tym nowym kimś mogą przeszkadzać.
Jeśli już potrzebujemy marzyć i składać zamówienia, myślmy o tym, jak chcemy się w tym związku czuć. Radośni, wolni, uskrzydleni? W ten sposób dajemy życiu szansę, żeby nas zaskoczyło. Niespodzianki może wprowadzają chaos, ale nie są przypadkowe.

Wtedy pojawia się szansa, że w naszym życiu zmaterializuje się ktoś, kim wcześniej byśmy się nie zainteresowali. To znak, że schematy są już za nami.
Kiedy wchodzimy w nowy związek, jak najczęściej pytajmy siebie, co czujemy, bądźmy uważni na to, jak reaguje ciało. Ostrożnie wchodźmy w tę relację, zastanawiajmy się nad intencją działań, bądźmy czujni, czy robimy coś, bo chcemy, czy dlatego, że musimy. Czy jesteśmy sobą, komunikujemy swoje uczucia, nie udajemy niczego, ale jednocześnie pozwalamy partnerowi, żeby był sobą i wyrażał to, co czuje. Wówczas damy sobie szansę na wejście w prawdziwą totalną bliskość, która nie mieści się w żadnym wzorcu.

Joanna Godecka dyplomowany life coach, coach oddechu i terapeutka TSR. Specjalizuje się w tematyce związków partnerskich, skutecznego podnoszenia poczucia własnej wartości oraz atrakcyjności. 

  1. Psychologia

Czym dzisiaj jest męskość? Zastanawia się Wojciech Eichelberger

Rycerz XXI wieku musi walczyć ze stereotypami (Fot. iStock)
Rycerz XXI wieku musi walczyć ze stereotypami (Fot. iStock)
Wciąż słyszymy o kryzysie męskości i że winne mu są kobiety. Czy jednak nie jest to wygodne alibi dla mężczyzn? Czy oni sami nic tu nie zawinili? Ile dziś mężczyzny w mężczyźnie? Czym płcie mogą się jeszcze różnić, uzupełniać? A może nowym ideałem jest androgyne z cnotami obojga – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Kiedyś ojcowie uczyli chłopców męskości, a matki córki kobiecości. Dziś nie jest to już oczywiste, a nawet nie jesteśmy pewni, czy potrzebne. Fundacja Masculinum, którą współzałożyłeś, zamieściła na Facebooku pytanie o to, jakie cechy uważamy za męskie. W odpowiedzi ludzie wyliczają tradycyjnie zalety. Czyżby więc nie było problemu? Wiemy, co to znaczy męskość, tylko gorzej z jej realizacją?
Tego właśnie chcemy się dowiedzieć: Czym dzisiaj jest męskość dla mężczyzn i dla kobiet? Z pokorą podchodzimy do tych poszukiwań, bo przestało to być tak oczywiste. Obecnie nikt nie ma dobrego dla wszystkich przepisu na męskość ani na kobiecość. Poza tymi, którzy płciowość ideologizują – co czyni konserwatywna prawica (szczególnie męskie skrzydło) i feministyczna lewica. Masculinum chce trzymać się jak najdalej od ideologii i dzięki temu przyczynić się do męskiej autorefleksji i konstruktywnej rozmowy z kobietami. Chce dowiedzieć się, o co tak naprawdę chodzi kobietom i mężczyznom. Czego potrzebują od siebie samych i od siebie nawzajem. Nie czynimy żadnych wstępnych założeń poza jednym: że wszyscy – zarówno kobiety, jak i mężczyźni – w sprawach płci i relacji między płciami się pogubili.

Na razie jesteśmy w fazie dekonstrukcji męskiego mitu, jest wielka tego potrzeba. Dlatego na stronie Masculinum na Facebooku ktoś zapytał, czy w ogóle jest potrzebny nowy wzór mężczyzny. A ktoś inny stwierdził, że dziś nie ma żadnej potrzeby przypisywania płciom określonych psychologicznych czy charakterologicznych atrybutów. Może w tę stronę to zmierza. Będziemy się tylko trochę różnić – na poziomie anatomicznym. Czyli mężczyźni w przeciwieństwie do kobiet nadal nie będą zdolni do rodzenia i karmienia piersią, nie będą miesiączkować i mieć biustu. Nadal będą mieli niższy głos, zarost na twarzy i genitalia na zewnątrz. A reszta do uznania i wyboru. Może pozostałe różnice są uwarunkowane i powodowane przez wychowywanie i edukowanie dziewczynek i chłopców? Przecież można podać wiele przykładów kobiet posiadających cechy przypisywane stereotypowo męskości (np. męstwo) i przykłady wielu mężczyzn posiadających cechy przypisywane stereotypowo kobietom (np. brak kontroli nad emocjami). Czyżby pozabiologiczne cechy zależały od wpływu rodziców i wychowawców, a nie od hormonów? Jeśli tak, to ważne, by kobiety i mężczyźni dowiedzieli się od samych siebie, do czego obecnie aspirują. Jak sobie wyobrażają swój idealny zestaw kompetencji i właściwości? Na razie zaśmiecają nam głowy stosy myślowych kalk i stereotypów. Warto więc podkręcić dyskusję, by ważne pytania z obszaru męskie/żeńskie zaistniały w debacie publicznej. A potem przyjdzie czas na projekty badawcze i edukacyjne.

Czy jednak męskość można ratować po kobiecemu, ustalając demokratycznie jej nowe oblicze? Bardziej po męsku byłoby opracować kodeks cnót mężczyzny.
Jeśli okaże się, że większość mężczyzn aspiruje do archetypowych męskich cnót, że są one naturalną ekspresją męskich genów, to zapewne taki nowy kodeks samorzutnie powstanie. Choć osobiście wątpię, by tak się stało. Wszystko wydaje się zmierzać w stronę różnorodności, dowolności i indywidualizmu w psychospołecznym definiowaniu płci.

Deficyt ojców i pozytywnych męskich wzorców, inicjacyjnych doświadczeń i dokonań jest dramatyczny. Powszechne jest też pragnienie, by atrybuty i kryteria męskości, a także najgłębsze męskie potrzeby zostały na nowo rozpoznane i wyartykułowane przez samych mężczyzn. Obecnie wzorce męskości tworzą przede wszystkim kobiety: matki, babcie, wychowawczynie, nauczycielki, dziewczyny, kochanki, partnerki, żony, publicystki, reżyserki, trenerki, piosenkarki, pisarki. I czynią tak w dobrej wierze, według własnych wyobrażeń o idealnym mężczyźnie, pomyślanym najczęściej jako antyteza tych, których im było dane w życiu spotkać. Zjawisko to jest jedną z przyczyn i przejawem współczesnego kryzysu męskości. Przerwanie go nie jest prostym zadaniem, bo trzeba w tym pejzażu po bitwie na nowo namalować odpowiedzialnego i dojrzałego ojca. Córki i synowie muszą odzyskać ojców i nauczyć się ich szanować, a ojcowie muszą pokazać, że zasługują na ten szacunek. Tylko wtedy córki przestaną być wychowywane przez samotne matki na mścicielki, a chłopcy na paziów pielęgnujących rany porzuconych matek – a potem na próżno usiłujących sprostać niespójnym marzeniom partnerek mścicielek o idealnym mężczyźnie.

A może nowy wzór mężczyzny nie jest potrzebny, bo w świecie równości mężczyźni będą wreszcie mogli stać się męscy: szlachetni i prawi, a nie despotyczni i agresywni? Dla nich przecież też patriarchat był opresyjny i oni także wyzwolili się spod jego dyktatury.
Odwaga, odporność, waleczność, odpowiedzialność, wytrzymałość, pracowitość, pewność siebie, niezależność, zaradność, kreatywność, poczucie honoru i sprawiedliwości – to nie są cechy i możliwości, które utrudniałyby mężczyznom życie. Podobno kiedyś mężczyźni tacy byli. O tym, że patriarchat  zdemoralizował i ograniczył rozwój mężczyzn, zadecydował mechanizm dziedziczenia władzy. Gdy ojciec, który ogromnym wysiłkiem i pracą nad sobą doszedł do wysokiej pozycji materialnej i społecznej – po drodze stając się mężczyzną – przekazuje w spadku nieopierzonemu synowi swój dorobek i pozycję, to demoralizuje syna. Bo syn nie ma już powodu, by przejść tę drogę, która ukształtowała jego ojca. Nie musi zdobywać się na odwagę, wytrzymałość, odporność, pracowitość itd. Po co ma się wysilać, skoro z góry wiadomo, że dostanie prestiż, władzę i majątek w prezencie. W ten sposób dziedzice patriarchalnej władzy z pokolenia na pokolenie demoralizowali się i degenerowali, aż w końcu stali się niedojrzałymi i nieznośnymi pseudowładcami – świadomymi swojej uzurpatorskiej pozycji nie tylko wobec kobiet, lecz bardziej jeszcze wobec spuścizny męskich praprzodków. Krótko mówiąc, patriarchat zdemoralizował mężczyzn, pozbawiając ich konieczności doskonalenia męskich cnót i kompetencji. Męskie cnoty przekształciły się w puste, teatralne gesty, przebieranki, żałosne narcystyczne popisy i zawody.

A więc to patriarchat odpowiada za kryzys męskości?
Oczywiście, że tak. Patriarchatowi, jak każdemu systemowi opartemu na uzurpacji, nie zależało na rozwoju potencjału podległych, czyli w tym wypadku kobiet. To zrozumiałe. Ale nie docenił mechanizmu autodemoralizacji dziedziców władzy. Władzy niepotrzebne są już cnoty czy wartości, skoro może sięgać po terror i manipulację. Dlatego zapewne większość męskich władców opisanych w historii to żałośni, groteskowi i okrutni tyrani. Ale jest nadzieja, że to, co dzieje się obecnie, czyli coraz większy udział kobiet w rządzeniu światem, wymusi na mężczyznach odkurzenie rycerskich cnót i pracę nad ich urzeczywistnieniem. Jest też nadzieja, że uwolnione ze swych niewolniczych kompleksów kobiety będą wspierały mężczyzn w tym przedsięwzięciu. I wtedy dopiero skończy się przemoc w związkach, bo tylko ludzie, którzy czują się godnie i mają szacunek do samych siebie, nie odwołują się do przemocy i upokarzania.

Archetyp kobiety też nigdy nie został zrealizowany. Nie znam wielu kobiet ciepłych, akceptujących, dających życie i twórczych…
Tysiąclecia patriarchatu zdemoralizowały zarówno mężczyzn, jak i kobiety. Mężczyzn zdemoralizowała dziedziczona uzurpacja przewagi i władzy. Kobiety zdemoralizowała dziedziczna klątwa podrzędności, poddaństwa i zniewolenia. Zachowanie choćby minimum kontroli nad swoim życiem wymagało od kobiet odwołania się do intryg, podstępu i manipulacji. Na tym etapie odzyskiwania wolności i samostanowienia wiele kobiet bezwiednie wylądowało w męskich butach – i nazywa to emancypacją. Z drugiej strony – mężczyźni ubolewają, że przestają być dziedzicami władzy i prestiżu wpisanych w płeć, że muszą się ratować, pracując nad sobą. Zamieszanie jest ogromne. Obie te postawy są iluzjami, które na naszych oczach ulegają dekonstrukcji. Wreszcie! Teraz – wychodząc od tej gorzkiej prawdy – obie płcie potrzebują rozpocząć poszukiwania swojej prawdziwej kulturowej i psychologicznej tożsamości. Tylko w ten sposób kobiety i mężczyźni mogą zacząć przekraczać narzucone przez patriarchat konfliktowe role i pozy. Mogą przestać definiować się przez porównanie z drugą płcią, jej deprecjację i rywalizację z nią. Tylko głęboki i uczciwy proces odkrywania autonomicznej płciowej tożsamości doprowadzi do tego, że kobiety i mężczyźni zaczną obdarzać się szacunkiem.

A na razie na psychoterapii par znajomy usłyszał, że jest dla swojej kobiety za słaby. Może więc jednak potrzebne są szkoły rycerskie?
Może? Gdy wychowywany przez samotną matkę chłopiec słyszy: „Mam nadzieję, że nigdy nie będziesz taki jak twój ojciec”, to nie ma skąd czerpać wzorców, nie ma czego w sobie budować. Nawet jeśli nosi w sobie tęsknotę za rycerskimi cnotami i usłyszy od mamy: „Eee, to be… to macho”, i nie dostanie od żadnego mężczyzny wsparcia, stanie się składakiem różnych niepasujących do siebie części: trochę dziecka, trochę mężczyzny, dużo pazia mamusi, a pod spodem agresja – upokorzona męskość, od czasu do czasu przeradzająca się w przemoc. Bezradność i frustracja obu stron są ogromne.

Mężczyźni potrzebują więc, żeby mówić do nich po męsku. Kiedy któryś powie, że nie umie wbić gwoździa, powinien usłyszeć: „To się, facet, ogarnij i naucz”, zamiast: „Nie musisz umieć”, bo to jest głos nadopiekuńczej matki. A takie pocieszanie z ust mężczyzn wciąż słyszę w różnych dyskusjach o męskości.
Nigdy nie było jednego wzorca męskości. Zawsze obok rycerza był też kapłan, mędrzec itd., więc nie każdy musi umieć wbić gwóźdź. Nadal – także w czasach zamętu – męskość definiuje poszukiwanie etosu. Czy to będzie mędrzec, rycerz, czy czarnoksiężnik, czy podróżnik, czy gospodarz – nieważne. Byleby był określony i ukierunkowany. Ja bym tego, który przyznaje, że nie umie wbić gwoździa, nie wyśmiał. Pytałbym dalej, w czym jest dobry. W gotowaniu? Super! Ja umiem wbijać gwoździe, ale gotować nie bardzo. Mężczyzna potrzebuje być w czymś dobry, dążyć do jakiegoś mistrzostwa, perfekcji. Wiele kobiet też tego potrzebuje, choć częściej chcą być multidobre, prymuskami. A to zbyt dużo wysiłku kosztuje i nie prowadzi do mistrzostwa.

Czyli wszystko to, co może mieć mężczyzna, może mieć też kobieta, tylko inaczej zaakcentowane?
Może są cechy, które kobiety chcą bardziej rozwijać w sobie. A mężczyźni potrzebują rozwijać inne. A o tym, które z nich będą rozwijane, decyduje wewnętrzne przeczucie: Co sprawia, że czuję się zrealizowany jako mężczyzna? Co sprawia, że czuję się zrealizowana jako kobieta? Tradycja nie da nam na to odpowiedzi.

Ktoś na Facebooku napisał, że męskie cechy to te, które uzupełniają kobiece, a także odwaga i posiadanie swojej jaskini. I myślę, że aby kobieta mogła rozwijać swoje serce, musi czuć, że jest z mężczyzną, który daje jej poczucie bezpieczeństwa…
Ortodoksyjne feministki spalą cię za to zdanie na stosie. Ale warto pytać, na czym może współcześnie polegać komplementarność mężczyzny i kobiety. Czy tylko na tym, że mamy – na szczęście – różne genitalia? Czy jeszcze na czymś? Komplementarność wydaje się potrzebna, by istnieć w parze, by następowała wymiana, przepływ. Ale może czas zadać sobie podstawowe pytanie: Czy w ogóle mamy się uzupełniać? Ideałem jest, że każda strona relacji rozwinie w sobie w pełni zarówno Amora, jak i Psyche, a także Erosa i logos.

A na razie zamiast dążyć do ideału Androgyne, kobiety gubią kobiecość, a mężczyźni męskość.
No właśnie. Można powiedzieć, że pora się pochylić z pokorą przed złożonością tego zagadnienia. Etap chaosu to etap poszukiwań. Poszukujmy więc – nie udawajmy, że coś wiemy.

Wojciech Eichelberger
psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii; www.ipsi.pl

  1. Psychologia

Prawdziwy mężczyzna. Na czym polega męska siła?

Czy prawdziwy mężczyzna musi być odważny, silny i zamożny? Jaką cenę płacimy za spełnianie społecznych oczekiwań? (fot. iStock)
Czy prawdziwy mężczyzna musi być odważny, silny i zamożny? Jaką cenę płacimy za spełnianie społecznych oczekiwań? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Prawdziwy mężczyzna powinien wybudować dom, posadzić drzewo i spłodzić syna. Ma być kimś, ma się wyróżniać, osiągnąć sukces, zapewnić rodzinie „wszystko”... – tego oczekuje społeczeństwo, tego oczekują też kobiety. Mężczyźni bardzo często stają się ofiarami tych oczekiwań. Bo w „męskim świecie” nie ma miejsca na odkrywanie pragnień serca, jest za to wiele cierpienia – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko w rozmowie z Renatą Arendt-Dziurdzikowską.

„Jak wielu z nas jest wysokimi, szczupłymi, bogatymi, odnoszącymi sukcesy, cieszącymi się władzą, z dwudziestocentymetrowym i owłosioną klatką, zawsze opanowanymi... czy ktoś... o tak, tutaj jest jeden! Jedyny mężczyzna!” – Steve Biddulph, autor „Męskości”, donosi, jak poznał prawdziwego mężczyznę. Co dzieje się w wewnętrznym świecie mężczyzn? Przymierzają siebie do mało realnych wzorców. Prawdziwy mężczyzna powinien wybudować dom, posadzić drzewo i spłodzić syna. Co to znaczy? Przecież gdyby rzeczywiście każdy mężczyzna miał wybudować dom, to zabrakłoby miejsca na Ziemi. Gdzie byśmy je stawiali? Na Alasce? Gdyby każdemu mężczyźnie urodził się syn, to powstałaby potężna nierównowaga, bo synowie potrzebują kobiet. Jedynie sadzenie drzew potraktowałbym jako użyteczne zalecenie. Czy Einstein budował dom i sadził drzewa? Wątpię. A inni naukowcy, podróżnicy, odkrywcy, pisarze, lekarze? To popularne powiedzenie, często przywoływane, dobrze odzwierciedla sposób myślenia na temat roli mężczyzn. Widać, jak bardzo jest ograniczające, sztywne. Który mężczyzna jest w stanie mu sprostać?

My, kobiety, budzimy się z wielowiekowego patriarchalnego snu, odkrywamy swoją siłę, dary i talenty, swoje piękno i niepowtarzalność. Ale pierwsze, z czym musiałyśmy się zmierzyć, to presja, jakiej jesteśmy poddawane od dziecka. Częste pytania kobiet to: „jaka powinnam być?”, „czy jestem już wystarczająco dobra, odpowiednia?” i „czy jestem PRAWDZIWĄ kobietą?”. Pytanie: „czy jestem PRAWDZIWYM mężczyzną?”, to jest taka sama niepewność, rozdarcie, ból? Podlegamy – i kobiety, i mężczyźni – najprzeróżniejszym presjom i powinnościom. Mężczyzna ma być kimś, ma się wyróżniać, być doceniany w pracy, osiągnąć sukces, zapewnić rodzinie odpowiednie warunki materialne. Tego oczekuje społeczeństwo, ale przede wszystkim tego oczekują kobiety, partnerki mężczyzn. To jest tak głęboko uwewnętrzniony wzorzec męskiej tożsamości, że dochodzi do paradoksalnych sytuacji. Na przykład kobieta zarabia więcej niż partner, co można by uznać za sukces ich rodziny, bo oboje wykonują pracę, którą lubią, a jednak ona mówi: „Albo coś z tym zrobisz, albo musimy się rozstać”. Albo kobieta wymaga, aby jej mężczyzna się rozwijał – powinien tak jak ona ćwiczyć jogę, czytać książki, zapisać się na kurs samorealizacji. A on ciężko pracuje na budowie, przychodzi do domu zmęczony, chce odpocząć, więc włącza telewizor. Ona się denerwuje, nie może patrzeć na to, że on siedzi przed telewizorem. Gdy rozmawiamy dłużej, okazuje się, że mężczyzna całkiem nieźle ma się w swojej pracy, uśmiecha się do żony często, snują wspólne plany. Nie ma powodu upierać się, że ktoś coś powinien, a już najbliższa osoba? Na pewno nie tędy droga.

Mężczyźni przejmują się naszymi oczekiwaniami? Bardzo często stają się ofiarami tych oczekiwań. Presja ze strony partnerek ma na nich decydujący wpływ. Kobiety, mimo że narzekają na patriarchalny system, popychają mężczyzn w kierunku realizowania jego wzorców. Niewinne stwierdzenia: „Bądź mężczyzną, zrób coś wreszcie, podejmij decyzję!” albo „Rozejrzyj się, inni tyle już osiągnęli, a ty?”, mają dużą siłę. Szczególnie porównania z innymi wywierają silną presję równania do wzorca. Pozornie wspierające stwierdzenia dotyczące sytuacji w pracy: „Nie daj sobie jeździć po głowie, zrób coś, przecież to niedopuszczalne”, tak naprawdę napędzają patriarchalny archetyp walki o terytorium, eliminowania wrogów, obcych plemion czy wyłaniającego się na horyzoncie samca alfa. Wierzę, że nie takie są intencje kobiet. Warto pamiętać, że spełnianie patriarchalnego wzorca jest dla mężczyzn coraz trudniejsze, bo warunki ciągle się zmieniają, a tempo przemian i wymagania wciąż rosną. Nie chodzi o upolowanie kolejnego mamuta czy zdobycie skóry bobra, ale o coś znacznie więcej – to jest nieustająca walka o pozycję, o prestiż, lepszy samochód, lepszy wizerunek, lepszego haka na konkurencję. Ta spirala walki, konkurencji ciągle się nakręca, nie wiadomo już do czego prowadzi.

„Nie znajduję w nim radości, ognia, pasji życia” – mówią mi kobiety o swoich mężczyznach. Gdzie się podziała męska energia? Źródłem cierpienia wielu mężczyzn jest wewnętrzna nierównowaga. Na ogół mamy w sobie zbyt wiele cech typowo męskich albo – wcale nierzadko – kobiecych. Męscy mężczyźni są nastawieni na walkę, posiadanie. To jest strategia ich przetrwania. We współczesnym świecie przetrwanie nie wiąże się z tym, żeby mieć gdzie mieszkać, co jeść i w co się ubrać, wiąże się z lansowanymi standardami. Jeśli mężczyzna za nimi nie nadąża, jeśli nie zapewnia swojej partnerce, dzieciom tego, co zapewniają swoim rodzinom inni mężczyźni, czuje się zagrożony.

Taką postawę popularyzują książki dotyczące psychologii sukcesu, w których autorzy podkreślają, że czas to pieniądz. Mężczyzna czyta: „Pomyśl, ile mógłbyś zyskać, gdybyś pracował jeszcze jedną godzinę dziennie”. Sumują ten czas w skali roku i okazuje się, że po kilku latach mężczyzna mógłby opływać w dostatki. Jeśli traktuję poważnie tego typu przesłanie, wtedy tak nieproduktywne zajęcia, jak spotkania z przyjaciółmi, zabawy z dziećmi, wyprawy do lasu, niezobowiązujące lektury czy marzenia, wywołują poczucie winy. Nie mogę pozwolić sobie na nicnierobienie. Więc osiągam kolejne cele. Ale nie jestem w stanie się nimi cieszyć, doświadczać istnienia w sposób, który daje poczucie wewnętrznego bogactwa i spokoju. Można powiedzieć, że tacy mężczyźni mają w sobie za mało kobiety, równoważącego kobiecego aspektu.

Znajoma terapeutka o mężczyznach twardych, sztywnych i ciągle w pędzie mówi, że są jak bąki – zabawki dla dzieci. Taki mężczyzna bąk stoi, dopóki się kręci; gdy zwalnia, zaczyna się chybotać; gdy się zatrzymuje, przewraca się, pada. Musi być w ciągłym wirze, żeby w ogóle funkcjonować, zachować pion.

Wszystko, co najcenniejsze, jest na zewnątrz mnie, do zdobycia – to jest taki stan umysłu. Kobiety mówią wtedy do swoich mężczyzn: „Usiądź, posłuchaj mnie, popatrz na mnie, gdzie tak pędzisz?”. Mężczyźni znacznie częściej niż kobiety upatrują źródła szczęścia na zewnątrz siebie, w przedmiotach, które są do zdobycia. To jest straszliwa pułapka. Wydaje mi się, że jeśli tylko osiągnę to i to, będę szczęśliwy. Już osiągnąłem, więc myślę, że jestem szczęśliwy, ale mógłbym być jeszcze bardziej, gdybym...więc znów rzucam się w pogoń. Oczywiście czynniki zewnętrzne są ważne tak samo, jak ważni są inni ludzie, ale uzależnianie od nich szczęścia to prosta droga do nieszczęścia.

Zadania, jakie realizują mężczyźni, wymagają od nich koncentracji na świecie zewnętrznym, a wtedy bardzo łatwo zapomnieć o sobie, o swoim wnętrzu, zatracić tę część siebie, która pragnie życia kontemplacyjnego. Ta utrata to kolejne źródło cierpienia mężczyzn. Jak mężczyzna odpoczywa? Idzie do parku, bo wie, że ruch dobrze robi i spacer dotlenia. Ale myślami jest zupełnie gdzie indziej – snuje plany, odbiera telefony i załatwia sprawy. Na wakacje zabiera laptopa, przyjmuje i wysyła mejle. Nie jest w stanie zobaczyć liści na drzewach, chmur na niebie, usłyszeć śpiewu ptaków, być tu i teraz. Widziałem kiedyś taką scenę na basenie. Wszedł mężczyzna, położył telefon komórkowy na krawędzi basenu i zanurzył się w wodzie. Płynie, łapie rytm, oddech. W pewnym momencie dzwoni telefon. Nerwowo zawraca, aby zdążyć odebrać. Dopływa, ale telefon przestaje dzwonić. Zanurza się w wodzie, płynie, odzyskuje zrelaksowany oddech. Dzwonek telefonu. Znów zawraca. Tym razem się udaje, rozmawia. Znów przez chwilę płynie... I tak dalej. Ktoś, kto nie umie się zatrzymać, nie będzie szczęśliwy.

Jakie wytyczne musi spełniać mężczyzna, by zasłużyć na miano tego 'prawdziwego'? Na czym powinna polegać jego siła? (fot. iStock) Jakie wytyczne musi spełniać mężczyzna, by zasłużyć na miano tego "prawdziwego"? Na czym powinna polegać jego siła? (fot. iStock)

Wielu mężczyzn obawia się swojej kobiecej strony, wypiera ją albo odrzuca. To są ci mężczyźni, którzy nie rozumieją świata kobiet, uważają je za inny gatunek, gorszy, bo niezrozumiały. Poznałem niedawno takiego mężczyznę – kolekcjonuje albumy z malarstwem, same portrety kobiet. Kiedy ogląda te albumy, robi to z największą czułością. Tylko w ten bezpieczny dla siebie sposób może kontaktować się z kobiecością.

Czego się obawia? Pożądania, przywiązania, zależności, być może zranienia, odrzucenia, więc woli sam odrzucić, niż być odrzuconym. Oczywiście głęboko pragnie tego, co odrzuca.

Mężczyźni tęsknią za doświadczaniem bliskości zarówno w relacjach z kobietami, jak i z innymi mężczyznami. Za przyjaciółmi, z którymi można się dobrze rozumieć. Tęsknią za bliskością z samymi sobą, czyli za taką relacją ze sobą, w której nie musieliby popędzać się batem, karać siebie czy od siebie uciekać.

Elisabeth Badinter w „Tożsamości mężczyzny” przywołuje dwa określenia biegunowo różnych mężczyzn, zaczerpnięte z literatury skandynawskiej: „mężczyzna węzeł” i „mężczyzna miękki”. Mężczyzna miękki wielu kobietom wydaje się atrakcyjny, ponieważ nie ma tych wszystkich zagrażających, twardych męskich cech. Jednak Badinter obu umieszcza w rozdziale „Mężczyzna okaleczony”. Mężczyźni wrażliwi, delikatni, nieśmiali nie mają poczucia siły, sprawczości. Nie potrafią znaleźć odpowiedniej partnerki, ciekawej pracy, a jeśli już pracują, to dają się wykorzystywać, nie pozwalają sobie, by marzyć, osiągać cele. Wycofują się. To są mężczyźni wychowywani przez kobiety.

Mam klienta, którego matka zmarła dwa lata temu. Skończył czterdziestkę i właściwie dopiero teraz zaczyna życie. Z dziewczynami, z którymi był, nie łączyły go bliskie relacje. Zresztą żadna nie podobała się matce, więc odpadała jako kandydatka na towarzyszkę życia dla synka. Ten mężczyzna, który najprawdopodobniej przekroczył już półmetek swojego życia, nie wie, kim jest, co ma robić, w jakim kierunku pójść. Gdy żyła mama, wszystko było jasne, czasem się buntował, ale miał punkt odniesienia. Teraz jest zawieszony w próżni. To oczywiście skrajny przypadek, ale dobrze pokazuje skutki wewnętrznej nierównowagi, okaleczenie, o którym mówiłaś.

Za czym tęsknią mężczyźni? Za bliskością – to jest wspólne. Za doświadczaniem bliskości zarówno w relacjach z kobietami, jak i z innymi mężczyznami. Za przyjaciółmi, z którymi można się dobrze rozumieć, nadawać na tej samej fali. Tęsknią za bliskością z samymi sobą, czyli za taką relacją ze sobą, w której nie musieliby popędzać się batem, karać siebie czy od siebie uciekać. Za bliskością ze swoimi marzeniami i celami. Za bliskością z ludźmi w pracy przejawiającą się w realizowaniu wspólnych planów, we wzajemnym zaufaniu, dzieleniu się sobą, wspieraniu.

Współczesny mężczyzna jest samotny. Rzadko który mężczyzna ma głębokie, przyjacielskie relacje z innymi mężczyznami. A jeśli nie potrafi ich tworzyć, nie będzie też umiał tworzyć bliskich związków z kobietami. To jest samotność długodystansowca, który biegnie do mety, po drodze zalicza kolejne etapy, ale w końcu odkrywa, że nie ma wokół niego nikogo, z kim mógłby się cieszyć zwycięstwem.

Po co żyję? Czy mężczyźni szukają odpowiedzi na to pytanie? Najpierw musieliby je sobie zadać. Gdy rozglądam się wokoło, to mam wrażenie, że 90 procent mężczyzn cierpi i nie wie dlaczego. To pytanie nie przebija się do świadomości. Albo nie dopuszczają go do siebie, bo wtedy trzeba by dokonać jakiegoś zwrotu w życiu, podjąć ważne decyzje. Więc – jak mówią – ciągną ten kierat. Bo jak nie kierat, to co? Marzenia? Marzenia to mrzonka.

Mężczyznom brakuje poczucia misji, nie znajdują sensu w tym, co robią – to kolejne źródło cierpienia. Głębokie pragnienia ulegają zapomnieniu w takim stopniu, że trudno je odnaleźć, odzyskać. Presja, której podlegamy, spełnianie oczekiwań, powinności i standardów nie zostawiają miejsca na odkrywanie pragnień serca.

  1. Seks

Orgazm na emeryturze

Nie ma żadnego limitu orgazmów. Udanym życiem seksualnym można i warto się cieszyć aż do śmierci. (Fot. iStock)
Nie ma żadnego limitu orgazmów. Udanym życiem seksualnym można i warto się cieszyć aż do śmierci. (Fot. iStock)
Młodzi obsadzają cię w roli babci, a ty wciąż masz wielki apetyt na życie i seks? Nie musisz przechodzić na erotyczną emeryturę! Możesz mieć orgazm za orgazmem, bo dopiero teraz wiesz, jak go osiągnąć i poczuć jego prawdziwy smak.

Pamiętacie tę scenkę z serialu „Seks w wielkim mieście”, kiedy zrozpaczona Samantha oświadcza koleżankom, że straciła orgazm? Carrie próbuje ją pocieszyć, że czasami po prostu się nie udaje. „Mnie się zawsze udaje” – ucina Samantha i nawet nie chce słuchać zapewnień przyjaciółki, że pewnego dnia orgazm znów się pojawi. Tymczasem Charlotte dolewa oliwy do ognia: „Czytałam artykuł o kobiecie, która miała orgazm za każdym razem. I nagle… Przestała mieć. Na dobre. Po prostu zużyła cały swój zapas”.
Myślicie, że jest jakiś limit orgazmów, które przysługują nam na całe życie? Że w „pewnym” wieku zostają nam już tylko wspomnienia?

Rozkosz bez limitu

Kiedyś byłam w kinie na filmie „Lepiej późno niż później”. Podczas sceny, w której Jack Nicholson i Diane Keaton uprawiają seks, usłyszałam rozmowę pary siedzących obok 20-latków: „To w tym wieku jeszcze uprawia się seks?!”. No cóż…

– Młodzi często uważają, że w pewnym wieku seks trzeba odłożyć na półkę, a zająć się plewieniem ogródka lub opieką nad wnukami – uśmiecha się Violetta Nowacka, specjalistka od edukacji seksualnej, psycholożka prowadząca poradnię SELF Przyjazne Terapie w Poznaniu. I uspokaja: – Nie ma żadnego limitu orgazmów. Udanym życiem seksualnym można i warto się cieszyć aż do śmierci.

Na dowód przytacza dane: 41 proc. emerytów deklaruje, że regularnie uprawia seks, a 15 proc. robiłoby to, gdyby tylko miało partnera. Co czwarty mężczyzna po siedemdziesiątce jest sprawny seksualnie, a większość kobiet po pięćdziesiątce ma ochotę na seks. I choć Jacek Cygan pisał: „Za młodzi na sen, za starzy na grzech”, kobiety mają inne zdanie na ten temat. Przykłady?Jane Fonda: „Mam 74 lata i nigdy wcześniej moje życie seksualne nie było równie satysfakcjonujące. W młodości krępowało mnie tyle obaw – nie wiedziałam, czego pragnę”.
Nasze krajowe gwiazdy, kobiety energiczne i zachłanne na życie, tylko potwierdzają, że seks po pięćdziesiątce, sześćdziesiątce czy siedemdziesiątce jest najlepszy w całym życiu. „Może być lepszy niż po dwudziestce, bo już nie trzeba się niczego bać, wstydzić. Daje tylko radość. Wreszcie kobieta nie musi się denerwować, że zajdzie w ciążę. Może też puścić wodze fantazji, bo nie uprawia seksu z obcym mężczyzną, tylko z tym, komu ufa i komu może wszystko powiedzieć. Nie należy opowiadać bzdur, że w pewnym wieku seks nie ma już znaczenia” – mówi Bożena Dykiel. Podobnego zdania jest Urszula Dudziak: „Myślę, że dla kobiety najlepszy czas zaczyna się po menopauzie. Nawet seks smakuje wtedy lepiej. Seks uzdrawia i utrzymuje nas w dobrej formie. Dzięki niemu jesteśmy młodzi, piękni i radośni. Jest on integralną częścią naszego szczęścia. My mamy fantastyczny seks i czuję, że to się chyba nigdy nie skończy”.

Ale po co nam ten orgazm?

„Bez męskich orgazmów nie byłoby dzieci” – zauważają Annika Sommerville i Lisa Williams, autorki książki „Dużo orgazmów proszę”. „Mężczyźni potrzebują ich do prokreacji; gdyby seks był dla nich nudny, doprowadziłoby to do spadku liczby narodzin, a w efekcie do wymarcia ludzkiego gatunku”. Może dlatego przez wieki utarło się, że mężczyźnie orgazm się po prostu należy. Sami panowie traktują zresztą swój orgazm jako coś oczywistego. W dodatku mogą zostać ojcami nawet w późnym wieku, kiedy bardziej przypominają dziadka niż ojca dziecka.

A po co kobiety doznają seksualnej rozkoszy? I to w dodatku w dekadzie życia, w której nie mamy ani szans, ani nawet ochoty na potomstwo, bo menopauza pozbawiła nas tej możliwości. Może po to, żebyśmy czuły się bardziej atrakcyjne? Bo przecież kobieta podczas szczytowania jest niezwykle podniecająca. „U kobiet orgazmy są seksowne – zarówno dla nich, jak i dla ich partnerów” – twierdzą autorki książki. Przekonują, że kobiety, które mają orgazmy, a zatem udane życie seksualne, lepiej śpią, mają wyższe poczucie własnej wartości, są bardziej zadowolone z siebie i swojego życia oraz mają więcej energii, która napędza je do działania. Naukowcy podkreślają, że kobieca satysfakcja seksualna to prawdziwa tabletka na szczęście. „Orgazm poprawia jakość snu, pomaga zachować młody wygląd, a jeśli osiągasz go podczas seksu z partnerem, to wzmacnia waszą więź” – piszą Sommerville i Williams. Radzą więc: „Kiedy się czujesz zestresowana, wyczerpana i potrzebujesz czasu dla siebie, może warto dać sobie orgazm, zamiast robić zakupy online, obsesyjnie przeglądać Internet albo przesiadywać na Pudelku”.

Violetta Nowacka przytacza badania przeprowadzone na Rutgers University w USA, z których wynika, że aktywność seksualna trzyma nas w dobrej formie do późnej starości. „Seks i orgazm sprawdzają się w leczeniu bólu – zastępują dwie tabletki aspiryny, łagodzą schorzenia reumatyczne, przewlekłe bóle artretyczne, wzmacniają mięśnie całego ciała, dzięki czemu stajemy się bardziej elastyczne i odporne na zmęczenie. Poza tym podczas seksu spalamy prawie tyle kalorii, ile podczas joggingu, co w pewnym wieku, kiedy spada metabolizm i łatwo o dodatkowe kilogramy, jest nie bez znaczenia” – czytamy w „Dużo orgazmów proszę”. Co więcej, charakterystyczna dla wieku pomenopauzalnego u kobiety atrofia ścianek macicy postępuje wolniej, gdy regularnie uprawia ona seks.

A co, gdy orgazmu nie ma?

Orgazmu na długie lata pozbawił kobiety Zygmunt Freud, który uważał, że orgazm łechtaczkowy jest mniej wartościowy. Kobiety, które tylko w ten sposób potrafiły osiągnąć przyjemność (a jest to znacząca grupa), uważały więc, że prawdziwego orgazmu osiągnąć nie potrafią. Teoria Freuda, jak wiele innych, została w końcu obalona, a orgazm łechtaczkowy zyskał pełnoprawną wartość. O przewadze łechtaczki nad penisem napisali też Sylwia Jędrzejewska i Andrzej Depko w najnowszej książce „Kobiety, które pragną bardziej”. Przekonują: „Kobiece ciało jest wyposażone w narząd służący wyłącznie do dostarczania przyjemności seksualnej. To łechtaczka. Mężczyźni takiego narządu nie posiadają. Penis niestety nie jest narządem, którego można zazdrościć. W pewnym momencie aktywności seksualnej staje się niewydolny, niejednokrotnie rozczarowuje partnerów, podczas gdy łechtaczka zawsze jest gotowa dostarczać właścicielce przyjemności i tak łatwo się nie męczy. To narząd posiadający osiem tysięcy połączeń włókien nerwowych – penis ma ich o połowę mniej”.

Dziś ocenia się, że tak naprawdę jedynie mniej niż 5 proc.kobiet nie jest w stanie osiągnąć orgazmu. Autorki książki „Dużo orgazmów proszę” zapytały kobiety o to, dlaczego nie miały w ostatnim roku orgazmu podczas seksu ze swoim partnerem. Aż 41 proc. wyznało, że podczas seksu myśli głównie o tym, że źle wygląda (jest za gruba, za duża, ma za małe piersi albo za duży brzuch). To sprawia, że – skupione na swoich deficytach i wadach – nie potrafimy czerpać satysfakcji z seksu. „Jako kobiety jesteśmy wychowane w przekonaniu, że nasza wartość seksualna, i nie tylko, jest oparta na wyglądzie” – argumentują autorki. Tymczasem dojrzałość przynosi większy luz. I choć nasze ciała nie wyglądają jak 30 lat temu, to już wiemy, że to nie ma znaczenia. „Stajemy się odważniejsze, bo co niby mamy do stracenia? Mam obwisłą skórę, no i co? On też” – twierdzi Jane Fonda.

Według tych samych badań 40 proc. kobiet nie osiągnęło orgazmu z powodu pośpiechu i ograniczenia czasowego, a 31 proc. dlatego, że nie potrafiło powiedzieć partnerowi, co tak naprawdę sprawia im w łóżku największą przyjemność. I tu też dojrzałość ma przewagę. „Starsi ludzie mogą być seksowni i świetnie się bawić w łóżku” – piszą Sommerville i Williams. „Teoretycznie, gdy osiągamy ten wiek, kiedy człowiek zaczyna wzdychać: »O, jak miło sobie posiedzieć«, i nie musi dłużej udawać, że lubi festiwale muzyczne, powinniśmy już znać swoje ciało na wylot. Wiemy, czego oczekujemy od partnera”. W młodości godziłyśmy się na kiepski seks, a nawet udawałyśmy orgazm, żeby nie zrobić mu przykrości, teraz możemy robić to, na co mamy ochotę. W dodatku znikają problemy młodości – dzieci za ścianą, rata kredytu do zapłacenia, szef, który w pracy wylał na nas swoje frustracje. Jest jeszcze jeden powód, dla którego seks po menopauzie daje nam już tylko radość – znika lęk, że zajdziemy w niepożądaną ciążę.

Czy można mieć za dużo orgazmów?

Podobno im więcej, tym lepiej. W dodatku kobiety mogą mieć orgazm wielokrotny, czyli podczas jednego stosunku potrafią szczytować kilka razy. To nasza przewaga nad mężczyznami – podczas gdy oni mają zwykle jeden, i na tym koniec (wyjątkowo dwa), my możemy mieć kaskadę orgazmów. I to aż do późnej starości. Kolejna różnica między nami – co zauważają Sommerville i Williams – mężczyźni z wiekiem coraz rzadziej miewają orgazmy, ale kobiety z roku na rok się rozkręcają. Na dowód przedstawiają badanie, w którym poddano wieloletniej obserwacji 800 pań. I co się okazało? Że połowa kobiet po osiemdziesiątce doświadcza satysfakcji seksualnej za każdym lub prawie każdym razem. Co więcej, okazuje się, że seks z biegiem lat może być lepszy, zgodnie ze starym porzekadłem „apetyt rośnie w miarę jedzenia”. U kobiet coś takiego jak erotyczna emerytura po prostu nie istnieje. Według statystyk seksuologa Zbigniewa Lwa-Starowicza większość kobiet po pięćdziesiątce ma ochotę na seks. Nie ma jednak dobrej odpowiedzi na pytanie: ile orgazmów miesięcznie powinnaś osiągać? „Seks to nie owoce i warzywa, żeby fundować sobie pięć zalecanych porcji dziennie. W życiu intymnym nie liczy się ilość, lecz jakość. Nie ma znaczenia, jak często uprawiasz seks i ile masz orgazmów” – czytamy w „Dużo orgazmów proszę”. Jeśli masz ochotę na orgazm, dobrze wiedzieć, jak go osiągnąć. Bez presji. Za to z przyjemnością.

A co, gdy zawodzi zdrowie?

Pamiętacie scenę z filmu „Lepiej późno niż później”, w której bohater grany przez Jacka Nicholsona podczas preludium do seksu z młodziutką kochanką dostaje ataku serca? No cóż… Starszy pan przesadził z viagrą i entuzjazmem, a niezdrowy tryb życia dał o sobie znać. Bo nawet w chorobach serca seks jest dobry i bezpieczny. Violetta Nowacka twierdzi, że sam stosunek nie jest wielkim wysiłkiem dla serca. Pod warunkiem że nie przerabiamy w łóżku wszystkich pozycji Kamasutry albo nie zabawiamy się w odgrywanie scen z „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. „Można go porównać z dość szybkim spacerem” – twierdzi specjalistka i dodaje, że nawet miesiąc po przebytym zawale nie trzeba rezygnować z seksu, a bezpieczna jest wtedy pozycja „na łyżeczkę”. Ma też radę dla panów na kłopoty z potencją: „Powinni kochać się regularnie i najlepiej nad ranem. Wtedy poziom męskich hormonów jest najwyższy i o wzwód najłatwiej”.
Violetta Nowacka podkreśla, że regularne współżycie pozwala łagodniej przejść przez trudny czas po menopauzie i pogodnie wkroczyć w starszy wiek: „Jeśli mamy związane z seksem pragnienia, nie dajmy się presji społecznej i uprawiajmy seks. Nie przestajemy być mężczyznami i kobietami tylko dlatego, że przekroczyliśmy sześćdziesiątkę. Kochaj się optymalnie raz, dwa razy w tygodniu, a jeśli nie masz z kim, możesz się zaspokajać sama. Kto powiedział, że masturbacja to przywilej wyłącznie młodych?”.

  1. Seks

Związki (zbyt) otwarte

Związek otwarty polega na umowie między partnerami: „ja mogę spotykać się z innymi i ty też możesz”. Robią to jawnie i nikt nikogo potem nie rozlicza z przygód. Tyle teoria. Jak jest w praktyce? (Fot. iStock)
Związek otwarty polega na umowie między partnerami: „ja mogę spotykać się z innymi i ty też możesz”. Robią to jawnie i nikt nikogo potem nie rozlicza z przygód. Tyle teoria. Jak jest w praktyce? (Fot. iStock)
„Moja droga, żyjemy sobie cudownie, jak dwa gołąbki. Raz jedno wyfruwa z gniazda, raz drugie”. Ten stary dowcip dotyka ważnego tematu: czy gościnność seksualna może być dobra dla związku?

Nie był to pomysł Grażyny. Zaproponował go Janek. Powiedział: „kochanie, chciałbym, żeby nasz związek był otwarty”. „Masz na myśli sypianie z innymi kobietami?” – zapytała. Tak, dokładnie to miał na myśli. Ale ta otwartość miała działać w obie strony – Grażynie też wolno mieć kochanków. „Dobrze, ale po co? – nie mogła zrozumieć – przecież kocham ciebie i to z tobą chcę uprawiać seks”. Janek wytłumaczył: „Nasza miłość pozostanie najważniejsza. Ale w ten sposób nasz związek będzie zawsze świeży, nigdy się sobą nie znudzimy. Nie będziemy też o siebie zazdrośni, bo każde będzie wiedziało, że to tylko seks”. Dała się przekonać. Matka natura stworzyła nas przecież bez takich konwenansów. Ewolucyjnie mężczyźni są zaprogramowani na rozsiewanie swego nasienia, a kobiety na poszukiwanie najlepszego dawcy genów dla potomstwa. Tak sobie chwilę pomyślała i powiedziała: „Czemu nie? Spróbujmy”. I spróbowali...

Brzmi nieźle

Związek otwarty polega na umowie między partnerami: „ja mogę spotykać się z innymi i ty też możesz”. Robią to jawnie i nikt nikogo potem nie rozlicza z przygód. Tyle teoria. W praktyce takie związki często się różnią.

– Przede wszystkim wchodzimy w nie z różną motywacją – mówi Małgorzata Zaryczna, seksuolożka, psycholożka i terapeutka. – Czasem partner nas przekonuje, że to będzie wspaniałe, otwierające i wzbogacające doświadczenie, dzięki któremu związek nie stanie się seksualnie klaustrofobiczny. Inni uważają, że nie ma sensu być wiernym na siłę, skoro hormony nas pchają do akcji. Jeszcze inni proponują partnerom takie rozwiązanie, żeby się nawzajem nie ograniczać. Po co hamować ekspresję seksualną, skoro można ją w pełni przeżyć? Tym bardziej, że wprowadzenie nowych bodźców może dodatkowo służyć przypomnieniu, jak bardzo zależy nam na partnerze.

Zdarza się, że taka propozycja wychodzi od partnera, który ma większy apetyt na seks. – Z problemem niedopasowania temperamentu seksualnego boryka się większość par – uważa Zaryczna. – Logiczna wydaje się więc propozycja: „kiedy tobie nie będzie się chciało, załatwię to poza związkiem i nie będziemy się kłócić z tak prozaicznego powodu”.

I jeszcze fantazje, jak wspaniałą wolność da nam otwartość w tym zakresie! Przy tym unikniemy pretensji, że stanęliśmy na drodze pragnieniom partnera. Całkiem rozsądne, prawda?

Nie tylko panowie

Druga strona czasem się zgadza, bo podziela poglądy partnera, ale nierzadko tylko przytakuje, bo czuje, że nie ma wyboru: od zgody może zależeć utrzymanie związku. Ma poczucie, że jeśli powie: „nie, to on/ona odejdzie”. Przystaje więc na propozycję, bo nie ma lepszego pomysłu na uratowanie relacji.

Kto częściej wpada na takie pomysły? Mężczyźni. Ale kobiety nie pozostają zbyt daleko w tyle.

Beata jest zapaloną podróżniczką. Kiedy tylko może, pakuje plecak i wyrusza w świat. Ostatnio trampingowała przez całą Amerykę Południową. A że do zwiedzenia miała sporo, jej nieobecność trwała ponad pół roku. W domu został Grzesiek, jej partner, z którym jest od 10 lat. Beata to kobieta nowoczesna i wyzwolona, więc zaproponowała mu kiedyś: „Jak wyjeżdżam na dłużej niż dwa miesiące, pozwólmy sobie na seksualne przygody. W ten sposób więź nie ucierpi, a my nie będziemy musieli żyć w nienaturalnym celibacie”. Grzesiek powiedział: „w porządku”.

– Często gdy partner lub partnerka mówi, że ma ochotę na otwarty związek, ma na myśli zgodę na niewierność, ale… własną – ostrzega Zaryczna. – I choć proponuje to samo drugiej stronie, może się przeliczyć, kiedy ta z zaoferowanej mu wolności skorzysta. Może dojść do wniosku, że to jednak nie był dobry pomysł…

Bo choć podnieceni nęcącą perspektywą spróbowania zakazanego owocu, myślimy, że będzie nam smakować, ale z konsekwencji tak naprawdę nie zdajemy sobie sprawy. A świadomość, że nasz partner uprawia seks z kimś trzecim, zwykle jednak mocno boli.

Próba siły więzi

– Dobrze, jeśli wiemy, że przemawia przez nas po prostu zazdrość o partnera – mówi seksuolożka.

– Gorzej, gdy to od siebie oddalamy, i w zamian wywołujemy kłótnie o wszystko i o nic, wprowadzając atmosferę napięcia.

Po dwóch miesiącach seksualnej otwartości Janek zaczął czepiać się Grażyny o byle głupotę. O wierności czy niewierności nie padło ani słowo, tylko w szybkim tempie zaczęły się mnożyć konflikty. Oboje nie udźwignęli emocjonalnego ciężaru otwartego związku: po pół roku całkiem się rozpadł.

– Jeśli wchodzimy w otwarty związek z takich pobudek, jak Janek i Grażyna, albo wierzymy, że otwartość zapewni nam seksualną świeżość, możemy już zacząć planować rozstanie, bo mamy gwarancję, że nasze oczekiwania się nie sprawdzą – uważa Zaryczna. – Związek partnerski ma bowiem dwa podstawowe składniki: więź emocjonalną i więź erotyczną. Kiedy do tej drugiej sfery wpuszczamy osoby trzecie, musimy się liczyć, że staną one między nami. A na poluzowaniu więzi seksualnej zawsze cierpi więź emocjonalna. Związek otwarty, długo- czy krótkoterminowy, niszczy bliskość uczuciową i wzajemne porozumienie.

Umawiając się na otwartość seksualną, chcemy przejść przez relację łatwo i przyjemnie, nie pracując nad nią i zwalniając się z odpowiedzialności. I skazujemy związek na porażkę. Czy zawsze?

Nie ucierpiała na otwartości więź Joli i Piotra, małżeństwa z 15-letnim stażem, wypalonego jako para. Mają 5-letnie dziecko. Jola nie kochała już męża, ale postanowiła trwać w związku. Wpadła więc na pomysł: „Kiedyś się rozwiedziemy, a teraz będziemy sypiać z innymi, ale mieszkać razem i wspólnie wychowywać dziecko”.

– Więź nie ucierpiała, bo jej tak naprawdę nie było – mówi Zaryczna. – Układ: „mieszkamy razem, ale nic nas nie łączy”, nie jest związkiem, tylko czymś w rodzaju administracyjnej wspólnoty. To luźna relacja seksualna, podobnie jak związek z podróżnikiem, którego wiecznie nie ma w domu. Taka hybryda związku służy wygodzie, ale dzielenie wyłącznie adresu to atrofia emocji. Łatwiej wtedy wejść w związek otwarty. I można tak przez lata w nim funkcjonować. Dopóki któraś ze stron się nie zakocha albo nie będzie miała dość.

– „Związek otwarty” to oksymoron – jak „ciepły śnieg” albo „sucha woda”. Związek dwojga ludzi opiera się na łączącej ich więzi, tworzy jedność. Nie może być otwarty – twierdzi seksuolożka. – To tylko ładny szyld dla zwykłej niewierności.

Wielomiłośnicy

Zza oceanu przywędrował do nas poliamoryzm. Po naszemu: wielomiłość. Poliamoryści kochają więcej niż jedną osobę i pozostają w więcej niż jednym związku. Mówią: „poliamoryzm to odpowiedzialna niemonogamia”. Nie chodzi im tylko o seks, dla nich najważniejsza jest więź, bliskość i miłość. Mogą na przykład być w czterech związkach jednocześnie – w dwóch z mężczyznami, a w dwóch z kobietami. Poliamoryści wchodzą też w związki „krzyżowe” – ot, jedna wielka kochająca się rodzina. Ale czy szczęśliwa?

– Jeśli ktoś wciąż poszukuje, nie może się zdecydować co do swojej orientacji albo pragnie przygody, to otwarty związek czy poliamoryzm jest dla niego rewelacyjny – uważa Małgorzata Zaryczna. – Ale to dobre na jakiś czas, jak mieszkanie w akademiku. Nie ma się co łudzić, że to sposób na całe życie. Bo kiedy się kogoś pokocha naprawdę, chce się go mieć tylko dla siebie. Wyłącznie.