1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Pierwszy raz po zdradzie

Pierwszy raz po zdradzie

Odbudowanie zaufania w łóżku po zdradzie to proces, który wymaga ogromnego wysiłku, a warunkiem jego powodzenia jest gotowość do pracy obu stron. (Fot. iStock)
Odbudowanie zaufania w łóżku po zdradzie to proces, który wymaga ogromnego wysiłku, a warunkiem jego powodzenia jest gotowość do pracy obu stron. (Fot. iStock)
Czy możliwe jest udane życie seksualne po romansie partnera? Jak odbudować zaufanie w łóżku i jak poczuć się atrakcyjną? O zdradzie i jej skutkach opowiada psychoterapeuta Michał Pozdał.

Gdzie to robili? Czy miała większe piersi, gładszą skórę? Była szczuplejsza, młodsza? Gdzie ją dotykał? Czy było mu z nią lepiej? Co miała takiego, czego ja nie mam? Dlaczego?! Te i wiele innych pytań zadaje sobie (lub wykrzykuje partnerowi) zdradzona kobieta. Nawet jeśli od zdrady upłynęło już trochę czasu i oboje postanowili dać sobie i związkowi drugą szansę. Nawet jeśli mu już wybaczyła i naprawdę chce, by byli blisko. Trudno zaufać, że to już się nie powtórzy. Trudno oddać się zmysłom w sypialni, skoro przed oczami wciąż masz obraz ukochanego w łóżku z inną kobietą. Skąd mieć pewność, że podczas seksu z tobą nie będzie wciąż myślał o tamtej?

Mężczyzna, który zdradził, ale żałuje tego i chce walczyć o swój związek, nie może oczekiwać, że partnerka, która przeżywa podobne rozterki, od razu przebaczy i zapomni. To proces, który wymaga ogromnego wysiłku, a warunkiem jego powodzenia jest gotowość do pracy obu stron. Zaufania nie odbuduje się w kilka tygodni ani nawet miesięcy – czasem trwa to kilka lat i przez cały ten czas trzeba być przygotowanym na skrajne emocje: swoje i partnera. Osoba zdradzona czuje na przemian nienawiść i miłość, raz chce wyrzucić partnera z domu, raz zatrzymać go za wszelką cenę. Na początku zwykle pojawiają się gniew, agresja, rozpacz. Może dojść do rękoczynów, podjęcia pochopnych decyzji o wyprowadzce czy wystawienia rzeczy partnera za drzwi. Zdarza się, że osoby zdradzone cierpią na syndrom stresu pourazowego i wymagają pomocy psychiatry. Gdy szok minie, przychodzi czas na refleksję, na wzięcie odpowiedzialności za to, co się stało – i to zarówno przez partnera, który zdradził, jak i osobę zdradzoną. Bo choć to bolesne i trudne do przyjęcia – najczęściej zdrada nie jest oderwanym incydentem, a efektem sytuacji, do której doprowadzili oboje partnerzy. Dopiero uświadomienie sobie tego może być początkiem do odbudowania zaufania.

Wspólna droga do intymności

Zanim seks będzie w ogóle wchodził w grę, potrzeba dużo cierpliwości, otwartości i odwagi. Osoba zdradzona będzie musiała podjąć wyzwanie i wysłuchać wyjaśnień. To wymaga odwagi i gotowości na wzięcie częściowej odpowiedzialności za to, co się stało. Może się okazać, że partnera do zdrady skłoniły wcale nie większe piersi kochanki, a żona nie kierowała się lepszymi umiejętnościami kochanka – przyczyną był brak zainteresowania, akceptacji, narastające poczucie odrzucenia. Ona przez ostatnie dwa lata unikała zbliżeń, a gdy opowiadał, że z kumplami będą co tydzień grać w piłę, pytała, kiedy ostatni raz został wieczorem sam z dziećmi. Tymczasem koleżanka z pracy chwaliła jego błyskotliwość. On nawet nie udawał, że interesuje go książka, którą przeczytała, a gdy go uwodziła, odwracał się do niej plecami „zmęczony”. Podczas gdy ojciec kolegi jej synka regularnie ją komplementował. Już samo dostrzeżenie tego, jakie potrzeby partnera czy partnerki przez dłuższy czas ignorowaliśmy, to ogromny krok w kierunku naprawy związku.

Po zdradzie pary potrzebują czasu, by na nowo zgromadzić kapitał wspólnych pozytywnych doświadczeń. Na początku nie ma w ogóle miejsca na seks. Po pierwsze, z powodu poniżenia i odrzucenia, po drugie, z lęku przed fantazjami partnera i obniżonego postrzegania własnej atrakcyjności. Za decyzją o rezygnacji ze współżycia najczęściej stoi też przekonanie, że zgoda na seks oznaczałaby przyznanie, że nic się nie stało. Tymczasem zdarzyło się wiele, doszło do utraty poczucia bezpieczeństwa. „Jestem teraz jak dzikie zwierzę i musisz mnie na nowo oswoić” – mówią kobiety. Okres po zdradzie niesie także ryzyko manipulacji ze strony osoby zdradzonej – jeśli będzie karać „zdrajcę” w nieskończoność odmową seksu, role mogą się nagle odwrócić: osoba zdradzona stanie się oprawcą, a ta, która dopuściła się zdrady – ofiarą. To ślepa uliczka.

Jeśli obojgu partnerom zależy na odbudowaniu związku i dadzą sobie czas na wspólne i indywidualne przepracowanie całej sytuacji, przyjdzie dzień, kiedy będą gotowi otworzyć się na bliskość i intymność. Seks przestanie być karą, nagrodą, narzędziem szantażu czy manipulacji, znowu stanie się dla obojga przyjemnością, a nieraz nawet otwarciem na nowe możliwości, na rozmowy o fantazjach.

Odkrywanie siebie na nowo

Jedną z funkcji zdrady jest chęć zwrócenia uwagi na swoje potrzeby. Pary, które przez dłuższy czas obywały się bez seksu albo ograniczały go do małżeńskiego obowiązku, oddalają się od siebie. Zdrada może pełnić też funkcję kary – gdy jedno z partnerów czuje się odrzucone albo nieważne, mści się na drugim, wdając się w romans. Wszystkie te sytuacje są pochodną problemów w komunikacji ze sobą. Gdy ludzie nie potrafią swoich potrzeb czy żalu zakomunikować wprost albo robią to tak, że nie są słyszani – decydują się na krańcowe rozwiązania. Jemu łatwiej poszukać innej kobiety, która przytuli i wysłucha niż powiedzieć, że czuje się zaniedbany; jej łatwiej poddać się komplementom nowego mężczyzny niż upomnieć się o uwagę dla jej kobiecości u męża. Wspólnie przepracowany kryzys związany ze zdradą może stać się szansą na nowe wyrażenie na głos swoich potrzeb. Pary nie muszą przechodzić przez ten trudny proces samotnie – z pomocą psychoterapeuty może być im łatwiej zmagać się z trudnymi uczuciami i na nowo zbudować bliskość, również tę intymną.

Jeżeli partnerzy rozumieją, że rozładowywanie emocji w ramionach trzeciej osoby jest destrukcyjne, istnieje duże prawdopodobieństwo, że w przyszłości – zanim któreś z nich ucieknie się do zdrady – podejmie próbę zażegnania kryzysu i powie: „Słuchaj, znowu zaczynam się czuć tak jak wtedy, nie chcę tego przeżywać jeszcze raz”. Każde trudne doświadczenie – wspólnie przeżyte, przepracowane i pokonane – wzmacnia związek. Z perspektywy czasu oboje mogą przyznać: „Patrz, przez co przeszliśmy, a po tylu latach wciąż jesteśmy razem. Wytrzymaliśmy i to jest naszą siłą”.

Jak odbudować zaufanie? Radzi psycholog Wojciech Wypler

Nie odgrywaj się za wszelką cenę. Wiele zdradzonych osób doświadcza dramatycznego obniżenia swojej samooceny, chce znów poczuć się atrakcyjnie, ale też ukarać wiarołomnego partnera. – Wiem, że to trudne, jednak uważaj, aby nie szukać jej odbudowy w szybkich randkach czy flirtach. Nie jesteś jeszcze gotowa na nowy związek – a tak w ogóle czy zakończyłaś już aktualny? Jeśli nie, to czy... chcesz zdradzić partnera? Zemścić się? Wyrównać rachunki? Zachować się tak samo nieuczciwie jak on? Czy jesteś pewna, że to pomoże ci odzyskać dobre samopoczucie? Nawet jeśli wydaje ci się, że tego obecnie najbardziej potrzebujesz – uporządkuj najpierw swoje emocje, ochłoń i pogódź się z decyzjami swoimi i drugiej strony, odczekaj przynajmniej kilka tygodni – pisze Wojciech Wypler w książce „Anatomia zdrady”.

To on musi chcieć.  Ten, kto zdradził, sam musi chcieć zmienić swoje zachowania, odbudować relację i włożyć w ten proces dużo pracy. Jeśli osoba, która była nieuczciwa, chce kontynuowania relacji, tym, co powinno dawać nadzieję, są żal i postanowienie poprawy, a także chęć zadośćuczynienia za krzywdę, której dokonała.

Przebacz w swoim czasie. Próby odbudowy relacji nie wymagają wybaczenia z twojej strony jako wstępnego warunku. Wybaczanie jest procesem, dzięki któremu możesz przestać odczuwać negatywne emocje, takie jak złość i niechęć wobec osoby, która cię skrzywdziła, a także w mniejszym stopniu rozmyślać o tym, co zrobiła. Wymaga to jednak czasu i starań drugiej strony.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy zdrada musi oznaczać koniec związku?

Związek, który przeżyje zdradę i naprawdę ją przepracuje, nie tylko przetrwa, ale też się wzmocni. Tylko zdradzony partner musi być w stu procentach pewien, że naprawdę wybaczył. (Fot. iStock)
Związek, który przeżyje zdradę i naprawdę ją przepracuje, nie tylko przetrwa, ale też się wzmocni. Tylko zdradzony partner musi być w stu procentach pewien, że naprawdę wybaczył. (Fot. iStock)
Jakiś ON, jakaś ONA. Stało się i bardzo boli. Rodzi pytania: w czym ONA była lepsza, co ON takiego umie? Co teraz będzie? Ciąg dalszy zależy od ciebie. Bo zdrada nie musi być końcem związku i seksu, ale na pewno jest dla partnerów wielką próbą.

Kiedy Renata dowiedziała się o niewierności męża, chciała umrzeć. On wyciągał w jej stronę rękę, a ją nękały natrętne myśli: „Czy była ładniejsza ode mnie? Bardziej atrakcyjna? Czy godziła się na to, na co ja się nie zgadzam?”. Rodziły się obawy, gdy mąż wychodził – bała się, że ten koszmar się powtórzy, że ją znowu oszuka.

Patryk po zdradzie żony również dużo myślał o „rywalu”. W intymnych momentach zaczynało się wewnętrzne bombardowanie: „Czy był lepszym kochankiem? Sprawniejszym? Lepiej wyposażonym przez naturę? Bardziej pobudliwym? Jak ją dotykał? Jak jej z nim było?”.

– To dość typowe wątpliwości i pytania – mówi Małgorzata Zaryczna, seksuolożka i psycholożka. – U kobiet zdrada nadwątla przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa. Zastanawiają się też, czy i jakie emocje łączyły kochanków. U mężczyzn cierpi głównie ego. Gubią się w domysłach, jak daleko kochankowie posunęli się w fizycznej sferze relacji.

Wyhodować awersję

Renata postanowiła: „Mąż jest dla mnie całym światem, nie chcę go stracić. Zacznę godzić się na to, czego do tej pory nie chciałam, wtedy nie będzie musiał szukać atrakcji poza domem”. W epoce gadżetów erotycznych i rozmaitych specyfików można przecież wszystko, także kochać się, nawet gdy nie ma się na to ochoty… Renata zgadzała się na seks oralny, a potem także analny, by spełnić oczekiwania męża. Niestety, jej ciało miało własne zdanie: traktowane jak przedmiot, uwarunkowało się i przestało reagować w ogóle na seksualne bodźce. Leżało jak kłoda. Libido po jakimś czasie zanikło w ogóle – jego miejsce zajęła awersja.

Małgorzatę Zaryczną wcale to nie dziwi. Przecież kiedy zabierasz ze sobą do łóżka niewybaczoną zdradę, twoje ciało nie jest w stanie się na tyle rozluźnić, by czerpać przyjemność z dotyku i obcowania z drugim ciałem. Ono jest inteligentne, odmawia działania w oderwaniu od emocji. Jeśli w łóżku królują lęk i niepewność, nie ma miejsca na przyjemność.

Tak stało się także w związku Patrycji. Kiedy dowiedziała się o zdradzie Janka, nie pytała o nic. Rozwód? Nigdy w życiu, przecież mają dom, kredyt, dorastającego syna. Powiedziała więc: „Wybaczam ci i zapomnijmy o wszystkim. Żyjmy dalej, jakby nic się nie stało”. Ale na samą myśl o mężu w ramionach innej kobiety wszystko ją bolało. Przestała czuć jakikolwiek pociąg seksualny. A mąż znalazł sobie kolejną kochankę, tylko tym razem lepiej się z tym ukrywał.

– Wielkim błędem jest powiedzenie partnerowi „wybaczam” jedynie z chęci utrzymania związku – ostrzega Zaryczna. – Bez przepracowania zranienia i negatywnych emocji, przyznania im prawa istnienia, owo „wybaczam” będzie przedłużaniem męczarni lub początkiem końca związku.

Zarówno Patrycja, jak i Renata uratowałyby swoje życie seksualne, a – co za tym idzie – i związek, gdyby skonfrontowały się z rzeczywistością, przyjrzały stanowi, który do zdrady doprowadził, i emocjom, które w nich wzbudziła. Proces zdrowienia wymaga szczerości, odwagi i naprawdę ciężkiej pracy nad odbudowaniem zaufania, bez którego związek nie będzie udany. Inaczej nie tylko seks, ale zwykłe bycie razem nie będzie możliwe. Nieprzepracowane emocje wybuchają przy każdej sprzeczce czy kryzysie. Taką „emocjonalną czkawką” mogą powrócić nawet po 15 latach.

Natrętne obrazy

Zośka chciała „oczyścić rany”. Dlatego poprosiła męża, żeby jej opowiedział, jak mu było z tą drugą kobietą i co razem robili. Bolało. Ale może teraz już będzie można o tym zapomnieć? Przeciwnie – dopiero teraz zaczęły się naprawdę natrętne myśli o kochance. Jej wyobraźnia cały czas podsuwała obrazy tego, co razem robili. Zośka nie była w stanie myśleć w łóżku o niczym innym.

Zdaniem Małgorzaty Zarycznej, taka dawka informacji jest raniąca i przynosi nieodwracalne skutki – nie sposób pozbyć się z pamięci sugestywnych obrazów.

– Mądre oczyszczenie ran polega na tym, by dać sobie czas na cierpienie i ból – radzi Zaryczna. – Przygotować się, że przez następne dwa–trzy miesiące będzie trudno, a relacje partnerskie się znacznie ochłodzą. Że trzeba będzie się zastanowić, czy dalej być ze sobą. I jak najwięcej rozmawiać: o uczuciach, oczekiwaniach, pragnieniach i mocnych stronach relacji.

Zośka dostała swoją opowieść i już się po niej nie podniosła. Odeszła po kilku tygodniach. Być może poradziłaby sobie z natrętnymi wyobrażeniami, gdyby pomyślała o pomocy terapeuty. Wtedy może zrozumiałaby, skąd te powracające obrazy, które nie chciały jej opuścić i – czy to zazdrość, niepewność, a może wręcz masochizm – mogłaby z czasem je w sobie zdusić.

Partner nie jest i nigdy nie będzie terapeutą, może zwyczajnie nie dać rady przyjąć naszego żalu i wyrzutów – po takie wsparcie, przestrzeń i zrozumienie warto zgłosić się do psychologa.

Kontakt z terapeutą jest wskazany także w przypadku, gdy związek po zdradzie się rozpadnie, wchodzisz w kolejny i… nie jesteś w stanie rozluźnić się w łóżku. Może się też zdarzyć, że kilka następnych związków skończy się zdradą. Bezstronny terapeuta pomoże przyjrzeć się schematom tych relacji, odpowiedzieć, dlaczego wybierasz kochanków skłonnych do niewierności lub jaki popełniasz błąd, budując relacje, które zawsze kończą się nadużyciem twojego zaufania.

W roli podpałki

Judyta, paradoksalnie, właśnie zdradzie zawdzięcza rewolucję w sypialni. Seks z mężem był od lat letni, bez rewelacji. Ale Karol, kochanek, pokazał jej (a może przypomniał?), jak cudownie, przyjemnie, namiętnie i ogniście może być w łóżku.

– Zdarza się, że gorący romans budzi na nowo pożądanie, a poziom energii seksualnej gwałtownie się podnosi – mówi seksuolog. – Judyta nie jest tu wyjątkiem: wiele kobiet przyznaje, że największe uniesienia zdarzały się im poza stałym związkiem, bo dopiero wtedy pozwoliły sobie na swobodę i frywolność, której wstydziły się w małżeńskiej sypialni.

Czasem małżonkowie dopiero z kimś „na boku” przeżywają: pierwszy orgazm, pierwsze całkowite odprężenie, pierwszy raz taki czy inny rodzaj pieszczot – nie bojąc się oceny, krytyki partnera, pozwalają sobie na więcej. Rozbudzeni mogą „przynieść” tę energię do domu i podzielić się nią z mężem czy żoną. Ale jest jeden trudny do spełnienia i dyskusyjny moralnie warunek: zdradzany partner nie może o tym wiedzieć, a zdradzający – mieć poczucia winy. Jeśli czuje się winny, sprawi, że w sypialni zrobi się jeszcze chłodniej, bo podświadomie sam będzie chciał się ukarać za to, że rani ukochaną osobę. Zanik erekcji u nękanego poczuciem winy, zdradzającego męża nie jest niczym nowym; podobnie, jak oziębłość u zdradzającej żony.

Sporo szczęścia mieli Mira i Zbyszek. Byli parą „od zawsze”, byli też swoimi jedynymi partnerami seksualnymi. Mira długo walczyła z pokusą sprawdzenia, jak byłoby jej z innym. Przegrała i sprawdziła. Okazało się, że tak sobie, ze Zbyszkiem o niebo lepiej. Tylko, że on się dowiedział. Na początku cierpiał. Ale przyjął do wiadomości, że „to był tylko seks”. Tym bardziej, że sam miał na sumieniu kilka eksperymentów. Rozumiał więc, że romans Miry nie musi zagrozić ich związkowi, miłości, więzi. Co więcej, wybaczywszy, Zbyszek poczuł, że Mira bardziej go pociąga. Fakt, że inny mężczyzna uznał ją za atrakcyjną i że uprawiała z nim seks, zaczął go podniecać. W ich sypialni, przez lata nieco sennej, zdecydowanie zawrzało.

Helen Fisher, amerykańska psycholog i specjalistka od związków, uważa, że nowa miłość czy romans wywołują zastrzyk hormonów, te z kolei sprawiają, że jesteśmy bardziej chętni do seksu i bardziej receptywni, kiedy partner go proponuje. Silnym afrodyzjakiem jest sama zazdrość. I jeśli zdradzony partner ma silne poczucie własnej wartości – jak Zbyszek – i potrafi uwierzyć, że jego pozycji i związkowi nic nie zagraża, będzie umiał przekuć zdradę w akcelerator pożądania.

Uciemiężony ciemiężca

Kiedy Michał zdradził Anetę, powiedziała: „Chcę, żebyś mi wynagrodził to całe cierpienie. Wtedy może przestanie boleć i będę umiała wybaczyć”. Postawiła też warunki: Michał ma się tłumaczyć, gdzie jest i co robi. Zawsze i o każdej porze. – Żebym nie musiała zachodzić w głowę, czy to się znowu nie dzieje – wyjaśniła.

Niestety, przejęcie kontroli nad krokami partnera wcale nie spowoduje, że zdrada przestanie boleć. Z bólem trzeba sobie poradzić samemu. Partner niewiele może zrobić, byśmy poczuli się bezpieczniej.

– Choćby spełnił wszystkie nasze warunki, nam lepiej nie będzie – ostrzega seksuolożka. – Tu potrzebne jest nie zadośćuczynienie, ale długotrwały proces odbudowywania zaufania. Chcemy natychmiast wytrzeć gumką to, co się zdarzyło i wrócić do tego, co było? To zrozumiałe, ale nierealne.

Można cały czas utrzymywać wiarołomnego partnera w poczuciu winy, atakować i obarczać odpowiedzialnością za całe zło. Można pragnąć, by odpokutował to, co zrobił. Tylko, że taka strategia ma krótkie nogi. Partner wprawdzie kładzie uszy po sobie – w końcu przewinił. Przyjmuje wyrzuty. Pozwala kontrolować swoje poczynania, pokornie tłumaczy się z każdego kroku. Ale po jakimś czasie ta kontrola budzi w nim naturalny sprzeciw. Jest coraz bardziej napięty. Zaczyna mieć dość roli ciemiężonego przez lata byłego ciemiężcy. To rodzi podstawę do… kolejnej zdrady, rosnącego dystansu i ostatecznego rozpadu więzi. Wiele związków wpada w taką pułapkę.

– Masz prawo postawić partnerowi warunki i określić, czego oczekujesz w przyszłości. Możesz poprosić, żeby np. zniknął na dwa tygodnie i dał wam czas na zastanowienie. Możesz rozmawiać i krytykować zachowania, ale bez inwektyw. Możesz zaproponować wspólną terapię. Tylko zastanów się, czego chcesz i bądź konsekwentny – radzi Zaryczna.

Najlepiej dać sobie czas na pracę nad związkiem. Nie podejmować przez kilka miesięcy poważnych kroków: przeprowadzki, starań o trzecie dziecko – to za duże obciążenie dla być może rozpadającej się relacji. I nie zniechęcić się. Związek, który przeżyje zdradę i naprawdę ją przepracuje, nie tylko przetrwa, ale też się wzmocni. A nowe doświadczenia mogą dodać pieprzu w łóżku. Tylko zdradzony partner musi być w stu procentach pewien, że naprawdę wybaczył. Zamiatanie pod dywan nic nie da. Ciało powie prawdę.

  1. Seks

Igra z mężczyznami i prowadzi do zguby - kim jest kobieta fatalna?

Marlene Dietrich, największa femme fatale w historii kina, w 1930 roku. (Fot. BEW Photo/Archives du 7e Art/Warner Bros)
Marlene Dietrich, największa femme fatale w historii kina, w 1930 roku. (Fot. BEW Photo/Archives du 7e Art/Warner Bros)
Rękawiczki za łokieć, pończochy i papieros w długiej lufce nie są jej niezbędne. Wystarczy, że spojrzy – jak Marlena Dietrich – i zgarnie innym kobietom sprzed nosa każdego mężczyznę. Kim jest ta, która igra uczuciami i prowadzi mężczyzn do zguby? Czy mamy jej zazdrościć, czy współczuć – mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Grana przez Ritę Hayworth bohaterka filmu „Gilda” (1946 r.) miała długie rękawiczki i suknię bez pleców. Czy kobiety fatalne nie zniknęły razem z tamtą epoką i modą?
Uwodzicielki zawsze będą, nawet bez tych wszystkich rekwizytów. Oczywiście, chodzi tu o inne uwodzenie niż to, które mamy na myśli, gdy mówimy do naszego misia: „ja cię dziś uwiodę i będzie nam przez całą noc bosko”. Femme fatale manipuluje, czyli osiąga zamierzony cel, nie patrząc na innych. Kiedy my mówimy: „jesteś boski”, to znaczy, że on nam się podoba. I zaboli nas, jeśli usłyszymy: „ale ty mi się nie podobasz”. Gdy femme fatale komplementuje mężczyznę, to znaczy tylko, że zanęca, wabi. I dlatego, gdy usłyszy: „ale ja jeszcze nie wiem, czy ty też jesteś cudowna”, patrząc mu w oczy, odpowie: „to znaczy, że jeszcze nic o mnie nie wiesz”. A potem odwróci się i odejdzie, wzbudzając w nim szaloną ciekawość, co ona takiego niezwykłego w sobie ma. Nic więc dziwnego, że pobiegnie za nią, by się dowiedzieć.

To chyba każda kobieta ma w sobie coś z femme fatale. Nie zawsze przecież mówimy całą prawdę.
Czasami bawimy się rolą uwodzicielki. Ale zdrowej kobiecie robienie tego bez przerwy po prostu by się znudziło. Tymczasem dla femme fatale istotą życia jest to, żeby mężczyznom niezmiennie na niej zależało. Każdej kobiecie zwykle jest przyjemnie, gdy mężczyzna okazuje jej wprost: „ty mi się podobasz, ciebie pragnę”. Ona nie musi na te sygnały odpowiadać. Wystarczy, że są, by czuła się ważna. Kilka razy w życiu zdarzyło mi się być taką kobietą i najbardziej podobało mi się to, że jak jeden zaczynał za mną łazić, to od razu pojawiał się drugi i trzeci.

Czy to znaczy, że atrakcyjność kobiety wynika z męskiego pożądania?
Miałam w liceum nietuzinkowych kolegów. Perliński, ładny brunet, postanowił wpłynąć na mechanizm powstawania popularności. Chciał zobaczyć, co się stanie, jeśli razem z kumplem zaczną kręcić się wokół koleżanki, która do tej pory nie wzbudzała zainteresowania kolegów. Zaczęli więc adorować Ewę, która była chuda i patykowata. Zdecydowanie różniła się od tych koleżanek, wokół których chłopcy latali. Ale jak Perliński z kumplem zaczęli na dużej przerwie ją obstawiać, to wzbudzili zainteresowanie reszty chłopaków. Ci byli zaciekawieni, co tamci w niej zobaczyli, i też zaczęli wokół niej krążyć. A Ewa zaczęła rozkwitać, pięknieć i przyciągać kolejnych adoratorów już własnym blaskiem.

A więc to przekonanie o własnej atrakcyjności czyni z kobiety obiekt westchnień?
Właśnie. W czasach socjalizmu organizowano wyjazdy mężczyzn na budowy w głąb Rosji. Razem z nimi jechało zawsze kilka kobiet, m.in. kucharek. Kiedy wracały, były całkiem odmienione. Tam dostały tyle męskich wyrazów uznania, że ich poczucie wartości wzrastało. W męskiej naturze leży bowiem, żeby za babą latać.

Skoro kucharka z budowy może być femme fatale…
Te kucharki nie wracały jako femme fatale, ale jako kobiety pewne swej atrakcyjności. W każdym środowisku spotkamy za to kobiety, które słyną z tego, że są chłodnymi pięknościami. Znałam pewną sekretarkę, bardzo ładną, która wciąż się malowała, czesała, pudrowała. Jej dyrektor się nią chełpił. Poznałam też jej męża, ciepłego faceta, który się jeszcze nie rozeznał, że nie ma żony, bo ta wciąż jest zajęta sobą. I jej córeczkę, która tak jakby nie miała mamy. Bo gdy próbowała przyciągnąć jej uwagę, słyszała: „przynieś mi lusterko”. Dla takich kobiet ważne jest tylko jedno: „lustereczko, powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy w świecie”. Dlatego tak naprawdę femme fatale nie będzie miał żaden mężczyzna i to ich doprowadza do wrzenia. A ponieważ zazwyczaj chce ją mieć kilku, każdy z nich patrząc na konkurentów, myśli: ona jest wyjątkowa. Do głosu dochodzi męska rywalizacja: „Jeśli ja ją złapię, okażę się lepszy”, i w rezultacie wszyscy macho zaczynają gonić króliczka.

Ale to nie jest króliczek...
To jest lisica! Ona potrafi rozgrywać męską rywalizację. Dlatego z jednego kabrioletu przesiada się do drugiego, a każdy z zainteresowanych nią mężczyzn myśli: „będę musiał się bardzo postarać, aby tamtego przebić”. Ona nauczyła się, że ma władzę nad nimi, jeśli im nie ulega. A jej urok, jej seksualność są ważniejsze od wszystkiego innego. Dlatego mężczyźni myślą, że jest szalenie zmysłowa. Tymczasem ona seksu nie lubi, boi się. Ale też wie, że on daje jej władzę przez niezaspokojenie, a nie poprzez bliskość, wspólne szczęście.

Jacy mężczyźni dają się na ten sztuczny miód złapać?
To jest kobieta, która nauczyła się odczytywać cudze pragnienia. Ale nie po to, by je szanować, ale by rządzić. Nie była kochana i nie umie kochać. Umie za to wysyłać sygnały: „tu u mnie czeka cię coś niezwykłego”. Ale im bardziej się mężczyzna do niej zbliża, tym bardziej ona się odsuwa. A to nęci. Dla neurotyka, który nie lubi siebie samego, to szalenie pociągające. To też oferta dla cynika, który uznał, że wszystkie kobiety są złe. Ona kłamie. On o tym wie, ale to kupuje, bo przy niej będzie zawsze wolny. Nie będą razem, jej obietnice nigdy się nie spełnią, a jednoczenie ożywiają go, podniecają. Toczą więc ze sobą grę niespełnionej miłości. Wystarczy sięgnąć do klasyki kryminału z lat 40., na przykład do „Żegnaj laleczko” Raymonda Chandlera, żeby zobaczyć, jak to wygląda.

Chociaż trafiają jej się neurotycy i cynicy, to kobiety i tak zazdroszczą jej powodzenia.
Myślą: „ona ma wszystko, a ja nawet nie mam jednego faceta”. Dla femme fatale zazdrość kobiet jest tak ważna jak podziw i pożądanie mężczyzn. Najprawdopodobniej matka jej nie kochała i rywalizowała z nią o ojca. Kiedy więc teraz femme fatale wygrywa z innymi kobietami, czuje taką samą satysfakcję jak wtedy, gdy wygrywała z matką. Ojciec traktował ją jak swoją małą kobietkę, to jej dawał biżuterię, to nią, a nie jej matką się zachwycał. W ten sposób używał jej do rozgrywek z żoną. Erotyczność tej relacji była bardzo ważna, choć seksu nie musiało być. Ale to właśnie za swoją atrakcyjność jako dziewczynka była podziwiana. I dlatego to dla niej najważniejsze – budzić podziw i pożądanie.

Czyli w dzieciństwie femme fatale była psychicznie molestowana?
Kobiety fatalne nie były nigdy kochane. Zawsze tylko używane. I jedynie wtedy ważne. Więc stale muszą w mężczyznach podsycać podziw. Używać siebie.

Czy w takiej sytuacji to one trzymają w ręku wszystkie sznurki?
W książce Aldousa Huxleya „Kontrapunkt” mężczyzna dostrzega, że kiedy odsłania się przed swoją ukochaną i zapewnia o miłości, ona odchodzi. Kiedy się od niej odwraca, ona zaprasza go z powrotem. Zaczął więc eksperymentować. Mówił: „Kochanie, jesteś jedyna, nie mogę żyć bez ciebie…”. Na co ona: „przepraszam cię, ale się spieszę”. Ale kiedy już się od niego odwróciła, a on nagle stwierdzał: „Właściwie masz rację, idź już”, wtedy wracała: „Może jednak napiję się z tobą herbaty…”. On dostrzegł, że ona nie wie, czego chce, że musi zgarniać dowody, że jest ważna, że ktoś ją widzi, że jest od nich uzależniona. A więc znajduje się w takiej samej niewoli jak mężczyźni, którymi manipuluje.

Powiedziałaś, że femme fatale nie lubi seksu. Czy to znaczy, że z nikim nie sypia?
Jak powiedziała kiedyś pewna kobieta: „zawsze wiem, jak się ułożyć w łóżku, żeby dobrze wyglądać”. Żeby móc pamiętać o wyglądaniu, nie można przeżywać. Takie kobiety wiedzą, czego pragnie facet, i dają mu tego troszkę mniej, ale obiecają troszkę więcej. Ponieważ same nie podlegają falom naturalnych emocji, mogą na zimno manipulować kochankiem. Są wyszkolone w ars amandi, więc jeśli mężczyzna nie potrzebuje w łóżku bliskości, będzie zachwycony. Kadzidełka, świece, bielizna, w sumie świetne przedstawienie. No i co z tego, że ona nie przeżywa orgazmu ani nawet zmysłowej przyjemności, jeśli on o tym nie wie? Ale jak femme fatale się do kogoś nieopatrznie przywiąże, to bardzo go zrani. Jest bowiem przekonana, że miłość rani, więc lepiej, żeby zraniła kogoś innego.

Ona daje im trochę w kość. Chyba każda z nas czasem chętnie by to zrobiła.
Lepiej, by mężczyźni uczyli się kochać kobiety, które potrafią odwzajemnić miłość, i żeby mieli dzieci, które będą czuły się kochane. Z rewanżem trzeba uważać. Miałam w terapii mężczyznę, który został zmanipulowany i porzucony, a potem już tylko się mścił. Uwodził mężatki i doprowadzał do tego, by ich mężowie się o tym dowiedzieli. Chodziło mu o to, żeby cierpieli tak samo jak on. Zrobił to 27 razy, nim się połapał, że marnuje życie. Często spotykam mężczyzn, którzy są nieszczęśliwi, bo dali się uwieść i wykorzystać. Pragną kobiety, o której umieją powiedzieć tylko tyle, że jej nie rozumieją. Próbuję im wyjaśnić, że to nie jest niezwykła istota, ale ktoś, kto za sprawą obietnic bez pokrycia trzyma ich mocno i nie puści.

Czy można zawczasu rozpoznać manipulatorkę?
Jeśli kobieta zawsze wygląda dobrze, to ty się, chłopie, przestrasz. Bo ona tak bardzo zwraca uwagę na siebie, że na nic więcej, a już na pewno na ciebie, nie będzie miała czasu. Jeśli nie masz wpływu na związek, nie wiesz, co od ciebie zależy, a co nie, jeśli nie rozumiesz tej kobiety, to się zastanów, czy chcesz tak żyć? Pragnąć, ale nie mieć. Głód bliskości łatwo pomylić z miłością. Pragniemy coraz bardziej, bo coraz bardziej brak nam tego, czego nie dostajemy. W każdym człowieku, który chociaż trochę siebie lubi, jest część, która mówi: „chcę być kochany i szanowany”, i do niej warto się odwołać, jeśli czujemy, że ktoś nami igra.

Jak historie femme fatale się kończą?
„Ulubieńcy Ameryki” z Catheriną Zeta-Jones i Julią Roberts to właśnie opowieść o tym, jak zimna piękność traci miłość, gdy jej mąż poznaje zwykłą, miłą dziewczynę. Mężczyźni nie chcą latać bez końca za kobietą, której nie można zdobyć. Wielu mówi też, że co innego pragnąć, a co innego być. I być wolą z kimś, kto umie kochać. A więc na koniec femme fatale zostaje sama, często w biedzie.

Co możemy poradzić kobietom, które czują się femme fatale?
Masz poczucie władzy, ale nie masz poczucia szczęścia. Masz poczucie ważności, ale nie wartości. Kobiety ci zazdroszczą, ale masz w środku niekochane dziecko, którego używasz jako przynęty. Do czego? Musisz uwodzić. To jest nałóg. Można się z niego wyzwolić i uczyć bliskości. Więc choć dostajesz wiele głasków od mężczyzn, zastanów się, na jak długo to starcza i co się w twoim życiu naprawdę dzieje.

  1. Seks

Co najbardziej niszczy życie erotyczne?

Seks jest czułym barometrem tego, co się dzieje w związku. Jeżeli nie odczuwamy pożądania, to znaczy, że dzieje się coś złego. (Fot. iStock)
Seks jest czułym barometrem tego, co się dzieje w związku. Jeżeli nie odczuwamy pożądania, to znaczy, że dzieje się coś złego. (Fot. iStock)
Wzajemne zranienia, przykrości, poniżanie. – Jeżeli generujemy w sobie negatywne uczucia, nie ma możliwości, żebyśmy znaleźli porozumienie w łóżku – stwierdza seksuolog Andrzej Depko. I podpowiada, co zrobić, by w relacji znowu zaczęło iskrzyć.

Jaki jest klucz do prowadzenia udanego życia seksualnego? Choć może to się wydać banalne, podstawowym czynnikiem jest stan naszego zdrowia. I nie chodzi tu tylko o brak choroby lub nasze samopoczucie fizyczne, ale też o kondycję psychiczną i społeczną. Wszystkie te aspekty składają się na naszą wydolność seksualną. Często nie doceniamy siły libido, bagatelizujemy jego wpływ na nasze życie. A tymczasem jest to rodzaj bardzo silnego napięcia wewnętrznego, które domaga się rozładowania. Jego intensywność wynika z poziomu hormonów i neuroprzekaźników w naszym ciele. I jest tak specyficzne, że nie zaspokoimy go w żaden inny sposób. Rady typu: „Idź pobiegać” albo: „Weź zimny prysznic” to tylko półśrodki, które odwlekają w czasie jego rozładowanie. Jeżeli nie podejmiemy świadomych zachowań poprzez wejście w interakcje seksualne albo masturbację, to organizm w nocy podczas snu sam to napięcie zredukuje.

Co niszczy libido

Jak dowodzą badania, chorobą, która obecnie najbardziej zaburza libido, jest depresja. Ocenia się, że u około 1/5 chorych występuje jego spadek. Problemy seksualne mogą wiązać się z samą istotą choroby lub być powikłaniem stosowania leków przeciwdepresyjnych. Innym czynnikiem psychologicznym, który może działać destrukcyjnie na seksualność, są narzucane przez otoczenie normy społeczne i wychowanie. Szczególnie dotyczy to kobiet, które często żyją w sprzeczności pomiędzy potrzebami seksualnymi a światopoglądem, którym są karmione w domu lub bliskim otoczeniu: że seks to zło, że trzeba walczyć z pożądaniem i czekać na tego jedynego. W kościele muszą spowiadać się ze swoich „grzesznych” myśli i czynów. To, co generuje ich organizm i co dyktuje im głowa, wywołuje w nich silne rozdarcie. Efektem końcowym może być zablokowanie libido.

Innym rodzajem „wygaszacza” popędu seksualnego może być rozczarowanie miłosne – rozstanie z mężczyzną, który budził wielkie nadzieje na wspólne życie. Kobieta może wtedy poczuć się wykorzystana i wpędzać się z tego powodu w poczucie winy. Bywa, że niechęć do konkretnego partnera generalizuje na wszystkich mężczyzn i nie jest w stanie wyobrazić sobie seksu z kimkolwiek.

Zablokowanie popędu może nastąpić również w z pozoru trwałym i udanym związku, który jednak po bliższej obserwacji okazuje się rozczarowujący. Bo on miał być opiekuńczy, pomocny, a jest skupiony tylko na swoich celach, często opryskliwy, arogancki, wręcz wulgarny. Po pewnym czasie pojawia się efekt wyparcia i w końcu niechęć lub wręcz awersja do partnera. A to może doprowadzić do całkowitego zaniku pożądania.

Jeżeli miałbym wskazać jednoznacznie, to najbardziej destrukcyjnie na życie seksualne wpływają zaburzenia w relacjach. Partnerzy nie pożądają siebie, bo sprawili sobie wiele przykrości, skrzywdzili się i poniżyli nawzajem. A jeżeli generują w sobie negatywne uczucia, nie ma możliwości, żeby znaleźli porozumienie w łóżku. Nawet jeżeli na początku związku udało się stosować mechanizm godzenia się w sypialni, to z czasem przestaje to działać, a nierozwiązane problemy powracają z coraz większą siłą.

Urlop zamiast tabletki

Bywa też tak, że głównym winowajcą jest nie niechęć, a brak czasu. Kiedy dbamy o wysoki poziom życia, co wymaga z naszej strony dużego zaangażowania w sferę zawodową, życie seksualne schodzi na dalszy plan. Wspólne wakacje mogą dobrze podziałać na jego ponowne rozbudzenie. Oderwanie się od codziennych obowiązków, wyrwanie się z kieratu odciąża układ nerwowy. Gdy stajemy się zrelaksowani i beztroscy, zyskujemy większą wrażliwość na bodźce, które wcześniej były blokowane. I nie ma znaczenia, czy to będą Bahamy latem, czy Alpy zimą. Choć z pewnością intensywne nasłonecznienie powoduje zwiększony przepływ krwi i zwiększoną produkcję hormonów, zatem w okresie wiosenno-letnim nasza percepcja na bodźce erotyczne się wzmaga.

Pamiętajmy jednak, że jeżeli w związku występują wzajemne tarcia, narastają rozczarowania i pretensje, to na wspólnych wakacjach one nie znikną, a wręcz się wzmogą. W takiej sytuacji bezpieczniejszym wyjściem są oddzielne urlopy, tak żeby każdy mógł odetchnąć i zdystansować się, może nawet zatęsknić i wrócić z jakimiś propozycjami i chęcią porozumienia.

Kiedy nie ma chęci

Co robić, kiedy w związku jest dobrze, obie strony się kochają, a mimo to kobieta nie czuje żadnego pożądania? Badania pokazują, że na zespół obniżonego napięcia seksualnego HSDD (ang. hypoactive sexual desire disorder) cierpi już 15–20 proc. kobiet na świecie. Przyczyna nadal pozostaje nieznana. Podłożem mogą być niewykryte problemy hormonalne wynikające z zaburzonej funkcji podwzgórza lub przysadki mózgowej. Jeżeli poziom hormonów płciowych był zbyt niski, aby rozbudzić popęd seksualny, dziewczyna wkracza w dorosłe życie z wygaszonym popędem. Nie odczuwa pożądania i jej go nie brakuje. Ale to nie oznacza, że nie może się zakochać. Zazwyczaj wchodzi w relację, w której w końcu zostaje zainicjowany kontakt seksualny i nagle odkrywa, że w chwili zbliżenia nic nie czuje. Tak jakby wszystko działo się za szybą. Partner w tym samym czasie podnieca się, głęboko przeżywa każdą chwilę, każdy dotyk. Wraz z upływem czasu bodźce erotyczne, które początkowo były odbierane jako obojętne, wywołują zniechęcenie, a gdy staną się już nieprzyjemne, doprowadzają do awersji seksualnej. Jeżeli nie ma podniecenia, to nie ma lubrykacji, a wtedy wszelkie próby penetracji są bardzo nieprzyjemne. Takie bolesne doznania utwierdzają kobietę w przekonaniu, że aktywność seksualna jest bez sensu. Ale widząc przeżycia partnera i słysząc historie innych kobiet, może poczuć, że coś ją w życiu omija. Może odnaleźć imperatyw do tego, żeby coś u siebie zmienić. Choć są też kobiety, które bardzo sobie chwalą i afirmują aseksualność.

U mężczyzn stałe psychiczne wygaszenie libido też jest możliwe – według badań dotyczy to ok. 17 proc. populacji. Od wieków w większości społeczeństw obowiązuje stereotyp, że męskość oznacza twardość, a twardość łączy się z odpornością na bodźce zewnętrzne, które mogą zranić. A przecież mężczyźni potrafią być tak samo wrażliwi jak kobiety. Interakcja seksualna może być dla nich tak samo przytłaczająca albo nieprzyjemna i powodować zablokowanie pożądania. On może z tego powodu zacząć jej unikać, a ona może uznać, że on kogoś ma i ją zdradza. Zdarzają się pary, w których niedopasowanie psychiczne jest tak duże, że on się wycofuje z relacji z kobietą, pozostając jedynie w roli ojca i głowy rodziny. Żona domaga się swoich praw, a on boi się powiedzieć, że jej nie chce. I jednocześnie nie pożąda też innych kobiet.

Zdrowie a seks

Jeśli chcemy zadbać o nasze libido, w pierwszej kolejności zatroszczmy się o swoje zdrowie i zmotywujmy partnera do tego, żeby też to zrobił. Mężczyźni mają wrodzoną skłonność do zaniedbywania siebie i często nie rozumieją, że jeśli nie zatroszczą się o siebie, nie będą w stanie sprostać oczekiwaniom seksualnym – swoim i partnerki. Dlatego mądra partnerka powinna zainspirować ukochanego do tego, żeby prawidłowo się odżywiał i pamiętał o wysiłku fizycznym, chociażby w postaci spaceru.

W drugiej kolejności zadbajmy o nasze relacje. Seks jest czułym barometrem tego, co się dzieje w związku. Jeżeli nie odczuwamy pożądania, to znaczy, że dzieje się coś złego. Nie forsujmy za wszelką cenę naszej wizji udanej relacji. Druga strona może nie protestować, ale żyć w coraz większym napięciu, skrycie pragnąć czegoś zupełnie innego. Jeżeli żyjemy tak uwikłani, to pierwszym symptomem pogłębiającego się nieporozumienia będzie drastyczne obniżenie częstotliwości naszych kontaktów seksualnych. I dobrze, żeby temu problemowi przyjrzeć się z pomocą terapeuty. Nie musi to oznaczać rozpoczęcia wieloletniej terapii, może to być kilka spotkań, w czasie których nauczymy się słuchać, rozmawiać albo zlokalizujemy problem. To nic wstydliwego, a wręcz odwrotnie – to wyraz dojrzałej troski o związek.

Jeśli odczuwamy zadowolenie z naszej sfery intymnej, oznacza to, że jesteśmy zdrowi oraz potrafimy nawzajem o siebie zadbać. Nic, tylko pielęgnować nasz zakres relacji. Rozmawiajmy, nie rańmy się, nadal się o siebie troszczmy. I pamiętajmy, że seksualność też się z czasem zmienia i nawet najwspanialszy seks wymaga zmiany oprawy – wyjścia z sypialni albo powrotu do niej, jeżeli kochaliśmy się zazwyczaj gdzie indziej. Urozmaicenie jest przyprawą, która sprawia, że ta sama potrawa smakuje zupełnie inaczej.

  1. Psychologia

Odejść czy zostać? – Czy potrafimy przebaczyć kłamstwo w związku?

Istotną rzeczą jest rozróżnienie między przebaczeniem a pozostaniem. Nie możesz zostać, jeśli nie przebaczysz partnerowi; ale możesz mu przebaczyć, nawet jeśli zdecydujesz się odejść. (fot. iStock)
Istotną rzeczą jest rozróżnienie między przebaczeniem a pozostaniem. Nie możesz zostać, jeśli nie przebaczysz partnerowi; ale możesz mu przebaczyć, nawet jeśli zdecydujesz się odejść. (fot. iStock)
Oto pytanie, które powraca od momentu, gdy kłamstwo zostaje odkryte. Czy mogę zostać z człowiekiem, który mnie okłamał? Czy uda mi się odzyskać zaufanie? – pyta Lisa Letessier, psycholożka i terapeutka, autorka książki „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”.

Żyjemy w społeczeństwie, w którym wszystko musi toczyć się szybko. Im bardziej wtapiamy się w tę mentalność, tym mniejszą mamy tolerancję na frustrację. Już nie umiemy czekać na odpowiedź, na spotkanie, na to, że będzie lepiej…

Podczas pierwszej konsultacji pacjenci zaczynają od następujących pytań: Ile czasu to zajmie? Z iloma sesjami należy się liczyć? Jak długo to wszystko potrwa? Gdy wyjaśniam im, że nie mam kryształowej kuli i nie wiem, jak będą „reagować” na terapię, że to zależy także od nich i okaże się w trakcie sesji, są rozczarowani…

Chęć szybkiego załatwiania spraw przenosi się na związek. Dziś nie chce nam się walczyć o to, żeby go utrzymać. Kiedy coś idzie nie tak, rozstajemy się. Nie akceptujemy ograniczeń, wysiłku i energii, których wymaga związek i stała praca nad nim. Niektórzy pacjenci przychodzący na terapię par (czyli zainteresowani odbudową i wysiłkiem na rzecz uratowania relacji) buntują się w końcu przeciwko zadawanym ćwiczeniom, ponieważ – jak mówią: „nie mają odwagi” albo są „zbyt leniwi”.

Dodatkowo, dziś to wiele kobiet odchodzi. Jakby dzięki rewolucji feministycznej rekompensują sobie setki lat, gdy były uwięzione w małżeństwie, i nie wyobrażają sobie, że mają nadal poświęcać własny rozwój dla rodziny. W efekcie w ponad 50 proc. par w odpowiedzi na moje pytanie „odejść czy zostać” pada odpowiedź: „odchodzę” (75 proc. w Paryżu). Marie-Claude Gavard w swojej książce o związkach pisze: „słowa «na dobre i na złe, dopóki śmierć nas nie rozdzieli» można by zamienić na: «na dobre, unikając złego, dopóki rozwód nas być może nie rozdzieli»” (Gavard, 2011).

Po pierwsze, musisz sobie zadać pytanie o to, jak widzisz ciąg dalszy: na co chcesz poświęcić swoje zasoby i energię psychiczną – na odbudowę swojego związku czy na odbycie żałoby po nim?
To nie pytanie pułapka. Nie ma dobrej ani złej odpowiedzi, tylko wolny wybór. Być może jeszcze go nie dokonałaś. Nie martw się, czytaj dalej, a odpowiedź do ciebie przyjdzie.

Być może mówisz sobie też: „Chciałabym zostać z moim partnerem, gdyż mimo tego, co mi zrobił, nadal bardzo go kocham, ale wydaje mi się, że nigdy nie zdołam mu przebaczyć i na nowo zaufać”.

Choć można odbudować związek, to niekiedy trauma wywołana przez kłamstwo okazuje się tak niszcząca, że osoba oszukana nie czuje się zdolna – mimo że chciałaby – na nowo angażować się w daną relację. Jeśli czujesz, że chciałabyś, ale samodzielnie nie dasz rady, nie wahaj się poszukać pomocy w terapii indywidualnej albo terapii par.

Oto odpowiedzi 108 uczestników sondażu na pytanie: „Czy jesteś w stanie przebaczyć kłamstwa partnera?”:

  • Nie mam ochoty próbować – 8,30%
  • Nie zdołałabym – 25,90 %
  • Przebaczyłabym, ale nie zaufałabym na nowo – 13%
  • Po pewnym czasie przebaczyłabym i zaufała na nowo – 43,50%
  • Nie mam żadnych problemów z kłamstwem partnera – 9,30%
Na pytanie, co pomogłoby im odzyskać zaufanie, kobiety w większość wskazywały: komunikację, całkowitą przejrzystość, uważność, przeprosiny, poczucie szczerego żalu partnera, odbudowanie intymności i czas. Mężczyźni w większości wymieniali: czas, a niektórzy – komunikację.

Ważne jest to, żeby jeśli zdecydujesz się zostać, zrobić to w jak najlepszych okolicznościach, czyli pod warunkiem zaangażowania obu stron w odbudowę związku i zaufania. Oboje musicie uczestniczyć w tym procesie. Partner jest zobowiązany przyjąć odpowiedzialność za to, co zrobił, a ty musisz zrezygnować z chęci ukarania go za to. Zrezygnować oznacza więc przebaczyć.

Istotną rzeczą jest rozróżnienie między przebaczeniem a pozostaniem. Nie możesz zostać, jeśli nie przebaczysz partnerowi; ale możesz mu przebaczyć, nawet jeśli zdecydujesz się odejść. Zatem czy zostajesz, czy nie – czytaj dalej.

Akceptacja krzywdy - jakie przynosi korzyści?

Akceptacja to pierwszy krok na drodze ku odbudowie – związku lub twojej własnej. Poświęćmy nieco czasu wyjaśnieniu istoty akceptacji.

Zaakceptować nie oznacza godzić się, przyzwalać na zło, które partner ci wyrządził, czy je usprawiedliwiać. Nie oznacza także podporządkowania, rezygnacji ani kapitulacji. Podporządkować się to zrobić coś, nie mając wyboru, poddać się, być pasywnym. Akceptacja jest natomiast aktywna: aktywnie przyjmujesz emocje, akceptujesz realność zachowania, ponieważ rozpatrujesz je w kontekście ogólnym.

Zaakceptować to przyjąć doświadczenie takie, jakim jest tu i teraz. Zaakceptować to pozwolić na to, co się dzieje w twoim wnętrzu. Czujesz bolesne emocje, nie ma co ich wyganiać, bo tylko wrócą jeszcze mocniejsze. Nie chodzi o to, żeby pławić się w swoim nieszczęściu ani robić z siebie ofiarę, a pozwalać sobie na odczuwanie.

Przeżywasz bardzo bolesne doświadczenie, masz prawo źle się czuć i potrzebować czasu, żeby poczuć się lepiej. Psycholog Ilios Kotsou słusznie zauważa: „Życie jest momentami nieprzyjemne, ale nie sposób uniknąć wewnętrznego dyskomfortu bez, w pewnej mierze, unikania życia” (Kotsou, 2014).

Zaakceptować to także wyrazić zgodę na konfrontację z rzeczywistością: partner cię okłamał, wasz związek przechodzi kryzys albo się skończył. Nie możesz zmienić tego, co się zdarzyło. Chodzi o to, żeby przyjąć fakty, a energię wkładaną w wyparcie, w powstrzymywanie bolesnych emocji i pragnienie zemsty przeznaczyć na wyleczenie ran.

Akceptacja jest początkiem wglądu. Pozwala działać zamiast reagować, przyjmować to, czego nie można zmienić, i działać wtedy, kiedy można (Kotsou, 2014). Pomaga wprowadzać zmiany niezbędne, żeby sytuacja się nie powtórzyła – zmiany w związku albo w drodze do rozstania.

Oczywiście nie sposób zaakceptować po prostu dlatego, że tak zdecydowaliśmy. Akceptacja wymaga czasu, zachodzi w sercu i w trzewiach, a nie w głowie. Zbyt szybka akceptacja w myśl „i tak nie mam wyboru, muszę zaakceptować, nie odejdę” jest czymś sztucznym. W ten sposób będziesz tylko gromadzić negatywne emocje, żal, gniew i ten ropiejący wrzód ukryty w głębi twojego jestestwa w końcu pęknie, a wtedy – zakażenie gwarantowane! Zatem trzeba go oczyścić, zoperować i zdezynfekować teraz. Teraz, nie za dziesięć lat.

Żeby wyleczyć się z tego doświadczenia, musisz uświadomić sobie, że przebaczasz dla siebie, nie dla partnera. Pielęgnując żal, gniew, nienawiść, karzesz samą siebie – nie kogoś innego. Te emocje powodują niepokój twojego serca i twojej duszy – nie jego. To siebie najbardziej krzywdzisz. Jak twierdzi Christophe André „szczęście odpornych polega na tym, że mają broń” (André, 2015).

Podkreślam te słowa, bo to podstawa: zaakceptować nie oznacza godzić się. Nie chodzi o to, że jeśli podczas lektury uświadamiasz sobie, że partner stosuje wobec ciebie przemoc emocjonalną lub fizyczną – masz usprawiedliwiać jego zachowanie albo powiedzieć sobie: „Biedak, miał trudne dzieciństwo, akceptuję to, że traktuje mnie przemocowo”. Możesz sobie powiedzieć: „Akceptuję fakt przeżytego doświadczenia, akceptuję moje negatywne emocje, przebaczam sobie, że pozwoliłam na takie traktowanie, a teraz akceptuję to, że odejście będzie dla mnie bolesne mimo tego wszystkiego, co mi zrobił”.

Jednym z pierwszych etapów pojednania jest to, że twój partner przejdzie swoją część drogi. Ważne, aby uzmysłowił sobie, że mimo wszystkich powodów, które skłoniły go do kłamstwa (historia rodzinna, kontekst związku itd.), dokonał wyboru: wyboru kłamstwa i zdrady twojego zaufania. Ważne jest i to, żeby uznał swój błąd i poprosił o wybaczenie. To etap istotny dla pojednania i niezbędny, żebyś mogła mu przebaczyć – te dwie sfery należy rozgraniczyć. Najpierw trzeba przebaczyć, potem zdecydować lub nie o pojednaniu, a następnie kontynuować lub zakończyć relację.

Olivier Clerc doskonale ilustruje ten koncept następującym przykładem. Wyobraź sobie, że w szemranej dzielnicy zostajesz zaatakowana białą bronią i tylko twój napastnik może ci zrobić opatrunek. Byłoby to dramatyczne i źle rokowało dla twojego przeżycia. Być może wykrwawiałabyś się, w desperacji czekając, aż przyjdzie zszyć ranę, którą właśnie ci zadał. Na szczęście możesz iść do lekarza, który ją zszyje, i sama ją odkazić oraz pielęgnować, aż się zabliźni (Clerc, 2015).

Fragment pochodzi z książki „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”. - Jej autorka, Lisa Letessier, psycholożka i terapeutka, szeroko rozpatruje problem kłamstwa i zdrady. Udziela także praktycznych porad (ćwiczenia, medytacje): jak poczuć przebaczenie? jak okazać sobie współczucie? jak ukoić emocje? w jaki sposób komunikować problemy dzieciom i innym osobom?

  1. Seks

Mam wirtualnego kochanka. O tym, czym jest cyberseks opowiada Katarzyna Miller

- Wirtualny i internetowy seks to po prostu kolejna używka - mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
- Wirtualny i internetowy seks to po prostu kolejna używka - mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Cyberseks. To słowo określa zarówno podbarwione erotyzmem rozmowy przez Internet, jak i wirtualny seks. Czy ten rodzaj rozkoszy zagraża ludzkości, czy wręcz przeciwnie – otwiera nowe drzwi do erotycznego nieba? – odpowiada Katarzyna Miller.

A gdyby tak sprawić sobie wirtualnego kochanka?
Przyznaję, że do tej pory byłam raczej przestraszona apokaliptyczną wizją ludzkości zamkniętej w kapsułach. Aż tu nagle zaczęłam myśleć, że w tym wirtualnym seksie jest jednak coś rozkosznego. Wyobraziłam sobie, że zamawiam mężczyznę idealnego. Przystojnego cyberkochanka o upojnym głosie, który ma kilka par rąk. Jedna para rąk zajmuje się moimi stopami, druga pupą i plecami, trzecia piersiami, czwarta włosami... Ten kochanek ma dwa penisy (bo mogę sobie przecież zamówić, co chcę, bylebym miała za co) i mogę mu mówić: teraz wolniej, teraz mocniej... Spełnienie tego, co podczas seksu się myśli, a rzadko mówi. Co bardziej śmiałe kobiety, owszem, pokazują, proszą, ale starają się delikatnie, żeby go nie zranić, nie zniechęcić. A czasem miałoby się ochotę powiedzieć prosto z mostu: trochę w lewo, w prawo, a teraz tak trzy minuty. I co? Większość panów by się wściekła, że nie są tylko na usługi.

Ta wizja skłania mnie do zastanowienia się, co nam to mówi o nas samych i naszych relacjach.
Dlaczego w ogóle wirtualny seks się pojawił? To kolejny erzac. Bo mamy problemy z relacjami, z komunikacją seksualną. I chcemy je rozwiązać na skróty. Przecież gdybyśmy mieli satysfakcjonujący seks w realu, nie szukalibyśmy zamienników. Niby oczywiste, ale co z tego? Wiemy to, ale niewiele robimy, by coś zmienić.

Ty ciągle tylko namawiasz, by nad czymś ciężko pracować. A człowiek chciałby się odprężyć i nie musieć wiecznie tak tyrać...
Zauważ, że zaczęłam od wizji totalnego brania, a nie od zapracowywania! Nie widzę problemu w tym, by wirtualny seks jako opcja sobie istniał. Jak dobry drink od czasu do czasu urozmaicał życie. Kłopoty zaczynają się, gdy w zasadzie jest to opcja jedyna. A poza tym posucha i człowiek robi się samotny, więc w zasadzie w ten Internet ucieka, bo zwyczajny świat coraz mniej go interesuje. Łatwo się zatracić. Wspominam często doświadczenie ze szczurami, które mając dostęp do klapki drażniącej ich ośrodek rozkoszy w mózgu, przestawały jeść i zdychały z rozkoszy. Ale jakaż to piękna śmierć, powiedziałby niejeden.

Człowiek to nie szczur.
Całe szczęście. Człowiek ma wielki potencjał, tylko pytanie, jaką jego część realizuje. Wielka szkoda, że nie poszliśmy drogą wiedzy seksualnej. Wciąż nie umiemy słuchać własnego ciała. Co dopiero mówić o wsłuchiwaniu się w ciała innych. A uczyć się nie chcemy. Panuje dość dziwaczny pogląd, że nie będziemy się tego uczyć, bo to niewłaściwe, ale umieć powinniśmy. Tylko skąd? Więc sobie konstruujemy przedłużki, żeby spełnić własne i cudze wizje na temat owego seksu. Boimy się, że on nami zawładnie. Tymczasem najprostsza droga do tego, by nami zawładnął, to właśnie unieważnienie go, usunięcie z życia. Najlepszy dowód: w kulturach plemiennych seks stanowił naturalną część życia, a przecież wcale nie było tak, że wszyscy nic, tylko go uprawiali. Jeśli to się dzieje w normalnym rytmie, nie ma groźby, że nagle zabijemy się, nawet klikając myszką bezpośrednio w swój ośrodek rozkoszy. I moim zdaniem całemu naszemu społeczeństwu coś takiego nie grozi.

A jednostkom?
Jak najbardziej. Przecież osoby uzależnione od seksu tak właśnie się zabijają. Ludzie potrafią być tak niedowartościowani, że się degradują do podstawowych potrzeb. Z drugiej strony człowiek od zawsze marzył, by sobie móc robić dobrze, nie mieć granic. I nie musieć się wstydzić. To przecież podstawowa karma dla fantazji erotycznych. Stajemy przed możliwością zrealizowania tych wizji. Czy to nie pociągające? Wiesz, jak funkcjonują ludzie, którzy mają dużo dobrych orgazmów? Nie trzeba lekarzy. Wirtualny i internetowy seks to po prostu kolejna używka.

Ale jaka niezwykła...
Atrakcyjna, bo dająca nieustanne pobudzenie, które znieczula cierpienie, ten słynny ból istnienia. Człowiek, który ma intensywny internetowy związek oparty na seksie, potrafi być podobnie podniecony, otumaniony własną chemią mózgową, jak człowiek zakochany. To sytuacja dająca złudzenie związku i satysfakcję seksualną jednocześnie. I niewymagająca otwarcia się na prawdziwą bliskość, której dziś boimy się bardziej niż samotności. Przemawia więc szczególnie do ludzi, którzy cierpią z powodu braku miłości, nie umieją się odnaleźć w relacjach. Ucieczka w wirtualny świat jest więc jedynie objawem, a nie przyczyną trudności w relacjach. Oczywiście wtórnie owe trudności pogłębia. Coraz więcej ludzi łapie się na ten lep, bo coraz więcej w nas lęku przed kompromitacją, a coraz mniej prób nawiązania prawdziwych znajomości. Nie mówiąc o tym, że nie ma czasu, by je pielęgnować. A jak tu mieć dobry seks bez pielęgnowania bliskości?

Część ludzi wybiera więc po prostu przygodny seks, bez zobowiązań.
Może to, co powiem, kogoś oburzy, ale skoro seks z założenia ma być przygodny, a więc przedmiotowy, to może lepiej jest to zrobić z cyberkochankiem? Nie za wiele się to różni, jeśli chodzi o poziom bliskości, za to doznania mogą być o wiele przyjemniejsze. No i nie zarazimy się HIV-em, nie zostaniemy sponiewierani... Mniejsze ryzyko.

Dość cyniczna wizja.
Eee tam. Tak bywa. Oczywiście nie z każdym.

Dziwisz się? Żyjemy coraz szybciej, więc również w kwestii relacji i seksu idziemy na skróty. Gdy się oddasz we władanie cyberseksu, to czasu masz jeszcze mniej. Czatowanie, mejlowanie, komunikatory... To zżera każdą ilość czasu.

 
Czym wirtualny kochanek różni się od internetowego? Bo mam wrażenie, że to jednak inny rodzaj relacji. Cyberkochanka możesz sobie stworzyć na wzór i podobieństwo swoich marzeń. W Internecie znajdujesz po drugiej stronie rzeczywistego człowieka, więc nie możesz go sobie zaprogramować, by ci mówił słodkie słówka.
.. To rodzaj fantomowej, nierzeczywistej relacji. W gruncie rzeczy nie wiadomo przecież, kto jest po tej drugiej stronie.

Nie wiadomo też, kto jest po tej...
Człowiek śni sen o sobie samym, lepszym, odważniejszym, seksownym. Nieśmiały, pełen zahamowań człowiek w sieci może brylować. Stworzyć sobie inną tożsamość, która w każdej chwili może się znowu zmienić... Szczególnie trudno jest być szczerym i odważnym w stosunku do kogoś, na kim ci zależy. Paradoks tylko pozorny. Taka sytuacja jest zagrażająca – boimy się, co ta osoba sobie o nas pomyśli, jak zareaguje, boimy się odrzucenia. Szczególnie w seksie. Dlatego łatwiej przywdziać fałszywą tożsamość i wypisywać rzeczy, których byśmy w życiu naprawdę nie powiedzieli. Łatwiej też znieść odrzucenie – bo to przecież nie my.

Ale te rzeczy, które się wypisuje, bywają prawdziwe.
I tak, i nie. Bywają to rzeczy, o których w skrytości ducha marzymy, ale się ich wstydzimy. W takim sensie cyberseksualne rozmowy potrafią człowieka ośmielić – gdy partner lub partnerka owych rozmów pozytywnie zareagują. Niestety, zwykle owa „śmiałość” pozostaje zdobyczą wyłącznie wirtualną, a w realu nic się nie zmienia. Bo rozdzielamy te sfery. Podobnie jak mężczyzna, który idzie do prostytutki, zwykle potem nie ćwiczy tego, co tam robił, z żoną.

Nieco inna sytuacja ma miejsce, gdy człowiek eksperymentuje w Internecie. Świadomie udaje kogoś innego, prowokuje, przekracza granice, prowadzi erotyczną grę. To jeszcze bardziej niebezpieczne, bo nie ma szansy, by normalne życie, normalne relacje były tak intensywne jak owa gra.

Czy nie jest tak, że nowe technologie wychodzą naprzeciw naszej pokusie przekraczania granic, norm?
Wyciągają z człowieka, co w nim siedzi. Tak. I w tym sensie możemy powiedzieć, że dobrze, że owo „coś” znajdzie jakiekolwiek ujście. Bo jeśli go nie znajduje, rządzi nami z ukrycia. Ale nie jest to najlepsza forma ujścia. Choć nie chcielibyśmy tego tak widzieć, romansując w Internecie, prowadzimy podwójne życie. Z podwójną moralnością. To nie służy nikomu, nawet singlom. A już zwłaszcza komuś, kto żyje w parze. Można z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że romans w Internecie ma ciężar emocjonalny podobny do zdrady. To nie jest takie niewinne, jak sobie lubimy wyobrażać, bo niszczy związek.

W jaki sposób?
Z prostej przyczyny: energia seksualna, która dotąd była dla związku, jest kierowana gdzie indziej. A związek, w którym taka energia nie płynie, zamiera. Czy tego chcemy, czy nie. Tymczasem „tam” ciągnie coraz bardziej. Bo jest ten dreszczyk nowości, łatwiej się podniecić. A ze „starym” mężem czy żoną trzeba by się z powrotem postarać. I zanim się obejrzymy, następuje rozkład pożycia, jak to się mówi. Wiele małżeństw rozpada się z takiego powodu.

Znam kobietę, której małżeństwo się rozpadło przez ognisty związek, który nigdy nie wyszedł poza sieć. Aż jej cyberkochanek przestał się odzywać i z dnia na dzień zniknął.
I ona się znalazła w totalnej depresji... Gdy taki związek się kończy, zostaje straszliwa pustka. Nakręcona dziewczyna żyła na takim haju, że pewnie nawet nie zauważyła, że małżeństwo się kończy. I raptem nic. Bardzo trudno jest w to uwierzyć, trochę tak, jakby się nagle zostało wygnanym z raju. Jakby ktoś umarł, choć przecież go nie było. A ona nawet nie wie, kim był ten facet po drugiej stronie, czy to, co pisali, było prawdą, czy nie? I w rzeczywistości tego mężczyzny, prawdę mówiąc, nie było. Ktoś pisał, ale na pewno nie ten, kogo ona czytała. Pisało jej marzenie. Pisał ktoś, kto był też dla siebie samego marzeniem. To nie znaczy, że go nie było w niej. To ważna lekcja, może wiele człowieka nauczyć, jeśli z niej skorzysta. Taki szok ma moc, by człowieka obudzić do prawdziwego życia, wyrwać go z internetowych szponów. Można sobie wtedy uświadomić, co sprawiło, że taki sztuczny związek w ogóle zaistniał. Dlaczego tak, a nie inaczej postąpiłam, kim był dla mnie ten kochanek, jakie moje potrzeby spełniał. I czego mam się uczyć, żeby spełniać je w realu. Żeby móc mieć kochanka prawdziwego. Albo przynajmniej – nie mogę sobie odmówić tej przyjemności – zafundować sobie jawne cyberzastępstwo, co do którego mamy pewność, że póki mamy baterie, na pewno nas nie zawiedzie...