1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Pierwszy raz po zdradzie

Pierwszy raz po zdradzie

Odbudowanie zaufania w łóżku po zdradzie to proces, który wymaga ogromnego wysiłku, a warunkiem jego powodzenia jest gotowość do pracy obu stron. (Fot. iStock)
Odbudowanie zaufania w łóżku po zdradzie to proces, który wymaga ogromnego wysiłku, a warunkiem jego powodzenia jest gotowość do pracy obu stron. (Fot. iStock)
Czy możliwe jest udane życie seksualne po romansie partnera? Jak odbudować zaufanie w łóżku i jak poczuć się atrakcyjną? O zdradzie i jej skutkach opowiada psychoterapeuta Michał Pozdał.

Gdzie to robili? Czy miała większe piersi, gładszą skórę? Była szczuplejsza, młodsza? Gdzie ją dotykał? Czy było mu z nią lepiej? Co miała takiego, czego ja nie mam? Dlaczego?! Te i wiele innych pytań zadaje sobie (lub wykrzykuje partnerowi) zdradzona kobieta. Nawet jeśli od zdrady upłynęło już trochę czasu i oboje postanowili dać sobie i związkowi drugą szansę. Nawet jeśli mu już wybaczyła i naprawdę chce, by byli blisko. Trudno zaufać, że to już się nie powtórzy. Trudno oddać się zmysłom w sypialni, skoro przed oczami wciąż masz obraz ukochanego w łóżku z inną kobietą. Skąd mieć pewność, że podczas seksu z tobą nie będzie wciąż myślał o tamtej?

Mężczyzna, który zdradził, ale żałuje tego i chce walczyć o swój związek, nie może oczekiwać, że partnerka, która przeżywa podobne rozterki, od razu przebaczy i zapomni. To proces, który wymaga ogromnego wysiłku, a warunkiem jego powodzenia jest gotowość do pracy obu stron. Zaufania nie odbuduje się w kilka tygodni ani nawet miesięcy – czasem trwa to kilka lat i przez cały ten czas trzeba być przygotowanym na skrajne emocje: swoje i partnera. Osoba zdradzona czuje na przemian nienawiść i miłość, raz chce wyrzucić partnera z domu, raz zatrzymać go za wszelką cenę. Na początku zwykle pojawiają się gniew, agresja, rozpacz. Może dojść do rękoczynów, podjęcia pochopnych decyzji o wyprowadzce czy wystawienia rzeczy partnera za drzwi. Zdarza się, że osoby zdradzone cierpią na syndrom stresu pourazowego i wymagają pomocy psychiatry. Gdy szok minie, przychodzi czas na refleksję, na wzięcie odpowiedzialności za to, co się stało – i to zarówno przez partnera, który zdradził, jak i osobę zdradzoną. Bo choć to bolesne i trudne do przyjęcia – najczęściej zdrada nie jest oderwanym incydentem, a efektem sytuacji, do której doprowadzili oboje partnerzy. Dopiero uświadomienie sobie tego może być początkiem do odbudowania zaufania.

Wspólna droga do intymności

Zanim seks będzie w ogóle wchodził w grę, potrzeba dużo cierpliwości, otwartości i odwagi. Osoba zdradzona będzie musiała podjąć wyzwanie i wysłuchać wyjaśnień. To wymaga odwagi i gotowości na wzięcie częściowej odpowiedzialności za to, co się stało. Może się okazać, że partnera do zdrady skłoniły wcale nie większe piersi kochanki, a żona nie kierowała się lepszymi umiejętnościami kochanka – przyczyną był brak zainteresowania, akceptacji, narastające poczucie odrzucenia. Ona przez ostatnie dwa lata unikała zbliżeń, a gdy opowiadał, że z kumplami będą co tydzień grać w piłę, pytała, kiedy ostatni raz został wieczorem sam z dziećmi. Tymczasem koleżanka z pracy chwaliła jego błyskotliwość. On nawet nie udawał, że interesuje go książka, którą przeczytała, a gdy go uwodziła, odwracał się do niej plecami „zmęczony”. Podczas gdy ojciec kolegi jej synka regularnie ją komplementował. Już samo dostrzeżenie tego, jakie potrzeby partnera czy partnerki przez dłuższy czas ignorowaliśmy, to ogromny krok w kierunku naprawy związku.

Po zdradzie pary potrzebują czasu, by na nowo zgromadzić kapitał wspólnych pozytywnych doświadczeń. Na początku nie ma w ogóle miejsca na seks. Po pierwsze, z powodu poniżenia i odrzucenia, po drugie, z lęku przed fantazjami partnera i obniżonego postrzegania własnej atrakcyjności. Za decyzją o rezygnacji ze współżycia najczęściej stoi też przekonanie, że zgoda na seks oznaczałaby przyznanie, że nic się nie stało. Tymczasem zdarzyło się wiele, doszło do utraty poczucia bezpieczeństwa. „Jestem teraz jak dzikie zwierzę i musisz mnie na nowo oswoić” – mówią kobiety. Okres po zdradzie niesie także ryzyko manipulacji ze strony osoby zdradzonej – jeśli będzie karać „zdrajcę” w nieskończoność odmową seksu, role mogą się nagle odwrócić: osoba zdradzona stanie się oprawcą, a ta, która dopuściła się zdrady – ofiarą. To ślepa uliczka.

Jeśli obojgu partnerom zależy na odbudowaniu związku i dadzą sobie czas na wspólne i indywidualne przepracowanie całej sytuacji, przyjdzie dzień, kiedy będą gotowi otworzyć się na bliskość i intymność. Seks przestanie być karą, nagrodą, narzędziem szantażu czy manipulacji, znowu stanie się dla obojga przyjemnością, a nieraz nawet otwarciem na nowe możliwości, na rozmowy o fantazjach.

Odkrywanie siebie na nowo

Jedną z funkcji zdrady jest chęć zwrócenia uwagi na swoje potrzeby. Pary, które przez dłuższy czas obywały się bez seksu albo ograniczały go do małżeńskiego obowiązku, oddalają się od siebie. Zdrada może pełnić też funkcję kary – gdy jedno z partnerów czuje się odrzucone albo nieważne, mści się na drugim, wdając się w romans. Wszystkie te sytuacje są pochodną problemów w komunikacji ze sobą. Gdy ludzie nie potrafią swoich potrzeb czy żalu zakomunikować wprost albo robią to tak, że nie są słyszani – decydują się na krańcowe rozwiązania. Jemu łatwiej poszukać innej kobiety, która przytuli i wysłucha niż powiedzieć, że czuje się zaniedbany; jej łatwiej poddać się komplementom nowego mężczyzny niż upomnieć się o uwagę dla jej kobiecości u męża. Wspólnie przepracowany kryzys związany ze zdradą może stać się szansą na nowe wyrażenie na głos swoich potrzeb. Pary nie muszą przechodzić przez ten trudny proces samotnie – z pomocą psychoterapeuty może być im łatwiej zmagać się z trudnymi uczuciami i na nowo zbudować bliskość, również tę intymną.

Jeżeli partnerzy rozumieją, że rozładowywanie emocji w ramionach trzeciej osoby jest destrukcyjne, istnieje duże prawdopodobieństwo, że w przyszłości – zanim któreś z nich ucieknie się do zdrady – podejmie próbę zażegnania kryzysu i powie: „Słuchaj, znowu zaczynam się czuć tak jak wtedy, nie chcę tego przeżywać jeszcze raz”. Każde trudne doświadczenie – wspólnie przeżyte, przepracowane i pokonane – wzmacnia związek. Z perspektywy czasu oboje mogą przyznać: „Patrz, przez co przeszliśmy, a po tylu latach wciąż jesteśmy razem. Wytrzymaliśmy i to jest naszą siłą”.

Jak odbudować zaufanie? Radzi psycholog Wojciech Wypler

Nie odgrywaj się za wszelką cenę. Wiele zdradzonych osób doświadcza dramatycznego obniżenia swojej samooceny, chce znów poczuć się atrakcyjnie, ale też ukarać wiarołomnego partnera. – Wiem, że to trudne, jednak uważaj, aby nie szukać jej odbudowy w szybkich randkach czy flirtach. Nie jesteś jeszcze gotowa na nowy związek – a tak w ogóle czy zakończyłaś już aktualny? Jeśli nie, to czy... chcesz zdradzić partnera? Zemścić się? Wyrównać rachunki? Zachować się tak samo nieuczciwie jak on? Czy jesteś pewna, że to pomoże ci odzyskać dobre samopoczucie? Nawet jeśli wydaje ci się, że tego obecnie najbardziej potrzebujesz – uporządkuj najpierw swoje emocje, ochłoń i pogódź się z decyzjami swoimi i drugiej strony, odczekaj przynajmniej kilka tygodni – pisze Wojciech Wypler w książce „Anatomia zdrady”.

To on musi chcieć.  Ten, kto zdradził, sam musi chcieć zmienić swoje zachowania, odbudować relację i włożyć w ten proces dużo pracy. Jeśli osoba, która była nieuczciwa, chce kontynuowania relacji, tym, co powinno dawać nadzieję, są żal i postanowienie poprawy, a także chęć zadośćuczynienia za krzywdę, której dokonała.

Przebacz w swoim czasie. Próby odbudowy relacji nie wymagają wybaczenia z twojej strony jako wstępnego warunku. Wybaczanie jest procesem, dzięki któremu możesz przestać odczuwać negatywne emocje, takie jak złość i niechęć wobec osoby, która cię skrzywdziła, a także w mniejszym stopniu rozmyślać o tym, co zrobiła. Wymaga to jednak czasu i starań drugiej strony.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Jak pokonać rutynę w seksie?

Warto, aby para z długim stażem porozmawiała o pogłębianiu doznań w różnych wymiarach życia seksualnego. (Fot. iStock)
Warto, aby para z długim stażem porozmawiała o pogłębianiu doznań w różnych wymiarach życia seksualnego. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Po wielu latach związku nie będziemy czuć dokładnie tego samego, co na początku. Ale może się pojawić inny, nowy zakres wspólnych przeżyć, których byśmy nawet się nie spodziewali – mówią edukatorka seksualna dr Izabela Fornalik i psychoseksuolog Bianca-Beata Kotoro.

Patrycja i Rafał są małżeństwem od ośmiu lat, zanim się pobrali, spotykali się przez trzy lata. Przyjaciele żartują, że są jak papużki nierozłączki. – Rzeczywiście, bardzo lubimy ze sobą przebywać – potwierdza Patrycja. Kochamy się i świetnie rozumiemy, podobne rzeczy nas interesują i podobne bawią. W seksie też jesteśmy dobrani, po 11 latach znamy swoje ciała doskonale i bardzo szybko potrafimy się wzajemnie zaspokoić. To może dziwne, bo choć czuję się spełniona i szczęśliwa, to z drugiej strony bywam trochę znużona tym, że nasza bliskość jest tak przewidywalna. Jest w niej rozkosz, ale brakuje ekscytacji i niespodzianki. Wszystko jest takie oczywiste i powtarzalne, że pomału wkrada się do naszego łóżka nuda. Kocham męża i chciałabym coś zrobić, żeby znowu poczuć motyle w brzuchu, jak kiedyś…

Izabela Fornalik: Nawet najsmaczniejsze lody, często jedzone, przestają smakować tak jak za pierwszym razem. Bez wątpienia warto, aby para z długim stażem porozmawiała o pogłębianiu doznań, ale w różnych wymiarach życia seksualnego. Są pary, które potrzebują pogłębienia doznań w sferze stricte fizycznej, począwszy od prostych rozwiązań, jak użycie różnego rodzaju gadżetów typu prezerwatywy z wypustkami czy wypróbowanie nowej pozycji seksualnej, aż po zapisanie się na zajęcia, np. warsztaty waginalne lub te dla par, które chcą czerpać większą radość z seksu. Ciekawym pomysłem jest też coaching seksualny. Jest on uzupełnieniem, a czasem alternatywą dla terapii, która diagnozuje i zajmuje się konkretnym problemem. Nasza para mogłaby skorzystać z oferty coachingu, który umożliwi rozszerzenie palety technik seksualnych. Zajęcia tego typu pozwalają odkryć potrzeby i możliwości własnej seksualności. Uczą też mówienia o intymnych potrzebach i przeżyciach. Takie pary jak Patrycja i Rafał nie potrzebują terapii, ale rozwinięcia i odkrycia nowych przestrzeni w swoim życiu seksualnym.

Może temu służyć również poznanie tao seksu albo jogi, która dzięki uaktywnieniu ciała poprawi oddech, a ten ma przecież związek z osiąganiem przyjemności. Różnego rodzaju nowe doznania w obszarze fizyczno-psychicznym, jak chociażby medytacja według Osho, przekładają się na większą świadomość ciała i jego otwarcie na zmysłowe doznania.

Bianca-Beata Kotoro: Dobrym pomysłem będzie pójście na kurs masażu. Potem można zacząć wypróbowywać na sobie to, czego się nauczyło. Jeśli związek ma długi staż, ludzie przestają rozmawiać ze sobą o pewnych rzeczach, bo one stają się oczywiste. Wiele osób błędnie myśli: „skoro wiem, jaki rodzaj dotyku lubi mój partner i potrafię go uszczęśliwić, to nie ma potrzeby pytać go, jak sprawić mu przyjemność”. I tak seks staje się obszarem bez słów, bo uważamy, że już wszystko o sobie wiemy. Warto wrócić do rozmowy, do pytań o doznania i do mówienia o odczuciach. Można nawet się umówić, że ta osoba, która jest pieszczona, opowiada o tym, co czuje. Dzięki temu tworzy się nowy obszar intymnej relacji. A słowo staje się na powrót afrodyzjakiem. To naturalne, że para, która jest już ze sobą 11 lat, potrafi porozumiewać się bez słów, ale naprawdę warto odkryć na nowo magiczną moc słowa.

I.F.: Trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że po wielu latach związku nie będziemy czuć dokładnie tego samego, co na samym początku, czyli przysłowiowych motyli w brzuchu. Początkowa fascynacja i ekscytacja jest czymś wspaniałym, wyjątkowym, lecz nie liczmy na to, że jakimiś sztuczkami ten stan przywrócimy. Ale może się pojawić inny, nowy zakres wspólnych przeżyć, których byśmy nawet się nie spodziewali.

B.B.K.: W miarę trwania związku dojrzewamy, nie tylko przybywa nam lat, mamy inne doświadczenie, ale też zmieniają się nasze upodobania, fascynacje i zainteresowania w każdym względzie. I jeśli ktoś lubi pieszczoty pleców, a ma np. obiekcje wobec stosunków oralnych, to nie znaczy, że po 10 latach będzie preferował dokładnie to samo. Dlatego tak ważna jest wymiana myśli – werbalnie, bo nikt z nas nie jest jasnowidzem. Nie łudźmy się, że wiemy o partnerze wszystko – to po prostu niemożliwe. Jednak, żeby rozmawiać o seksie, trzeba umieć rozmawiać o innych rzeczach, a to oznacza, że trzeba razem spędzać czas. Zadbać o to, żeby bliskość zaistniała przy wspólnym działaniu w innych niż tylko sypialnia obszarach. Nie traktujmy też tego, że mamy orgazm, jako ostatecznej wyroczni, że wszystko jest wspaniale i nic nie trzeba zmieniać.

I.F.: Bywa, że partnerzy z czasem w różnych sferach życia zaczynają się rozmijać, tracąc ze sobą kontakt, a w sypialni jeszcze odnajdują porozumienie, z tym że na zasadzie wyrobionych nawyków. Wtedy warto zainwestować w czas poświęcony nowym doświadczeniom. Cenne mogą się okazać oferty różnych warsztatów ogólnorozwojowych. Dzięki takim doświadczeniom dajemy sobie wspólny czas, otwieramy się na nowe przeżycia i odnajdujemy w sobie inne możliwości.

B.B.K.: Często kobiety fantazjują o romantycznym kochanku, bo ich orgazmy z mężem nabrały mechanicznego charakteru. Udany seks to nie taki, w którym za każdym razem dochodzi do ekstazy, ale ten, który ma satysfakcjonującą aurę, spełniający nas we wszystkich wymiarach.

I.F.: Polecam bardzo ciekawą publikację Dagmar O’Connor „Jak kochać się z tą samą osobą do końca życia i wciąż to lubić”.

B.B.K.: To lekka lektura, a przy tym bardzo praktyczna, bo przedstawia liczne, łatwe do zastosowania pomysły. Przy czym mając wieloletnie doświadczenie pracy w gabinecie, domyślam się, że na takie lektury czy warsztaty dotyczące seksualności znacznie częściej gotowe są kobiety, mężczyźni chyba lepiej zareagują na konkretne propozycje, np. kurs tańca czy masażu, a mniej odnoszące się do seksualności, które mogą odebrać jako aluzyjną krytykę swoich możliwości.

Mężczyzn, którzy przychodzą do mojego gabinetu, ale mają wyraźny problem z mówieniem o swojej seksualności, pytam zazwyczaj, czy lubią tańczyć i w jaki sposób. I nie chodzi mi bynajmniej o umiejętności techniczne, ale o przyjemność płynącą z ruchu w rytm muzyki, nawet jeśli ten ruch sprowadza się do kilku kroków i nie jest oczywiście pod wpływem alkoholu ani innych substancji. Jest to ważny wskaźnik tego, jak dana osoba zachowuje się w obrębie życia seksualnego i jej otwartości na cielesne doznania. Ci, którzy nie mają problemów z poddaniem ciała rytmowi, o wiele łatwiej poddają się poszukiwaniom seksualnych doznań. Dlatego polecam parom kurs tańca, żeby odkryły w nim nowy rodzaj fizycznej bliskości.

I.F.: Warto też wspomnieć o tym, że pogłębienie doznań w obszarze duchowym wpływa na jakość bliskości fizycznej między partnerami. Głębszy, filozoficzny namysł nad istotą związku, siebie i partnera pozwala uzmysłowić sobie, jak unikalne jest to, że się spotkaliśmy, że możemy sobie coś nawzajem dać, przeżyć wspólnie ważne dla nas obojga chwile. Jeśli przestaniemy patrzeć na partnera jak na dobrze znany i przewidywalny obiekt codziennego obcowania, mamy szansę odkryć w nim tajemnicę i wyjątkową niepowtarzalność, a w ślad za tym jego ciało, reakcje, uczucia nie będą już tak oczywiste. Seksualność często kojarzy się jedynie z fizjologią, a to jest doświadczenie obejmujące wszystkie aspekty ludzkiego istnienia, a więc też emocjonalny i duchowy. Nie wolno o tym zapominać.

Dr Izabela Fornalik, pedagog specjalny, edukatorka seksualna, nauczycielka akademicka, autorka pierwszych w Polsce praktycznych poradników na temat seksualności osób z niepełnosprawnością intelektualną.

Bianca-Beata Kotoro, psychoseksuolog, psychoonkolog, terapeutka, prowadzi terapię w Instytucie BEATA VITA, jest prezesem Stowarzyszenia Europacolon Polska oraz Fundacji Edukacji Seksualnej PO PROSTU.

  1. Seks

Seks rodziców – jak się zachować, gdy dziecko wejdzie do sypialni?

Zdarza się, że dzieci wpadają do sypialni rodziców w najmniej odpowiednim momencie i widzą jak rodzice uprawiają seks. Co zrobić, co powiedzieć, gdy zostaniemy „nakryci” przez dziecko? Jak ono postrzega seks rodziców? (fot. iStock)
Zdarza się, że dzieci wpadają do sypialni rodziców w najmniej odpowiednim momencie i widzą jak rodzice uprawiają seks. Co zrobić, co powiedzieć, gdy zostaniemy „nakryci” przez dziecko? Jak ono postrzega seks rodziców? (fot. iStock)
Jesteście sami w sypialni, kochacie się. Byliście pewni, że drzwi są zamknięte. Nagle na progu staje wasze dziecko, przeciera zaspane oczka i patrzy na was, nic nie rozumiejąc albo właśnie wszystko rozumiejąc. I co teraz? Czy to jest problem? Kto bardziej odchoruje takie sytuacje?

Najlepiej, żeby tak się nie zdarzyło, bo to bardzo obciąża… rodziców. Mamy ogromne poczucie winy, gdy narazimy nasze dziecko na widok nas uprawiających seks. I słusznie. Oglądanie innych (zwłaszcza ludzi, których znamy) w tak intymnej sytuacji wywołuje silne emocje. Czy to jednak rzeczywiście taki wielki problem dla dziecka? Dla malucha — żaden, a dla starszego — też niewielki, o ile wie o istnieniu seksu, dostał od nas informację, że to naturalne i nie jest to jego pierwsze zetknięcie z tematyką prokreacji.

Oczywiście dla naszego komfortu warto zadbać o to, żeby nikt nas nie nakrył w tak intymnej sytuacji. Sypialnia musi mieć zamek, dziecko lepiej, żeby nie było obecne w domu…

Skupmy się zatem na psychologicznym aspekcie postrzegania uprawiających seks rodziców.

Co komunikować?

Jeśli ty sama nakryłaś kiedyś rodziców — słyszałaś ich, znalazłaś opakowanie po prezerwatywach — to masz związane z tym wspomnienia i one rzutują na to, jak wydaje ci się, że wszystkie dzieci widzą tę sytuację. Tymczasem seks rodziców postrzega się bardzo źle, z odrazą i obrzydzeniem, wtedy, gdy się ich nie lubi, gdy rodzice nie są dobrą parą.

Każde dziecko chce postrzegać swoich rodziców jako ikony i z tym wyidealizowanym obrazem kłóci mu się uprawianie seksu. Można to jednak zmienić.

Przytulajcie się, całujcie, obejmujecie przy dziecku. Niech widzi więź między wami, niech nauczy się postrzegać was jako jedność, niech będzie dla niego naturalne, że jesteście bardzo blisko.

Starszemu dziecku można wyraźnie mówić: „Czasem chcemy być sami”. To w końcu wasze święte prawo. „A co będziecie robić?” — takiego pytania należy się spodziewać. Dziecko chce wiedzieć, czy nie ominie go nic fajnego. „Będziemy się całować i przytulać” — dokładnie tak trzeba dzieciom odpowiadać. Jeśli sami nie zrobicie problemu z tego że uprawcie seks — nie będzie go.

Jak reagować?

Warto przemyśleć zawczasu swoją reakcję. Małe dziecko w pierwszym momencie może się w ogóle nie zorientować, czym się zajmujecie. Niech wasza rekcja nie da mu jasnej wskazówki, że robiliście coś złego i wstydliwego. Nie zachowujcie się jak nakryci na grzechu. Jeśli jednak czujecie, że seks to coś niewłaściwego, wstydliwego i odmawiacie sobie prawa do przyjemności z niego płynących, wasza reakcje będzie odpowiadać waszym poglądom.

Co widzi dziecko?

Kiedy maluch wchodzi do waszej sypialni, nie nazywa sytuacji w sposób konkretny: „Moi rodzice uprawiają seks”. Ono widzi rodziców w dziwnej pozie, nagich. Jest tylko zdziwione, a nie przerażone czy przestraszone.

Co ono myśli? Seks z boku często wygląda jak przemoc i w pierwszej chwili dziecko zobaczy coś, co je lekko zaniepokoi. Jeśli uśmiechniecie się, zareagujecie spokojnie, niepokój natychmiast zniknie.

Co dziecko zrobi z pamięcią o tym wydarzeniu? To będzie zależało od trzech czynników: jego wieku, stylu waszej reakcji i tego, jaka jest jakość waszego związku. Najgorsza sytuacja to taka, gdy nakrywa was starsze dziecko (powyżej dziesiątego roku życia), z którym nigdy o seksie nie rozmawialiście, a wy wpadacie w panikę, bo dziecko obserwuje was na co dzień w sytuacji nielubienia się i seks jest dla niego jakimś zgrzytem w waszych relacjach.

Jakie pytanie może dziecko zadać w tym momencie? „Co robicie?”. Wasza odpowiedź: „Przytulamy się”. „Dlaczego tak jęczysz?” Wasza odpowiedź: „A, tak sobie”. To wystarczająca, naturalna odpowiedź. Trzeba własne dzieci traktować poważnie. Nie należy ich okłamywać, ale oczywiście nie ma potrzeby mówić maluchowi: „Uprawiamy seks”, bo jutro powie o tym wszystkim paniom w przedszkolu.

Jeśli rano dziecko nie wróci do tego tematu, sami też tego nie róbmy. Błędem jest wmawianie mu, że coś mu się wydawało, że mu się tylko przyśniło. Stracimy wiarygodność, ośmieszymy się tylko w jego oczach.

Reakcje zabronione

Wrzask: „Wyjdź! Jak tu wszedłeś! Idź do siebie!”

Nie wyrzucajcie dziecka, bo ono właśnie teraz potrzebuje waszej bliskości. Niestety, z seksu nici — trzeba dziecko przytulić i dać mu zasnąć w waszych ramionach.

Dla starszego dziecka ważne są wasze poglądy na seks. Jeśli powie coś w rodzaju: „To obrzydliwe, co robiliście”, należy zaprzeczyć. „Nieprawda. Nie masz racji”. I tyle.

Ewa Nowak: pedagog - terapeuta. Autorka felietonów, opowiadań oraz powieści dla dzieci i młodzieży. Jej twórczość podpowiada jak sobie radzić w domu i w szkole, w dobrych i złych chwilach, z przyjaciółmi i z rodzicami. 

  1. Psychologia

Kto odpowiada za zdradę w związku? - kilka faktów na temat niewierności

Niektórzy potrzebują większej czułości i więcej seksu, inni ryzyka, dramatu, czy zemsty. Są też ludzie, którzy marzą o „doskonałej miłości” (fot. iStock)
Niektórzy potrzebują większej czułości i więcej seksu, inni ryzyka, dramatu, czy zemsty. Są też ludzie, którzy marzą o „doskonałej miłości” (fot. iStock)
Coraz częściej do mojego gabinetu trafiają nieszczęśliwi małżonkowie i pary w kryzysie spowodowanym zdradą.

Zdarza się też, że przychodzi osoba zmęczona związkiem, pełna obaw, że jeśli nic się nie zmieni, to nie będzie miała skrupułów przed romansem.

Niekoniecznie dopiero fakt zdrady psuje relację. Wydaje się, że zdrada często jest objawem tego, że w związku nie dzieje się dobrze.

Dlaczego właściwie zdradzamy?

Pierwszym czynnikiem, który sprzyja niewierności, są nieporozumienia i kłótnie, spowodowane głównie różnicą charakterów i poglądów. Ta odmienność nasila się głównie w czasie występowania innych problemów: praca, rodzina, finanse itp. Powoli życie erotyczne partnerów staje się mało satysfakcjonujące, nudne, a z czasem jakiekolwiek zbliżenia intymne są właściwie nieobecne. Dodatkowo, zmęczeni trwającymi miesiące czy lata konfliktami, jesteśmy bardziej skłonni wejść w nową relację, niż wkładać wysiłek w naprawę tego, co już mamy. Ostatecznie doprowadza to do poszukiwań osoby, która spełni nasze fantazje i oczekiwania. Często też czujemy potrzebę ucieczki od współmałżonka, pragnienie zwrócenia na siebie uwagi, chcemy poczuć się niezależni, pożądani, lepiej rozumiani. Niektórzy potrzebują większej czułości i więcej seksu, inni ryzyka, dramatu, czy zemsty. Są też ludzie, którzy marzą o „doskonałej miłości” oraz tacy, którzy potrzebują dowieść samym sobie, że ciągle jeszcze nie są za starzy na miłość i rzucają się w romanse „ostatniej szansy”.

Carol Botwin, seksuolożka, autorka książek, uważa, że niektórzy mężczyźni nie potrafią dochować wierności, gdyż nigdy w istocie nie opuścili „dziecięcej fazy” życia. W oddaleniu od małżonki spowodowanym np. podróżą, odczuwają potrzebę drugiej partnerki. Cudzołóstwu mogą też oddawać się osoby, które wychowały się w domach, gdzie brakowało czułości. Jako dorośli budują więc wyzbyte uczuć małżeństwo i wchodzą w niezobowiązujące romanse. Zdarzają się mężowie, którzy swoje żony wynoszą na piedestały, sypiać jednak wolą z „ulicznicami”. Pośród zdradzających często są osoby o postawie narcystycznej: potrzebują wielu kochanków, aby jaśnieć w promieniach ich pożądania. Zdarzają się czasem i tacy, którzy gustują w trójkątach, lubią walkę dla niej samej. Zdrada może być też próbą rozwiązania problemów seksualnych (Botwin, 1988).

Zdrada kusi

Niezależnie od poczucia, że cudzołóstwo jest niemoralne, pomimo wyrzutów sumienia towarzyszącym potajemnych schadzkom, na przekór niebezpieczeństwom, jakie niesie to rodzinie, przyjaciołom i stabilności życiowej, sporo osób chętnie wchodzi w związki pozamałżeńskie. Z raportu Kinseya wynika, iż ponad 33% Amerykanów i 26% Amerykanek przyznało się do tego typu kontaktów seksualnych (Kinsey i in., 1948; 1953). Ankieta przeprowadzona przez „Playboya” dwadzieścia lat później (Hunt, 1974) wskazała na liczbę 41% żonatych mężczyzn i 25% zamężnych kobiet, którzy zdradzili kiedyś współmałżonka. Badania z lat osiemdziesiątych mówią o 54% kobiet (Wolfe, 1981) i 71% mężczyzn (Hite, 1981), którzy dopuścili się niewierności.

Polskie badania mówią o 25% kobiet i 31% mężczyzn w roku 2005, a sześć lat później jest to 21% mężczyzn i 12% kobiet (Izdebski, 2005; 2011). Skąd jednak pewność, że którakolwiek z tych danych jest prawdziwa? Mężczyźni skłonni są chełpić się swymi seksualnymi podbojami, kobiety wolą raczej ukrywać romanse. Być może mężatki sprzed pół wieku niechętnie przyznawały się do zdrad małżeńskich, a współcześnie już potrafią być bardziej szczere. Hunt komentuje to w ten sposób: „Kobieta równie często będzie szukała seksu poza małżeństwem jak mężczyzna, jeśli tylko ona sama i jej otoczenie uważają, że ma do tego takie samo prawo jak małżonek” (Hunt, 1974). Wygląda wiec na to, że nasza ludzka skłonność do pozamałżeńskich związków jest świadectwem triumfu natury nad kulturą. Podobnie jak wzorce flirtu, uśmiechu, jak fizjologiczne podłoże zauroczenia i chęci do łączenia się z jedną osobą, także i cudzołóstwo jest najpewniej częścią pradawnej gry reprodukcyjnej.

Związek do naprawy

Wracając do par w kryzysie, które niewątpliwie przeżywają trudne chwile. Przede wszystkim proponuję, żeby zastanowić się nad motywami, które kierowały w stronę zdrady. Nie chcąc tracić tego, co zbudowało się do tej pory, jednocześnie czując brak spełnienia, często działamy egoistycznie. Powiemy - związek to przecież uwzględnianie drugiej osoby w naszych decyzjach. Jednak w sytuacji kryzysu naturalne jest, że w pierwszej kolejności dbamy o własne dobro, o własny komfort psychiczny i fizyczny. Idealnie jest móc uniknąć takiego dylematu, czyli pomyśleć wcześniej i zapobiegać, niż potem naprawiać. Jeśli czujemy, że w naszym związku nie jest do końca tak, jakbyśmy tego sobie życzyli, to nie czekajmy na „właściwy moment” by porozmawiać, moment, który najczęściej nigdy nie nadchodzi, tylko zróbmy to spontanicznie, teraz. Nawet lektura tego artykułu może być pretekstem do rozpoczęcia takiej właśnie rozmowy. Powiedzmy szczerze o naszych oczekiwaniach, o tym, co lubimy u siebie nawzajem, a czego nie lubimy i co chcielibyśmy zmienić.

Związek można porównać do rośliny. Podlewając ją raz w miesiącu utrzymamy ją przy życiu, będzie wegetować, ale nie rozwijać się. Możemy też, co kilka dni dawać jej trochę wody i obserwować jak rośnie i rozkwita.

Ewa Krawczyńska: psycholog, psychoterapeuta, kulturoznawca, specjalista seksuolog, doradca rodzinny

Carol Botwin: seksuolog, dziennikarka, autorka m.in. książek „Niewierne żony” i „Niewierni mężowie”

  1. Psychologia

Wierność w związku - mit czy rzeczywistość?

Wiele osób, zamiast pracować nad sobą i nad związkiem, wybiera drogę na skróty... (fot. iStock)
Wiele osób, zamiast pracować nad sobą i nad związkiem, wybiera drogę na skróty... (fot. iStock)
Związek powinien być jednocześnie spokojną i bezpieczną przystanią oraz ekscytującą i stymulującą drogą, która ciągle się zmienia. Czy osoba, która dopuszcza się niewierności, jest jak rozkapryszony następca tronu, który nie znosi, gdy jego pragnienia pozostają niezaspokojone, czy jak ktoś dość pokorny, by zrozumieć i zaakceptować swoją zwierzęcą naturę? – pyta Lisa Letessier, psycholożka i terapeutka, autorka książki „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”.

Związek powinien być jednocześnie spokojną i bezpieczną przystanią oraz ekscytującą i stymulującą drogą, która ciągle się zmienia. Czy osoba, która dopuszcza się niewierności, jest jak rozkapryszony następca tronu, który nie znosi, gdy jego pragnienia pozostają niezaspokojone, czy jak ktoś dość pokorny, by zrozumieć i zaakceptować swoją zwierzęcą naturę? – pyta Lisa Letessier, psycholożka i terapeutka, autorka książki „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”.

Według szacunków 80 proc. par w pewnym momencie zderza się z niewiernością partnera, 65 proc. rozwodzi się po odkryciu zdrady, a w 50 proc. tych, którzy pozostają razem, nie dochodzi do wybaczenia (Weil, Winter 1994)!

Poliamoryści wychodzą z założenia, że pozostawanie wiernym seksualnie jednej osobie jest czymś nienaturalnym. To prawda, że w królestwie zwierząt i ludzi niewiele osobników żyje w monogamii! Poligamia człowieka może być w pewien sposób uznawana za przesłankę quasi-naturalną (Barash, Lipton, 2002).

Ponadto żyjemy dziś w społeczeństwie hedonistycznym, w którym koniecznością jest odczuwanie przyjemności i satysfakcji! Epikurejska koncepcja szczęścia polega na szukaniu przyjemności, gromadzeniu emocji pozytywnych oraz odrzucaniu bólu i tego, co wywołuje emocje nieprzyjemne. Wszystko musi szybko się toczyć i szybko przynosić efekty. W tym pośpiechu zdolność do znoszenia ogólnej frustracji maleje. Denerwujemy się, jeśli przez godzinę nie dostajemy odpowiedzi na SMS lub e-mail, odchodzimy z pracy, gdy tylko przestaje przynosić satysfakcję, szukamy rozwiązania w zdradzie lub rozwodzie, jeśli coś nam nie pasuje w związku. Niestety, hedonistyczna adaptacja skazuje nas na krótkotrwałość. To, co daje chwilową przyjemność, nuży albo staje się zwyczajne! Jesteśmy więc skazani na ciągłe poszukiwanie nowości, jak narkoman, który musi stale zwiększać porcje, żeby poczuć taki sam efekt jak wcześniej. Zmęczenie lub codzienność, zamiast do pracy nad rozbudzeniem namiętności i odbudowaniem pożądania, prowadzą do tego, że się rejestrujemy na portalu Gleeden…

Niewierność bez kompleksów

Tym, którzy nie znają Gleeden, wyjaśnijmy, że jest to serwis wyspecjalizowany w relacjach pozamałżeńskich! Chociażby w metrze francuskim można spotkać olbrzymie afisze, które zachęcają do zdrady. Gleeden jest jak wąż Kaa z „Księgi dżungli”, który szepcze: „Zauuufaaajjj, ssspróbuj sssmaku zdraaady, ssspodoba ci sssię”. Serwis stał się zresztą wartością referencyjną w badaniach Ipsos na temat niewierności…

Na stronie głównej podana jest liczba użytkowników (na dzień dzisiejszy prawie 8 milionów!). Kobiety, dla których portal był początkowo przewidziany, stanowią dziś 40 proc. użytkowników. Także na stronie głównej można przeczytać wyznania, które mają przekonać nas o dobrodziejstwach niewierności w związku, oraz zapewnienie dyskrecji, jak i krótki tekst o poniższej treści:

„Witajcie na Gleeden.com, portalu nr 1 dla osób zamężnych! Niezależnie od tego, czy poszukujesz pozamałżeńskiej przygody w pobliżu domu, czy kochanka w odległości tysiąca kilometrów na wyjazdy służbowe, Gleeden.com to szczególne miejsce, gdzie w całkowitym bezpieczeństwie możesz spotkać niewiernych z całego świata! Masz ochotę na zdradę? Wybór należy do ciebie! Tworzony na co dzień przez ekipę w 100 proc. kobiecą, Gleeden.com pozwala kobietom na w pełni dyskretne spotkania pozamałżeńskie!”

Niewierność staje się w pewien sposób normalna! Oto „wartości”, które pozwolą nam na rozwój. Po co męczyć się w związku, znosić frustrację seksualną, emocjonalną czy intelektualną, skoro dzięki kilku kliknięciom można natychmiast zyskać pocieszenie! (…)

Jak znieść frustrację?

Wielki paradoks bierze się stąd, że mimo wszystko pary chcą ciągle budować. Wciąż żywa jest też bajka pt. „żyli długo i szczęśliwie” i to rozbudza pragnienia. W rezultacie chcemy coś tworzyć, ale bez zbytniego wysiłku i żyć we dwoje, ale z zachowaniem całkowitej wolności… Przyznacie, że to paradoks.

Pascal Bruckner pisze: „Dziś oto kobiety i mężczyźni są poddani sprzecznym wymogom: kochać namiętnie i w miarę możliwości być tak samo kochanym, cały czas zachowując autonomię. Być otoczonym, nie spętanym, z nadzieją, że związek okaże się dość elastyczny, żeby umożliwić to harmonijne współżycie” (Bruckner, 2019). Na tym polega dramat wierności. Jako spadkobiercy pokolenia buntowników 1968 roku wzrastaliśmy w imię „zakazuje się zakazywać” (fr. Il est interdit d’interdire! należy do najbardziej znanych haseł związanych z wydarzeniami społeczno-politycznymi wiosną 1968 roku we Francji). Naszą dzisiejszą mantrą byłoby raczej „zakazuje się być sfrustrowanym”. Jednak życie i związek wymagają tolerowania frustracji. Trzeba zaakceptować drugą osobę taką, jaka jest, a nie jaką chcielibyśmy ją widzieć. Zaakceptować, że nie zawsze ma te same pragnienia co my, nie w tej samej chwili i nie równie intensywnie je odczuwa. Zaakceptować, że nie jest doskonała i nie zaspokoi wszystkich naszych pragnień. Czyli zaakceptować bycie sfrustrowanym.

Tymczasem ciężar uchronienia nas od frustracji spoczywa na partnerze, który musi spełnić wszystkie kryteria: umieć słuchać, wykazywać wrażliwość oraz empatię, ale i odwagę, być dobrą matką/ dobrym ojcem, perfekcyjną panią domu/ perfekcyjnym gospodarzem, wspaniałą kochanką/ wspaniałym kochankiem, a poza tym mieć dobrą pracę, być szczerym przyjacielem i dawać poczucie bezpieczeństwa uczuciowego… Jeśli któryś z tych wymogów nie jest spełniony, sprawdzamy gdzie indziej – może tam jest lepiej! Porównujemy, domagamy się, tupiemy nogami. Ponieważ naszym punktem odniesienia są idealne rozwiązania, brak satysfakcji i frustracja związane z naszym związkiem rosną (Kotsou, 2014). Dowiedziono zresztą, że im bardziej ktoś wierzy w nierealne modele, tym wyżej szacuje koszty, które ponosi w związku: utratę czasu dla siebie, brak wolności, wady partnera itd.

Kilka liczb

Ponieważ jednym z elementów, które powinny spełniać nasze kryteria, jest seks, kluczowa staje się satysfakcja fizyczna w związku. Krzyczące nagłówki w wielu magazynach, które tłumaczą, jak uniknąć nudy, albo dają „10 rad”, jak przeżyć rozkosz za każdym razem, nakładają na nas obowiązek „umiejętności osiągania orgazmu”. Zdrowie związku jest mierzone życiem seksualnym. Seks jest powinnością, to niedopuszczalne, żeby partner nie dawał nam satysfakcji. Żeby to znieść, szukamy sposobu na uwolnienie się od frustracji gdzie indziej. Według badania serwisu Gleeden, 68 proc. użytkowników sądzi, że sekret długotrwałego związku tkwi w niewierności.

Inne badania wskazują, że kobiety równie często dopuszczają się niewierności co mężczyźni (Mark, 2011), a 72 proc. romansów zaczyna się w pracy (Pasini, 2008). Zresztą wiele wskazuje na to, że im wyższy poziom społeczno-zawodowy, tym większe ryzyko niewierności – co potwierdzają również dane Gleeden, w którym 50 proc. użytkowników ma wysokie dochody. Według tego samego badania wśród dopuszczających się zdrady satysfakcję ze związku wyraża 72 proc. mężczyzn i 62 proc. kobiet.

Kobiety, które odczuwają nieprzystosowanie lub frustrację wynikające z częstotliwości stosunków seksualnych bądź postawy czy wartości związanych z płcią – 2,9 raza częściej dopuszczają się niewierności. Niech więc przestarzałe poglądy nie każą nam sądzić, że współczesna kobieta nie przywiązuje wagi do ulepszania sfery seksualnej. Jeśli chodzi o mężczyzn, częściej zdradzają ci, którzy cierpią na zahamowania seksualne wynikające z zaburzeń funkcjonalnych (przedwczesny wytrysk i kłopoty z erekcją) wywołujących niepokój o sprawność. Wydaje się, że lęk przed doświadczeniem ewentualnych trudności seksualnych poza związkiem, w obecności kogoś mniej ważnego, jest słabszy. Wreszcie, można zauważyć więcej kontaktów homoseksualnych partnerów w związkach heteroseksualnych: 18 proc. kobiet heteroseksualnych zgłasza w momencie rejestracji zainteresowanie seksem homoseksualnym.

W klasyfikacji dopuszczających się zdrady kobiet Francuzki zajmują trzecie miejsce (32 proc.) po Włoszkach (34 proc.) i Niemkach (43 proc.). Na najwyższym stopniu podium wśród mężczyzn dopuszczających się niewierności stoją razem Francuzi i Włosi (55 proc.). Jeśli chodzi o kobiety i mężczyzn łącznie, to prym w niewierności wiodą Niemcy i Włochy (45 proc.), kolejne miejsce zajmuje Francja (43 proc.), przed Belgią (40 proc.).

Czy niewierność stała się nie do uniknięcia?

Zatem mamy 50 proc. szans na to, że zostaniemy zdradzeni. Urocze… Ponadto warto wiedzieć, że niewierność ze strony mężczyzn wzrasta wyraźnie wraz z pojawieniem się pierwszego dziecka, ponieważ czują się oni odsunięci i poszukują atencji poza związkiem. Ale jest cała masa powodów do niewierności! Żeby przeżyć nową miłość, nową namiętność; żeby doświadczyć porozumienia z kimś innym albo czułości; z nudy; żeby podnieść swoją samoocenę; z zemsty lub z wściekłości na partnera/ partnerki; żeby poczuć adrenalinę związaną z przekraczaniem granic, które dodaje życiu pikanterii; żeby przekonać się, że można jeszcze dla kogoś być pociągającym, że jest się młodym…

W rzeczywistości przyczyny są równie zróżnicowane, jak ludzie i związki. Pewne jest jednak, że niewierność służy zaspokojeniu.

Wierność wydaje się dziś jak święty Graal, w którego niewielu ośmiela się wierzyć. Gdy mężczyzna z dwudziestoletnim stażem w związku mówi, że nie ma na koncie żadnego skoku w bok, to albo budzi bardzo, bardzo silny podziw, albo wątpliwości, czy jest szczery! Faktycznie, wierność jest czymś więcej niż zwykłe życzenie, to prawdziwy cel, którego osiągnięcie wymaga wysiłku, komunikacji i tolerancji na frustrację. Każda osoba musi określić, na czym polega i co wyklucza; każda para powinna sobie to ustalić. Wierność czemu? Komu? I zwłaszcza w jaki sposób? Znów powrócę do Pascala Brucknera, który pisze „nie przestajemy mieszać […] wolności wyboru miłosnego, który jest olbrzymim postępem, z wyborem wolności osobistej. W pierwszym przypadku rozwijamy solidarność małżeńską, która wyrasta ponad wyspiarskość każdego z partnerów; w drugim wypadku stawiamy na ego, ryzykując postawienie obok siebie dwóch samotności” (Bruckner, 2009).

Wierność ma jednak nie stawać się ciężarem narzuconym przez świętoszków; musi być naturalnie uosobiona, broniona jako wartość osobista. Najważniejsze jest powiedzieć partnerowi, w jaki sposób ty postrzegasz wierność: czy jako rodzaj lojalność wobec samego siebie, czy na sposób poliamorystów. Niech umowa będzie jasna. Jeśli wierność fizyczna jednemu partnerowi jest dla ciebie podstawową wartością związku, zrób wszystko, żeby jej dotrzymać, i pogódź się z tym, że nie będzie to długa spokojna rzeka! Pozostań wierna przede wszystkim swoim wartościom. Podstawą jest znalezienie kompromisu, który pozwoli ci realizować się jako jednostka oraz w związku, bez drastycznych rozstrzygnięć.

Natychmiastowa przyjemność czy szczęście eudajmoniczne?

Pewnie zaczynacie mówić do siebie: „Ona nie odpowie na pytanie postawione w tytule…” Rzeczywiście! To wydaje mi się niemożliwe, ponieważ każdy ma własną koncepcję wierności. Niemniej ten, przed kim stoi zadanie, musi mieć odwagę, żeby oprzeć się wszelkim obecnym pokusom. Jakie to piękne zrezygnować z natychmiastowej przyjemności na rzecz szczęścia eudajmonicznego, które istota ludzka osiąga, gdy jej rozwój i osobista droga nabierają sensu. Psychoterapeutka par, Fabienne Kraemer, wyraża to w piękny sposób: „stan uczuć na początku jest z pewnością najbardziej ekscytujący […], zmiana partnera, gdy tylko ten etap się rozwiewa, to skazywać się na smakowanie tylko przystawki, bez możliwości delektowania się głównym daniem, głęboką miłością, która pojawia się z czasem, gdy udaje nam się kochać kogoś za to, jaki jest” (Kraemer, 2015).

Na koniec świadectwo Matthieu, 55 lat, zakochanego w swoje żonie i wiernego jej od 30 lat.

„Kiedy się poznaliśmy, mieliśmy oboje po 25 lat. Dziś mamy po 55. Zbliżyliśmy się do siebie bardzo szybko (po kilku tygodniach pierwsze miłosne pocałunki, potem pierwszy seks), ale wszystko było od razu proste. Ja, nieświadomie zalękniony, pokazywałem pewność siebie i sztywniacką niezależność, mało czułości i zro zumienia; ona, niespokojna na myśl, że mogę odejść, cierpiała z powodu mojego zdystansowania i niepewności uczuciowej, która z tego wynikała. Kiedy martwiła się o przyszłość naszego związku, mówiłem: „Zobaczymy, nic nie da się przewidzieć; każdego dnia będziemy się przekonywać, czy jesteśmy razem, czy już nie”. Zawsze zakładaliśmy, że możemy nie być razem, a jeśli jesteśmy, to dlatego, że ciągle chcemy.

Powoli naturalne stało się, żeby mieszkać razem. Tak też zrobiliśmy. Później urodziło nam się jedno dziecko, potem drugie.

Kiedy miałem 20 lat, nie wyobrażałem sobie, żeby być z jedną osobą przez tyle czasu, praktycznie przez całe życie… Nasza relacja wiele razy mnie zaskoczyła. Jest nam razem dobrze i to porozumienie nie maleje z czasem, wprost przeciwnie. Nasz związek nie jest też taki jak kiedyś. Dziś jest on spokojniejszy, głębszy; darzymy się większym szacunkiem niż na początku. Powiedziałbym: mniej skrępowania, chełpliwości, walki, no i lepiej się znamy. To, co mogło nas na początku irytować, dziś może rozbawić (oczywiście nie wszystko, ciągle zdarza nam się pokłócić i sprawić sobie wzajemnie przykrość). Jak gdyby z latami nasze osobowości bardziej się szanowały, harmonizowały. Jakbyśmy umieli przejść do porządku dziennego nad rzeczami powierzchownymi i skupić się na najważniejszym.

Fizycznie wciąż jesteśmy dla siebie atrakcyjni; bliskość ciał, dotyk są nadal równie przyjemne jak kiedyś. Jeśli chodzi o seks, podchodzimy do niego bardziej swobodnie, także na tym poziomie lepiej się znamy, bardziej szanujemy pragnienia i potrzeby drugiego. Czasami odczuwamy nawet większą przyjemność niż w młodości. Jesteśmy dla siebie kochankami, małżonkami, ale i przyjaciółmi, rodzicami, życiowymi partnerami, doradcami, rodzeństwem. W związku jest nas dużo!

Wspólnie decydujemy o ważnych sprawach (dotyczących dzieci, domu, wspólnego życia). Mówimy wprost o wszystkim, co nas dotyczy (stanie duszy, lękach, przyjemnościach, seksualności, pieniądzach itd.) i to dość otwarcie. Szanujemy i wspieramy wzajemnie swoje wybory. Każde z nas ma swobodę w życiu społecznym (rozrywki i przyjaciele) i niezależność zawodową. Każde z nas może mieć też swoją prywatność, życie osobiste i fantazje. Jednak według naszej niepisanej umowy nie zdradzamy się, jesteśmy wierni, nie kłamiemy na temat ważnych rzeczy. Żadne z nas nie uniosłoby zdrady. Atrakcyjność romansu wydaje się niewielka, ponieważ jest nam dobrze razem zarówno pod względem psychicznym, jak i fizycznym. Co lepszego moglibyśmy znaleźć poza związkiem? Po co szukać nowych doświadczeń, skoro to, co przeżywamy, daje nam satysfakcję i posmak nowości? I dlaczego ryzykować zniszczenie tego, jak żyjemy i co jest tak dobre, w imię przygody na jeden wieczór?

Można powiedzieć sobie: owszem, ale to drugie się nie dowie, wystarczy całe zdarzenie dobrze ukryć. Nie na tym jednak polega problem. Jeśli zdradzę żonę, będę o tym wiedział ja i będę musiał ją okłamywać − co dzień wymyślać strategię, żeby się ukrywać i ukrywać przed nią to, co robię… Narażę w ten sposób więź głębokiego zaufania, która nas łączy i która jest fundamentem naszego związku. Jeśli ona miałaby romans, nie sądzę, abyśmy mogli być dalej razem, żebym zniósł tę zdradę. Nie jesteśmy skłonni do dzielenia się.

Gdybym w wieku 20 lat wiedział, że przez 30 kolejnych lat będę sypiał z tą samą kobietą! I na dodatek, gdyby mi ktoś powiedział, że będę miał z tego jeszcze więcej przyjemności niż na początku! I że będę chciał, żeby to trwało przez kolejne dziesięciolecia! Bardzo bym w to powątpiewał, a jednak trzeba przyznać, że tak jest. Nas samych wciąż to dziwi. Anarchistyczni i wolni młodzi ludzie, jakimi byliśmy, dziwnie by na nas spoglądali. Jednak nadal jesteśmy młodymi anarchistami, w wolności wspólnie wybieramy życie, które nam najbardziej odpowiada i najbardziej nas wzbogaca.”

Fragmenty z książki Lisy Letessier „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”

  1. Styl Życia

Księżna Diana - dziewczyna z tiarą

"Diana miała wiele zalet – urodę, ciepło i wielką potrzebę okazywania i dostawania uczucia – i nie miała gdzie tego skanalizować, bo trafiła na kogoś, kto był skłonny do uczuć, ale tylko wobec innej kobiety." (Fot. BEW)
Urodziła się 60 lat temu. Zginęła 36 lat później. a jednak wciąż żyje, a nawet przeżywa swoisty renesans. – Dziś patrzę na Lady Di tak jak wszyscy: z mieszaniną zachwytu, podziwu i żalu. Widzę też w jej historii jakieś fatum – mówi Ewa Woydyłło-Osiatyńska. Wspólnie z terapeutką przyglądamy się młodej Dianie Spencer i szukamy odpowiedzi na pytanie, kim by była, gdyby wybrała inaczej.

Urodziła się 60 lat temu. Zginęła 36 lat później. a jednak wciąż żyje, a nawet przeżywa swoisty renesans. – Dziś patrzę na Lady Di tak jak wszyscy: z mieszaniną zachwytu, podziwu i żalu. Widzę też w jej historii jakieś fatum – mówi Ewa Woydyłło-Osiatyńska. wspólnie z terapeutką przyglądamy się młodej Dianie Spencer i szukamy odpowiedzi na pytanie, kim by była, gdyby wybrała inaczej.

Co jest takiego w historii księżnej Diany, a może w niej samej czy w czasach, w jakich żyła, że nadal tak porusza? Po pierwsze, mnóstwo ludzi, a zwłaszcza kobiet, silnie się z nią identyfikuje – z Dianą marzącą o miłości, Dianą zdradzaną czy Dianą cierpiącą na zaburzenia odżywiania. Odbierają jej przeżycia, o których opowiadała sama, a które później były uwypuklane, podkreślane czy wciąż przemycane przez media – jako swoje.

Po drugie, nie bez znaczenia jest jej celebra i przynależność do królewskiego dworu. Już od wieków średnich najłatwiej było skupić uwagę na osobistych przygodach przedstawicieli władz. Dziś jest to nadal aktualne, bo wzrok ludzi biegnie zawsze ku górze. Postaci ikoniczne stają się w jakimś sensie żerem, łupem dla masowej wyobraźni, która bardzo chętnie podchwytuje wszystko, co jest sensacyjne.

W życiu Lady Di nie brakowało sensacji… Ja już nawet nie mówię o jej małżeństwie, rozwodzie, romansach czy tragicznej śmierci. Mam na myśli choćby jej „zwykłe” obowiązki. Gdyby w prasie wyliczano i relacjonowano jej wizyty jako przedstawicielki królewskiego dworu w charakterze damy odwiedzającej przedszkola czy szkoły albo wizytującej szpitale – to nikogo by to pewnie nie obchodziło. Ale ona przecież dotykała chorych na AIDS, chorobę, która miała wtedy, a właściwie w wielu społeczeństwach nadal ma, stygmat choroby homoseksualistów i narkomanów. Dopiero kiedy okazało się, że córka amerykańskiego senatora została zakażona wirusem HIV, zaczęto odczarowywać ten potępieńczy stygmat. Diana była więc symbolem pewnej awangardy myśli.

(Fot. Getty Images) (Fot. Getty Images)

Sensacją było też to, że otwarcie opowiedziała o swoich zmaganiach z bulimią; i nie zrobiła tego z dezynwolturą, ale ze ściśniętym gardłem, szeptem i z ogromnym bólem. Zrobiła to, bo chciała uzasadnić swoją inność, swoje onieśmielenie i trudności, a nawet swoją obecność na dworze królewskim. A nie była przecież pupilką królowej i nie należała do świetlanych postaci tego rodu. Oczywiście spodziewano się, że wzbudzi zainteresowanie i aprobatę – pochodziła z arystokratycznej rodziny, była piękna i młoda – wszystkie te atrybuty budowały nadzieję, że powieli pewien blichtr dworski, wpisze się w obrazek. Nikt nie spodziewał się jednak, że Diana pojedzie do Afryki i będzie kucać przy zagłodzonych, chorych dzieciach albo że zorganizuje zbiórki na wspieranie niepopularnych ruchów i inicjatyw, w tym właśnie chorych na AIDS, trąd czy bezdomnych.

Mówi się o niej, że była królową ludzkich serc, królową niekochanych i ikoną wykluczonych. Bo sama tak się czuła. Jej działalność charytatywna, która dzisiaj jest przecież dworską normą, wtedy była bardzo odważna i przełomowa, i wcale nie w smak monarchii. Wszystko, co Diana robiła, było sensacją. Wzbudzała ogromne zainteresowanie zwykłych ludzi, ale też socjologów, myślicieli, artystów. Zaczęto trochę odważniej mówić: „Mam tak samo” albo „Skoro księżna może, to ja też mogę”. Ona nie chciała zbawiać świata, tylko siebie. Ale dzięki swojemu przykładowi, wcale nie intencjonalnemu, dawała odwagę innym. To nie była przebojowa, waleczna kobieta z barykad walki o równe prawa.

To było widać podczas jej wczesnych wywiadów. Diana się zacina, Diana spuszcza wzrok, Diana się czerwieni. A jednak w pewnym momencie jej osobisty dramat stał się sprawą wszystkich. Jeszcze nikt nie miał zielonego pojęcia o tym, co się tam u nich dzieje, a ona już była w pałacu, na salonach, ale i w buduarze ofiarą zdrady. A zdrada jest – niezależnie od kultury, wykształcenia, urodzenia czy pozycji społecznej, zwłaszcza dla kobiety – straszliwym sprzeniewierzeniem i osamotnieniem. Ona została potraktowana jak ładna szata, piękna kareta czy wspaniała para koni, które dobrze się prezentują na raucie czy rocznicowym przejeździe przez Londyn, nie jak ludzka istota. Życie jej męża toczyło się wokół zupełnie innych spraw, i to od samego początku – z całą siłą można powiedzieć, że cynicznie ją wykorzystał, użył jej do swoich celów. I to z jednej strony było sensacyjne, a z drugiej – właściwie strasznie pospolite.

Tak się złożyło, że zdrada jest najczęstszym tematem poruszanym w moim gabinecie. Psychoterapia po zdradzie stała się więc niejako moją dziedziną. Więc kiedy przychodzi do mnie kobieta i mówi, że jest zdewastowana i chce sobie odebrać życie, bo właśnie się dowiedziała – po 13 latach małżeństwa, 26 czy nawet po czterech – że jej mąż ma drugi związek, to wszystko jedno, czy jest robotnicą w zakładach przemysłowych, aktorką, profesorką na uczelni czy monarchinią – boli tak samo.

Diana jako pierwsza z royalsów upubliczniła swój ból. Tak, jej osobiste życie zostało obnażone, do czego sama się w dużej mierze przyczyniła i co być może w późniejszym okresie bardzo jej doskwierało. Ale wtedy nie widziała innego wyjścia. Ta dziewczyna cierpiała, ratowała więc siebie jak umiała. Najpierw próbowała zajadać emocje, a potem postanowiła wyjawić je światu.

Owszem, w starej tradycji angielskiego dworu monarchinie czy uczestnicy życia monarszego miewali sekrety. Na jaw wychodziły nieślubne dzieci, oszustwa, zbrodnie, a potem i tak wszystko wracało do normy, tak jakby na powrót rzęsa zarastała staw. Aż tu nagle pojawiła się postać, która pokazała, że staw gnije, że tam w środku dzieją się rzeczy krzywdzące i bolesne dla wszystkich.

Ja na jej życie patrzę jak na taki film poglądowy, który zrobiono po to, by pokazać młodym dziewczynom, że konflikt wewnętrzny może się obrócić przeciwko nam samym. I jeszcze opatrzono go taką przestrogą: „Patrzcie, bo może i w waszym życiu, mimo odmienności środowiska i majątku, a nawet urody, dzieje się to samo”. Diana wybrnęła z tego, wydawało się, że wzbiła się ponad to. Znalazła sposób na realizowanie swojej potrzeby bycia sobą bez okowów, bez pancerza. Ale wiemy, jak to się skończyło. Dlatego dla mnie Diana to postać patetyczna. I tragiczna.

Mnie kojarzy się z postacią Marilyn Monroe. Czy jako wielbicielka amerykańskiej aktorki zgodzi się pani na takie porównanie? Tak, jak najbardziej, widzę tu wiele podobieństw. Ich wyjątkowość, urodę, a zwłaszcza obecność na wyżynach wyobraźni społecznej – jedna i druga osiągnęły jakiś symboliczny szczyt w tej dziedzinie. Widzę też w nich ofiary tamtego świata, w którym kobieta nie mogła istnieć jako ona sama, tylko była częścią obrazka, ozdobą czyjegoś portretu. Tak jak Maria Magdalena, która była piękną i, zdaje się też, niebywale przebojową jak na swoje czasy postacią – a jednak została sprowadzona do roli tej, która myje stopy Jezusowi. Tyle lat, wieków i epok trzeba było nam przebijać się przez tę narrację. Ale za to dzisiaj Olga Tokarczuk nikomu już stóp nie myje. Nie zajada emocji, tylko je wyraża, a świat chce tego słuchać. Tymczasem kiedy Diana 30 lat temu wyrażała swoje emocje, spotykały ją za to kąśliwe uwagi i oskarżenia. Mimo że to były już przecież czasy po feminizmie drugiej fali.

Sądzi pani, że Diana mogła być przykładem dla młodych, niezależnych kobiet? Wie pani, czego mi brakuje, by tak ją określić? Tego, że ona nie szła w kierunku wykształcenia i wyjścia z pewnej roli. Jednak przez większą część czasu robiła to, na co jej pozwolił dwór. Zajmowała się ubogimi, chorymi – oczywiście wychylała się poza dopuszczalność, ale to była nadal rola stosowna dla kobiety. Damie wypada się przecież nad kimś pochylić, kimś się zaopiekować. Feministkom chodziło i chodzi o to, by uczestniczyć w świecie, a nie służyć innym.

Jednak na swój sposób księżna Diana udowodniła coś światu. Że może sama o sobie stanowić. I że może być znana ze swoich dokonań, a nie tylko jako żona księcia. Choć opinię publiczną i tak najbardziej interesowało to, czy znajdzie szczęście w miłości… Sama czytam to bardzo podobnie. Jej tożsamość grawitowała wokół takiej, powiedziałabym, tradycyjnej, przyjętej z dawien dawna roli, zgodnie z którą kobieta bez mężczyzny jest naznaczona jakimś defektem, brakiem. Poza tym to była bardzo młoda dziewczyna, nawet w dniu swojej śmierci. Ona nie negowała tego, że na tym etapie życia potrzebuje mężczyzny. A że trafił jej się książę, głupio byłoby go nie brać. Została wybrana i jak to cielę poszła za tym wyborem. Może trzeba było brać fajnego kolegę z klubu jeździeckiego, może byłaby z nim szczęśliwsza, ale z pewnością nie uczyniłby jej księżniczką.

To samo mówiono o Marilyn Monroe, że gdyby nie była gwiazdą, byłaby szczęśliwsza. Obie były fantazją tłumów, obie były skomplikowane, także psychologicznie, obie bardzo potrzebowały miłości. I ją dostały – od tłumów. Obie jakoś zmieniły rzeczywistość, w której żyły. A może to jest opowieść o tym, że cierpienie wewnętrzne można przekuć w coś dobrego? W empatię, pomoc innym albo chociaż we współczucie? Nie przywiązywałabym się zanadto do myśli, że którakolwiek z nich odegrała ważną rolę w historii, taką formatywną, czyli że coś się dzięki nim zmieniło. W mojej opinii akurat dzięki nim się nic nie stało. Po prostu lubimy znane i atrakcyjne osoby, chcemy o nich mówić, czytać, oglądać je na zdjęciach i ekscytować się ich życiem, zwłaszcza jeśli obfituje w takie wydarzenia, jak w ich wypadku. To już jest w nas od zarania dziejów i czasów neandertalczyka. Jak się w jednej jaskini pobili, to wszyscy lecieli na to patrzeć, a jak się w jakiejś jaskini nie pobili, to nikt nie przyszedł. Mamy wyostrzoną uważność na rzeczy niecodzienne. A zarówno jedna, jak i druga bohaterka łączyły w sobie ten właśnie aspekt, czyli były kimś niezwykłym, bo pisały o nich gazety, ale też przydarzały się im niezwykłe rzeczy – w Marilyn zakochał się prezydent Kennedy czy nawet wielki intelektualista, Arthur Miller, a przecież jej wykształcenie graniczyło z analfabetyzmem.

Za to okazała się obdarzona życiową inteligencją. Owszem, i jako jedna z nielicznych aktorek tamtych czasów dużo czytała i z upodobaniem fotografowała się z książkami. Ale jej wpływu też bym nie przeceniała. To, co jej się udało, to fakt, że nie mając znaczącego zaplecza intelektualnego, została gwiazdą, która przyniosła branży filmowej milionowe zyski. A co pani ma dzięki Dianie? Jakby nie było książek o bulimii! Ona po prostu powiedziała głośno o czymś, o czym nie wolno jej było mówić.

Jeśli miałabym wybrać, która z nich bardziej mi się podoba, wskazałabym na Marilyn Monroe. Lubię takie aktorstwo i taką urodę. Diana była dla mnie martwą lalką Barbie, kukiełką, wiecznie ze spuszczonym wzrokiem i półuśmiechem – mnie się taka dziewczyna nie podoba. Możliwe, że umiała jeść skrzydełka kurczaka rękami czy zaśpiewać przy ognisku sprośne kuplety. Możliwe, ale my tego nie wiemy. A Marilyn Monroe nie tylko to umiała, lecz także to robiła.

Czasem się zastanawiam, kim by była Diana Spencer, gdyby się urodziła w Szwecji. Albo w Stanach Zjednoczonych. Gdyby rodzice zabrali ją do Kalifornii w latach szkolnych. Na pewno zostałaby osobą, która promieniuje urodą, bo to ona już miała i było to niezależne od królowej czy księcia Karola. Może by została żoną z przedmieścia Cincinnati, miała piątkę dzieci i najładniejszy trawnik w miasteczku? A może by pisała wiersze? Albo została nauczycielką lub lekarką i tak jak Maria Montessori przełamywałaby wzorce czarnej pedagogiki?

A co by było, gdyby pani redaktor Olekszyk została wybrana przez księcia Karola, by zostać jego żoną? Jak by pani się w tym odnalazła, ze dwa razy starszym od siebie mężczyzną, którego pani nie zna, który nie jest też zbyt piękny ani ujmujący w obejściu, ale który jest księciem i panią wybrał?

Powiedziałabym, że dziękuję, ale wolę swoje życie. Ale gdybym miała 19 lat i głowę nabitą filmami... Kto wie? Właśnie, zadajmy sobie pytanie, co zrobilibyśmy na miejscu młodej Diany. Dziś nie mam wątpliwości, że ja powiedziałabym mu: „spadaj” – albo, głosem protestujących kobiet, jeszcze dosadniej.

Podkreśla pani, że to był jej świadomy wybór. Także dotyczący wejścia w rodzinę królewską. Nie pamiętam, żeby ją porywano ani by rodzina ją do tego przymuszała. Była świadoma konsekwencji, a potem przez 15 lat grała rolę szczęśliwej żony i matki. Sama wybrała, w dodatku źle. Wydawało się, że godzi się na to wszystko, rodziła dzieci, chodziła z uśmiechem, pozowała do zdjęć, aż nagle wszystko runęło. Jaka jest naprawdę wytrzymałość psychiczna człowieka – ile udaje, a ile wysiłku wkłada w to, by coś ocalić – to trudno określić z daleka. Po tych latach okazało się, że od początku była nieszczęśliwa, już do ślubu szła, wiedząc, że jest zdradzana. Tylko długo nie umiała się przeciwstawić skostniałej instytucji, jaką jest dwór angielski. My w Polsce mamy to na zupełnie innym poziomie i w zupełnie innej postaci, a mianowicie Kościoła katolickiego. Znam rodziny, w których dziś nadal nie do pomyślenia jest powiedzieć coś złego na papieża Polaka. Mnóstwo ludzi żyje w potrzasku, w szponach konwenansów lub może po prostu fałszu.

Może jej siłę dawały dzieci? Tak, ona znajdowała w synach – z czym ja się bardzo identyfikuję – ratunek. Bo kiedy twoje życie osobiste nie najlepiej się układa, to dziecko jest i źródłem, i adresatem największej miłości. Ale to niekoniecznie jest najzdrowsze macierzyństwo. Lepszym macierzyństwem jest takie, które jest mniej zafiksowane na dzieciach. Tylko że ona nie miała wyboru, bo nikogo oprócz dzieci nie miała do kochania. Ale owszem, była troskliwa, czuła, znajdowała radość i przyjemność w czasie spędzonym z nimi. Z drugiej strony – kim innym mogła być? Nie była wspaniałą żoną, nie była wspaniałą czwartą czy piątą postacią w monarchii. Była więc wspaniałą mamą. Oksytocyna to jest taka cudowna substancja, która nam daje miłość do dzieci niemalże bez wysiłku. A jeśli jeszcze nie masz poza tym nic innego? Diana miała wiele zalet – urodę, ciepło i wielką potrzebę okazywania i dostawania uczucia – i nie miała gdzie tego skanalizować, bo trafiła na kogoś, kto był skłonny do uczuć, ale tylko wobec innej kobiety.

Tak więc ja dziś patrzę na Lady Di tak jak wszyscy – z mieszaniną zachwytu, podziwu i żalu, że jej się nie udało lepiej. Widzę w jej historii jakieś fatum – ten dziwny wypadek w Paryżu, to, że uciekali przed paparazzi, z którymi przecież była w dobrych stosunkach i którzy niejedno zdjęcie jej zrobili. Sądzę, że ona już była wtedy w jakiejś mgławicy. Ale też za bardzo jej nie współczuję, bo jednak żyła w XX wieku, a nie w XIV, i podjęła określoną decyzję co do swojej przyszłości – ja sama nie wszystkie decyzje, które w życiu podejmowałam, powtórzyłabym po latach. Ale gdybym jeszcze raz miała tyle lat co kiedyś i stała przed takim samym wyborem, prawdopodobnie postąpiłabym tak samo. Bo na tym to polega – że oceniasz sytuację adekwatnie do swojego rozwoju życiowego, duchowego i moralnego.

Dianie się po prostu nie udało. I próbowała się z tego wyzwolić. I to już jest ta część jej życiorysu, która budzi mój podziw. Bo jednak otworzyła tamy i wylały się z niej te rozpaczliwe świadectwa cierpienia. Był taki moment, że cała rodzina królewska zamarła, bo wszystko, co mówiła Diana, godziło w tę ozdobną, wiekuistą i nietykalną fasadę. Ale poradzili sobie i z tym. Dziś ich popularność równa się popularności gwiazd filmowych. Co więcej, następne żony wchodzą do tego rodu już na swoich prawach i warunkach, co widzimy najlepiej po księciu Harrym i jego amerykańskiej żonie Meghan. Nastąpił tu więc ogromny postęp.

Zgadza się pani z teorią, która mówi, że Meghan Markle jest taką post-Dianą, czyli Dianą starszą, bardziej doświadczoną, która układa sobie życie obok księcia Harry’ego na swoich zasadach? I która postawiła się rodzinie królewskiej w sposób bardziej inteligentny niż Diana? Tak, zgadzam się. Bardzo im obojgu kibicuję. Meghan jest fantastyczna, mnie się o wiele bardziej podoba niż Diana. Wie, czego chce, i robi, co chce, co łatwo jej też nie przychodzi. Ale przychodzi. Bo czasem tylko wydaje się, że czegoś nie można, ale jak już to zrobisz, to się okazuje, że cały czas było można.