1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Pierwszy raz po zdradzie

Pierwszy raz po zdradzie

Odbudowanie zaufania w łóżku po zdradzie to proces, który wymaga ogromnego wysiłku, a warunkiem jego powodzenia jest gotowość do pracy obu stron. (Fot. iStock)
Odbudowanie zaufania w łóżku po zdradzie to proces, który wymaga ogromnego wysiłku, a warunkiem jego powodzenia jest gotowość do pracy obu stron. (Fot. iStock)
Czy możliwe jest udane życie seksualne po romansie partnera? Jak odbudować zaufanie w łóżku i jak poczuć się atrakcyjną? O zdradzie i jej skutkach opowiada psychoterapeuta Michał Pozdał.

Gdzie to robili? Czy miała większe piersi, gładszą skórę? Była szczuplejsza, młodsza? Gdzie ją dotykał? Czy było mu z nią lepiej? Co miała takiego, czego ja nie mam? Dlaczego?! Te i wiele innych pytań zadaje sobie (lub wykrzykuje partnerowi) zdradzona kobieta. Nawet jeśli od zdrady upłynęło już trochę czasu i oboje postanowili dać sobie i związkowi drugą szansę. Nawet jeśli mu już wybaczyła i naprawdę chce, by byli blisko. Trudno zaufać, że to już się nie powtórzy. Trudno oddać się zmysłom w sypialni, skoro przed oczami wciąż masz obraz ukochanego w łóżku z inną kobietą. Skąd mieć pewność, że podczas seksu z tobą nie będzie wciąż myślał o tamtej?

Mężczyzna, który zdradził, ale żałuje tego i chce walczyć o swój związek, nie może oczekiwać, że partnerka, która przeżywa podobne rozterki, od razu przebaczy i zapomni. To proces, który wymaga ogromnego wysiłku, a warunkiem jego powodzenia jest gotowość do pracy obu stron. Zaufania nie odbuduje się w kilka tygodni ani nawet miesięcy – czasem trwa to kilka lat i przez cały ten czas trzeba być przygotowanym na skrajne emocje: swoje i partnera. Osoba zdradzona czuje na przemian nienawiść i miłość, raz chce wyrzucić partnera z domu, raz zatrzymać go za wszelką cenę. Na początku zwykle pojawiają się gniew, agresja, rozpacz. Może dojść do rękoczynów, podjęcia pochopnych decyzji o wyprowadzce czy wystawienia rzeczy partnera za drzwi. Zdarza się, że osoby zdradzone cierpią na syndrom stresu pourazowego i wymagają pomocy psychiatry. Gdy szok minie, przychodzi czas na refleksję, na wzięcie odpowiedzialności za to, co się stało – i to zarówno przez partnera, który zdradził, jak i osobę zdradzoną. Bo choć to bolesne i trudne do przyjęcia – najczęściej zdrada nie jest oderwanym incydentem, a efektem sytuacji, do której doprowadzili oboje partnerzy. Dopiero uświadomienie sobie tego może być początkiem do odbudowania zaufania.

Wspólna droga do intymności

Zanim seks będzie w ogóle wchodził w grę, potrzeba dużo cierpliwości, otwartości i odwagi. Osoba zdradzona będzie musiała podjąć wyzwanie i wysłuchać wyjaśnień. To wymaga odwagi i gotowości na wzięcie częściowej odpowiedzialności za to, co się stało. Może się okazać, że partnera do zdrady skłoniły wcale nie większe piersi kochanki, a żona nie kierowała się lepszymi umiejętnościami kochanka – przyczyną był brak zainteresowania, akceptacji, narastające poczucie odrzucenia. Ona przez ostatnie dwa lata unikała zbliżeń, a gdy opowiadał, że z kumplami będą co tydzień grać w piłę, pytała, kiedy ostatni raz został wieczorem sam z dziećmi. Tymczasem koleżanka z pracy chwaliła jego błyskotliwość. On nawet nie udawał, że interesuje go książka, którą przeczytała, a gdy go uwodziła, odwracał się do niej plecami „zmęczony”. Podczas gdy ojciec kolegi jej synka regularnie ją komplementował. Już samo dostrzeżenie tego, jakie potrzeby partnera czy partnerki przez dłuższy czas ignorowaliśmy, to ogromny krok w kierunku naprawy związku.

Po zdradzie pary potrzebują czasu, by na nowo zgromadzić kapitał wspólnych pozytywnych doświadczeń. Na początku nie ma w ogóle miejsca na seks. Po pierwsze, z powodu poniżenia i odrzucenia, po drugie, z lęku przed fantazjami partnera i obniżonego postrzegania własnej atrakcyjności. Za decyzją o rezygnacji ze współżycia najczęściej stoi też przekonanie, że zgoda na seks oznaczałaby przyznanie, że nic się nie stało. Tymczasem zdarzyło się wiele, doszło do utraty poczucia bezpieczeństwa. „Jestem teraz jak dzikie zwierzę i musisz mnie na nowo oswoić” – mówią kobiety. Okres po zdradzie niesie także ryzyko manipulacji ze strony osoby zdradzonej – jeśli będzie karać „zdrajcę” w nieskończoność odmową seksu, role mogą się nagle odwrócić: osoba zdradzona stanie się oprawcą, a ta, która dopuściła się zdrady – ofiarą. To ślepa uliczka.

Jeśli obojgu partnerom zależy na odbudowaniu związku i dadzą sobie czas na wspólne i indywidualne przepracowanie całej sytuacji, przyjdzie dzień, kiedy będą gotowi otworzyć się na bliskość i intymność. Seks przestanie być karą, nagrodą, narzędziem szantażu czy manipulacji, znowu stanie się dla obojga przyjemnością, a nieraz nawet otwarciem na nowe możliwości, na rozmowy o fantazjach.

Odkrywanie siebie na nowo

Jedną z funkcji zdrady jest chęć zwrócenia uwagi na swoje potrzeby. Pary, które przez dłuższy czas obywały się bez seksu albo ograniczały go do małżeńskiego obowiązku, oddalają się od siebie. Zdrada może pełnić też funkcję kary – gdy jedno z partnerów czuje się odrzucone albo nieważne, mści się na drugim, wdając się w romans. Wszystkie te sytuacje są pochodną problemów w komunikacji ze sobą. Gdy ludzie nie potrafią swoich potrzeb czy żalu zakomunikować wprost albo robią to tak, że nie są słyszani – decydują się na krańcowe rozwiązania. Jemu łatwiej poszukać innej kobiety, która przytuli i wysłucha niż powiedzieć, że czuje się zaniedbany; jej łatwiej poddać się komplementom nowego mężczyzny niż upomnieć się o uwagę dla jej kobiecości u męża. Wspólnie przepracowany kryzys związany ze zdradą może stać się szansą na nowe wyrażenie na głos swoich potrzeb. Pary nie muszą przechodzić przez ten trudny proces samotnie – z pomocą psychoterapeuty może być im łatwiej zmagać się z trudnymi uczuciami i na nowo zbudować bliskość, również tę intymną.

Jeżeli partnerzy rozumieją, że rozładowywanie emocji w ramionach trzeciej osoby jest destrukcyjne, istnieje duże prawdopodobieństwo, że w przyszłości – zanim któreś z nich ucieknie się do zdrady – podejmie próbę zażegnania kryzysu i powie: „Słuchaj, znowu zaczynam się czuć tak jak wtedy, nie chcę tego przeżywać jeszcze raz”. Każde trudne doświadczenie – wspólnie przeżyte, przepracowane i pokonane – wzmacnia związek. Z perspektywy czasu oboje mogą przyznać: „Patrz, przez co przeszliśmy, a po tylu latach wciąż jesteśmy razem. Wytrzymaliśmy i to jest naszą siłą”.

Jak odbudować zaufanie? Radzi psycholog Wojciech Wypler

Nie odgrywaj się za wszelką cenę. Wiele zdradzonych osób doświadcza dramatycznego obniżenia swojej samooceny, chce znów poczuć się atrakcyjnie, ale też ukarać wiarołomnego partnera. – Wiem, że to trudne, jednak uważaj, aby nie szukać jej odbudowy w szybkich randkach czy flirtach. Nie jesteś jeszcze gotowa na nowy związek – a tak w ogóle czy zakończyłaś już aktualny? Jeśli nie, to czy... chcesz zdradzić partnera? Zemścić się? Wyrównać rachunki? Zachować się tak samo nieuczciwie jak on? Czy jesteś pewna, że to pomoże ci odzyskać dobre samopoczucie? Nawet jeśli wydaje ci się, że tego obecnie najbardziej potrzebujesz – uporządkuj najpierw swoje emocje, ochłoń i pogódź się z decyzjami swoimi i drugiej strony, odczekaj przynajmniej kilka tygodni – pisze Wojciech Wypler w książce „Anatomia zdrady”.

To on musi chcieć.  Ten, kto zdradził, sam musi chcieć zmienić swoje zachowania, odbudować relację i włożyć w ten proces dużo pracy. Jeśli osoba, która była nieuczciwa, chce kontynuowania relacji, tym, co powinno dawać nadzieję, są żal i postanowienie poprawy, a także chęć zadośćuczynienia za krzywdę, której dokonała.

Przebacz w swoim czasie. Próby odbudowy relacji nie wymagają wybaczenia z twojej strony jako wstępnego warunku. Wybaczanie jest procesem, dzięki któremu możesz przestać odczuwać negatywne emocje, takie jak złość i niechęć wobec osoby, która cię skrzywdziła, a także w mniejszym stopniu rozmyślać o tym, co zrobiła. Wymaga to jednak czasu i starań drugiej strony.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Oznaki, że czas się rozstać. Kiedy związek nie ma sensu? – rozmowa z psychoterapeutką Katarzyną Miller

Kłótnie, oziębłość, brak empatii... Kiedy związek nie ma sensu? Jak odejśc od męża bez poczucia winy? (fot. iStock)
Kłótnie, oziębłość, brak empatii... Kiedy związek nie ma sensu? Jak odejśc od męża bez poczucia winy? (fot. iStock)
Zdrada? Nuda? Wieczne kłótnie? - Czy to oznaki, że czas się rozstać? Może masz dosyć tej emocjonalnej huśtawki. Albo – wprost przeciwnie – tej ciszy i chłodu. Tylko skąd wiedzieć, czy decyzja o rozstaniu nie będzie przedwczesna? Czy nie okaże się tylko próbą ukarania drugiej osoby? Wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Dlaczego ludzie się rozstają? Kiedy związek nie ma sensu?
Pamiętam, dlaczego rozstałam się z moim pierwszym i jedynym mężem, bo potem już nie chciałam wychodzić za mąż. Był taki czas, po kilkunastu latach związku, kiedy wracałam do domu, stawałam na dole pod wysokim blokiem i patrzyłam w górę, na światło, które się paliło w pokoju mojego męża, i czułam, że nie chcę tam wejść. Nie chcę wejść do klatki, a potem do windy, by wjechać nią na nasze piętro i wejść do mieszkania, bo on w nim był. Nie chodziło o to, że go nie znoszę czy że on mi coś zrobił ani o to, że będziemy się kłócić, tylko że ja nie mam po co tam wchodzić, bo będzie jak zawsze. Ogarniała mnie niemoc wręcz fizyczna. Czułam, że tego się nie da już dłużej ciągnąć. To oczywiście jeśli chodzi o mnie. Ludzie rozstają się z wielu różnych powodów. Na przykład jedno drugie oszukiwało lub zdradziło – dla niektórych to rzecz nie do przejścia. Albo już się tak nawzajem naobrażali, że nie mają do siebie szacunku…

Często w gniewie mówimy sobie słowa, których nie można już cofnąć.
Tu nawet nie chodzi o ostre, krzywdzące słowa, tylko o przewagę komunikatów odrzucających, typu „Już nie mogę na ciebie patrzeć”, „Kiedy się wreszcie ode mnie odczepisz?”, „Jesteś moją największą pomyłką”. O taką ilość niedobrych słów, które pokazują, że w sercu lub w duszy zachodzi bardzo destrukcyjny proces wobec uczucia, które nas kiedyś łączyło. Weźmy też poprawkę na to, że dość często ludzie wiążą się ze sobą z przymusu, np. z powodu zbyt szybkiej i nieplanowanej ciąży albo dlatego, że ktoś długo był sam i wreszcie trafił się ktoś nim zainteresowany – i mówię tu zarówno o mężczyznach, jak i kobietach. Wtedy ten związek nie jest serdeczny już od początku. Poza tym jest duża różnica pomiędzy odrzucaniem drugiej osoby a kłóceniem się, i to nawet z użyciem ostrych słów. Kłótnie świadczą o tym, że ciągle mi zależy. Chcę drugą osobę zranić lub jej oddać, bo mnie boli. Jest przecież mnóstwo małżeństw, które kłócą się bez przerwy, w myśl zasady „nie mogę żyć z tobą, nie mogę żyć bez ciebie”. Ludzi może łączyć ze sobą także bardzo silna negatywna więź. Natomiast żeby się rozstali, uczucia, zarówno te pozytywne, jak i negatywne, muszą wygasnąć – przynajmniej u jednego z partnerów.

Mówisz o procesie, który może trwać parę miesięcy lub lat, ale ludzie rozstają się też pod wpływem czegoś, co wydarzyło się dzień przed.
Bardzo dużo ludzi działa reaktywnie. Po jakimś dotkliwym zranieniu przez partnera lub partnerkę muszą się zemścić. I tą zemstą jest rozstanie. Czyli chcę, by cię jak najbardziej zabolało, ale to wcale nie oznacza, że później nie będę tęsknić, żałować czy że przestanę o tobie myśleć.

Rozstają się w afekcie.
Dokładnie tak. Nie zabiłam cię w afekcie, ale się z tobą rozstałam, bo wiedziałam, że bardziej zaboli. Ale wtedy to nie jest tak naprawdę rozstanie. Tylko kara, demonstracja tego, że tym razem partner przegiął. Dla kontrastu istnieje też mnóstwo związków na zasadzie „moje 375. ostrzeżenie, że się z tobą rozstanę”. Myślę, że ludzie bardzo często i z dużą wprawą grają groźbą rozstania. Zarówno przed partnerem, jak i przed sobą. Mówią na przykład: „Nie podoba ci się, to idź sobie do innej”.

Ja znam przykład, kiedy ona ciągle mówi: „Ja już tego dłużej nie zniosę i wyprowadzę się”. Ale się nie wyprowadza…
To jest spust, który można nacisnąć, ale ponieważ można, to lepiej tego nie robić, bo będzie po ptokach. Jednak sam fakt, że mogę, sprawia, że czuję się bardziej niezależna i wolna lub czuję, że mogę cię czymś przestraszyć, ukarać. Nawet jeśli ona mówi to po raz 55., to on za każdym razem czuje takie małe kujnięcie.

Czy dla par, które trzymają ze sobą tylko negatywne więzi, nie lepiej by było, by się jednak rozstały? Kiedy związek nie ma sensu?
Nikt nie może powiedzieć, co by było dla nich lepsze. Skąd ja mam to wiedzieć? Nie ma jednego dobrego przepisu na związek. Mam kolejną pacjentkę, która jest uzależniona od męża. On ma pewne zalety, inaczej by się prawdopodobnie z nim nie związała, ale dużo pije i bardzo jej dokucza. Ona zresztą jemu także. Moim zdaniem to jest takie właśnie małżeństwo, które jeszcze długo będzie naparzać się ze sobą – słownie i mentalnie. Ona bardzo dobrze wie, że nie może się z nim rozstać, bo kiedy zostaje sama, to wtedy szaleje. Jak odejść od takiego męża? Mówię jej więc: „Masz wygodę w tym sensie, że kiedy z nim jesteś, to jesteś wściekła na niego. Jeśli się z nim rozstaniesz, będziesz wściekła na siebie”. Ta kobieta, która grozi, ale jednak się nie wyprowadza, też boi się zostać sama i na ten moment wybiera to, co jest dla niej nie tyle nawet lepsze, co łatwiejsze – bo to zna. Gdyby ludzie się nie bali nowego, sądzę, że rozstawaliby się znacznie szybciej i znacznie częściej. Od wielu lat prowadzę swoiste badania terenowe podczas spotkań w grupach kobiet. Wszędzie się pytam, ile z uczestniczek ma szczęśliwą matkę, i wszędzie jest tak samo – podnosi się pięć, sześć rąk. Nawet jak jest 500 osób na sali.

O czym to świadczy?
Że bardzo dużo, jeśli nie większość, małżeństw tkwi w związkach, w których obie strony są niezadowolone. Pytam o matki, bo pracuję z kobietami, ważne jest więc dla mnie, czy mają od kogo czerpać wzór szczęśliwego związku. Niektóre z dziewczyn mówią: „Moja mama uczy się być szczęśliwa, bo ja weszłam na drogę rozwoju i pokazałam jej, że pewne rzeczy można zmienić, i teraz mamy o wiele lepszy kontakt”. To jest bardzo piękne, ale też rzadkie – mówią tak 3 osoby na 300. Smutne jest to, że wzorce związków dwóch praktycznie obcych sobie osób, ale mieszkających razem, przekazują dzieciom nie najlepszy obraz świata. Uczą je żyć z kimś bez satysfakcji i przyjemności, ale w złudnym poczuciu bezpieczeństwa, że robią to, co trzeba robić: mają dom, samochód, wakacje, kupują sobie co chwila jakieś rzeczy. Wtedy dość dużo potrzeba, by się rozstać, prawda? A jednocześnie dziś jest to o wiele prostsze. Obecnie obserwujemy dużą falę rozwodów. Robią to głównie młodzi ludzie, którzy, mając wzór rodziców tkwiących w nieudanym związku, mówią: „My tacy nie będziemy, my będziemy żyli inaczej”. Tylko nie wiedzą, jak to „inaczej” ma wyglądać. Na pewno chcą się wiązać ze sobą z powodu miłości, którą bardzo często mylą z pożądaniem. Mają wizję miłości romantycznej, czyli takiej z fajerwerkami, kolacjami i różami, a nie prawdziwej, polegającej na akceptacji – siebie i drugiej osoby – bez odświętnego opakowania. Dlatego gdy kończy się romantyczny okres wzajemnego zachwytu – doznają poczucia porażki.

To dla nich oznaki, że czas się rozstać.

Najczęściej o rozwód występują kobiety. Dlaczego?
Bo na przykład dociera do nich, że trzeba chronić nie tylko siebie, ale i dzieci. Mam na myśli takie sytuacje, w których orientują się, że nie mogą w ogóle liczyć na faceta, nie mówiąc już o typach przemocowych. Co prawda dziewczyny, które wiążą się z takimi mężczyznami, są typem ofiary i bardzo długo w takim związku wytrzymują, ale w zależności od głębokości „uszkodzenia” dziewczyny jest w niektórych z nich granica „tego już nie zniosę”. I bardzo często tym czymś jest zdrada. Co mnie akurat zawsze najbardziej zastanawia: czemu godzą się na bicie, poniżanie, oszukiwanie, a nie mogą znieść rywalki? Jakby dostawały największego kopa w podbrzusze właśnie, jakby tym obraził ich najbardziej jak mógł. Czują się tak dlatego, że nie doznały kobiecej solidarności w relacjach z matką. Gdyby więzi między rodzicami i dziećmi były bardziej kultywowane i budowane, mielibyśmy nie tylko mniej rozwodów, ale też inną atmosferę. Wystarczy spojrzeć na polskie filmy. Mój Edek ostatnio przechodził koło telewizora i rzucił: „O, kłócą się. Polski film”. Oczywiście miał rację. Niestety, ogromną rolę w małżeństwie gra to, że druga osoba nam jest potrzebna do tego, by ktoś był winien, że nam jest źle w życiu. I dopóki jest potrzebna, dopóty można to znieść. Ale wierzę, że tak jak ja w opisanej przeze mnie na początku scenie, każdy wewnątrz siebie wie, kiedy wyładował mu się już akumulator.

Niedawno rozmawiałam z koleżanką, która właśnie takie coś poczuła. Mąż powiedział jej, że nie wie, czy ich małżeństwo ma sens, że musi to przemyśleć. Spytała, kiedy będzie wiedział, czy chce z nią być. Powiedział, że da jej znać za tydzień. Następnego dnia obudziła się i spytała samą siebie: „A właściwie, czemu to on ma decydować?”. Zdała sobie sprawę, że od dłuższego czasu nie może na niego liczyć, że to ona wszystko daje w tym związku. Przez cały dzień ciało jej wypacało coś jakby toksynę, ale wieczorem już wiedziała: to ona nie chce z nim być. I wtedy poczuła ulgę, jakby ktoś jej zdjął wielki wór z ramion.
Brawo dla tej pani! Odnalazła siebie. Zrozumiała, że swoją przyszłość uzależniała od męża, a to przecież tylko ona decyduje o swoim życiu. Ruszyła jej energia, siła. Zyskała świadomość, wgląd i poczucie, że ona istnieje nie tylko poprzez niego. Bo trzeba wam wiedzieć, że jest pewien szczególny typ rozstań – z wiecznymi chłopcami. Dopóki jest miło i fajnie, to im się chce. A jak robi się za dużo obowiązków, trzeba za coś odpowiadać – to oni wtedy się duszą. Muszą odpocząć, zastanowić się – tak mówią. A tak naprawdę zostawiają kobietę samą, z domem czy nawet długami na głowie. A ich po prostu małżeństwo przestało bawić. Dorosłym ludziom odpowiedzialność sprawia satysfakcję, daje poczucie sprawczości, bezpieczeństwa. Niedojrzali unikają odpowiedzialności.

Jak odejść od męża? Czy fakt, że on się zmienił, że nie jest taki jak kiedyś, może być dobrym argumentem do rozstania?
Ja się właśnie z tego powodu rozstałam. Bo on stał się zupełnie inny niż był na początku. Nic mu się nie chciało, ani wychodzić, ani zapraszać ludzi do nas. Do tego miał przy mnie wygodnie jak w domu u mamusi. Tylko ja nie chciałam w wieku 40 lat kłaść się do grobu. Bez złości, ze smutkiem i poczuciem winy, że jednak go krzywdzę, bo porzucam, uznałam, że tak dłużej już nie mogę. Oczywiście bywa i tak, że kobiety wiążą się z kimś, chcąc go zmienić, a po kilku latach okazuje się, że to im się nie uda. Dlatego fakt, że on się nie zmienił, też może być argumentem do rozstania. Damom z tendencją do przerabiania panów przypominam, że oni już są wychowani. Tak jak są.

Czyli nie zawsze powód musi być tak jaskrawo oczywisty, że on ciebie krzywdzi, umniejsza, molestuje?
Albo ty go krzywdzisz czy molestujesz… Myślę, że bardzo częstym powodem rozstań jest niedobranie, zwłaszcza jeśli produkuje taki rodzaj chłodu i obojętności, które są zabójcze. Ludzie zaczynają się omijać z niechęcią, pogardą i jednostronną krytyką. I w gruncie rzeczy plują sobie wtedy w lustro, no bo ciągle tu jestem, prawda? Po co? Po to, by ktoś był winien?

Po czym poznać, że to już koniec? Kiedy związek nie ma sensu? Jakie uczucie o tym świadczy?
Na pewno pogarda. Lekceważenie, politowanie, oceny – bardzo negatywne i bardzo z góry – kiedy przestajesz już w ogóle dostrzegać zalety tej drugiej strony. Kiedy już nie rozmawiacie ze sobą jak partnerzy, tylko plujecie na siebie, albo w ogóle nie rozmawiacie, bo po co, skoro wiecie już dobrze, co drugie powie. No i kiedy wyrządzacie sobie różne przykrości. Na przykład jedna pani non stop cięła panu koszule. Poza tym ważną oznaką jest brak nadziei i brak złudzeń. Bo widzisz, nasze związki bardzo często karmią się iluzją. Ona jest największa w chwili, gdy się poznajemy. W wielu przypadkach jeszcze długo trwa, a potem znika i okazuje się, że nie jest nam już po drodze ze sobą. Często przypomina mi się rozmowa z Adamem Hanuszkiewiczem. Powiedział mi: „Miałem 20 lat, gdy się zakochałem w mojej pierwszej żonie. I każdą następną kochałem miłością wielką i prawdziwą, z każdą z nich chciałem być do końca życia. Tylko że każdą z nich kochałem na innym etapie tego życia. I potem przychodził nowy etap i coś się nam rozłaziło. Nie rzucałem ich dla innej kobiety, tylko coś się między nami kończyło. Ktoś inny był na tym nowym etapie potrzebny”.

A co może tylko pozornie wskazywać, że to już koniec związku, a tak naprawdę jest jeszcze do uratowania?
Zdrada. Wbrew pozorom może być bardzo ożywcza dla związku. Kłótnie też mogą być mylnym znakiem. Gadanie po ludziach dookoła może być mylne – narzekasz bez przerwy koleżance na męża, ona nie wytrzymuje: „To się z nim rozstań”, „Ale przecież ja go kocham” – mówisz oburzona, bo chciałaś się tylko wygadać. Kryzys jest też mylnym znakiem – choroba, utrata pracy czy kogoś bliskiego potrafi zupełnie odmienić naszego partnera, ale zamiast się z nim rozstawać, lepiej go wtedy wesprzeć, być też „na złe”. Jeśli są silne emocje, to zwykle znaczy, że coś nas jeszcze łączy. Najgorsza jest pustynia emocjonalna. Z drugiej strony zbyt mocne emocje mogą doprowadzić do zawału. Ale jeśli ciało ci mówi, że już dłużej nie wytrzyma, to go słuchaj. Ciała zawsze trzeba słuchać. Jeśli jesteście w kuchni i każde sobie coś robi, ale przechodząc obok siebie, nawet się nie dotykacie, jeśli nie bierzesz od niego noża, tylko czekasz, aż on go odłoży, jeśli oba ciała się unikają i obchodzą się szerokim łukiem – to jest bardzo ważny komunikat.

Czterej Jeźdźcy Apokalipsy - oznaki, że czas się rozstać

John M. Gottman, badacz psychologii par, ustalił, że są cztery zachowania, które niczym Czterej Jeźdźcy Apokalipsy – tworzą silną prognozę dla rozpadu związku:

  • krytykowanie, które zawiera uogólnione negatywne opinie;
  • unikanie otwartej komunikacji;
  • defensywność, zamykanie się w sobie;
  • pogarda wobec drugiego.

Kiedy i jak odejść od męża, jeśli związek nie ma sensu? Jak się rozstać, aby obie strony czuły się usatysfakcjonowane i wiedziały, że była to dobra decyzja? Czy kiedy zdecydujemy, że związek nie ma przyszłości, oznacza to definitywny koniec relacji? Na te problemy nie ma niestety jednego, uniwersalnego rozwiązania – wszystko zależy od sytuacji w danym związku, od rozmowy pomiędzy połówkami i od ich nastawienia wobec całej relacji. Tylko dogłębna i spokojna analiza twojej sytuacji pomoże ci znaleźć odpowiedzi na pytania, jak odejść od męża, kiedy się rozstać, kiedy związek nie ma sensu. Bez względu na to, czy wybierzesz koniec, czy nie, najważniejsze jest, abyś czuła, że jesteś w stanie pokierować swoim życiem i że jesteś w stanie odnaleźć szczęście.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Seks

Toksyny zatruwające radość z seksu – skąd się biorą i jak bronić się przed ich wpływem

Mając pełną akceptację siebie i partnera, możemy się kochać całą noc – ale też tylko kwadrans. Nie musimy się z nikim ścigać. (Fot. iStock)
Mając pełną akceptację siebie i partnera, możemy się kochać całą noc – ale też tylko kwadrans. Nie musimy się z nikim ścigać. (Fot. iStock)
Zdrada, niespełnienie w związku, poczucie winy lub krzywdy to toksyny, które zatruwają radość z seksu. Coach Maciej Bennewicz pokazuje, skąd się biorą i jak się bronić przed ich wpływem.

Seks może być trujący?
Relacje intymne często bywają niesłychanie trudne, skomplikowane i obciążone różnymi toksynami. I wynika z nich wiele kłopotów. Kluczowa jest tu koncepcja trzech elementów miłości według prof. Bogdana Wojciszke: intymności, namiętności i zaangażowania. Jeśli któregoś z tych czynników brakuje lub gdy są zakłócone, to powstają dysproporcje, które nazwiemy właśnie toksynami.

Jakie toksyny mogą powstać z zaburzenia harmonii tych czynników?
Na przykład zdrada. Jest jedną z najbardziej zabójczych trucizn. W naszej obyczajowości lojalność i zaufanie wobec partnera są niesłychanie ważne. Zdrada to absolutne ich naruszenie. Powoduje zburzenie jednego z podstawowych filarów relacji erotycznej i miłosnej: intymności. Do zdrady dochodzi najczęściej wtedy, kiedy między partnerami szwankują intymność i namiętność, a zostaje zaangażowanie. Mają wspólny kredyt, dom, dziecko, nie myślą o zakończeniu związku. Ale stracili już nadzieję na znalezienie w ramionach bliskiej osoby tego, czego potrzebują, więc szukają namiętności i intymności na zewnątrz. To naturalny odruch, bo każdy pragnie zaspokoić wszystkie trzy potrzeby.

Inna toksyna to oziębłość – emocjonalna bądź seksualna, czyli różna gradacja odrzucania partnera. Zwykle robimy to podświadomie, by ukarać drugą osobę.

Czyli manipulujemy seksem?
Używanie seksualności w celu zmanipulowania drugiej osoby to silna trucizna. Częściej jest stosowana przez kobiety, potwierdzają to zresztą badania, m.in. prof. Zbigniewa Lwa-Starowicza. Kobieta mówi np.: „Będzie seks, jak skosisz trawę. Nie skosiłeś, nie masz na co liczyć”. Kiedy seks staje się monetą przetargową, ona przestaje czerpać z niego przyjemność, a on – satysfakcję. Oboje mogą nawet mieć orgazm, ale jednocześnie na głębszym poziomie pojawia się poczucie, że nie o to chodziło. I coraz rzadziej im się chce, bo po co powtarzać doświadczenie, które jest rozczarowujące? Poza tym wrażenie, nawet podświadome, że jest się manipulowanym, zabija lojalność, nieskrępowanie, odwagę.

A mężczyźni? Nie manipulują seksem?
Też manipulują i robią to w celu zamanifestowania lub uzyskania władzy. To także zatruwa i pozbawia seks jego naturalnego sensu. Ale mężczyźni robią to rzadziej, bo generalnie mają poczucie, że mogą sobie pozwolić na pełną ekspresję swojej seksualności, także bez zobowiązań. Poza tym mają większą łatwość oddzielania różnych ról: kochanka, partnera, szefa czy kolegi. I nawet jeśli w roli kochanka czasem manipulują, to jako partnerzy wciąż czują się w porządku. Kobiety są tu w gorszej sytuacji: ich seksualność jest silnie zidentyfikowana z ich „ja” i spleciona z różnymi społecznymi rolami. I tu dochodzimy do kolejnej trucizny: wpływu środowiska.

Czyli szeregu przekonań zaburzających czerpanie przyjemności z seksu?
Od otoczenia, w którym dorastamy, dostajemy komplet dość sztywnych skryptów myślowych typu: „tego nie rób, tamtego nie wypada, tego nie wolno”, które nierzadko dotyczą właśnie strefy seksualnej. Ponieważ najbardziej restrykcyjne są wobec kobiet, to często właśnie u nich są przyczyną hamowania libido. Negatywny wzorzec często utrwalają pierwsze doświadczenia seksualne, a potem nieudane pożycie małżeńskie: gdy zmienia się w rutynowe, automatyczne i przez to niesatysfakcjonujące. Paradoksalnie to właśnie taki seks staje się dla kobiety strefą komfortu: zachowania seksualne są przewidywalne, a więc bezpieczne, rezygnacja ze swojego szczęścia wydaje się właściwą drogą życiową. Ale najważniejsze jest to, że one same nie wiedzą, czego mogłyby się spodziewać po seksie.

Mężczyźnie jest łatwiej, jego ku przyjemności pcha biologia. A kobieta, jeśli sama nie poszuka, nie spróbuje – nie ma szans na takie doznania. Dlatego tak ważne jest poznawanie własnego ciała, pozwalanie sobie na myślenie o seksie i niekarcenie się za „brudne” myśli. I rozmowa o seksie, łóżkowa komunikacja.
Nie warto kupować wibratorów czy kulek gejszy, póki nie nauczymy się komunikować z partnerem. Bez komunikacji nie ma udanego seksu. Im więcej partnerzy ze sobą rozmawiają i informują o swoich potrzebach, tym lepszymi kochankami się stają. Tymczasem u nas rozmowa o seksie wciąż jest czymś kłopotliwym, o „tych sprawach” się po prostu nie mówi. Przekaz edukacyjny jest fikcją. Panuje hipokryzja. A seksualność to dialog dwojga ludzi. Ale z rozmową będzie ciężko, jeśli nie pokonamy kolejnej toksyny: sposobu myślenia o płci. Szczególnie ważne jest, by myśleć o własnej płci, że jest OK. I stwierdzić: „twoja płeć także jest OK”. Wszystkie inne obrazy płci, które własną płeć przedstawiają jako niedostatecznie dobrą, a tę drugą jako obcą, wnoszą w związek stereotypy silnie zakłócające seksualność.

A czy toksyną jest patriarchalna kultura?
Jak najbardziej, i ma poważne konsekwencje: dosłownie wywraca naszą seksualność do góry nogami. Właściwe zachodniej kulturze myślenie jest obciążone maskulinizmem, patriarchalizmem i wszystkimi grzechami męskości. Objawem tego jest współczesna popkultura, w której seksualność jest skierowana do mężczyzn, a kobieta, jej uroda, ciało i wdzięk, są towarem. Ona ma być uwodzicielką, wabiącą, intrygującą i przyciągającą mężczyznę. A to jest zupełnie sprzeczne z dynamiką gry miłosnej i intymności. Mężczyźni szybciej i łatwiej się podniecają, dochodzą do pełnej rozkoszy i rozładowania. Kobiety, aby się podniecić, potrzebują dużo więcej czasu, bodźców, elementów gry miłosnej i zachęty. A zatem, by w sypialni było dobrze, powinno być odwrotnie: to mężczyźni mają wabić, nęcić i uwodzić, starać się, budować nastrój – a kobiety ulegać. I wszyscy będą zadowoleni.

O, to raczej mało popularne podejście.
Owszem, to teza pod prąd zakorzenionym wzorcom i nawykom kulturowym – a często nawet samym kobietom, które uwewnętrzniły rolę uwodzicielek. Ale to prawda: psychoseksualnie i biologicznie mężczyźni są znacznie prostsi, nawet ich układ nerwowy jest mniej złożony. Kobieta jest bardziej skomplikowana, jej układ nerwowy jest podatniejszy na emocjonalność, odczuwanie niuansów. I to na nią powinny być nakierowane starania w sferze erotyki. Może wtedy byłoby mniej kolejnej toksyny: ciemnej triady, jaką jest krzywda, wina i „krzywdowina”.

Dwie pierwsze rozumiem, ale ta trzecia?
„Krzywdowina” to sytuacja, gdy wobec jednej osoby ma się poczucie jednocześnie winy i krzywdy. Na przykład on myśli: „Za mało dbam o swoją żonę. Ostatni raz pomyślałem o niej czule tydzień temu, a w łóżku też myślę raczej o sobie. Mam poczucie winy, że się nią nie zajmuję. Ale ona też o mnie nie dba. Powiedziała, że jestem wredny. Nie zauważyła moich czułych gestów i nie zrobiła mi kanapek do pracy”. Ta toksyna powoduje, że jesteśmy ze sobą blisko, ale tak jakbyśmy byli skrępowani drutem kolczastym – każdy ruch powoduje ból. I żaden ruch nie jest dobry, bo może być zinterpretowany jako kolejna krzywda lub wina.

I co tu zrobić?
Coaching podpowiada: dopóki opierasz swoje relacje na strukturze ciemnej triady, zwalniasz się z odpowiedzialności. Przestajesz więc mieć wpływ na swoje życie seksualne. Pozwalasz, by się przydarzało, nie masz wpływu na jakość, ilość ani na to, co z niego wynika. Trzeba odejść od nieustannego porównywania, co kto zrobił czy powiedział. Za to pielęgnować świadomość, że w relacji jesteśmy współzależni. Bo oboje coś wnosimy do związku. W niektórych obszarach się spotykamy i jest nam cudownie, ale są obszary, w których idziemy osobnymi drogami. I tak też jest dobrze. Razem dajemy sobie nową jakość, ale się nie „pożeramy” nawzajem. Związek jest wspólną decyzją. Kiedy mamy tego świadomość, nie ma miejsca na krzywdę czy winę.

Taka dojrzałość pozwala się wyzwolić spod dyktatu sprawności seksualnej. Nie musimy się z niczym mierzyć, z niczym ścigać – z żadnym wzorcem czy wytyczną. Mając pełną akceptację siebie samych i partnera, możemy się kochać całą noc – ale też kwadrans, jeśli chcemy. A kiedy nie mamy już nic do udowodnienia, każde doświadczenia jest po prostu dobre.

Maciej Bennewicz, coach, trener, pisarz, autor licznych poradników, m.in. książki „Seks trujący, seks doskonały”.

  1. Seks

Seksualne pragnienia i zabawy – jakie są granice?

Czym są dla nas seksualne normy? (fot. iStock)
Czym są dla nas seksualne normy? (fot. iStock)
Gdy w życiu seksualnym pojawia się potrzeba zmiany, przygody, to ważny sygnał o naszym związku. Nie można go ignorować. Bo nawołuje do przyjrzenia się swoim najgłębszym pragnieniom i potrzebom – mówi terapeutka Olga Haller.

Co to jest norma w seksie? To chyba zależy od czasu, miejsca na ziemi, w końcu od naszej osobowości. Co kiedyś było uznawane za zboczenie, np. seks oralny, pozycje inne niż klasyczna, dzisiaj stało się powszechne, jest więc normą.
Mówi się, że w seksie dopuszczalne jest wszystko, na co zgadzają się odpowiedzialni partnerzy. Nie musimy na szczęście wyznaczać norm i zasad. Popatrzmy na seks z indywidualnej perspektywy właśnie pod kątem rozwiązywania dylematu komfort – ryzyko. Zgadzam się, że to, jak zapatrujemy się na nowe doświadczenia w sferze erotyki, zależy od dotychczasowych doświadczeń i od naszych potrzeb. Literatura, kino i zwyczajne życie pełne są przykładów, jak ludzie zagospodarowują ten teren. Dla jednego nowym doświadczeniem, budzącym obawy i wymagającym dyscypliny, będzie budowanie jednej relacji z deklaracją wierności. Dla innej osoby nowe będzie wypowiedzenie w łóżku swoich pragnień lub niezgoda na coś, co stało się rutyną. Znam pary, które świadomie uczą się wstrzemięźliwości, dawkują sobie intymność seksualną, starają się szanować swoje granice. A to dla nich nowe doświadczenie. I pary, które podejmując zabawy seksualne z inną parą w celu urozmaicenia życia, prowokują ostry kryzys. Znam też sytuacje, kiedy dla jednego z partnerów seks poza związkiem jest wyzwalającym doświadczeniem, prowadzącym do dojrzałości, a także – paradoksalnie – katalizującym przemianę i rozwój związku.

Mimo zwiększenia swobody seksualnej zdrada nadal jest eksperymentem i ryzykiem?
Jest ryzykownym eksperymentem dla wszystkich zaangażowanych pośrednio i bezpośrednio. Jeśli jednak w życiu seksualnym pojawia się potrzeba zmiany, przygody, tęsknota za odmiennością, to ważny sygnał o naszym związku. Nie można go ignorować. Bo nawołuje do skontaktowania się ze swoimi najgłębszymi pragnieniami i potrzebami oraz podjęcia świadomych, odpowiedzialnych decyzji. Wtedy łatwiej nam znaleźć odwagę, by zrobić coś inaczej, albo powstrzymać się i docenić to, co jest. Łatwiej oszacować sytuację, w tym ewentualne ryzyko.

Zanika pojęcie grzechu, ale na szczęście nie zanika pojęcie smaku. Moralność była kiedyś pilnowana przez religie, teraz dla wielu zostają tylko wolna wola i sumienie, jak się okazuje – dosyć słabe. I są potrzeby seksualne, a w tej sferze kultura nie zawsze harmonijnie łączy się z naszą naturą, na którą składają się też demony, marzenia, czasami fantastyczne i perwersyjne...
Zakazy, restrykcje i strach przed karą na dłuższą metę nie uregulują skutecznie ludzkiego życia, a tym bardziej nie okiełznają seksualności. Mądra pomoc rodziców, wychowawców, autorytetów moralnych, duchowych itd. jest potrzebna, abyśmy mogli wziąć odpowiedzialność za swoje działania w tej sferze. Kiedy pomocy nie ma, a popędowość napiera, wielu z nas spycha do podziemi seksualne uczucia, potrzeby i zaczyna żyć podwójnym życiem. Na pokaz jedno, a w ukryciu drugie. Kiedy strażnik moralności jest na zewnątrz, jesteśmy w stanie zrobić wiele, by go oszukać.

Na ile powinniśmy realizować marzenia seksualne? Czy mówią prawdę o nas, o naszych potrzebach?
Głównym celem fantazji erotycznych nie jest przeniesienie ich do życia. One pozwalają nam ominąć lęki, zahamowania i przeżyć „zakazane” uczucia. Np. częsta fantazja kobiet o gwałcie pozwala doświadczyć rozkoszy bez winy, a o seksie z nieznajomym – rozkoszy bez zobowiązań. Mapa erotycznego reagowania tworzy się w nas od początku życia, odbijając się w treści i fabułach fantazji, choć oczywiście nie wprost. Często oddajemy się im na pograniczu świadomości, co pozwala uniknąć poczucia winy, ale też refleksji.

Współczesny świat zachęca i kusi: spróbuj, zanim będzie za późno.
No właśnie, popkultura i komercja zrobiły z seksu towar eksploatowany bez umiaru. Seksualny wizerunek i zachowania stają się sposobem na dobre samopoczucie, na atrakcyjność, zabicie nudy, oderwanie od problemów, popularność. Na dodatek dostęp do tego wspaniałego środka ma teoretycznie każdy. Wystarczy trochę wydatków i zabiegów – wyzywające ciuchy, fryzura, makijaż, kolczyk, tatuaż tu i tam, gadżety i używki. Z tym wszystkim w odpowiednim miejscu – na dyskotece, w pubie, klubie, na skwerze czy imprezie integracyjnej albo w galerii handlowej – można poczuć się gwiazdą, aktorem w blasku świateł, kimś pożądanym, jeśli nie dziś, to jutro. W tym czy innym łóżku. Świat seksualnych kontaktów wygląda ekscytująco, obiecuje szybką nagrodę i co więcej, na poziomie fizjologicznym na ogół ją daje. Działa to w prosty sposób – narastanie podniecenia, rozładowanie i ulga. Trudno się dziwić, że młodzi, dorastający ludzie rzucają się na seks jak na łatwo dostępny, upragniony deser. Nie tylko oni. W życiu człowieka są dwa krytyczne okresy, kiedy jest bardziej prawdopodobne, że bez opamiętania odda się on seksualnym ekscesom. Pierwszy to czas dorastania i wczesnej młodości, kiedy nagle dostajemy „nowe zabawki”. A potem jest ten okres przejściowy, kiedy się starzejemy i zaczynamy czuć, że zabawki zaraz nam odbiorą.

U niektórych ten krytyczny okres trwa przez cały czas. Ale jest też w życiu przypadek, nagłe okazje, impulsy i pokusy...
Bywają okoliczności życiowe, w których możemy rzucać się na seksualne eksperymenty, jakby były ostatnią deską ratunku. Powodem jest dojmujący niedobór w jakiejś dziedzinie życia w związkach, który dotyczy poczucia własnej wartości, ale też kontaktu ze sobą. Uprawiamy wtedy seks z wielu powodów, czasami zupełnie nieseksualnych. Używamy siebie i innych jak przedmiotów dla swoich celów, nieświadomi prawdziwych uczuć i potrzeb, dorabiając do tego jakąś ideologię: poświęcenia, wolnej miłości, nowoczesności, nihilizmu itd. Zarówno świętoszkowatość, jak i rozwiązłość to dwie strony tego samego problemu – braku kontaktu ze swoją seksualnością.

Jakoś nie żałuję swoich szaleństw, no, może czasami. Częściej zmarnowanych okazji, przeoczeń, zagapień...
Ja też nie żałuję niczego, nawet traumatycznych doświadczeń, bo wszystko to mnie budowało. Przez lata dzięki pracy przetransformowałam doświadczenia na zasoby, choć jasne, że poniosłam też koszty. Ożywczą moc miało odkrycie na nowo sytuacji z przeszłości, którym przypięłam etykietki „ekscesów”. Zrobiłam z nimi, co mogłam – zrozumiałam mechanizmy, odżałowałam i spisałam na straty. Aż nagle po latach pod tym wszystkim znalazłam, naprawdę jak diament w popiele, moją żywą kobiecą seksualność! I wyrastające z niej uczucia, potrzeby w samej swojej istocie niewinne i uprawnione!

Na ile więc powinniśmy realizować swoje seksualne fantazje? Seks grupowy, uwiedzenie listonosza, seks w windzie. Ach, można sobie pohulać...
Znane mi są przypadki, kiedy zrealizowane fantazje nie przyniosły niczego dobrego, tylko niesmak i poczucie winy. Fantazje mogą nam pokazać drogę do rozkoszy, pomóc poznać meandry naszych upodobań, zahamowań, lęków. To intymna sfera, więc jeśli mamy ją z kimś dzielić, odkrywać nasze tajemnice, odważyć się wyrazić pragnienia, to tylko wtedy, kiedy naprawdę chcemy podjąć to ryzyko. I znowu – dzielenie się tą intymnością może budować relacje, przekraczanie granic może służyć miłosnemu związkowi. Z drugiej strony to paradoks – w bliskiej relacji partnerskiej z kochaną osobą na ogół trudniej wyjść z roli. Często fascynacja seksualna inną osobą czy podniecające marzenia o seksie z nowym partnerem tak naprawdę wyrażają nasze pragnienie bycia kimś innym w łóżku. Marzymy o uwolnieniu się ze zbyt ciasnych ram – o puszczeniu, rozluźnieniu, lataniu i lekkości w łóżku. Brzmi to kusząco, ale i groźnie. Nie przypadkiem określenia „puszczać się”, „rozwiązłość”, „osoba lekkich obyczajów”, „latawica” nadają pejoratywne znaczenie swobod-nym zachowaniom seksualnym, szczególnie w odniesieniu do kobiet.

Na razie skupiliśmy się bardziej na niebezpieczeństwach eksperymentowania w seksie, na zagrożeniach i przestrogach. A bywa, że nowość to jest coś!
Czasami jest to sięganie po nowe możliwości. W związku tworzenie relacji seksualnej to jak wyprawa w świat i poznawanie nowych lądów, oswajanie przestrzeni. Opanowujemy terytorium, poznajemy je, eksploatujemy, a kiedy się już nim nacieszymy albo gdy czegoś nie wystarcza, pojawia się impuls, by szukać dalej. Częsty kłopot to rozbieżność – jedno chce zmiany i nowości, a drugie nie.

Bo w tym cały jest ambaras, aby dwoje chciało naraz. Unikać więc ekscesów seksualnych czy nie?
Na szczęście nie wszystko da się w życiu zaplanować, skontrolować, przewidzieć. Takie ekscesy, które nam się przydarzają i które nas zaskakują, mogą nam uświadomić, czego chcemy, a czego nie. Eksperymentować, poszukiwać nowego czy zadowolić się tym, co jest? Zmiana jest częścią życia, a więc balansowanie pomiędzy jednym a drugim to rozwój. Na jednym krańcu stałość, pewność i bezpieczeństwo, wszystko wiadome, przewidywalne i ze mną, i z partnerem. Na drugim – zmienność, nowe możliwości, nowi partnerzy, nowe doznania, ekscytująca niepewność, podniecające niebezpieczeństwo. A pomiędzy tyle możliwości. Jeśli odważymy się je zobaczyć!

I oto my, ludzie liberalni, niechętni konserwatyzmowi, zamieniamy się nagle w moralizatorów. Problem w tym, że bez norm i zasad rozpadnie się nasza cywilizacja.
Z jednej strony jako humanistce „nic, co ludzkie, nie jest mi obce”. Wszystko może się zdarzyć w naszym ludzkim doświadczeniu. Mamy prawo przeżywać, odczuwać, eksperymentować i błądzić, mieć potrzeby, pragnienia, fantazje. I różne doświadczenia, nawet związane z ekscesami. Ważne, co z tym zrobimy, jak skorzystamy z tego majątku. Nic nie zwolni nas z konsekwencji naszych wyborów. Warto więc wziąć odpowiedzialność za własny seks. I zacząć go „uprawiać” jak prawdziwy, własny, cenny ogród, z miłością.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Czy zdrada musi oznaczać koniec związku?

Związek, który przeżyje zdradę i naprawdę ją przepracuje, nie tylko przetrwa, ale też się wzmocni. Tylko zdradzony partner musi być w stu procentach pewien, że naprawdę wybaczył. (Fot. iStock)
Związek, który przeżyje zdradę i naprawdę ją przepracuje, nie tylko przetrwa, ale też się wzmocni. Tylko zdradzony partner musi być w stu procentach pewien, że naprawdę wybaczył. (Fot. iStock)
Jakiś ON, jakaś ONA. Stało się i bardzo boli. Rodzi pytania: w czym ONA była lepsza, co ON takiego umie? Co teraz będzie? Ciąg dalszy zależy od ciebie. Bo zdrada nie musi być końcem związku i seksu, ale na pewno jest dla partnerów wielką próbą.

Kiedy Renata dowiedziała się o niewierności męża, chciała umrzeć. On wyciągał w jej stronę rękę, a ją nękały natrętne myśli: „Czy była ładniejsza ode mnie? Bardziej atrakcyjna? Czy godziła się na to, na co ja się nie zgadzam?”. Rodziły się obawy, gdy mąż wychodził – bała się, że ten koszmar się powtórzy, że ją znowu oszuka.

Patryk po zdradzie żony również dużo myślał o „rywalu”. W intymnych momentach zaczynało się wewnętrzne bombardowanie: „Czy był lepszym kochankiem? Sprawniejszym? Lepiej wyposażonym przez naturę? Bardziej pobudliwym? Jak ją dotykał? Jak jej z nim było?”.

– To dość typowe wątpliwości i pytania – mówi Małgorzata Zaryczna, seksuolożka i psycholożka. – U kobiet zdrada nadwątla przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa. Zastanawiają się też, czy i jakie emocje łączyły kochanków. U mężczyzn cierpi głównie ego. Gubią się w domysłach, jak daleko kochankowie posunęli się w fizycznej sferze relacji.

Wyhodować awersję

Renata postanowiła: „Mąż jest dla mnie całym światem, nie chcę go stracić. Zacznę godzić się na to, czego do tej pory nie chciałam, wtedy nie będzie musiał szukać atrakcji poza domem”. W epoce gadżetów erotycznych i rozmaitych specyfików można przecież wszystko, także kochać się, nawet gdy nie ma się na to ochoty… Renata zgadzała się na seks oralny, a potem także analny, by spełnić oczekiwania męża. Niestety, jej ciało miało własne zdanie: traktowane jak przedmiot, uwarunkowało się i przestało reagować w ogóle na seksualne bodźce. Leżało jak kłoda. Libido po jakimś czasie zanikło w ogóle – jego miejsce zajęła awersja.

Małgorzatę Zaryczną wcale to nie dziwi. Przecież kiedy zabierasz ze sobą do łóżka niewybaczoną zdradę, twoje ciało nie jest w stanie się na tyle rozluźnić, by czerpać przyjemność z dotyku i obcowania z drugim ciałem. Ono jest inteligentne, odmawia działania w oderwaniu od emocji. Jeśli w łóżku królują lęk i niepewność, nie ma miejsca na przyjemność.

Tak stało się także w związku Patrycji. Kiedy dowiedziała się o zdradzie Janka, nie pytała o nic. Rozwód? Nigdy w życiu, przecież mają dom, kredyt, dorastającego syna. Powiedziała więc: „Wybaczam ci i zapomnijmy o wszystkim. Żyjmy dalej, jakby nic się nie stało”. Ale na samą myśl o mężu w ramionach innej kobiety wszystko ją bolało. Przestała czuć jakikolwiek pociąg seksualny. A mąż znalazł sobie kolejną kochankę, tylko tym razem lepiej się z tym ukrywał.

– Wielkim błędem jest powiedzenie partnerowi „wybaczam” jedynie z chęci utrzymania związku – ostrzega Zaryczna. – Bez przepracowania zranienia i negatywnych emocji, przyznania im prawa istnienia, owo „wybaczam” będzie przedłużaniem męczarni lub początkiem końca związku.

Zarówno Patrycja, jak i Renata uratowałyby swoje życie seksualne, a – co za tym idzie – i związek, gdyby skonfrontowały się z rzeczywistością, przyjrzały stanowi, który do zdrady doprowadził, i emocjom, które w nich wzbudziła. Proces zdrowienia wymaga szczerości, odwagi i naprawdę ciężkiej pracy nad odbudowaniem zaufania, bez którego związek nie będzie udany. Inaczej nie tylko seks, ale zwykłe bycie razem nie będzie możliwe. Nieprzepracowane emocje wybuchają przy każdej sprzeczce czy kryzysie. Taką „emocjonalną czkawką” mogą powrócić nawet po 15 latach.

Natrętne obrazy

Zośka chciała „oczyścić rany”. Dlatego poprosiła męża, żeby jej opowiedział, jak mu było z tą drugą kobietą i co razem robili. Bolało. Ale może teraz już będzie można o tym zapomnieć? Przeciwnie – dopiero teraz zaczęły się naprawdę natrętne myśli o kochance. Jej wyobraźnia cały czas podsuwała obrazy tego, co razem robili. Zośka nie była w stanie myśleć w łóżku o niczym innym.

Zdaniem Małgorzaty Zarycznej, taka dawka informacji jest raniąca i przynosi nieodwracalne skutki – nie sposób pozbyć się z pamięci sugestywnych obrazów.

– Mądre oczyszczenie ran polega na tym, by dać sobie czas na cierpienie i ból – radzi Zaryczna. – Przygotować się, że przez następne dwa–trzy miesiące będzie trudno, a relacje partnerskie się znacznie ochłodzą. Że trzeba będzie się zastanowić, czy dalej być ze sobą. I jak najwięcej rozmawiać: o uczuciach, oczekiwaniach, pragnieniach i mocnych stronach relacji.

Zośka dostała swoją opowieść i już się po niej nie podniosła. Odeszła po kilku tygodniach. Być może poradziłaby sobie z natrętnymi wyobrażeniami, gdyby pomyślała o pomocy terapeuty. Wtedy może zrozumiałaby, skąd te powracające obrazy, które nie chciały jej opuścić i – czy to zazdrość, niepewność, a może wręcz masochizm – mogłaby z czasem je w sobie zdusić.

Partner nie jest i nigdy nie będzie terapeutą, może zwyczajnie nie dać rady przyjąć naszego żalu i wyrzutów – po takie wsparcie, przestrzeń i zrozumienie warto zgłosić się do psychologa.

Kontakt z terapeutą jest wskazany także w przypadku, gdy związek po zdradzie się rozpadnie, wchodzisz w kolejny i… nie jesteś w stanie rozluźnić się w łóżku. Może się też zdarzyć, że kilka następnych związków skończy się zdradą. Bezstronny terapeuta pomoże przyjrzeć się schematom tych relacji, odpowiedzieć, dlaczego wybierasz kochanków skłonnych do niewierności lub jaki popełniasz błąd, budując relacje, które zawsze kończą się nadużyciem twojego zaufania.

W roli podpałki

Judyta, paradoksalnie, właśnie zdradzie zawdzięcza rewolucję w sypialni. Seks z mężem był od lat letni, bez rewelacji. Ale Karol, kochanek, pokazał jej (a może przypomniał?), jak cudownie, przyjemnie, namiętnie i ogniście może być w łóżku.

– Zdarza się, że gorący romans budzi na nowo pożądanie, a poziom energii seksualnej gwałtownie się podnosi – mówi seksuolog. – Judyta nie jest tu wyjątkiem: wiele kobiet przyznaje, że największe uniesienia zdarzały się im poza stałym związkiem, bo dopiero wtedy pozwoliły sobie na swobodę i frywolność, której wstydziły się w małżeńskiej sypialni.

Czasem małżonkowie dopiero z kimś „na boku” przeżywają: pierwszy orgazm, pierwsze całkowite odprężenie, pierwszy raz taki czy inny rodzaj pieszczot – nie bojąc się oceny, krytyki partnera, pozwalają sobie na więcej. Rozbudzeni mogą „przynieść” tę energię do domu i podzielić się nią z mężem czy żoną. Ale jest jeden trudny do spełnienia i dyskusyjny moralnie warunek: zdradzany partner nie może o tym wiedzieć, a zdradzający – mieć poczucia winy. Jeśli czuje się winny, sprawi, że w sypialni zrobi się jeszcze chłodniej, bo podświadomie sam będzie chciał się ukarać za to, że rani ukochaną osobę. Zanik erekcji u nękanego poczuciem winy, zdradzającego męża nie jest niczym nowym; podobnie, jak oziębłość u zdradzającej żony.

Sporo szczęścia mieli Mira i Zbyszek. Byli parą „od zawsze”, byli też swoimi jedynymi partnerami seksualnymi. Mira długo walczyła z pokusą sprawdzenia, jak byłoby jej z innym. Przegrała i sprawdziła. Okazało się, że tak sobie, ze Zbyszkiem o niebo lepiej. Tylko, że on się dowiedział. Na początku cierpiał. Ale przyjął do wiadomości, że „to był tylko seks”. Tym bardziej, że sam miał na sumieniu kilka eksperymentów. Rozumiał więc, że romans Miry nie musi zagrozić ich związkowi, miłości, więzi. Co więcej, wybaczywszy, Zbyszek poczuł, że Mira bardziej go pociąga. Fakt, że inny mężczyzna uznał ją za atrakcyjną i że uprawiała z nim seks, zaczął go podniecać. W ich sypialni, przez lata nieco sennej, zdecydowanie zawrzało.

Helen Fisher, amerykańska psycholog i specjalistka od związków, uważa, że nowa miłość czy romans wywołują zastrzyk hormonów, te z kolei sprawiają, że jesteśmy bardziej chętni do seksu i bardziej receptywni, kiedy partner go proponuje. Silnym afrodyzjakiem jest sama zazdrość. I jeśli zdradzony partner ma silne poczucie własnej wartości – jak Zbyszek – i potrafi uwierzyć, że jego pozycji i związkowi nic nie zagraża, będzie umiał przekuć zdradę w akcelerator pożądania.

Uciemiężony ciemiężca

Kiedy Michał zdradził Anetę, powiedziała: „Chcę, żebyś mi wynagrodził to całe cierpienie. Wtedy może przestanie boleć i będę umiała wybaczyć”. Postawiła też warunki: Michał ma się tłumaczyć, gdzie jest i co robi. Zawsze i o każdej porze. – Żebym nie musiała zachodzić w głowę, czy to się znowu nie dzieje – wyjaśniła.

Niestety, przejęcie kontroli nad krokami partnera wcale nie spowoduje, że zdrada przestanie boleć. Z bólem trzeba sobie poradzić samemu. Partner niewiele może zrobić, byśmy poczuli się bezpieczniej.

– Choćby spełnił wszystkie nasze warunki, nam lepiej nie będzie – ostrzega seksuolożka. – Tu potrzebne jest nie zadośćuczynienie, ale długotrwały proces odbudowywania zaufania. Chcemy natychmiast wytrzeć gumką to, co się zdarzyło i wrócić do tego, co było? To zrozumiałe, ale nierealne.

Można cały czas utrzymywać wiarołomnego partnera w poczuciu winy, atakować i obarczać odpowiedzialnością za całe zło. Można pragnąć, by odpokutował to, co zrobił. Tylko, że taka strategia ma krótkie nogi. Partner wprawdzie kładzie uszy po sobie – w końcu przewinił. Przyjmuje wyrzuty. Pozwala kontrolować swoje poczynania, pokornie tłumaczy się z każdego kroku. Ale po jakimś czasie ta kontrola budzi w nim naturalny sprzeciw. Jest coraz bardziej napięty. Zaczyna mieć dość roli ciemiężonego przez lata byłego ciemiężcy. To rodzi podstawę do… kolejnej zdrady, rosnącego dystansu i ostatecznego rozpadu więzi. Wiele związków wpada w taką pułapkę.

– Masz prawo postawić partnerowi warunki i określić, czego oczekujesz w przyszłości. Możesz poprosić, żeby np. zniknął na dwa tygodnie i dał wam czas na zastanowienie. Możesz rozmawiać i krytykować zachowania, ale bez inwektyw. Możesz zaproponować wspólną terapię. Tylko zastanów się, czego chcesz i bądź konsekwentny – radzi Zaryczna.

Najlepiej dać sobie czas na pracę nad związkiem. Nie podejmować przez kilka miesięcy poważnych kroków: przeprowadzki, starań o trzecie dziecko – to za duże obciążenie dla być może rozpadającej się relacji. I nie zniechęcić się. Związek, który przeżyje zdradę i naprawdę ją przepracuje, nie tylko przetrwa, ale też się wzmocni. A nowe doświadczenia mogą dodać pieprzu w łóżku. Tylko zdradzony partner musi być w stu procentach pewien, że naprawdę wybaczył. Zamiatanie pod dywan nic nie da. Ciało powie prawdę.

  1. Seks

Igra z mężczyznami i prowadzi do zguby - kim jest kobieta fatalna?

Marlene Dietrich, największa femme fatale w historii kina, w 1930 roku. (Fot. BEW Photo/Archives du 7e Art/Warner Bros)
Marlene Dietrich, największa femme fatale w historii kina, w 1930 roku. (Fot. BEW Photo/Archives du 7e Art/Warner Bros)
Rękawiczki za łokieć, pończochy i papieros w długiej lufce nie są jej niezbędne. Wystarczy, że spojrzy – jak Marlena Dietrich – i zgarnie innym kobietom sprzed nosa każdego mężczyznę. Kim jest ta, która igra uczuciami i prowadzi mężczyzn do zguby? Czy mamy jej zazdrościć, czy współczuć – mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Grana przez Ritę Hayworth bohaterka filmu „Gilda” (1946 r.) miała długie rękawiczki i suknię bez pleców. Czy kobiety fatalne nie zniknęły razem z tamtą epoką i modą?
Uwodzicielki zawsze będą, nawet bez tych wszystkich rekwizytów. Oczywiście, chodzi tu o inne uwodzenie niż to, które mamy na myśli, gdy mówimy do naszego misia: „ja cię dziś uwiodę i będzie nam przez całą noc bosko”. Femme fatale manipuluje, czyli osiąga zamierzony cel, nie patrząc na innych. Kiedy my mówimy: „jesteś boski”, to znaczy, że on nam się podoba. I zaboli nas, jeśli usłyszymy: „ale ty mi się nie podobasz”. Gdy femme fatale komplementuje mężczyznę, to znaczy tylko, że zanęca, wabi. I dlatego, gdy usłyszy: „ale ja jeszcze nie wiem, czy ty też jesteś cudowna”, patrząc mu w oczy, odpowie: „to znaczy, że jeszcze nic o mnie nie wiesz”. A potem odwróci się i odejdzie, wzbudzając w nim szaloną ciekawość, co ona takiego niezwykłego w sobie ma. Nic więc dziwnego, że pobiegnie za nią, by się dowiedzieć.

To chyba każda kobieta ma w sobie coś z femme fatale. Nie zawsze przecież mówimy całą prawdę.
Czasami bawimy się rolą uwodzicielki. Ale zdrowej kobiecie robienie tego bez przerwy po prostu by się znudziło. Tymczasem dla femme fatale istotą życia jest to, żeby mężczyznom niezmiennie na niej zależało. Każdej kobiecie zwykle jest przyjemnie, gdy mężczyzna okazuje jej wprost: „ty mi się podobasz, ciebie pragnę”. Ona nie musi na te sygnały odpowiadać. Wystarczy, że są, by czuła się ważna. Kilka razy w życiu zdarzyło mi się być taką kobietą i najbardziej podobało mi się to, że jak jeden zaczynał za mną łazić, to od razu pojawiał się drugi i trzeci.

Czy to znaczy, że atrakcyjność kobiety wynika z męskiego pożądania?
Miałam w liceum nietuzinkowych kolegów. Perliński, ładny brunet, postanowił wpłynąć na mechanizm powstawania popularności. Chciał zobaczyć, co się stanie, jeśli razem z kumplem zaczną kręcić się wokół koleżanki, która do tej pory nie wzbudzała zainteresowania kolegów. Zaczęli więc adorować Ewę, która była chuda i patykowata. Zdecydowanie różniła się od tych koleżanek, wokół których chłopcy latali. Ale jak Perliński z kumplem zaczęli na dużej przerwie ją obstawiać, to wzbudzili zainteresowanie reszty chłopaków. Ci byli zaciekawieni, co tamci w niej zobaczyli, i też zaczęli wokół niej krążyć. A Ewa zaczęła rozkwitać, pięknieć i przyciągać kolejnych adoratorów już własnym blaskiem.

A więc to przekonanie o własnej atrakcyjności czyni z kobiety obiekt westchnień?
Właśnie. W czasach socjalizmu organizowano wyjazdy mężczyzn na budowy w głąb Rosji. Razem z nimi jechało zawsze kilka kobiet, m.in. kucharek. Kiedy wracały, były całkiem odmienione. Tam dostały tyle męskich wyrazów uznania, że ich poczucie wartości wzrastało. W męskiej naturze leży bowiem, żeby za babą latać.

Skoro kucharka z budowy może być femme fatale…
Te kucharki nie wracały jako femme fatale, ale jako kobiety pewne swej atrakcyjności. W każdym środowisku spotkamy za to kobiety, które słyną z tego, że są chłodnymi pięknościami. Znałam pewną sekretarkę, bardzo ładną, która wciąż się malowała, czesała, pudrowała. Jej dyrektor się nią chełpił. Poznałam też jej męża, ciepłego faceta, który się jeszcze nie rozeznał, że nie ma żony, bo ta wciąż jest zajęta sobą. I jej córeczkę, która tak jakby nie miała mamy. Bo gdy próbowała przyciągnąć jej uwagę, słyszała: „przynieś mi lusterko”. Dla takich kobiet ważne jest tylko jedno: „lustereczko, powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy w świecie”. Dlatego tak naprawdę femme fatale nie będzie miał żaden mężczyzna i to ich doprowadza do wrzenia. A ponieważ zazwyczaj chce ją mieć kilku, każdy z nich patrząc na konkurentów, myśli: ona jest wyjątkowa. Do głosu dochodzi męska rywalizacja: „Jeśli ja ją złapię, okażę się lepszy”, i w rezultacie wszyscy macho zaczynają gonić króliczka.

Ale to nie jest króliczek...
To jest lisica! Ona potrafi rozgrywać męską rywalizację. Dlatego z jednego kabrioletu przesiada się do drugiego, a każdy z zainteresowanych nią mężczyzn myśli: „będę musiał się bardzo postarać, aby tamtego przebić”. Ona nauczyła się, że ma władzę nad nimi, jeśli im nie ulega. A jej urok, jej seksualność są ważniejsze od wszystkiego innego. Dlatego mężczyźni myślą, że jest szalenie zmysłowa. Tymczasem ona seksu nie lubi, boi się. Ale też wie, że on daje jej władzę przez niezaspokojenie, a nie poprzez bliskość, wspólne szczęście.

Jacy mężczyźni dają się na ten sztuczny miód złapać?
To jest kobieta, która nauczyła się odczytywać cudze pragnienia. Ale nie po to, by je szanować, ale by rządzić. Nie była kochana i nie umie kochać. Umie za to wysyłać sygnały: „tu u mnie czeka cię coś niezwykłego”. Ale im bardziej się mężczyzna do niej zbliża, tym bardziej ona się odsuwa. A to nęci. Dla neurotyka, który nie lubi siebie samego, to szalenie pociągające. To też oferta dla cynika, który uznał, że wszystkie kobiety są złe. Ona kłamie. On o tym wie, ale to kupuje, bo przy niej będzie zawsze wolny. Nie będą razem, jej obietnice nigdy się nie spełnią, a jednoczenie ożywiają go, podniecają. Toczą więc ze sobą grę niespełnionej miłości. Wystarczy sięgnąć do klasyki kryminału z lat 40., na przykład do „Żegnaj laleczko” Raymonda Chandlera, żeby zobaczyć, jak to wygląda.

Chociaż trafiają jej się neurotycy i cynicy, to kobiety i tak zazdroszczą jej powodzenia.
Myślą: „ona ma wszystko, a ja nawet nie mam jednego faceta”. Dla femme fatale zazdrość kobiet jest tak ważna jak podziw i pożądanie mężczyzn. Najprawdopodobniej matka jej nie kochała i rywalizowała z nią o ojca. Kiedy więc teraz femme fatale wygrywa z innymi kobietami, czuje taką samą satysfakcję jak wtedy, gdy wygrywała z matką. Ojciec traktował ją jak swoją małą kobietkę, to jej dawał biżuterię, to nią, a nie jej matką się zachwycał. W ten sposób używał jej do rozgrywek z żoną. Erotyczność tej relacji była bardzo ważna, choć seksu nie musiało być. Ale to właśnie za swoją atrakcyjność jako dziewczynka była podziwiana. I dlatego to dla niej najważniejsze – budzić podziw i pożądanie.

Czyli w dzieciństwie femme fatale była psychicznie molestowana?
Kobiety fatalne nie były nigdy kochane. Zawsze tylko używane. I jedynie wtedy ważne. Więc stale muszą w mężczyznach podsycać podziw. Używać siebie.

Czy w takiej sytuacji to one trzymają w ręku wszystkie sznurki?
W książce Aldousa Huxleya „Kontrapunkt” mężczyzna dostrzega, że kiedy odsłania się przed swoją ukochaną i zapewnia o miłości, ona odchodzi. Kiedy się od niej odwraca, ona zaprasza go z powrotem. Zaczął więc eksperymentować. Mówił: „Kochanie, jesteś jedyna, nie mogę żyć bez ciebie…”. Na co ona: „przepraszam cię, ale się spieszę”. Ale kiedy już się od niego odwróciła, a on nagle stwierdzał: „Właściwie masz rację, idź już”, wtedy wracała: „Może jednak napiję się z tobą herbaty…”. On dostrzegł, że ona nie wie, czego chce, że musi zgarniać dowody, że jest ważna, że ktoś ją widzi, że jest od nich uzależniona. A więc znajduje się w takiej samej niewoli jak mężczyźni, którymi manipuluje.

Powiedziałaś, że femme fatale nie lubi seksu. Czy to znaczy, że z nikim nie sypia?
Jak powiedziała kiedyś pewna kobieta: „zawsze wiem, jak się ułożyć w łóżku, żeby dobrze wyglądać”. Żeby móc pamiętać o wyglądaniu, nie można przeżywać. Takie kobiety wiedzą, czego pragnie facet, i dają mu tego troszkę mniej, ale obiecają troszkę więcej. Ponieważ same nie podlegają falom naturalnych emocji, mogą na zimno manipulować kochankiem. Są wyszkolone w ars amandi, więc jeśli mężczyzna nie potrzebuje w łóżku bliskości, będzie zachwycony. Kadzidełka, świece, bielizna, w sumie świetne przedstawienie. No i co z tego, że ona nie przeżywa orgazmu ani nawet zmysłowej przyjemności, jeśli on o tym nie wie? Ale jak femme fatale się do kogoś nieopatrznie przywiąże, to bardzo go zrani. Jest bowiem przekonana, że miłość rani, więc lepiej, żeby zraniła kogoś innego.

Ona daje im trochę w kość. Chyba każda z nas czasem chętnie by to zrobiła.
Lepiej, by mężczyźni uczyli się kochać kobiety, które potrafią odwzajemnić miłość, i żeby mieli dzieci, które będą czuły się kochane. Z rewanżem trzeba uważać. Miałam w terapii mężczyznę, który został zmanipulowany i porzucony, a potem już tylko się mścił. Uwodził mężatki i doprowadzał do tego, by ich mężowie się o tym dowiedzieli. Chodziło mu o to, żeby cierpieli tak samo jak on. Zrobił to 27 razy, nim się połapał, że marnuje życie. Często spotykam mężczyzn, którzy są nieszczęśliwi, bo dali się uwieść i wykorzystać. Pragną kobiety, o której umieją powiedzieć tylko tyle, że jej nie rozumieją. Próbuję im wyjaśnić, że to nie jest niezwykła istota, ale ktoś, kto za sprawą obietnic bez pokrycia trzyma ich mocno i nie puści.

Czy można zawczasu rozpoznać manipulatorkę?
Jeśli kobieta zawsze wygląda dobrze, to ty się, chłopie, przestrasz. Bo ona tak bardzo zwraca uwagę na siebie, że na nic więcej, a już na pewno na ciebie, nie będzie miała czasu. Jeśli nie masz wpływu na związek, nie wiesz, co od ciebie zależy, a co nie, jeśli nie rozumiesz tej kobiety, to się zastanów, czy chcesz tak żyć? Pragnąć, ale nie mieć. Głód bliskości łatwo pomylić z miłością. Pragniemy coraz bardziej, bo coraz bardziej brak nam tego, czego nie dostajemy. W każdym człowieku, który chociaż trochę siebie lubi, jest część, która mówi: „chcę być kochany i szanowany”, i do niej warto się odwołać, jeśli czujemy, że ktoś nami igra.

Jak historie femme fatale się kończą?
„Ulubieńcy Ameryki” z Catheriną Zeta-Jones i Julią Roberts to właśnie opowieść o tym, jak zimna piękność traci miłość, gdy jej mąż poznaje zwykłą, miłą dziewczynę. Mężczyźni nie chcą latać bez końca za kobietą, której nie można zdobyć. Wielu mówi też, że co innego pragnąć, a co innego być. I być wolą z kimś, kto umie kochać. A więc na koniec femme fatale zostaje sama, często w biedzie.

Co możemy poradzić kobietom, które czują się femme fatale?
Masz poczucie władzy, ale nie masz poczucia szczęścia. Masz poczucie ważności, ale nie wartości. Kobiety ci zazdroszczą, ale masz w środku niekochane dziecko, którego używasz jako przynęty. Do czego? Musisz uwodzić. To jest nałóg. Można się z niego wyzwolić i uczyć bliskości. Więc choć dostajesz wiele głasków od mężczyzn, zastanów się, na jak długo to starcza i co się w twoim życiu naprawdę dzieje.