1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Miłość – przychodzi niespodziewanie, czy też można pomóc szczęściu?

Miłość – przychodzi niespodziewanie, czy też można pomóc szczęściu?

Iwona Firmanty, socjolog, psycholog zastanawia się czy i dlaczego kobiety na wysokich stanowiskach, spełniające się zawodowo mają problemy ze znalezieniem drugiej połówki. Czy mężczyźni boją się spełnionych, pewnych siebie kobiet? Wiele dojrzałych, niezależnych kobiet wstydzi się swoich potrzeb i skupia się na tym, co bezpieczniejsze, przede wszystkim pracy. Bardzo często zakładają „zbroję”, by przetrwać w życiu zawodowym i zapominają ją zdjąć w życiu prywatnym. Czy można pomóc szczęściu i jak to zrobić?

Każda kobieta chciałaby żyć w szczęśliwym związku. Czasem, żeby to osiągnąć, potrzebny jest perfekcyjny plan. Znajdziesz go w książce "Jak upolować miłość". 

Portale i aplikacje randkowe święcą dzisiaj triumfy. A co z miłością od pierwszego wejrzenia, czy nadal w nią wierzymy? Wielu z nas tak, ale czy słusznie? Iwona Firmanty, autorka książki Jak upolować miłość odpowiada niejednoznacznie: jeśli wiemy kogo chcemy spotkać, powinniśmy obracać się w takim środowisku, wówczas miłość od pierwszego wejrzenia jest jak najbardziej możliwa. A więc możemy mieć szczęście w miłości, ale warto mu trochę pomóc. Pierwszy krok, to dobrze poznać siebie i doprecyzować, kogo tak naprawdę szukamy.

Pokochać samą siebie. To pierwszy i najważniejszy krok do realizacji planu stworzenia szczęśliwego związku.

Poznać (i pokochać) siebie, to znaczy zrozumieć swoją osobowość i zachowania, które pozwoliły nam dostosować się do warunków, w jakich żyliśmy na przykład styl miłości, jaki znamy z czasów dzieciństwa. To poznanie własnego indywidualnego sytemu wartości, skupienie się na sobie, przy jednoczesnym zachowaniu empatii. A także zastanowienie się co daje nam radość w życiu i odnalezienie swoich pasji, ponieważ to daje nam energię i siłę do działania. Wiele dojrzałych, niezależnych kobiet wstydzi się swoich potrzeb i skupia się na tym, co bezpieczniejsze, przede wszystkim pracy. Bardzo często zakładają „zbroję”, by przetrwać w życiu zawodowym i zapominają ją zdjąć w życiu prywatnym. Dopóki kobieta nie pozna samej siebie i nie odpuści sobie w niektórych obszarach, nie będzie żyła własnym życiem i nie zrobi w nim miejsca dla drugiej osoby.

Uświadomienie sobie tego, jak chcemy, żeby wyglądało nasze życie prywatne, jest kluczowe. Wtedy możemy określić cel naszych poszukiwań. Mówiąc wprost chodzi o to, żeby zastanowić się, jaki ten nasz partner ma być, zarówno, jeśli chodzi o charakter, jak i wygląd. Ważne jest określenie, na jakie nasze potrzeby ma on odpowiadać. W końcu teraz już je znamy. Będąc tak pewną siebie, swoich wartości i upodobań, możemy zacząć się rozglądać. Trzeba jednak uważać, aby nie wpaść w pułapkę, którą zastawiają portale i aplikacje randkowe. Jeśli za bardzo skupimy się na cechach fizycznych, możemy odtrącić całkiem fajnego kandydata, który będzie miał na przykład kolor włosów nie wpisujący się w nasz typ. Częstym błędem jest skupianie się na drobiazgach. Lepiej zastanowić się, czego na pewno nie zaakceptujemy i odpuszczać coś, co będzie bzdurą, bo ważna jest przecież osobowość i jego stosunek do partnerki.

Największe szanse na znalezienie partnera, z którym uda nam się stworzyć szczęśliwy związek mamy obracając się w miejscach związanych z naszymi zainteresowaniami. Róbmy to, co lubimy, co sprawia nam przyjemność, co jest naszą pasją.

Prawdopodobieństwo, że mężczyzna marzeń zaczepi nas na ulicy i zaprosi na randkę, jest stosunkowo nieduże, ale kłamstwem byłoby napisanie, że takie rzeczy absolutnie nie mogą się wydarzyć. Warto zachować w sobie odrobinę romantyzmu i gotowości na to, że miłość może przyjść niespodziewanie, bo w przeciwnym razie moglibyśmy ją przegapić.

Iwona Firmanty psycholożka, socjolożka, trenerka umiejętności osobistych i  coach kadry menedżerskiej. Założycielka Firmy Szkoleniowej Human Skills oraz projektu Sensualna Kobieta Biznesu, który wspiera osobisty i zawodowy rozwój kobiet. Ekspert z zakresu umiejętności interpersonalnych, efektywności osobistej, komunikacji, wystąpień publicznych i budowania relacji. Ceniona nie tylko za merytoryczność, ale też osobowość i poczucie humoru.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Biznesplan nie działa w miłości!

Często tzw. kobiety sukcesu mają wysokie mniemanie o sobie i na temat tego, z kim chciałyby być, a kończą w relacjach, które są przeciwieństwem ich planów. (fot. iStock)
Często tzw. kobiety sukcesu mają wysokie mniemanie o sobie i na temat tego, z kim chciałyby być, a kończą w relacjach, które są przeciwieństwem ich planów. (fot. iStock)
Wielu kobietom odnoszącym sukcesy w życiu zawodowym nie układa się życie prywatne. Siła i decyzyjność, które w pracy są ich mocną stroną, w związku generują tylko ból. O tym, jak przestać podchodzić zadaniowo do miłości, z psychoterapeutą Michałem Dudą rozmawia Aleksandra Nowakowska.

Czy wszystkie kobiety sukcesu mają pecha do mężczyzn? Te, z którymi rozmawiam, żalą się, że są albo słabi, albo je odrzucają. A najczęściej i jedno, i drugie.
Mówimy o pewnym rodzaju silnych kobiet, które mają duże problemy ze stworzeniem relacji. Ich siła jest głównie społeczna, wykorzystywana do funkcjonowania w świecie, ale nie jest siłą psychologiczną potrzebną do tworzenia relacji. Kobiety te wewnętrznie czują się słabe, odrzucone, potrzebujące. I z tego powodu trudno im otwarcie wchodzić w relacje. Często stosują w nich metody, które działają w pracy. One zarządzają relacjami.

W jaki sposób?
Egzekwują różnego rodzaju prawa i obowiązki z pozycji asertywności, która znajduje zastosowanie na przykład w korporacjach. Czyli: stałe monitorowanie, intensywna kontrola, domaganie się uwagi i zaangażowania, oczekiwanie określonych zachowań. Z jednej strony chcą być dostrzegane przez partnera i zrozumiane także w swoich słabościach, a z drugiej – używają do tego siły. To podwójny komunikat, na który nie wiadomo, jak reagować. I nie chodzi tu o kierowanie oczekiwań, domaganie się czegoś w związku. Mamy przecież prawo do swoich pragnień i potrzeb. To kwestia sposobu, w jaki to się robi. Na pewno nie powinien on polegać na wchodzeniu w rolę znaną z pracy. Ludzie nie są w związku po to, żeby wypełniać zadania wyznaczone na dzisiejszy dzień. Nie na tym polega relacja między dwoma kochającymi się osobami.

Często tzw. kobiety sukcesu mają wysokie mniemanie o sobie i na temat tego, z kim chciałyby być, a kończą w relacjach, które są przeciwieństwem ich planów. Po części wynika to z tego, że one same sobie wszystko organizują. A facet, którego da się zorganizować, nie jest tym, o co im chodzi. To jest raczej facet, którym się będzie trzeba zajmować, którego być może trzeba będzie utrzymywać, którego można sobie kupić.

Przez jakiś czas ta strategia jednak działa.
Tak, ale one liczą, że przyniesie konkretny rezultat. Że zainwestowana energia sprawi, że on się w końcu zacznie jakoś inaczej zachowywać. Natomiast mężczyzna będzie korzystał z dobrodziejstw tak długo, jak się da, i raczej nie odwzajemni się spełnieniem jej życzeń. Tylko koszty będą coraz wyższe.

Kobiety, które znam, twierdzą, że marzą o silnym mężczyźnie.
A on zwykle ma jakiś walor – albo jest ładny, ma jakiś talent, coś potrafi. Ale na ogół jest zainteresowany sobą, nie ma specjalnie ochoty, żeby angażować się w tę relację. Najczęściej słabo radzi sobie w świecie, dlatego też odpowiada mu ta znajomość. W tym przypadku kobieta zapewnia mu wiele, a on zaczyna się przyzwyczajać i chce coraz więcej. Nie jest to dobry sposób na „wychowanie sobie mężczyzny”. Jednak silne kobiety nie są zwykle w stanie przestać dawać, zarządzać, organizować. One w ten sposób kontrolują i robią to jakby z automatu. A jednocześnie czują się porzucone, niedostrzeżone, bo dla nich nikt się nie stara. Naprawdę jest to kłopot. Niezwykle trudno jest przekonać je do zmiany stylu bycia w relacji, ponieważ ta metoda osiągania sukcesów bardzo często gra ważną rolę w ich życiu. One potrzebują mieć kontrolę.

Skąd ta potrzeba?
Chodzi o poczucie zagrożenia. Wszyscy radzimy sobie z brakiem bezpieczeństwa na dwa w miarę konstruktywne sposoby. Pierwszy z nich to wejście w związek. Jeśli uda się stworzyć relację, która jakoś funkcjonuje, do pewnego rodzaju lęków się nie wraca. Jeżeli jednak w związku coś się chwieje, często wpadamy w rodzaj otchłani, paniki, depresji. Tak się dzieje, jeśli związek ma być drogą do osiągnięcia stabilności wewnętrznej. Drugim sposobem ratowania się jest robienie kariery, budowanie sobie lepszego losu poprzez pozycję społeczną. Taki ktoś musi cały czas wkładać wysiłek w to, żeby nie osunąć się z powrotem w stan lękowy. Karierę robi z desperacją, doskonaląc tylko te narzędzia, które są skuteczne i pozwalają iść naprzód, ale trzyma się jedynie znanych rozwiązań. Poza tym najczęściej odczuwa niewielką satysfakcję z tego, co osiągnął, nie potrafi identyfikować się ze swoimi sukcesami. Korporacje uwielbiają takich pracowników, bo są oni w stanie bardzo dużo zrobić, żeby zasłużyć na uznanie. Odrzucenie jest dla nich czymś niesamowicie trudnym, dlatego tak bardzo się starają. Bezpieczeństwo to silna motywacja.

Czego boją się kobiety zarządzające relacjami?
Kieruje nimi lęk przed pustką, samotnością, odrzuceniem, brakiem uwagi. Żeby tego nie przeżywać, używają siły wobec mężczyzny. A siła zawsze budzi reakcję obronną. Gdy partner je odpycha, one sięgają po coraz więcej siły. Spirala się nakręca i kończy się zwykle odrzuceniem. Po kilku takich próbach czują się poranione i już nie chcą relacji. Tęsknią jednak za bliskością i jak patrzą na szczęśliwe pary, coś im się zaciska w środku. Ale zamiast to przeżyć, wolą iść do pracy i zająć się kolejnym arkuszem Excela.

Albo dzieje się tak, że w miejsce jednego mężczyzny, który odrzucił, pojawia się następny, bardzo podobny. I historia się powtarza.
Bo one aktywnie poszukują, starają się, dążą, stosują strategie. Ich potrzeba jest prawdziwa, to nie jest coś mało ważnego. Jeśli ktoś nie ma poczucia bezpieczeństwa, ciężko mu przestać poszukiwać go na zewnątrz.

Czasami wpadają w pewien rodzaj słabości, który kojarzy mi się z niedojrzałością.
Nawet dziecinnością. To niepokój, o którym mówiłem. Często zdarza się, że zostały w jakiś sposób odrzucone przez rodziców, którzy nie byli nimi zainteresowani. Teraz mają podobny styl życia jak oni – są skoncentrowane na pracy. Tam szukają matki, ojca. To jest oparte na realnym cierpieniu. Z tymi uczuciami muszą sobie poradzić i radzą sobie tak, jak potrafią. Stąd się bierze ta dziecinna słabość, ona jest po części regresywna. Słabość i delikatność są doświadczeniem, którego te kobiety potrzebują. To uczucie niezbędne do odczuwania szczęścia. Jako „dzieci” mogą sobie na te uczucia pozwolić. Jako osoby dorosłe zaprzeczają im i trudniej jest im kochać.

A jednocześnie jest w nich sporo agresji.
Tak. A mężczyźni bombardowani tym agresywnym zarządzaniem sami stają się bierno-agresywni. Przyciśnięci do muru, zaczynają odpowiadać przemocą. Mogą sprawiać ból psychologiczny, ale zagrożenie przemocą fizyczną w tych relacjach też występuje. Ci mężczyźni, bywa że uzależnieni, czują się skrzywdzeni i uważają, że wiele im się należy. I wymagają, bo tak sobie radzą z bólem z przeszłości. A kobiety dają, nic nie dostając w zamian, i w końcu zaczynają atakować, trafiając w bolesne miejsca. Zdarza się, że faceci odpowiadają ogniem i to generuje niebezpieczne sytuacje. Ale często nawet to nie zraża tych kobiet, żeby brnęły dalej w relację. Przynajmniej czują kontakt. To lepsze niż samotność i bezpieczniejsze niż bliskość. Siła to ich mocna strona.

One wówczas tłumaczą, że ci mężczyźni potrzebują ich pomocy.
Opiekowanie się biednymi stworzeniami jest nieskomplikowaną formą relacji. To jest łatwe źródło energii, a dodatkowo spełniają sen o troskliwej uwadze, której nie dostają. Część osób opiekuje się innymi dlatego, że przynajmniej do pewnego momentu dają się im kontrolować. Takie opiekowanie się to zupełnie inna relacja niż związek dwóch osób, które są samodzielne, czegoś ciekawe, czegoś poszukują, bo sprawę wewnętrznego poczucia bezpieczeństwa mają już za sobą. Spotkanie dwóch osób, które nie potrzebują pomocy, tylko chcą relacji, to jest zupełnie inny świat. Natomiast kobiety, o których mówimy, tak naprawdę nie szukają relacji, bo się ich boją.

Przychodzi moment, że kobieta sukcesu naprawdę ma już dosyć bólu, który przeżywa. Jak może sobie pomóc?
To nie będzie proste. Drogą wyjścia jest zmiana orientacji z ulgi, w którą uciekają z miejsca lęku, zarządzając mężczyznami, na przyjemność. Chodzi o zastanowienie się, co lubią. Nie w związku, ale w ogóle. Takie osoby podchodzą zadaniowo właściwie do wszystkiego – do jedzenia, do wyglądu, do sprawności fizycznej, do seksu. Jedzą, ćwiczą, kochają się tak jak powinno się to robić, ale niekoniecznie tak, żeby sprawiało im to przyjemność. Posiadanie władzy i osiąganie celów wydaje się przyjemne, ale nie jest. Daje rodzaj haju, lecz nie poczucia kontaktu ze sobą. One potem czują się bardziej zmęczone i puste niż szczęśliwe.

Rzeczywiście – trudno im poczuć przyjemność.
Jeden z przywilejów, który ociera się o pewien rodzaj przyjemności, to możliwość kupienia sobie tego, na co ma się ochotę. Te kobiety mają do tego dostęp. Ale nawet jeżeli ubierają się w drogich sklepach, jedzą w dobrych restauracjach, nie sądzę, że są w stanie poczuć do końca przyjemność. Przyjąć ją. To jest bliższe jakiemuś rodzajowi dumy, ambicji, samozadowolenia, ale nie przyjemności. One permanentnie się doskonalą, interesują je zajęcia, które mają je czegoś nauczyć. Robią to, bo czegoś im brakuje, nie sięgają po to dla przyjemności. Z jednej strony kiedy taka osoba jest w tym trybie, czuje się pewnie, jest nie do ruszenia. Bo to są naprawdę bardzo silne osoby. Z drugiej strony jednak można szybko je doprowadzić do „rozpadu”. I to jest realne, one naprawdę się rozpadają psychicznie. Bo starają się, starają, cały czas zasługują na coś, czego nie można dostać. A im bardziej się starają, tym bardziej czują się odrzucone.

Czego im brakuje?
Kontaktu ze sobą, ze swoimi prawdziwymi potrzebami. To jest początek zmiany, potem w relacji mogą już odpowiedzieć sobie na pytania: „Czy ja lubię to, co on robi, czy też nie? Czy to jest dla mnie, czy ja tego chcę, czy ja w tym jestem? Co czuję przy nim i co czuję do niego?”. Sądzę, że one już wcześniej dostają dużo sygnałów z ciała, pojawiają się w nich emocje, silne reakcje, które je ostrzegają, że droga, którą zmierzają, nie jest właściwa. Zdarza się, że ich przyjaciółki sugerują, że ten związek jest pomyłką. One zresztą same to czują, ale wolą nie skupiać się na uczuciach, bo to wiąże się z lękiem. Po prostu nie chcą czuć.

Jeśli miałbym dać im konkretną radę – co jest ryzykowne, bo każda rada może przez nie zostać zamieniona w program – powiedziałbym: „Na początek zacznij być ciekawa tego, co sprawia ci przyjemność, a co nie. Nie myśl o tym, nie pytaj innych, tylko próbuj i ucz się siebie. Zastanów się na przykład, co naprawdę miałabyś ochotę zjeść dzisiaj na kolację”.

Michał Duda: psycholog, psychoterapeuta. Nauczyciel i superwizor w Instytucie  Psychologii Procesu. Pracuje w Ośrodku Poza Centrum w Warszawie.

  1. Psychologia

Jak kochać szczęśliwie?

Do miłości szczęśliwej każdy z nas musi dojrzeć i nauczyć się tych psychologicznych umiejętności, które pomogą mu w tym procesie. (fot. iStock)
Do miłości szczęśliwej każdy z nas musi dojrzeć i nauczyć się tych psychologicznych umiejętności, które pomogą mu w tym procesie. (fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Czy o miłości powiedziano już wszystko? Czy warto pisać kolejne poradniki psychologiczne i artykuły poruszające temat zakochania, budowania związku i dbania o relację? Czy rozmowy o tym nigdy nam się nie znudzą? Moim zdaniem odpowiedź brzmi : nie. Ani nie znudzą, ani nie wyczerpią wszystkich refleksji i nie rozwieją wszystkich wątpliwości. Bo miłość to najtrudniejsze z uczuć. Najpiękniejsze, najważniejsze, czyniące nasze życie wyjątkowym i barwnym, ale również najtrudniejsze.

Aby umieć kochać szczęśliwie, trzeba odrobić wiele niełatwych życiowych lekcji. Bo dojrzewanie do miłości to proces, który wymaga nie tylko naszej motywacji i wiary w możliwość bycia szczęśliwym, ale także wielu psychologicznych kompetencji, które musimy nadrabiać w życiu dorosłym, ponieważ w naszym dzieciństw nie mieliśmy okazji nauczyć się tego, co jest warunkiem koniecznym miłości szczęśliwej. A są nim przede wszystkim miłość do siebie i wiara we własną wartość, odwaga w podejmowaniu ryzyka oraz otwartość na drugiego człowieka i zdolność do empatii.

Jako psycholog i terapeuta par wiem jedno: każdy z nas ma w tych obszarach coś do przepracowania. I każdy przynajmniej kilka razy w życiu zadawał sobie pytania: jaki popełniam błąd? Dlaczego nie znajduję spokoju i szczęścia? Co sprawia, że cierpię, że ranią mnie bliskie osoby? Czy znajdę miłość? Czy będę umiała o nią zadbać? Uważam, że każdy z nas potrzebuje czasem wsparcia i podpowiedzi, co robić, gdy zagubi się w meandrach miłości, zatraci w zakochaniu czy doświadczy bolesnej straty. Bo każdy czasem traci wiarę w miłość szczęśliwą.

Skąd te wątpliwości, rozterki, lęki i błędy, które popełniamy? Ano stąd, że nikt z nas nie miał idealnego dzieciństwa i każdy wchodzi w dorosłość z jakimś bagażem nieprzepracowanych, trudnych doświadczeń i emocji. Dlatego uważam, że każdy z nas czasem potrzebuję wsparcia, podpowiedzi, jak radzić sobie z uczuciowymi dylematami, a te odnajdzie w artykułach i poradnikach, w których o psychologi uczuć i mechanizmach budowania relacji piszą osoby, mogące swoją wiedzą i doświadczeniem służyć czytelnikom. I uważam, że każdy, kto po takie wsparcie sięgnie, odnajdzie coś dla siebie. Bo każdy z nas ma swój obszar do przepracowania, który sprawia, że trudno mu kochać szczęśliwe.

Część z nas to „niedokochane dzieci" spragnione akceptacji i bezwarunkowej miłości. Takie osoby są w stanie zgodzić się na wiele, zbyt wiele, aby ktoś, często ktokolwiek, je pokochał. Wikłają się w toksyczne, przemocowe relacje, wierząc, że krzywdy których doznają, to „ich wina". Dlatego ich lekcją jest uczenie się bycia asertywnymi i umiejącym szanować i kochać siebie. Cześć z nas to zranieni wrażliwcy, którzy zamykają się w bezpiecznej skorupce, nie ryzykując bycia porzuconymi. Boją się rozczarowania. Boją się miłości. Pytają: co zrobić, aby nigdy nie zostać zranionym? I znajdują odwiedź: można nigdy nie kochać. To prawda. Wtedy nikt nas nie zrani. Gdy się nie przywiążemy, gdy nie zaryzykujemy, nie zostaniemy zranieni. Ale czy warto zapłacić taką cenę? Czy warto zrezygnować z uczucia tylko dlatego, że się boimy? Dla takich osób wyzwaniem jest uczenie się odwagi pomimo lęku, który czują. Bo każdy się boi. Ci, którzy ranią, udają obojętność, gdy ktoś cierpi; ci, którzy uciekają przed odpowiedzialnością, i ci, którzy nie potrafią kochać dojrzale też się boją. Ich lękiem jest przywiązanie i zależności. Bo miłość to odpowiedzialność. A ona jest dla wielu osób trudna.

Miłość to również sztuka dbania o drugiego człowieka. Dlatego wymaga postawy empatycznej i uważnej na potrzeby innych. Miłość szczęśliwa to także szacunek do siebie samego i poczucia własnej wartości. To pogodzenie własnych potrzeb z dbaniem o szczęście tych, których kochamy. Nie każdy potrafi tę równowagę zachować. Dla wielu z nas bycie otwartym na drugiego człowieka w sposób, który pozwala chronić również własne granice i własną intymną przestrzeń, to nie lada wyzwanie. Uważam, że do miłości szczęśliwej każdy z nas musi dojrzeć i nauczyć się tych psychologicznych umiejętności, które pomogą mu w tym procesie. Dlatego każdy kolejny artykuł, na temat tego jak przygotować się do zbudowania relacji, jak uczyć się kochać dojrzale i odpowiedzialnie, jak być w miłości szczęśliwym, jest tak cenny. I dlatego uważam, że warto o miłości rozmawiać, warto dzielić się swoimi doświadczeniami i szukać cały czas odpowiedzi na ważne i aktualne pytania. Bo warunkiem koniecznym miłości szczęśliwej jest umiejętność dbania również o siebie.

Maria Rotkiel: psycholożka, terapeuta, autorka poradników psychologicznych.

  1. Psychologia

Odwieczny dylemat - serce czy rozum? Czym się kierować w miłości?

Trudno dać jasną odpowiedź na pytanie, co jest bardziej niezawodne: serce czy rozum. (Fot. iStock)
Trudno dać jasną odpowiedź na pytanie, co jest bardziej niezawodne: serce czy rozum. (Fot. iStock)
Odwieczny dylemat kobiet: dać się porwać miłości czy pozostać przy małej stabilizacji i poczuciu bezpieczeństwa?

Wyobraźmy sobie, że znaleźliśmy się w nieznanym gęstym lesie. Na szczęście mamy przy sobie kompas. Wyciągamy go z kieszeni i od razu czujemy się pewniej. Co więcej, pamiętamy, że w plecaku jest drugi kompas, który nosimy przy sobie, ot tak, na wszelki wypadek. Ponieważ sytuacja jest poważna, bierzemy do ręki również ten instrument. I… o zgrozo! Kompasy wskazują kierunki różniące się mniej więcej o dziewięćdziesiąt stopni! Nie można przecież iść za oboma. Zawierzyć pierwszemu czy drugiemu, a może uśrednić ich wskazania? A od tej decyzji może zależeć życie!

Angażując się w związek, mamy do dyspozycji dwa kompasy – serca i rozsądku. Każdy z tych instrumentów jest złożony, niejednoznaczny. Kompas serca to mieszanina pragnień, nadziei, emocjonalnych potrzeb, biologii i intuicji. Wskazuje kierunek bliskości, możliwość posiadania ukochanego partnera, obietnicę spełnienia w miłości.

Natomiast kompas rozsądku kieruje ku bezpieczeństwu i stabilności. Jest równie złożony. Składa się na niego suma wiedzy o szansach życiowych i zagrożeniach, przekazana nam przez wychowawców. Dochodzi do tego własna mądrość, wynik doświadczeń życiowych. Dyryguje tym wszystkim umiejętność posługiwania się rozumem: zadawania pytań, dociekania, wyciągania wniosków, prowadzenia wewnętrznego dialogu, uczenia się na błędach.

Te kompasy są tak bardzo odmienne, że muszą wskazywać różne kierunki! Kiedy jesteśmy młodzi, nie mamy zbyt dużego życiowego doświadczenia ani wystarczającej samokontroli. Słuchamy głównie serca. Dopiero z czasem do głosu coraz częściej dochodzi rozsądek. Po wielu latach prób i błędów mamy więc szansę zintegrować te dwa rozbieżne kompasy i korzystać z ich łącznej mocy. Oto historie czterech kobiet ilustrujące nasze zmagania z kompasami – dwie z nich ufają początkowo sercu, dwie inne kierują się rozumem. Zobaczmy, do jakich rozwiązań to prowadzi.

Miłość bez zastanawiania się

Alina miała 17 lat, kiedy wyprowadziła się z domu i zamieszkała z chłopakiem. – Ani przez chwilę się nie zastanawiałam – wspomina. To był jej sposób, by uciec od toksycznej rodziny i zacząć budować własne życie. No i była zakochana. Szczęście jednak trwało rok – do momentu, kiedy pojawiło się dziecko. Okazało się, że synkiem będzie musiała zająć się sama. Chłopak zaczął się migać. W wieku dwudziestu czterech lat miał swoje problemy egzystencjalne. Na szczęście w jej życiu znowu pojawił się inny mężczyzna.

Dziś widzi, że nowe uczucie pojawiło się akurat wtedy, gdy była w potrzebie. Stało się kolejnym w jej życiu kołem ratunkowym, z którego też wkrótce uszło powietrze. Związek trwał dwa lata i zaowocował drugim dzieckiem. W międzyczasie spadła „zasłona”. Okazało się, że drugi mąż ma poważne problemy ze sobą. Przy którymś z kolei wybuchu agresji Alina uciekła z domu z dziećmi i już do niego nie wróciła.

Przez kolejnych dziesięć lat dawała sobie radę sama. Pracowała fizycznie, dokształcała się, wreszcie założyła mały biznes. Wiedziała już, że za pójście za głosem serca życie może nam wystawić bardzo duży rachunek. Nauczyła się myśleć.

Jej trzeci mężczyzna był spokojny, ciepły, opiekuńczy. Decyzję o małżeństwie podjęła, kierując się rozumem. Kolejne dziecko było nieplanowane, podobnie jak dwójka poprzednich. Ojciec dziecka wprawdzie bardzo się ucieszył, ale... nic poza tym. Alina nadal harowała ponad siły, podczas gdy on „rozglądał się za pracą”. Po trzech latach wyrzuciła go z mieszkania i znowu została samotną matką, wychowującą tym razem już trójkę udanych dzieciaków. Upłynęła kolejna dekada i jej zapasy sił zaczęły się wyczerpywać. Coraz częściej pogrążała się w depresji, z której pomagały jej wychodzić przepisywane przez lekarzy tabletki. Zrozumiała, że to droga donikąd.

Dziś, dobrze już po czterdziestce, wie, że chce żyć dla siebie. Nie dla dzieci – ostatnie z nich, dziś piętnastoletnie, za kilka lat się usamodzielni. Nie dla jakiegoś mężczyzny. Dla siebie! I to przynosi jej ogromną ulgę, napełnia radością. Kompas zmieniła na zintegrowany. – Patrzę sercem, ale decyzje podejmuję głową. Mój nowy partner ma wszystko. Podoba mi się, jest inteligentny i radzi sobie w życiu. A jednocześnie to człowiek dość zwyczajny. Dziś już widzę, że można tak po prostu być razem i wzbogacać swoje życie. Spokojnie, bez dramatu, bez przymusu, bezpiecznie, życzliwie i pięknie. Odkryłam miłość! – mówi.

 

To było silniejsze ode mnie!

Dziś Agata ma – w pewnym sensie – dwóch partnerów. I dwoje dzieci, po jednym z każdym z nich. Żyje z Przemkiem, którego wybrała sercem. Artur odszedł siedem lat temu, spokojnie, z godnością, mimo wielkiego bólu. Odszedł, bo pojawił się Przemek, a Agata zaszła z nim w ciążę.

Dlaczego wdała się w romans, mając ośmioletnią córeczkę, dobre małżeństwo i dom? – To było silniejsze ode mnie – mówi. – Artur to cudowny człowiek. Niezwykle dojrzały duchowo, dobry, wyrozumiały, odpowiedzialny i kochający. Mężczyzna – skarb. A Przemek jest zupełnie inny. Kiedy po raz pierwszy znalazł się fizycznie w pobliżu poczułam jakby magnetyczną siłę przyciągania. Szczęśliwa szczebiotałam, uśmiechałam się do niego i w niego wpatrywałam. Wpadłam w trans. Całe moje ciało było szczęśliwe. To było to, na co czekałam całe życie.

W przestrzeni kobiecych marzeń mieszkają od zawsze dwa męskie archetypy. Pierwszy to ten silny, niezwykły i wolny, który ją uwiedzie, porwie za sobą, zaspokoi potrzebę gorącej miłości i seksu. Drugi to odpowiedzialny, wierny towarzysz, opiekun rodziny. Paradoksem jest, że rzadko łączą się w jednym mężczyźnie. Tego pierwszego trudno utrzymać, tego drugiego zachęcić do miłosnego tańca. Agata była już trochę znudzona Arturem, podatna na porwanie emocjonalne. I tak się stało – poszła za Przemkiem. To jedna ze sztuczek serca niezintegrowanego z resztą naszego wnętrza.

Nie trzeba było długo czekać. Przemek odwzajemnił gorące uczucie. Agata przeprowadziła rozwód, przeniosła się do niego z córeczką i czerpała miłość całymi garściami. Szczęście zaowocowało synkiem.

Co ciekawe, Artur był cały czas przy niej. Nie narzucał się, ale pomagał. Był nawet przy porodzie dziecka Przemka. Mieszkał osobno i budował swoje życie od nowa, nie licząc na powrót Agaty, ale wspierał ją we wszystkich działaniach.

Agata jest mu wdzięczna, ale... nosi w sobie dużo gniewu, co okazuje częstym zniecierpliwieniem i od czasu do czasu wybuchami złości. Jest zła na obu mężczyzn. Na Artura o to, że pozwolił jej odejść, kiedy była zauroczona. Na Przemka, że jej nie kocha tak bardzo, jak na początku. Szał minął, pozostała niełatwa rzeczywistość: wychowywanie dwojga dzieci… we troje.

Dom dla dobra dziecka

– Bardzo dawno temu postanowiłam, że moje dziecko będzie miało dobry, solidny dom. Czyli warunki do rozwoju lepsze, niż ja kiedyś miałam.

Beata właśnie przekroczyła pięćdziesiątkę. Nadal niezwykle atrakcyjna, utalentowana, silna, konsekwentna; zawsze wiedziała, czego chce. Osiągnęła swój cel. Jest żoną znanego, powszechnie lubianego człowieka, którego wizerunek regularnie pojawia się w mediach. Mają piękny dom. I córeczkę, która skończyła 11 lat.

Serce Beaty nie jest bynajmniej zamknięte i nieczułe. Doświadczenie zakochania i pasji jest jej dobrze znane. Przez wiele lat przeżywała konflikt pomiędzy potrzebą wielkiej miłości, a potrzebą stabilności i bezpieczeństwa. Kolejni partnerzy oferowali jej jedno lub drugie, nigdy łącznie. I kiedy zaspokoiła już potrzebę przeżycia wielkiej bliskości i radosnego spotkania, zaczęła myśleć o przyszłości. Zegar biologiczny był nieubłagany. Może mieć dziecko teraz albo nigdy. A z tego za żadną cenę nie chciała zrezygnować. Było to częścią jej życiowych planów. Podjęła decyzję.

Małżeństwo przypieczętowało długi związek z fantastycznym facetem, przyjacielem, z którym był tylko jeden problem – nie było między nimi „chemii”. Zaraz po ślubie zaczęli sypiać osobno. Ale że tak będzie, Beata wiedziała jeszcze przed ślubem. Cóż, trzeba sobie było radzić.

– Dwanaście lat temu poprosiłam Zbyszka o dziecko. Powiedział, że nie ma sprawy. Wkrótce zaszłam w ciążę i od tamtej pory już nie sypialiśmy ze sobą.

Beata i Zbyszek mają jedenastoletnią córeczkę, która jest szczęściem dla obojga. Beata ma wszystko, czego pragnęła. Zapytana, czy jest szczęśliwa, odpowiada z uśmiechem: – Można wytrzymać…

 

On nie jest taki zły…

– Pewnie się jakoś ułoży, zbudujemy wspólny dom, założymy rodzinę, będziemy się nawzajem wspierać – tak myślałam. On nie jest taki zły. Może mało ambitny i energiczny, ale dobry i odpowiedzialny. Będzie dobrym ojcem – z takimi myślami Basia weszła w związek, który początkowo był bardzo dobry, potem dobry, później już tylko znośny. Partnerzy wspierali się nawzajem, dzielili obowiązkami, radzili sobie nieźle z wychowaniem synka.

Stopniowo okazywało się, że Basia oczekuje znacznie więcej od życia niż Bartek. On był gotów zadowolić się byle jakim mieszkaniem w biednej dzielnicy. Ona wiedziała, że ją stać na więcej, dużo więcej. Jako handlowiec w międzynarodowej firmie zaczęła bardzo dobrze zarabiać. I w tym momencie zdezaktualizował się powód, dla którego była z Bartkiem. Nie był on już dla niej równym partnerem. Zaczęły się napięcia, konflikty i żale – po roku takich zmagań małżeństwo rozpadło się gwałtownie i ostatecznie.

Basia przeszła półtoraroczną psychoterapię. Nie tyle w związku z zakończonym związkiem, co z poprzednimi zajściami w rodzinie, które skłaniały ją do przedkładania bezpieczeństwa nad potrzeby serca. W pewnym momencie poczuła, że się rodzi na nowo. Znalazła sobie odpowiedniego faceta. Co prawda na drugim końcu Polski, ale za to takiego, który jej odpowiada pod każdym względem. I jednocześnie całkiem zwyczajny. Po prostu jej pasuje. Basia czuje się gotowa, by zacząć budować jeszcze raz.

Kompromis między sercem i rozsądkiem

Trudno dać jasną odpowiedź na pytanie, co jest bardziej niezawodne: serce czy rozum. Z przytoczonych przykładów widać, że jedno i drugie może nas wpędzić w tarapaty. Z każdym z wyborów związania jest jakaś korzyść i jakaś cena. Ta sytuacja sugeruje, że rozterki należy przekroczyć, szukając sposobu na pogodzenie przeciwieństw. Być może przeciwieństwa tylko pozornie się wykluczają. Taka postawa to esencja rozwoju duchowego.

Nie jest łatwo opisać integrację, która zachodzi w zakamarkach naszego wnętrza. Łatwiej powiedzieć, po czym można poznać, że taka integracja miała miejsce. Tą oznaką jest kontakt ze sobą. Rodzaj spokoju i zrozumienia, które można oddać słowami: „Wiem już, kim jestem. Znam siebie. Wiem dokładnie, czego pragnę i co chcę przeżyć. Wiem też, co nie jest dla mnie dobre”. To właśnie trzeci kompas. Posługując się nim, zyskujemy pewność i mamy mniej rozterek. Rzeczy, co do których wahaliśmy się, stają się teraz oczywiste.

Basia, dwa lata po rozwodzie, tak formułuję swoją lekcję: – Pójście za głosem rozumu może być ustępstwem na rzecz lęków albo na rzecz programu, według którego mnie wychowano. Taka decyzja nie ma nic wspólnego z tym, kim jestem. Racjonalne myślenie o związku odnosi się do prawd zasłyszanych, wyczytanych, a nie moich.

– Serce, używane nieodpowiednio, jako emocja, może wyprowadzić na manowce. Ale jeśli mam dobry kontakt z sobą, serce bardzo mądrze podpowiada. I nie posiada monopolu; jest tylko jednym z głosów w moim wnętrzu. Podejmując decyzję staram się dotrzeć jeszcze głębiej, poczuć, kim jestem. Gdzieś w moim centrum wiem, co jest właściwe i dobre.

Taka postawa ma oczywiście wpływ na to, jaki związek powstanie. Dowiadujemy się o tym od Bożeny – znajduje się na podobnym etapie życia, co Basia. W wieku 36 lat zaczyna od nowa, wiedząc, że jest gotowa na związek. Rozwiedziona, ma córkę z pierwszego małżeństwa. Rok temu zakończyła relację pełną konfliktów i rozczarowań. Podobnie jak Basia „odrobiła swoją lekcję” w dłuższej psychoterapii. Oto, jak opisuje swoje doświadczenia teraz, po latach zmagań ze związkami, które nie działały.

– Jestem z facetem, który pasuje mi pod każdym względem. Znamy się jeszcze z okresu studiów. I teraz, kiedy oboje staliśmy się wolni, powstała możliwość bycia razem. Budujemy nasz związek, ale nie tak, jak kiedyś sobie wyobrażałam. Związek się sam buduje. Powstaje organicznie, z każdej chwili spędzonej razem – kiedy rozmawiamy, wspieramy się, dzielimy sobą, kochamy. Z każdym dniem stajemy się sobie bliżsi. Coraz więcej nas łączy. To proces. Jest tak naturalny i prosty, że dziwię się, że kiedyś widziałam to inaczej. Wystarczyło raz, na początku, powiedzieć mu „tak”. Dalej wszystko dzieje się samo. Bez ekstazy, bez dramatu, spokojnie i pięknie. To miłość dwojga dojrzałych ludzi.

  1. Psychologia

Nie chcesz już być singielką? Postaraj się zamknąć przeszłość

Jeśli decydujesz się na bycie singlem - powinien to być świadomy wybór. Często jednak za tą decyzją kryją się nieprzepracowane krzywdy. (fot. iStock)
Jeśli decydujesz się na bycie singlem - powinien to być świadomy wybór. Często jednak za tą decyzją kryją się nieprzepracowane krzywdy. (fot. iStock)
Można wyodrębnić dwie grupy osób żyjących w pojedynkę: single z wyboru i single wdowcy. Ponad połowa z nich to głównie kobiety w wieku dojrzałym. Wielu singli nie szuka obecnie partnera, a głównymi powodami kroczenia przez życie solo są: obawa przed zranieniem, przykre doświadczenia z przeszłości i brak potrzeby nawiązywania bliskich relacji.

Trzydziestoletnia Magda żyje w pojedynkę od 5 lat. Ma za sobą jeden poważny związek, który skończył się rozstaniem. Czterdziestoletnia Iwona 3 lata temu w wypadku samochodowym straciła męża. Twierdzi, że ciągle nie jest gotowa na nową miłość. Dwudziestoletnia Ania bardzo przeżyła rozwód rodziców. W dzień swoich osiemnastych urodzin dowiedziała się, że jej ojciec od lat miał równoległy związek.

Gdy przeszłość boli

Śmierć ukochanego człowieka, zdrada partnera, rozwód czy traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa to głęboka rana, która wymaga czasu, ale też przeżycia i pogodzenia się ze stratą. Czas po stracie nazywany jest żałobą, która ma kilka charakterystycznych etapów. Najpierw pojawia się szok, niedowierzanie, że to spotkało właśnie ciebie, życzeniowe myślenie, że to nieprawda, że wszystko będzie jeszcze tak jak dawniej. Później pojawia się bunt, żal, wściekłość, pragnienie szukania winnego, targowanie się z losem: co mogę zrobić, żeby ukochany człowiek wrócił? Depresja - etap izolacji, pogrążania się w bezgranicznym smutku, myśli samobójcze to najtrudniejszy etap żałoby, który zwykle pojawia się po pewnym czasie od zaistnienia straty (kilka miesięcy po pogrzebie, rozwodzie), kiedy bliscy, dotąd wspierający, wracają do swojego życia, a osoba po stracie w pełni uświadamia sobie fakt opuszczenia.

Rozliczenie się z przeszłością, pogodzenie z zaistniałymi faktami, akceptacja straty z jednoczesnym zachowaniu w sercu pamięci o nieobecnym, to ostatni etap żałoby, który powinien pojawić się do roku po stracie. Jednak często tak się nie dzieje. Magda ciągle przechowuje na szafce przy łóżku zdjęcie ukochanego. Utrzymuje kontakty ze wspólnymi znajomymi, którzy przekazują jej informacje na temat ,,byłego". Kiedy kilka tygodni temu dowiedziała się, że w jego związku nie dzieje się najlepiej, nadzieja na powrót partnera ponownie ożyła. Iwona nie była w stanie uczestniczyć w pogrzebie męża, do dziś nie była na cmentarzu. ,,Przecież tam go nie ma. Nie jestem w stanie pogodzić się z faktem, że ten młody, pełen życia mężczyzna, leży zakopany w ziemi" - tłumaczy przyjaciółkom. Ania zwierzyła mi się w trakcie terapii, że nigdy nie wyjdzie za mąż, bo czuje się lojalna wobec matki. ,,Wszyscy faceci to dranie. Niech mi pani da gwarancje, że mężczyzna, którego pokocham, będzie należał tylko do mnie".

Kiedy nosisz w sobie takie pokłady cierpienia, rozżalenia, bólu, lęku, wściekłości i niewiary w udany związek, nie jesteś w stanie rozstać się z przeszłością. Bywa, że w desperacji, na oślep szukasz miłości, wierząc, że zastąpi ci ona tę utraconą. W nowym partnerze lokujesz swoje zranione uczucia i wierzysz, że on wynagrodzi ci twoje rozczarowania i ukoi ból z przeszłości. A przecież żaden człowiek nie zastąpi nam byłego partnera. Związki zawierane z taką intencją z góry skazane są na porażkę.

Sprawdź, czemu/komu mówisz: ,,nie"

Jeśli masz za sobą tak dotkliwą stratę jak śmierć partnera, zdradę, porzucenie, czy traumatyczny rozwód rodziców bądź swój, twoja decyzja o życiu w pojedynkę nigdy nie jest świadomym wyborem. Jak to sprawdzić? Wyobraź sobie swój potencjalny nowy związek. Jaki obraz się pojawia? Wracają sceny z przeszłości: czujesz zapach dawnego partnera, wspominasz dzień waszego poznania, przypominasz sobie twarz ojca, który zapewniał, że nigdy nie przestanie cię kochać, a ty wiedziałaś, że jeśli uwierzysz w jego słowa to zranisz matkę? Jeśli tak właśnie jest, nie jesteś wolna od przeszłości. Nowy związek, myśl o nim powinna ci się jawić jak biała kartka, wielka niewiadoma, którą z ciekawością przyjmujesz. Jeśli w głowie masz już gotowy scenariusz tego, co ma się wydarzyć, wiesz dokładnie jaki ma być ten nowy mężczyzna, to znak, że jeszcze potrzebujesz czasu, by zamknąć stare i z ufnością otworzyć się na nowe. Psychologowie twierdzą, że od ostatniego związku powinny minąć przynajmniej dwa lata, żebyś mogła wejść w nową, udaną relację. W przypadku dotkliwej straty ten czas może być za krótki.

Przede wszystkim musisz zamknąć proces żałoby. Jak to zrobić?

Zaakceptuj fakt, że przeszłość już nie wróci. Nawet jeśli partner, który odszedł, zdecyduje się wrócić, wasz związek zacznie się od nowa, a gwarancją jego powodzenia będzie wybaczenie i zamknięcie przeszłości. Spotkacie się jak dwoje nowych ludzi.

Zrób bilans przeszłości. Nie idealizuj partnera, ani waszej relacji. Były między wami dobre i złe chwile, jak to w życiu. Obydwoje macie zalety i wady. Przy innym partnerze ty będziesz zupełnie inna. Jemu też daj taką szansę. Tylko wtedy będziecie mogli spotkać się autentycznie.

Jeśli nosisz w sobie ból po rozstaniu rodziców, zaakceptuj fakt, że to nie ty byłaś partnerką ojca i to nie ciebie zdradził. W potencjalnym partnerze nie szukaj ojca, na którym podświadomie będziesz chciała wyrównać krzywdy matki. W rozpadzie związku zawsze mają udział obydwie strony.

Pożegnaj się z mężczyzną z przeszłości, obojętnie czy chodzi o twojego partnera czy ojca. W myślach podziękuj mu za wszystko, co było dobrego w waszej relacji i zamknij ból wynikający z tego wszystkiego co cię zraniło. Ból, lęk, urazy to emocje z przeszłości. Skoncentruj się na tym, co ,,tu i teraz".

Jeśli zamkniesz przeszłość i dojdziesz do wniosku, że w twoim życiu nadal nie ma miejsca dla drugiego człowieka, będzie to twój świadomy wybór.

  1. Psychologia

Zadbaj o najważniejsze sprawy w życiu - ćwiczenia

Miłość, zdrowie, świadomość - jak zadbać o najważniejsze aspekty? (fot. iStock)
Miłość, zdrowie, świadomość - jak zadbać o najważniejsze aspekty? (fot. iStock)
Wprowadzać zmiany to jedno, drugie – przyjmować te, które przychodzą bez, a czasem nawet wbrew naszej woli. Niezależnie od tego, co cię spotka w nowym roku, już teraz zadbaj o sześć ważnych aspektów życia.

Zdrowie

Oto technika twórczej wizualizacji, która będzie wspierała twoje zdrowie poprzez pozytywny obraz siebie, a szczególnie twojej kondycji psychofizycznej. Ćwiczenie wykonujesz w stanie relaksu, kiedy twoja podświadomość jest chłonna jak gąbka. Możesz wówczas wprowadzać pozytywne obrazy siebie, programując w ten sposób tę część swojej psychiki. Dzieje się tak, dlatego że mózg nie odróżnia obrazów wyobrażonych od tych, jakie widzisz w rzeczywistości. Jeśli kreujesz obraz siebie w pełni zdrowia, będzie dostrajała się do tego wewnętrznego obrazu. Pozytywna wizualizacja wzmocni również układ odpornościowy. Gotowa?

Usiądź wygodnie i zamknij oczy. Zrób kilka długich wdechów nosem i wydechów ustami. Skieruj uwagę do ramion i poczuj ich przyjemny ciężar. To wszystko pozwoli ci się bardziej zrelaksować. Teraz wyobraź sobie ulubione miejsce w przyrodzie. Uaktywnij wszystkie zmysły, aby poczuć tę przestrzeń pełną kolorów i świeżego powietrza. W tym miejscu zobacz siebie w pełni zdrowia i sił witalnych. Uśmiechniętą, radosną i szczęśliwą. Widzisz swoje ciało w dobrej kondycji, a skórę i oczy lśniące blaskiem zdrowia. W myślach możesz powtarzać: „To właśnie ja, w pełni zdrowia i sił witalnych. Dziękuję za moje zdrowie”. Możesz do tej gotowej formuły dodać także coś od siebie, pamiętając o używaniu czasu teraźniejszego oraz samych pozytywnych słów. W ten sposób wprowadzasz nowy obraz do podświadomości. Powtarzaj ćwiczenie codziennie, zwłaszcza jeśli obecnie doświadczasz słabości albo choroby.

Miłość

W nowym roku kochaj przede wszystkim siebie, a wtedy otworzysz się na miłość do innych. Oto, co może ci w tym pomóc:
  • Otwórz serce na swoje Wewnętrzne Dziecko i zacznij wsłuchiwać się w jego potrzeby. Przejmij opiekę nad tym młodszym i wrażliwszym aspektem siebie. Wewnętrzna Dziewczynka potrzebuje twoich pozytywnych słów, miłości i ciepła. Wyobraź sobie teraz jej obecność i porozmawiaj z nią. Możesz jej powiedzieć, że ją kochasz, że się nią opiekujesz i nigdy nie opuścisz. Powiedz jej o sobie (dorosłej), cokolwiek teraz przyjdzie ci do głowy. Rozmawiaj z nią regularnie, wyobrażając sobie, że na końcu rozmowy przytulasz ją do serca i razem oddychacie.
  • Praktykuj współczucie, ponieważ pomaga otworzyć serce. Aby to zrobić, wyobraź sobie osobę, która obecnie może doświadczać stresów czy cierpienia. Spróbuj wzbudzić w sobie współczucie, które manifestuje się jako uczucie ciepła w środku klatki piersiowej i w okolicy serca.
  • Jeśli nie jesteś obecnie w związku, ale chciałabyś być, bądź świadoma, czy wybaczyłaś poprzednim partnerom. Czy nadal żywisz urazę do któregoś z nich? Może już czas wysłać pozytywną intencję tej osobie?
  • Sprawdź, jakie masz przekonania na temat związków. Jeśli negatywne, nie dziw się, że nie przyciągnęłaś nadal odpowiedniego partnera. Wypisz na kartce wszystkie negatywne przekonania i zmień je na pozytywne. Sprawdzaj reakcje związane z nowymi przekonaniami. Jak mogłoby się zmienić twoje życie, gdybyś naprawdę uwierzyła w nowe afirmacje?
  • Czy często się smucisz na myśl o swojej samotności? Smutek nie przyciągnie do ciebie nowej osoby. Twoje radosne serce będzie magnesem dla drugiego serca gotowego na miłość. Dlatego zadbaj o to, aby codziennie robić coś, co sprawi ci uciechę. W takim pogodnym stanie pomyśl o nowym partnerze i nowym związku, jaki z nim stworzysz. Jak chciałabyś się w nim czuć? Stwórz pozytywną wizję tej relacji (np. wyobrażając sobie siebie z kochającą osobą w czułym objęciu) i przywołuj ją zawsze, gdy będziesz w radosnym stanie ducha.

Finanse

Pieniądze to środek wymiany, ale nie tylko. Pomyśl o nich jak o przejawach obfitości wszechświata. Jeśli zaprzyjaźnisz się z pieniędzmi, będziesz je szanować i być wdzięczna za każdą posiadaną ilość, zaczniesz przyciągać ich więcej. Oto kilka sposobów na to, jak otworzyć się na obfitość:
  • Zastanów się, co na temat pieniędzy mówili twoi rodzice, kiedy byłaś dzieckiem. Pamiętasz jakieś historie związane z pieniędzmi, powtarzane podczas rodzinnych spotkań? Jaka była materialna sytuacja twoich rodziców?
  • Zapisz na kartce wszystkie negatywne przekonania na temat pieniędzy, które wyniosłaś z rodzinnego domu, np. „pieniądze szczęścia nie dają”, „pieniądze są brudne”. Następnie napisz ich pozytywne odpowiedniki, nazywane również afirmacjami. Przeczytaj na głos wszystkie nowe przekonania i sprawdź, co czujesz, kiedy je czytasz. Zapisz swoje spostrzeżenia. Codziennie czytaj afirmacje i sprawdzaj swoje mentalne, cielesne i emocjonalne reakcje. Pozwól sobie uwierzyć, że zasługujesz na obfitość finansową, tak jak zasługujesz na radość i miłość.
  • Zauważ, co myślisz i mówisz oraz jak się czujesz, kiedy wydajesz pieniądze, kiedy płacisz rachunki oraz kiedy pieniędzy ci brakuje. Bądź świadoma, co wysyłasz w eter, kiedy obcujesz z pieniędzmi. Czy wzmacniasz pozytywne przekonania czy negatywne, które będą raczej odpychać pieniądze od ciebie?
  • Staraj się myśleć o pieniądzach pozytywnie. Wzbudź w sobie uczucie wdzięczności, kiedy otrzymujesz wypłatę, ale również, kiedy pieniądze wydajesz. Pomyśl: „Wydaję, ponieważ mam ich dużo, mogę się dzielić moją obfitością, ponieważ mam jej wystarczająco dużo”. Innymi słowy, zamiast denerwować się, płacąc rachunki, pomyśl, że to tylko przejaw twojej obfitości finansowej. Brzmi jak zaklinanie rzeczywistości? Albo jak ciekawy eksperyment, który może sprawić, że pieniądze zaczną się pojawiać w twoim życiu częściej.

Usiądź wygodnie i zamknij oczy. Wyobraź sobie, że stoisz nad brzegiem oceanu. Jest piękny, letni dzień. Oddychasz świeżym powietrzem i doświadczasz piękna otoczenia. Teraz zobacz, jak z nieba spadają banknoty o wysokich nominałach. Wszystkie lecą w twoim kierunku, zupełnie jakbyś była przyciągającym je magnesem. A teraz obserwuj swoje reakcje na to niewiarygodne zjawisko. Umysł logiczny będzie je pewnie wyśmiewał, ale pozwól sobie uruchomić prawą, czyli kreatywną półkulę. Jak się czujesz, kiedy obfitość pieniędzy spływa właśnie na ciebie? Czy pozwolisz sobie na ich przyjęcie? Czy cieszysz się, że je widzisz? A może czujesz, że to pomyłka i pieniądze powinien dostać ktoś inny? Oddychaj głębiej i obserwuj wszystkie reakcje. Sprawdź, czy poprzez oddech możesz otworzyć się na przyjęcie obfitości, jaka do ciebie płynie w tej wizualizacji do swojego ciała. Napełniaj ciało obfitością i powtarzaj to ćwiczenie raz w tygodniu, sprawdzając swoje reakcje.

Kreatywność

Nie uczyłaś się nigdy malować? Nic nie szkodzi. Zapraszam cię do malowania intuicyjnego. Oto, czego potrzebujesz: płótno malarskie dowolnej wielkości, zestaw farb akrylowych, kilka pędzelków różnej wielkości, paletę (możesz skorzystać z pudełka po jajkach). Zanim zaczniesz malować, wybierz muzykę, jaka ci odpowiada i będzie towarzyszyła procesowi malowania. Możesz też tworzyć w ciszy. Stań lub usiądź naprzeciwko płótna i zamknij oczy. Skup uwagę na oddechu, bądź świadoma każdego wdechu i wydechu. Teraz skieruj uwagę do swojego serca. Zapytaj go, co chciałoby wyrazić poprzez twoje malowanie? Po chwili weź pędzel i wybierz intuicyjnie pierwszy kolor. Nałóż go powoli na płótno, w dowolnym miejscu. Kolejne kroki wykonuj nadal intuicyjnie z otwartością i ciekawością na to, co stworzysz. Nikt tego nie będzie oceniał, ty również tego nie rób. Twój obraz nie podlega żadnemu osądowi. Jest wyrazem twojego obecnego stanu, a może niesie również jakąś informację? Po zakończeniu pomedytuj przez moment ze swoim dziełem. Zobacz, co obraz chce ci powiedzieć.

Świadomość

Codziennie przez chwilę oddychaj świadomie. Jak to zrobić w łatwy sposób? Gdziekolwiek jesteś, po prostu zaobserwuj swój oddech. Możesz przenieść uwagę do nozdrzy i poczuć powietrze, które do nich wpływa oraz z nich wypływa. Zwróć uwagę na długość wdechu i wydechu; czy robisz nieświadomie pauzę między obiema fazami oddechu, czy oddech jest płytki, czy głęboki, szybki czy powolny?

Jeśli zależy ci na uspokojeniu biegu myśli i zrelaksowaniu się, zacznij oddychać wolniej i głębiej. Wdech nosem, wydech ustami. Poczuj, jak z każdym wydechem twoje ciało się rozluźnia. Mięśnie nie muszą być w stanie gotowości, mogą się odprężyć, rytm serca może być wolniejszy, a ciśnienie krwi może spaść. To wszystko dzieje się, jeśli wchodzisz dzięki świadomemu oddechowi w stan relaksu.

Wdzięczność

Kup piękny zeszyt i codziennie wpisuj do niego, za co jesteś wdzięczna. Skupiaj się zarówno na rzeczach z dnia codziennego, jak i tych uniwersalnych. Kiedy piszesz, staraj się poczuć tę wdzięczność w sercu. Ono odpowie ci harmonijnym, czyli koherentnym rytmem, który usprawni twoje procesy myślowe, kreatywność oraz wzmocni układ odpornościowy. Wdzięczność przyciąga do nas więcej tego, za co jesteśmy wdzięczne. Wdzięczność pomaga nam poczuć spokój, ponieważ szybko obniża poziom hormonów stresu we krwi.

Rano, kiedy się obudzisz, spróbuj powiedzieć do siebie:

  • jestem wdzięczna za to, że żyję,
  • jestem wdzięczna za ten dzień, który się właśnie zaczyna,
  • jestem wdzięczna za moich bliskich,
  • jestem wdzięczna za miejsce, w jakim żyję,
  • jestem wdzięczna za to, że mam co jeść,
  • jestem wdzięczna za dobre rzeczy, których dzisiaj doświadczę.
Dagmara Gmitrzak: trenerka rozwoju osobistego, socjolog, terapeutka technik holistycznych, autorka książek.