1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Przykazania szczęśliwej zołzy (cz. 2)

Przykazania szczęśliwej zołzy (cz. 2)

123rf
123rf
O co chodzi? O to, że gdy zbytnio zabiegasz o relację, to prawdopodobnie jest ona do niczego. O to, że lepiej być szczęśliwą sama ze sobą niż nieszczęśliwą w związku. Pora w to uwierzyć i pokazać pazurki!

PRZYKAZANIE SZÓSTE Związek, w którym za bardzo się starasz, prawdopodobnie jest do niczego

– Kiedy coś jest dobre, przychodzi od tak, wydaje się łatwe i nie czujesz się tym umęczona – przekonuje Argov. Dotyczy to zarówno zasobów i talentów, jak i związków. Jeśli czujesz, że musisz zbyt wiele poświęcać czy wspinać się na szczyty dyplomacji, żeby komuś coś wytłumaczyć tak, by go nie urazić – to znaczy, że starasz się na darmo. Tzw. trudne związki są mocno przereklamowane. Jeśli nie jesteście dobrani charakterologicznie, wasze życie będzie mordęgą, a powinno być przyjemnością. Naprawdę.

 

PRZYKAZANIE SIÓDME Mężczyźni nie reagują na słowa, ale na brak kontaktu

Podstawowy błąd kobiet: chcą za dużo rozmawiać o związku. – Po co? – mówi zołza. Jest przecież tyle innych ciekawych tematów. Jeśli twój związek nie jest twoim jedynym hobby, stajesz się bardziej atrakcyjna dla siebie, dla ludzi i dla partnera. Można z tobą porozmawiać o fizyce kwantowej, o sytuacji na Bliskim Wschodzie, ostatnim filmie Woody’ego Allena czy urokliwych krajobrazach Tajlandii. – Zbyt częste rozmawianie o związku odziera go z tajemnicy – twierdzi Argov i dodaje, że jest to prosta droga do jego zakończenia. Druga sprawa: zrzędzenie. Podobno domena kobiet. Owszem, kobiety są emocjonalne, poprzez słowa niwelujemy stres, ale jeśli myślisz, że tyrady na temat złego zachowania partnera, osiągną zamierzony skutek, grubo się mylisz. Nikt nie lubi zrzędzenia. O wiele skuteczniej działają czyny. Zatem jeśli masz o coś pretensje do partnera, ogranicz z nim kontakt. Nie, nie chodzi tu o sławetne „ciche dni”, tylko o zmniejszenie częstotliwości i długości waszych rozmów, a także spotkań. I nie bądź obrażona, tylko odrobinę zdystansowana. Daj mu czas, by zobaczył, co traci, a co może zyskać, naprawiając swój błąd. Na przykład może dołączyć do ciebie, gdy kolejny już raz w tym tygodniu idziesz na ściankę wspinaczkową.

PRZYKAZANIE ÓSME Jeśli on nie podaje konkretnej godziny, randka jest nieaktualna

Znajomy obrazek: ona siedzi cały dzień przy telefonie, odrzucając wszystkie spotkania i kończąc szybko inne rozmowy, bo przecież on powiedział, że zadzwoni, albo jeszcze gorzej – powiedział, że mogliby się spotkać w sobotę i że się jeszcze zdzwonią. Jest sobota, godz. 17.00, a ona – na wpół wściekła, a na wpół zmartwiona, bo może coś mu się stało – kalkuluje, do której godziny może jeszcze mieć nadzieję na spotkanie. Błąd, błąd i jeszcze raz błąd! Według Sherry Argov mężczyzna, który nie dzwoni: albo nie jest zainteresowany kontynuacją znajomości, albo chce zobaczyć, jak zachowa się kobieta. Właściwym zachowaniem jest danie mu szansy powiedzmy do obiadu, a jeśli nie zadzwoni – umówienie się do kina z przyjaciółką lub przyjęcie zaproszenia do znajomych na miły wieczór. Jeśli zadzwoni już w jego trakcie, odpowiedz: „Szkoda, że nie zadzwoniłeś wcześniej, jestem już zajęta”. Zdaniem Argov facet – jeśli mu zależy – zrobi wtedy wszystko, by kobieta ponownie umówiła się z nim jak najszybciej, poda konkretną godzinę, a nawet przyjedzie po nią samochodem. Inny przykład: on i ona mieli dziś wieczorem pójść na film i na kolację. On dzwoni na dwie godziny przed i mówi, że właśnie jest u niego przyjaciel i chyba nie da rady. Wieczorem dzwoni znowu i mówi, że jest już sam w domu i czy ona nie chciałaby do niego wpaść… Według Sherry Argov miła dziewczyna od razu wskakuje w elegancką sukienkę, a jeszcze po drodze kupuje wino i pizzę. Co robi zołza? Nic, mówi, że jest za późno i że już zorganizowała sobie czas. Albo, jak jedna z kobiet, którą opisuje w swojej książce Argov, rzuca: „Pewnie, będę za godzinę, tylko wyjdź po mnie z parasolką na przystanek, bo strasznie leje”, po czym zagłębia się w ulubionej książce. Zołza szanuje swój czas.

PRZYKAZANIE DZIEWIĄTE Możesz sobie pozwolić na powiedzenie o wiele więcej z humorem, niż gdybyś mówiła z kamienną twarzą 

Zołza nigdy nie traci poczucia humoru. Po pierwsze, dlatego, że nigdy nie wpada w przygnębienie z powodu problemów i stara się optymistycznie patrzeć w przyszłość, po drugie dlatego, że wie, że humorem można więcej zdziałać niż marudzeniem. – Poczucie humoru to coś więcej niż umiejętność powiedzenia czegoś zabawnego – mówi Agrov. – Chodzi o panowanie nad sobą, o wyrażanie całą postawą, że dobrze się czujesz w swojej skórze. Pokazanie, że nie dajesz się wyprowadzić z równowagi. On cię krytykuje? Spytaj z uśmiechem: „Wolisz mieć połamaną jedną nogę czy dwie?”. Pomyśl, że kiedy ludzie, w tym partner, cię drażnią, to jakby pytali: „Masz jeszcze swoje pazurki?”. Pokaż, że potrafisz zachować dystans – do siebie i problemu.

PRZYKAZANIE DZIESIĄTE Najatrakcyjniejszym przymiotem człowieka jest godność

– Przez całe życie ludzie będą starali się osłabić twoją wiarę w siebie – mówi Sherry Argov. – Kiedy tak się zdarzy, przypomnij sobie, że dopną swego tylko wtedy, gdy im na to pozwolisz. Krocząc przez życie, zawsze trzymaj wysoko uniesioną głowę i nie zatrzymuj się. Nigdy nie pozwól odebrać innym swojej godności, bo to jest naprawdę wszystkim, co posiadasz. Będziesz wtedy nie tylko atrakcyjna dla siebie, ale też dla innych. I jeszcze jedno – radzi Argov – jeśli dojdzie wreszcie do sytuacji, w której partner powie ci: „ale z ciebie zołza”, zamknij oczy i rozkoszuj się tą chwilą. Uśmiechnij się do siebie i pomyśl: „to znaczy, że on naprawdę mnie kocha”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Kobieta alfa szuka mężczyzny

Kobieta alfa szukając mężczyzny powinna przede wszystkim zweryfikować swoje wymagania. (Fot. iStock)
Kobieta alfa szukając mężczyzny powinna przede wszystkim zweryfikować swoje wymagania. (Fot. iStock)
Znaleźć partnera, kiedy masz sukces i pozycję, wcale nie jest łatwo. Mężczyźni boją się kobiet o cechach przywódczych, kobiet alfa. A może to tylko mit z czasów, gdy niewiele pań robiło karierę? Jaki jest idealny partner i kochanek dla kobiety alfa i jak zostać jego idealną partnerką, zastanawia się Katarzyna Miller, psychoterapeutka. 

Kobiety singielki mówią, że mężczyźni boją się silnych, zdecydowanych, ambitnych kobiet i dlatego one właśnie są same. Amerykańska psychoterapeutka Sonya Rhodes w książce „Kobieta alfa szuka partnera” pisze, że od lat 70. to się jednak zmienia. Mimo tego kobiety boją się, że nie znajdą partnera, jeśli nie spuszczą z tonu. Czy to prawda? Na początku, proszę, nie szukajmy ideałów. Choć spotkałam w jednym z programów TV naprawdę wybitnego mężczyznę, jak bym powiedziała nazwisko, to pół Polski by westchnęło. Mądry, przystojny, z arcymęskim zawodem, znany i jak przypuszczam, pewnie bogaty. Rozmawialiśmy o kłóceniu się i, oczywiście, on powiedział, że się kłóci i jego żona też się kłóci. A jedna z młodych kobiet, która z nami była, powiedziała, że ona nie, bo „to nieładnie i mamusia nie kazała”. On popatrzył na nią jakby z politowaniem. Nawet kiedy przyznała, że się w nim kocha, nie wzbudziło to jego entuzjazmu. Później rozmawialiśmy już prywatnie, wcale nie krótko, i opowiadaliśmy sobie, jak to u nas w domu jest. Powiedział, że gdyby jego żona była miła, ciepła i uległa, to po dwóch latach z nią nie wytrzymałby. Jego żona dokładnie wie, czego chce, co się jej w nim nie podoba, co jej pasuje, i mówi: „Cały ten swój blichtr i wielkość zostawiaj na wycieraczce”. W związku tym on ją ogromnie ceni i lubi, kocha swój dom i kocha w nim być. Ja, jak to usłyszałam, pomyślałam: „Boże, są więc tacy mężczyźni”; bo to, że są takie kobiety, to wiadomo.

A czy ta idealna kobieta jest asertywna i w łóżku? Sonya Rhodes pisze, że silne kobiety w łóżku udają mimozy, nie mówią, czego chcą. A to dlatego, że wciąż przypomina im się, by pozwalały mężczyznom w łóżku być mężczyznami, bo inaczej ich wykastrują. I w efekcie agresywne i ambitne w życiu publicznym alfy w seksie mają problemy nawet z inicjacją.
Nie wypadało mi pytać tego pana o ich seks małżeński, ale ogień, z jakim o niej mówił, pozwolił mniemać, że jego żona i w łóżku szalenie go kręci. Możemy przypuszczać, że jest różnorodna; jeśli ma ochotę być taka „mała i słaba”, by oddawać się zwycięzcy, to jest. A jak ma ochotę na coś innego, to go do tego czegoś prowokuje.

Mówisz: „prowokuje”, czyli używa sposobów. A mogłaby – o ile to wykonalne technicznie – rzucić go na łóżko i wykorzystać, nie obawiając się, że on ucieknie z piskiem albo odrzuci takie zaloty jako niekobiece?
Myślę, że mogłaby go rzucić na łóżko, pod warunkiem że zrobi to w takim oto kontekście: „Ty tak na mnie działasz, że ogarnia mnie zmysłowe szaleństwo, cała płonę i płynę! Muszę się kochać z tobą! Już tu natychmiast”. Nie można rzucić mężczyzny na łóżko w kontekście: „Ja ciebie używam!”. Oni tego nienawidzą. Ponieważ mówimy o alfach, to ważne, by pamiętać, że one nie mogą mieć samców, którzy nie cierpią „samic alfa”. Bo tacy albo ją zadźgają, albo będą w straszliwy sposób rywalizować i niszczyć. To się często zdarza. Ale za to każdy inny mężczyzna z taką kobietą, która potrafi i bawić się, i walczyć, i ustąpić, i wygrać, czyli jest różnorodna, nie będzie się nudzić, a to ważne. Bo mężczyźni i chcą, i nie chcą uległych kobiet. Przecież oni znają z domu nieuległe kobiety.

Nieuległe kobiety, czyli swoje matki?
Oczywiście. Z jednej strony ich nie lubią, a z drugiej – cenią, bo prawdą jest też to, że przy nich czuli się bezpieczni. I tu mamy klucz do tego, dlaczego mężczyźni teraz chcą czuć się bezpiecznie, a niekoniecznie być superkochankami. Otóż wychowywani przez silne kobiety, a nie przez silnych mężczyzn (dzisiejsi ojcowie zazwyczaj nie są silnymi mężczyznami, o ile w ogóle są przy wychowaniu syna), dzisiejsi panowie mają kłopot z uprawianiem seksu z kobietami silnymi dlatego, że one im przypominają ich matki. I nie chodzi tylko o zakaz kazirodczy. Też i o to, że ich matki były całkowicie nieseksualne, bo tylko pichciły, odkurzały, prały i prasowały, do tego zrzędząc i krytykując. A więc najlepiej znana silna kobieta nie jest sexy jako taka. Ale za to daje poczucie bezpieczeństwa. A więc mężczyzna chce kobiety silnej, by czuć się bezpieczny, ale sobie z nią za bardzo w łóżku nie pohasa. Wybiera więc tę uległą i ona daje mu poczucie siły, bo on kontroluje sytuację. Po jakimś czasie odczuwa jednak przy niej niepokój, bo sam sobie poczucia bezpieczeństwa nie da, przecież zawsze dawała mu je silna kobieta, czyli matka.

Badania podane przez Sonyę Rhodes potwierdzają, że dla kobiet nie jest już najważniejsze bezpieczeństwo, a dla mężczyzn seks. Tu między nami nie ma różnic. Mamy już prawo do siły i seksualności, ale nie chcemy słabych, czyli poszukujących poczucia bezpieczeństwa, mężczyzn. Alfy nie czują z nimi żadnej chemii, bo to często straszne melepety.
Taka melepeta znudzi, nie dostarczy ciekawych bodźców. Nie ośmiela się. Dlatego alfy muszą szukać panów, którzy fajnie reagują na tę różnorodność, jaką one mają do zaoferowania, takich, którzy melepetami nie są i się nie boją. Ale też nie chcą z kobietami alfa rywalizować. One potrzebują więc mężczyzny, który będzie podziwiał ich charakter, ale nie będzie postrzegał ich jako zagrożenia. Kogoś stanowczego, ale nie dążącego do konfrontacji, oraz przystępnego emocjonalnie. A więc doświadczonego partnera, który docenia wartość związku i wspaniały seks, jaki mogą razem mieć.

Jedna z bohaterek książki o alfach twierdzi, że ma partnera z sercem beta i penisem alfa. Ale wiele pań powie, że takich nie ma. Autorka książki stwierdza coś zaskakującego, że to alfy myślą stereotypowo. Mężczyźni nie są albo agresywni i seksowni, albo wrażliwi i beznadziejni w łóżku. Oni też są różnorodni. Taki podział wynika z rozdarcia kobiet, które nie radzą sobie z konfliktem między pożądaniem seksualnym a emocjami. Ponieważ te uczucia są nie do pogodzenia, oddzielają je i w relacji z mężczyzną chodzi im albo o emocje, albo o seks.
Oczywiście, bywa, że myślimy tak o mężczyznach i mamy kłopot z uznaniem własnej seksualności. Przypomnę ci jednak mężczyznę cud, o którym mówiłam na początku. Alfa w świecie zewnętrznym, a miły gość wewnątrz, akceptujący kobiecą siłę. Ale uwaga! Tu od razu muszę przyznać, i to ze smutkiem, że nie wszystkie kobiety alfa są różnorodne. Jeśli od małego były nastawione na szóstki z plusem, a potem na zdobywanie kolejnych dyplomów i wyróżnień, a więc są takimi życiowym kujonami i prymusami, to różnorodne nie są.

Nie są różnorodne, bo zawsze muszą być najlepsze?
Tak! We wszystkim w dodatku. A rozwiązanie tkwi w tym, żeby ona była fajtłapą w niektórych rzeczach, w których on może być supermenem. Jednak ona, ten życiowy kujon, nie odpuści sobie niczego, nawet wymiany akumulatora. Więc on nie ma się jak wykazać. Dlaczego? Współcześnie postawiłyśmy na zewnętrzny rozwój, ambicje zawodowe. To, oczywiście, pozytywne. Ale zapomniałyśmy o wewnętrznym rozwoju. Zestaw jest więc często taki: żelazna pani prezes na zewnątrz, a dzidzia przerażona w środku. Przerażona nie tym, że sobie nie poradzi w robocie, tylko tym, że nikt jej nie pokocha. I im bardziej smutna i samotna w środku, tym mniej chce to pokazać, tym mocniej się ukrywa za umiejętnościami, do których jeszcze doszły te męskie. Mężczyzna ma coraz mniej pól, na których jej zaimponuje, na których ona sobie bez niego nie poradzi, w których jest naprawdę potrzebny.

A dlaczego ona myśli, że nikt jej nie pokocha?
Bo ona nie jest do kochania, tylko do zdobywania kolejnych potwierdzeń swojej wartości. Współcześni rodzice nauczyli się już, że dziewczynę trzeba wyposażyć w wykształcenie, ponieważ skończył się czas, kiedy to chłopcy zarabiali i przynosili upolowaną zwierzynę do domu. Teraz ona ma przynieść. Rodzice jednak nadal zapominają (a może nigdy nie pamiętali?), że dziewczynka ma też być kochana. W związku z tym, kiedy jest już kobietą, nie czuje, że jest do kochania, nadal czuje, że jest kimś do: przynieś, podaj, pozamiataj, tylko na wyższym, aspirującym poziomie, czyli ma sobie radzić finansowo, prestiżowo i moralnie. Na szczęście są też kobiety alfa, których dzidzia w środku nie jest rozmemłana i wie, kim jest. Czasami taka, że się oprze na nim i powie: „Ja bez ciebie bym sobie w ogóle nie poradziła”, a czasami: „Wiesz, ja sama też sobie radzę, więc nie musisz mi we wszystkim pomagać”. Chodzi o to, o co od zawsze chodziło między mężczyznami a kobietami, i co jest niezbywalne – o rodzaj walki nie do ostatniej kropli krwi, nie do zniszczenia, tylko walki dla atrakcyjności. Jak dziecięca zabawa. Byłam raz na wakacjach z dwojgiem dzieci, które się razem wychowywały i kochały się niemożebnie. Te szkraby trzyletnie siedziały sobie w piaseczku i mówiły: „Kocham cię”; „A ja cię bardziej kocham!”. Po czym patrzę, a jedno wyrywa łopatkę drugiemu i buch go w głowę. Zaraz potem znów: „Kocham cię, kocham”.

Więc całusy i przytulanki, a raz na jakiś czas buch go w łeb?
Oczywiście, choć nie chodzi o to, aby się wykrwawiać. Raczej o to, aby czuć, że każdy nasz stan, jaki mamy między sobą, jest ciekawy, bo jest między nami. Każde słowa: „Zawiodłeś mnie”, „zachwyciłeś mnie”, „jestem taka, jak ty sobie życzysz” i „jestem kompletnie inna, niżbyś chciał”, są cenne. Niedawno moja przyjaciółka powiedziała: „Wiesz, mój chłop to jednak jest słodki. Pokłóciliśmy się, wyleciał z domu, poszedł na rower. A kiedy wrócił, mówi: »Dotarło do mnie na tym rowerze, że ty mnie tak wkurzasz jak nikt, ale że to właśnie pokazuje mi, jak bardzo cię kocham”. Byłoby dużo lepiej nam wszystkim, gdyby mężczyźni nie widzieli, jak ich mamusia ich tatusia kastruje, a on się daje. Ale, niestety, widzieli i się boją. Gdyby mamusia nie kastrowała, tylko mówiła dzieciom, szczególnie chłopcom, że ich tata jest super, to ci chłopcy jako mężczyźni nie baliby się silnych kobiet. Powiedz, która kobieta w Polsce mówi synowi, że jego tata jest super?

Ja wiem tylko o jednej takiej, choć znam ich bardzo wiele.
Mamusie moich klientek i moje znajome tego nie mówią. Tak jak nie mówią córkom: „Jesteś słodka, cudna i kochana”. Po prostu nie mówią. Jeżeli chłopak widzi, że tatuś ucieka z domu i go nie ma, to albo pomyśli: „On mnie nie chce, ja się nie sprawdziłem”, albo powie matce, że to przez nią nie ma w domu taty. Jeżeli ona jest taka upierdliwa, zołzowata i do tego nieustannie sprząta, to on później takiej kobiecości z seksualnością nie połączy.

Sonya Rhodes mówi, że kiedy czegoś chcesz w seksie, powiedz o tym, to on to zrobi. Ale alfy boją się, że to mało kobiece, i dlatego unikają wyrażania swoich pragnień wprost.
Niekoniecznie mężczyzna w łóżku zrobi to, co kobieta powie. Wielu się wścieka, jak im się mówi, czego się od nich oczekuje. Złości ich sam fakt, że się mówi, że jest jakiś przepis na nich w seksie, że ktoś wie lepiej, jacy oni mają być jako samce. Przereklamowana jest zasada: mów, czego chcesz. Ja wyznaję inną – wzmacniaj to, co ci się w mężczyźnie podoba, a osłabiaj to, co ci się nie podoba. Wzmacniaj aprobatą i oddawaniem czegoś fajnego.

Rhodes pisze, że kobiety alfa nie umieją się dogadać z mężczyznami, fantazjują o samcu, który bierze siłą i doprowadza do ekstazy. Nazywa to kompleksem „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. Jej zdaniem samica alfa pragnie być zdobywana, bo to zagłusza jej strach, że jest za mało kobieca.
Oczywiście! Ona sprawdza, czy on ją naprawdę chce. Jeżeli to daje się sprawdzić, a on tym sprawdzaniem się nie zraża i nie daje się wytrącić z tego, że jej pragnie, kobieta może poczuć, że jest warta, pożądana. W kobietach jest zestaw pychy („każdy ma mnie chcieć”) z biedą („nikt mnie nie chce”). A teraz o innym aspekcie. Mężczyźni starają się być samcami alfa, żeby mieć najlepszy dostęp do kobiet. Kobiety stają się samicami alfa, żeby ich życie było lepsze, żeby nie zależeć od mężczyzn. Żyć także na zewnątrz, nie tylko w domu, rozwijać się zawodowo, tworzyć, mieć wpływ na świat, którego tak długo były pozbawione. Mężczyźni wiedzą, że jakaś wielka liczba kobiet chce ich dla ich znaczenia i pieniędzy. Godzą się z tym. A kobiety z sukcesem nie chcą być wybierane z powodu prestiżu czy pieniędzy, tylko z miłości. Na razie nie ośmielają się chcieć „dysponować dostępem do facetów”, bo kobieta powinna oczekiwać wielkiej miłości. To na razie ciągle jeszcze jest ogromna różnica. Kobieta ma mieć o czym marzyć i śnić. Żyje w takim wirtualnym, neurotycznym świecie i ma sobie czym zaprzątać głowę: „Czy on mnie będzie kochał? Zechce? Czy jestem warta jego uczuć?”. To jest pochwalany przez patriarchat wewnętrzny dylemat kobiet.

Podsumujmy, proszę, jak więc kobieta alfa ma się zabrać do szukania mężczyzny kochanka i partnera dla siebie?
Ja bym na wstępie powiedziała, że powinna zweryfikować swoje wymagania. Zobaczyć, na co się godzi i co jej wystarcza. Jest różnica pomiędzy wystarczającym a wymarzonym. Jeżeli coś ci wystarcza – bierz to i się z tego ciesz. Gdy pytam kobiety: „Czy będziecie utrzymywały faceta?”, mówią: „nie!”. A dlaczego? Przez tyle wieków oni nas utrzymywali. Jeżeli sama tego chciałaś bądź twoje życie ułożyło się tak, że stałaś się kimś wszechstronnym, zauważ, że skończyły się czasy, że mężczyzna ma być lepszy od kobiety. Po to tyle lat biłyśmy się o emancypację, rozwody i wybór człowieka z miłości, żeby nie musieć sprowadzać rzeczy do prestiżu i majątku. Znam dużo dziewczyn, które są piekielnie ambitne, odważne, to supersamice alfa, też w tym sensie, że nie mają w sobie instynktu macierzyńskiego i ciepła. I wiesz, czego one chcą od mężczyzny? Chcą wyższego od siebie, lepiej zarabiającego, pewnego siebie. Takiego partnera nigdy nie znajdą, ponieważ taki mężczyzna, który ma w głowie trzy Oksfordy i dwa MBA, pięć języków itd., nie szuka kobiety, która powiększy i udowodni jego wartość, tylko takiej, przy której poczuje się blisko. Jeśli chcesz kogoś na raz, to proszę bardzo, możesz pójść do łóżka, z kim się da. Natomiast jeśli chcesz z kimś żyć, to już mówimy o miłości, związku i bliskości. Jeżeli to ma być związek, to musisz zweryfikować samą siebie.

  1. Psychologia

Wpędzanie w poczucie winy – jak robią to szantażyści emocjonalni?

Wpędzanie w poczucie winy często inicjują najbliższe nam osoby. (Ilustracja: iStock)
Wpędzanie w poczucie winy często inicjują najbliższe nam osoby. (Ilustracja: iStock)
Czym różni się poczucie winy od poczucia odpowiedzialności – zastanawia się psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Manipulowanie i wpędzanie w poczucie winy? Zdarza się naszym bliskim. Ulegamy im, rezygnujemy z siebie i myślimy, że kieruje nami cnota. Jednak w świecie kwantów nie rządzi prawo przyczyny i skutku. A skoro tak, to poczucie winy związane z jakimś naszym działaniem nie ma sensu. Czy to znaczy, że nie ma też kary? Hulaj dusza, piekła nie ma? Czym różni się owo poczucie winy od poczucia odpowiedzialności – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, odpowiadając na pytania, czym jest syndrom zrzucania winy i jak wygląda wpędzanie w poczucie winy przez samego siebie.

Zrobiłam coś bardzo, bardzo złego...
Zrobiłaś czy ci się wydaje?

A jeśli... mi się wydaje?
Jeśli tylko ci się wydaje, to kara ze strony innych cię nie spotka. Ale możesz sama sobie ją wykrakać, bo wymyślone, neurotyczne poczucie winy działa jak samospełniająca się przepowiednia. Możesz zafundować sobie „śmierć wudu”, czyli sprowadzić na siebie nieszczęście, karę na zasadzie autohipnozy. Bo gdy wmówisz sobie, że zrobiłaś coś bardzo złego, to za tym pójdzie przekonanie, że dla tak złej osoby jak ty nie ma miejsca na świecie. A wtedy albo sprokurujesz sobie autoagresywną chorobę, albo wpadniesz w uzależnienie, albo zostaniesz męczennikiem, albo trafisz do więzienia – czyli popełnisz stopniowe lub nagłe samobójstwo...

Poczucie winy aż tak pragnie kary?
Oczywiście. Dążymy wówczas do tego, aby inni nas ukarali, albo karzemy sami siebie. Karanie siebie jest społecznie nagradzane, bo gdy „dobrowolnie poddamy się karze”, sąd jest łaskawszy, kara kodeksowa mniejsza niż dla sprawcy nieodczuwającego skruchy. Gorzej, gdy karzemy siebie dobrowolnie za winę urojoną jak średniowieczni biczownicy raniący i okaleczający się, ponieważ uznali za grzeszne swoje naturalne seksualne lub agresywne impulsy. Samobiczowanie ma swoje współczesne zamienniki w postaci anoreksji i bulimii, zamęczania ciała wyczerpującymi eksperymentami dietetycznymi, uzależnieniami od używek i pokarmów, a także obsesyjnym uprawianiem różnych ćwiczeń.

Myślę po prostu, że szczęście mi się nie należy, skoro zrobiłam coś tak złego... Skąd bierze się takie wpędzanie w poczucie winy samego siebie?
Tak myślimy, gdy mamy wmówione, wyuczone neurotyczne poczucie winy. Czujemy się wtedy winni wszystkiemu, nawet złej pogodzie i stanowi świata… Stoją za tym rodzice obwiniający nas w dzieciństwie o wszystko, za co sami nie chcieli brać odpowiedzialności: za swoje uczucia, zachowania, decyzje, a nawet losy. To od nich mogło zacząć się to wzbudzanie poczucia winy. W ten sposób nauczyliśmy się być odpowiedzialni za to, co się wydarza, a nawet za to, co może się wydarzyć! W parze z obwinianiem dzieci idzie często ich dewaluowanie. W rezultacie w naszej psychice instaluje się syndrom chronicznego poczucia winy z niską samooceną, autoagresją i nieświadomym sabotowaniem wszelkiego dobra, które nam życie niesie, np. dobrego związku z kochającą nas osobą.

Aż strach mieć wyrzuty sumienia... skoro od razu prowadzą one do wywoływania poczucia winy.
No właśnie, bo też lęk jest związany z poczuciem winy. Tam, gdzie jest wina, tam i kara, a więc także lęk przed nią. Dlatego u osób wpędzonych w poczucie winy częste są fantazje: że samolot, którym lecą, zaraz spadnie, że ktoś ich napadnie albo zgwałci: „Jestem złym człowiekiem, więc z pewnością spotka mnie coś złego. Na nic innego nie zasługuję”. To też może mieć moc samosprawdzającej się przepowiedni. Co więcej, gdy naszym życiem kieruje nieadekwatne poczucie winy, to popełniamy kolejne błędy. Na przykład depresyjni rodzice czują się winni temu, że przypadkiem powołali swoje dziecko na świat: „Co myśmy zrobili?! Będzie się męczyć tak jak my całe życie, a w dodatku na koniec umrze!”. Ponieważ na ogół trudno nam przychodzi kochanie tych, wobec których czujemy się winni, więc ci rodzice będą nieświadomie ograniczać zaangażowanie serca w relację z dzieckiem lub zaleją je nadopiekuńczością. Oba warianty – w ekstremalnym nasileniu – mogą rzeczywiście uczynić życie takiego dziecka „nie za bardzo wartym przeżycia” – i w nim również wzbudzić poczucie winy.

Tacy rodzice to dopiero powinni mieć poczucie winy!
Tymczasem karzący siebie „biczownicy” często są pełni nieuświadamianej narcystycznej pychy. Przecież mianowali się sędziami samych siebie, wyręczając Boga. A poza tym mogą czerpać narcystyczną satysfakcję z tego, że „takich grzeszników jak oni to nie ma nigdzie na świecie”. Nie widzą, że celebrowanie permanentnego poczucia winy i dręczenia się jest pseudocnotą i często prowadzi do kolejnego nieszczęścia. Tak jak w przypadku ojca dwóch synów, który w trakcie kąpieli w rzece nie upilnował jednego z nich i chłopak utonął. A ojciec, zamiast zadbać o drugie dziecko, w odruchu rozpaczy i karania siebie, a także przez wpędzanie się w poczucie winy, tak się spił, że sam zmarł z powodu zatrucia alkoholem.

Straszne…
I jednocześnie w ukryty sposób wygodne. Bo wzbudzanie w sobie poczucia winy i  zadręczanie się to ucieczka przed odpowiedzialnością, która – w przeciwieństwie do tarzania się w samoudręczeniu – zmusza nas do tego, by czynić zadość, czyli starać się naprawiać błąd lub zadbać o to, by go ponownie nie popełnić. To znacznie trudniejsze od samobiczowania. A nawet niemożliwe. Urojone, nadmierne czy wymyślone poczucie winy może przygnieść nas tak wielkim ciężarem, że nabieramy przekonania, że nic się nie da odkupić, że przeprosiny i zadośćuczynienie na nic się zdadzą. Nie próbujemy nawet wówczas naprawić krzywdy, którą myślimy, że wyrządziliśmy, wycofujemy się ze świata i z życia, chcemy ukryć się przed pełnymi potępienia spojrzeniami, choć te są naszym wyobrażeniem.

Więc wpędzanie się w poczucie winy nic nie daje światu, a co więcej – jest groźne nie tylko dla dotkniętych nim, ale także dla innych.
Tak, tylko branie odpowiedzialności może czynić świat bardziej przyjaznym miejscem do życia, a nas świadomymi własnych ograniczeń. Jest tylko jeden wyjątek: nie powinniśmy brać odpowiedzialności za uczucia innych ludzi. Każdy sam odpowiada za swoje emocjonalne reakcje. Także za uczucia religijne. Dlatego przepis o karaniu za obrazę tychże uczuć jest psychologicznie absurdalny i demoralizujący.

Nie jesteśmy odpowiedzialni za uczucia innych? Czy mogą one prowadzić do wywoływania poczucia winy u nas?
Ktoś wstaje lewą nogą z łóżka i epatuje swoim wszechogarniającym fochem. Czy to twoja wina? Czy nie przypisujesz sobie przypadkiem zbyt wielkiego wpływu na wewnętrzne życie tego kogoś? Czy nie wyobrażasz sobie przypadkiem, że jesteś potężnym uosobieniem zła, negatywnym centrum świata, które odpowiada za wszystkich tkniętych fochem ludzi? Jak mówiliśmy, neurotyczne wzbudzanie w sobie poczucia winy może być przejawem narcyzmu. Ale może też być przejawem masochizmu. Wybieraj. W wydaniu kobiecym nazywam to „syndromem skruszonej czarownicy” albo „syndromem Ewy”. Jak wiemy, nasza patriarchalno-chrześcijańska tradycja obie te kobiece postaci obwinia za niemal wszystko. Czarownicę za to, że sąsiadowi krowa zdechła, że w sąsiedniej wsi wybuchł pożar, że gradobicie zniszczyło plony. A z kolei Ewa spowodowała wszystkie cierpienia ludzkości. Boże! Jak ona i jej wszystkie potomkinie się z tego wykaraskają? Kiedy? Czy ich dług wobec męskiej połowy ludzkości jest do spłacenia? Czy dusza Ewy może być w ogóle zbawiona? Obwinianie kobiet jest mitem założycielskim patriarchatu i wywodzącego się z niego męskiego szowinizmu. Strach pomyśleć, co się stanie z nami, mężczyznami, gdy kobiety naprawdę przestaną mieć poczucie winy.

Ja często czuję się winna… Co zrobić z syndromem zrzucania winy na siebie?
Zmień płeć! Spokojnie, żartuję sobie. Bo „co z tym zrobić?” to pytanie, na które nie ma jednej dobrej dla wszystkich odpowiedzi. Najogólniej mówiąc, trzeba najpierw rozpoznać najbardziej złośliwe wrzutki mentalne, czyli to wszystko, co przeszkadza nam żyć bez nadmiernego obwiniania się, a co odziedziczyliśmy po rodzicach, opiekunach, zwichrowanych księżach i nauczycielach. Jak nie dajemy sami rady, to warto skorzystać z psychoterapii. Zarówno narcystyczne, jak i masochistyczne obwinianie się ma źródło w niedojrzałości rodziców, opiekunów, wychowawców i wszystkich innych, którzy dla dziecka byli autorytetami, oraz w ich nierozwiązanych problemach. Bardzo głęboko w nasze dziecięce umysły wgryzają się wszystkie wypowiadane przez nich niesprawiedliwe oskarżenia typu: „Gdyby nie ty, to skończyłabym studia”; „To przez ciebie żyję z twoim ojcem pijakiem”; „Jak mogłeś doprowadzić mnie do takiego stanu, że aż cię musiałam zlać?!” itp. Potrzebna jest terapia, aby się z tego podnieść. Ale nawet gruntowna psychoterapia nie zdoła nas uwolnić od tego poczucia winy, które nazywamy egzystencjalnym.

To jeszcze raz zapytam: jak się pozbyć na zawsze wywoływania poczucia winy?
Wiem, że się powtarzam, ale tylko wgląd w prawdziwą, niedualną naturę rzeczy może nas z tego w pełni uwolnić. Tylko wtedy przestajemy utożsamiać się z ego cierpiącym na wrodzone poczucie winy. Mistycy mówią to samo o niedualnej rzeczywistości co fizycy kwantowi, tyle że innym językiem. Co mówią? Otóż weźmy za przykład buddyjskie prawo karmy, czyli inaczej prawo przyczyny i skutku. Ale dotyczy ono tylko umysłów, które nie dokonały wglądu i pozostają w stanie dualnym, czyli takim, w którym czujemy się oddzieleni od wszechświata, w którym wszystkie rzeczy są osobne. W świecie niedualnym w niedualnym stanie umysłu wszystko jest jednością, a więc przyczyna i skutek także są jednym. A to znaczy, że nie ma związków przyczynowo-skutkowych. W świecie kwantowym obecność obserwatora „wpływa” na wynik eksperymentu. Dominujący materialistyczny sposób myślenia – a właściwie nawyk myślowy – każe nam myśleć o tym w kategoriach wpływu. Mistrz zen mówi natomiast: „Ta chwila sama jest umysłem”. Czyli zachowujący się w określony sposób kwant i umysł obserwatora to nie dwa. Innymi słowy nie można mówić o żadnym wpływie czy przyczynowo-skutkowym wynikaniu. W niedualnym świecie przyczyny/grzechy nie wywołają skutków, czyli nie ma też sensu to, co nazywamy karą. Może na tym polega chrześcijańskie, boskie miłosierdzie.

Hulaj dusza, piekła nie ma? Więcej! Nie ma ani duszy, ani piekła, ani potrzeby hulania. Jest tak, jak powiedział chrześcijański mistyk św. Augustyn: kochaj i rób, co chcesz. Innymi słowy w stanie miłości/jedności, który tu nazywamy umysłem niedualnym, nie jest możliwe zrobienie czegokolwiek złego ani dobrego. Zanika świadomość bycia odrębną osobą, która ma jakieś dobre czy złe intencje, z premedytacją podejmuje jakieś działania. Jak mówią chrześcijanie: „Dziej się wola boża”. Buddyści powiedzieliby: „Rządzi Jeden Umysł”. W terminach fizyki kwantowej można by powiedzieć, że niedualny, oświecony umysł doświadcza i zarazem jednoczy się ze wszechświatem, który jest w istocie splątany, czyli wszystko dzieje się w nim równocześnie. Splątane są też przyczyna i skutek. Wprawdzie niedualni mistrzowie życia twierdzą z absolutną pewnością, że to, co najmniejsze, jest również największe, to jednak fizycy kwantowi nie czują się jeszcze uprawnieni do dokonania ekstrapolacji zasad rządzących światem subatomowym na makroświat. Więc z ich punktu widzenia uprawiamy tutaj jakąś podejrzaną metafizykę.

Niedualny umysł nie ma w nawyku wpędzania w poczucie winy i nie cierpi?
Można powiedzieć, że poczucie winy – podobnie jak wszelkie inne odczucia, motywacje i aspiracje – zamienia się w całkowitą otwartość, bezwolność, przejrzystość, we wszechogarniającą pokorę. Cokolwiek się dzieje, jest po prostu i tylko tym, co jest. Pojawia się i przemija – przepływa przez umysł – bez interpretacji, bez oporu czy marudzenia i bez potrzeby „wzywania Boga nadaremnie”. Działanie karmy przypomina wtedy odzyskiwanie długów. Choć nie mamy nawet świadomości spłacania czegokolwiek.

Spłacanie długów jest ważne?
Nie ma takich długów w życiu, które są umarzane. A w stanie dualnej świadomości zaciągamy je nagminnie – powodowani fałszywym doświadczaniem świata, czyli niewiedzą i uczuciami, które z tej niewiedzy się rodzą, tj. chciwością, zazdrością, gniewem, lękiem itp. To wszystko tworzy naszą indywidualną karmę. W świecie dualnym muszą zaowocować określonymi skutkami. Zabrałaś coś komuś albo oszukałaś, albo zaniechałaś jakiegoś działania, więc zjawia się przed tobą ktoś, kto ci chce zabrać płaszcz. W rezultacie wzbudzasz w sobie poczucie krzywdy i czujesz się okradziona. Doświadczasz cierpienia, którego ktoś kiedyś doświadczył przez ciebie. Spłacasz swój dług i powinnaś nauczyć się, aby nie czynić innym tego, co tobie niemiłe, czyli empatii i współodczuwania. Ale jeśli twój umysł byłby w stanie niedualnym, oddanie płaszcza nie byłoby problemem. Ty i agresor to nie dwa. Nikt nie traci – nikt nie zyskuje. Karma przestaje działać.

Świat może więc funkcjonować bez winy i kary, a syndrom zrzucania winy zniknie?
Pod warunkiem że wszyscy znajdziemy się w stanie niedualnego oświeconego umysłu. Wtedy nie pojawi się impuls, żeby krzywdzić innych, bo przecież nie chcemy krzywdzić siebie samych. A gdy inni ciebie krzywdzą, to wiesz, że krzywdzą siebie, i nie budzi się twoje pragnienie zemsty. Świat zmierza w tę stronę, skoro nawet fizyka podpowiada nam taką perspektywę. Ale zanim się to stanie, to jako ludzka zbiorowość musimy jeszcze odrobić kilka lekcji.

  1. Psychologia

Nie wszystkim podoba się to, jak żyjesz? I dobrze! Na czym polega zdrowa niezależność?

Gdy nasza samoocena jest adekwatna, zazwyczaj dobrze radzimy sobie z wpływami z zewnątrz. (Fot. iStock)
Gdy nasza samoocena jest adekwatna, zazwyczaj dobrze radzimy sobie z wpływami z zewnątrz. (Fot. iStock)
Odrzucenie boli, bo zmusza do uznania trudnej prawdy, że nie wszystkim będziemy się podobać. I dobrze! Najważniejsze, byśmy podobali się sobie. Coach Joanna Godecka radzi, by postawić na indywidualizm, nie tracąc dobrych relacji.

Wszyscy chcemy kochać i być kochani. Gdzieś przynależeć, mieć miejsca, które możemy nazwać „swoimi”. Słyszeć słowa uznania, czuć, że są ludzie, którzy o nas ciepło myślą, którzy chcą z nami spędzać czas. Brak akceptacji i odrzucenie społeczne to najdotkliwsze ciosy w poczucie własnej wartości. Okazuje się nawet, że towarzyszące im cierpienie emocjonalne wykazuje silne podobieństwo do bólu fizycznego. Ale nie da się uciec od oceny innych, także negatywnej, której konsekwencją może być odrzucenie.

Czasem uruchamiamy procesy obronne, które mają prowadzić do tego, by wszyscy nas lubili – dajemy przesadnie uwagę, troskę, zainteresowanie, ale też rzeczy materialne. Jakbyśmy bali się, że kiedy przyjdziemy do kogoś z pustymi rękami czy nie zrobimy tego, czego od nas oczekuje, nie zasłużymy na jego akceptację. Problem polega na tym, że nawet jeśli dajemy siebie, pozwalając się wykorzystywać i nadużywać, to i tak nie mamy gwarancji akceptacji. Gdzie zatem powinna przebiegać granica zdrowego kompromisu pomiędzy zaspokojeniem oczekiwań otoczenia a naszym prawem do bycia sobą? Jak zadbać o to, by zdrowo funkcjonować wśród ludzi, nie tracąc poczucia, że życie należy do nas?

Ja też chcę przynależeć

Osobom, które niechętnie wracają wspomnieniami do okresu szkolnego, zwykle przydarzyło się poznać smak odrzucenia lub chociażby bycia ignorowanym. Powodów mogło być wiele – okulary, nadwaga, rude włosy, najlepsze oceny. I to zwykle tym ludziom najtrudniej jest ustalić zdrową funkcjonalną granicę. Skłaniają się w stronę postawy konformistycznej, polegającej na dostosowaniu się do innych, lub odwrotnie, izolują się i zwiększają dystans.

Jedną z osób, z którymi zdarzyło mi się pracować nad zmianą podejścia do relacji z zespołem, jest Beata – 37-letnia kierowniczka oddziału w pewnej firmie. Oto, jak opisała swoją sytuację: „Ciągle doświadczam uczucia bycia poza grupą. Na ogół staram się nie wyróżniać, tłumaczę sobie, że dostosowanie nie jest problemem. Mimo że jestem szefową, unikam wyrażania swojego zdania, aby nikogo nie prowokować. Ale i tak nie doświadczam przez to integracji z kolegami i podwładnymi. Zastanawiam się często, co o mnie myślą. Łapię się na tym, że każda uwaga dotyka mnie i boli. To wszystko chyba dlatego, że w szkole nie byłam atrakcyjna towarzysko i nie miałam nikogo poza jedną koleżanką, zresztą równie mało przebojową jak ja. Kiedy zdarza mi się odnieść jakiś sukces, czuję się bardziej wyobcowana i mam wrażenie, że nikt się z niego nie cieszy. Zdaję sobie sprawę z tego, że moje kompetencje kierownicze są dyskutowane, nie wiem, czy nadal będę kierować zespołem. To byłaby wielka porażka, gdyby przesunięto mnie na inne stanowisko”.

Spirala w górę, spirala w dół

Tym, co najmocniej sprzyja zachowaniu równowagi w relacjach, jest rozwijanie w sobie poczucia własnej wartości. Gdy nasza samoocena jest adekwatna, zazwyczaj dobrze radzimy sobie z wpływami z zewnątrz. Bierzemy pod uwagę opinie otoczenia, o ile są dla nas konstruktywne, reagujemy na krytykę, rozważając jej zasadność, angażujemy się we wspólne działania, gdy je akceptujemy. Potrafimy też nie uginać się pod presją, jeśli czujemy, że nasze „ja” jest zagrożone. Każde wydarzenie, które dowodzi umiejętności zachowania równowagi, sprawia, że spirala idzie w górę. Z kolei obniżona samoocena powoduje, że opinie z zewnątrz stają się ważniejsze niż nasze odczucia. Im większej sprawności nabywamy w zaprzeczaniu sobie, tym szybciej uzależniamy się od otoczenia. I spirala idzie w dół. Jak sprawić, aby nasze poczucie własnej wartości zaczęło rosnąć, a wpływ otoczenia nabrał właściwych proporcji?

Człowiek, istota społeczna

Jak pisze psychiatra Christophe André w książce „Niedoskonali, wolni, szczęśliwi”: „Nie istnieje dobre poczucie własnej wartości bez innych. Ale niemożliwe jest również dobre poczucie własnej wartości zbudowane przeciwko innym czy na plecach innych”. Nie możemy żyć obok ludzi, walczyć z całym światem czy być skłóconymi z najbliższymi osobami – i na dłuższą metę czuć się dobrze. Zdrowa niezależność polega nie na odseparowaniu się, ale bardziej na znalezieniu swojego miejsca wśród innych. Zawodowo i prywatnie.

André porównuje życie do przyjęcia, na którym można zaobserwować różne typy gości. Ci o niskim poczuciu własnej wartości trzymają się na uboczu, czekając, aż inni do nich podejdą i zrobią im miejsce. Osoby o wysokim poczuciu własnej wartości zagarniają przestrzeń dla siebie. Natomiast osoby o dobrym poczuciu własnej wartości podchodzą do wszystkich grup na przyjęciu, zabierają głos, lecz i słuchają. Zapominają o sobie, zanurzając się w atmosferze, spotkaniu, kontaktach. Ale to zapomnienie nie jest nieobecnością – przeciwnie, cudownym poczuciem bycia integralną częścią świata.

Jak budować zdrową niezależność? 7 porad

1. Weź za siebie odpowiedzialność

To jeden z 6 filarów poczucia własnej wartości, teorii stworzonej i rozpropagowanej przez Nathaniela Brandena. Co to oznacza w praktyce? Zrozumienie, że mamy jedno życie i że od nas zależy, jak je przeżyjemy. I że tylko my jesteśmy odpowiedzialni za to, co czujemy i co robimy. Jeśli za swoje pomyłki, nieudane związki czy niesatysfakcjonującą pracę obwiniasz innych, stawiasz się w roli ofiary. A przecież ostatecznie to ty i tylko ty dokonujesz wyboru. Rodzice naciskali, żebyś poszła na medycynę, a teraz żałujesz, że nie wybrałaś dziennikarstwa? Cóż, dokonałaś wyboru między własną satysfakcją a zadowoleniem rodziców. Pragnienie funkcjonowania w grupie nie zwalnia cię od wzięcia odpowiedzialności za swoje myśli, dążenia i działania. Nie będąc zależna od innych, poczujesz się nie tylko bardziej kompetentna, ale też staniesz się bardziej wiarygodna dla innych. Zamiast sprawnym, ale przeciętnym lekarzem będziesz doskonałym dziennikarzem.

2. Ćwicz asertywność

Wielu osobom kojarzy się z nawykiem mówienia „nie”, ale to tylko połowa prawdy. Inni uważają, że asertywność to ładna nazwa na szorstkie zachowanie lub egoizm. W istocie asertywność jest jedynie wyrażonym szacunkiem dla własnych potrzeb, uczuć i opinii. Brak asertywności jest lękiem przed zademonstrowaniem swojej odrębności. Jeśli masz z tym problem, zacznij od wyrażania swoich potrzeb w mniej drażliwych kwestiach, np. wyboru filmu w kinie czy dania w restauracji. Gdy dasz sobie prawo do wyrażania siebie, łatwiej będzie ci przyjmować odmienne zdanie, a także odmowę. Zrozumiesz, że nie musisz brać ich do siebie. A jeśli nie jesteś pewna swojego zdania w istotnej sprawie – zamiast przytakiwać od razu – zacznij mówić: „Daj mi chwilę, muszę to sobie przemyśleć”.

3. Twórz instrukcję obsługi siebie

To, w jaki sposób wyrażasz swoje emocje, jak się zachowujesz, rozumujesz i reagujesz, to jak się ubierasz i jaki jest rodzaj twojej wrażliwości – to wszystko tworzy niepowtarzalny obraz tego, jaka jesteś, stanowi cenny wkład w jakość grupy, którą tworzysz z innymi. Ale aby wiedzieć, co do niej wnosisz, musisz poznać siebie i swoje poglądy. Dlatego jak najczęściej pytaj samą siebie:

Co najbardziej lubię (jakie smaki, zapachy, kolory itd.)? Co o tym sądzę? Co zrobiłabym na jego czy jej miejscu? Czego najbardziej się boję? To może być świetna zabawa, niejedna własna reakcja może cię zaskoczyć. Najważniejsze, że w ten sposób tworzysz instrukcję obsługi siebie – przydatną innym, ale głównie tobie.

4. Praktykuj świadome życie

Może ci w tym pomóc Praktyka Obecności na bazie koncepcji Colina P. Sissona, medytacja, joga lub technika mindfulness – wszystkie one wyczulają na odbieranie sygnałów z własnego ciała oraz rewidowanie pojawiających się w głowie myśli. Kiedy twoje podejście do życiowych wyzwań opiera się na fabrykowaniu teorii spiskowych („na pewno wszyscy się dowiedzą o mojej pomyłce”, „jestem beznadziejna, nic mi się nie udaje”), twoja samoocena staje się krucha, a cudza opinia, szczególnie gdy dotyczy wrażliwych punktów, bywa niszcząca. Kiedy decydujesz się, by karmić się tylko pozytywnymi myślami i w bezpieczny sposób dawać ujście swoim emocjom (na przykład zadając sobie kluczowe pytania: Dlaczego mnie to tak zdenerwowało? Co mogę zrobić następnym razem, by bardziej nad sobą panować?) – spirala znowu idzie w górę i coraz mocniej ufasz sobie.

5. Określ swój życiowy cel

To nie oznacza, że masz podporządkować życie realizacji planu, który stanie się wypełniającą je ideą, usuwającą wszystko inne w cień. Chodzi raczej o zmianę myślenia z: „oby mi się udało nie popełnić błędu” na: „zrobię wszystko, by to, czego pragnę, stało się realne”. Pomyśl… Czy patrząc z perspektywy, widzisz, że zmiany w twoim życiu wyznaczyły decyzje, które podjęłaś, czy też sploty okoliczności? Gdy mamy skłonność do dryfowania, znacznie mniej zaufania pokładamy w sobie. Często więc czyjaś ocena sprawia, że zaczynamy wątpić, czy kierunek jest słuszny. Świadomość celu to pozytywna energia. Jeśli wiesz, że dla ciebie ważna jest rodzina i przyjaźń, albo chcesz tańczyć ponad wszystko, to nawet gdy ktoś mówi, że postępujesz głupio lub naiwnie – ty odpowiadasz mu, że gdyby nie marzyciele, Ziemia nadal byłaby płaska.

6. Zaakceptuj siebie

Jak powiedział Nathaniel Branden, „akceptacja jest odmową bycia swoim wrogiem”. Bo kiedy negujemy swoje myśli i zachowania, których nie lubimy, zazwyczaj nie przyznajemy się do nich. Gdy uważamy, że czegoś nie potrafimy – wycofujemy się lub udajemy, że jest inaczej. Kiedy nie podoba nam się nasze odbicie w lustrze, za małe oczy, za duży nos, za gruba lub za chuda sylwetka – staramy się to maskować ubraniem, makijażem. Choć próbujemy w taki sposób chronić siebie, robimy rzecz odwrotną – odrzucamy siebie. Przy takim nastawieniu każda krytyka, a nawet żart, stają się naprawdę raniące. Nie jest możliwe, aby mieć dobrą samoocenę i jednocześnie nie akceptować siebie.

7. Bądź wierna swoim zasadom

Jeśli twój wewnętrzny kodeks nie przyzwala na kłamstwa, a sama mijasz się z prawdą, by nie narazić się otoczeniu, to ma tu miejsce spory dysonans. W ten sposób znowu rezygnujesz z części siebie, by zyskać akceptację. Ale tracisz szacunek do siebie – ważny filar samooceny. Pamiętaj, że przestrzegając swoich zasad, uniezależniasz się od tego, co myślą o tobie inni.

  1. Zwierciadło poleca

Horoskop erotyczny. Co lubi Byk? Jak poderwać Lwa?

Jak oczarować Skorpiona? Co pociąga Strzelca? - Czyli jak uwieść mężczyznę reprezentującego dany znak zodiaku? (fot. iStock)
Jak oczarować Skorpiona? Co pociąga Strzelca? - Czyli jak uwieść mężczyznę reprezentującego dany znak zodiaku? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Przeciągłe spojrzenia i błysk w oku. Uciekać czy uwodzić? Jak poderwać facetów z poszczególnych znaków zodiaku albo co zrobić, żeby się ich pozbyć? Męski horoskop erotyczny - krótki i niepoważny przewodnik po 12 znakach zachodniego zodiaku.

Jak poderwać facetów z poszczególnych znaków zodiaku albo co zrobić, żeby się ich pozbyć? Męski horoskop erotyczny seks coacha Marty Niedźwieckiej - krótki i niepoważny przewodnik po 12 znakach zachodniego zodiaku.

Baran 21.03 – 20.04

Barany uwielbiają być zdobywane, podbijane, demonstrowane jak cenne trofeum łowieckie albo futro z norek. Potem odwdzięczą się dzikim seksem. Co jeszcze powie o nim horoskop erotyczny? Jaki jest mężczyzna Baran?

Byk 21.04 – 20.05

Rozsmakowany w przyjemnościach doczesnych Byk traktuje seks jako jedną z ważniejszych rozkoszy, zaraz po jedzeniu. Jaki jest mężczyzna Byk?

Bliźnięta 21.05 – 21.06

Na pierwszy rzut oka, zgodnie z tym, co podaje horoskop erotyczny, Bliźniak to ekscentryk, który całym sobą zapowiada seks wolny od monotonii i banału. Jaki jest mężczyzna Bliźniak?

Rak 22.06 – 22.07

Rak żąda bliskiego kontaktu fizycznego w ogromnej ilości, a także mnóstwa uwagi i emocjonalnego wsparcia. To trudny znak, dlatego warto poznać jego horoskop. Jaki jest mężczyzna Rak?

Lew 23.07 – 23.08

Randkowanie z Lwem wymaga sporo wysiłku. Po pierwsze musisz mówić o nim więcej, niż on sam da radę. Dodatkowych porad dostarczy ci horoskop erotyczny. Jaki jest mężczyzna Lew?

Panna 24.08 – 22.09

Panna potrzebuje poczucia kontroli nad sytuacją, więc nie zdziw się, jeśli zabierze do łóżka Kamasutrę. Jaki jest mężczyzna Panna?

Waga 23.09 – 23.10

Waga przykuwają uwagę płci przeciwnej wdziękiem i bezpretensjonalnym wykonywaniem pierwszego kroku, ale potem zaczynają się schody. Jaki jest mężczyzna Waga?

Skorpion 24.10 – 22.11

Skorpion jest zafascynowany seksem - eksperymenty, sięganie granic i wieczne niezaspokojenie i ciągłe uwodzenie to podstawy warsztatu. Co jeszcze mówi o nim horoskop? Jaki jest mężczyzna Skorpion?

Strzelec 23.11 – 21.12

Strzelec jest bardziej zainteresowany podbojami niż utrzymaniem stanu posiadania. Dlatego też praktycznie nie istnieje szansa na utrzymanie go w wierności. Co mówi w tym wypadku horoskop? Jaki jest mężczyzna Strzelec?

Koziorożec 22.12 – 20.01

Uczucia i namiętność Koziorożca wzrastają na glebie bezwarunkowej akceptacji i z nawozem stabilności. Jaki jest mężczyzna Koziorożec?

Wodnik 21.01 – 19.02

Wodnik podchodzi do seksu podchodzi otwarcie, emocjonalnie i unika rutyny. Jego horoskop erotyczny jest barwny jak on sam. Jaki jest mężczyzna Wodnik?

Ryby 20.02 – 20.03

Pan Ryba jest nadwrażliwcem, więc gdy przywiążesz go do łóżka, nie zapomnij przeprosić za nietakt. Jaki jest mężczyzna Ryba?