1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Marek Napiórkowski: Dobra rutyna

Marek Napiórkowski: Dobra rutyna

fot. Jacek Poremba
fot. Jacek Poremba
– Mimo że moja praca polega na wydobywaniu dźwięków, to zaczyna się od ciszy, od wewnętrznego odcięcia – mówi Marek Napiórkowski, gitarzysta jazzowy i kompozytor. O momentach, w których muzyka staje się medytacją,  a wspólne granie – zjawiskiem energetycznym, opowiada w rozmowie z Joanną Olekszyk

Skoro ja jako dziennikarka pracująca ze słowem muszę oczyszczać głowę z nadmiaru słów czy myśli, ty jako muzyk musisz chyba cierpieć na natłok dźwięków…

Melodie się czasem do mnie przyczepiają, ale myślę, że w takim samym stopniu jak do innych. A natłok myśli też jest mi nieobcy. Największe moje doświadczenie w tej dziedzinie miało miejsce podczas kursu medytacji Vipassana. Przez 10 dni przez 10 godzin medytujesz, koncentrując się na swoim oddechu i doznaniach z ciała. Nie docierają do ciebie żadne inne bodźce, nie rozmawiasz nawet z innymi uczestnikami, tylko medytujesz. Czyli z jednej strony zero bodźców, z drugiej miliony myśli. Teraz na przykład siedzimy w restauracji i zewsząd odbieramy tych bodźców tysiące, jesteśmy zresztą do tego przyzwyczajeni, po większości z nich nasz umysł się ledwie prześlizguje, natomiast tam umysł nie ma się na czym zatrzymać, na czym skupić, więc wariuje. Oczywiście na początku, stopniowo udaje się go okiełznać.

Aby komponować, potrzebujesz takich momentów odcięcia? Wyłączenia bodźców? Muzyka powstaje w ciszy?

Ja ciszę bardzo polubiłem. Kiedyś pierwszą rzeczą, jaką robiłem tuż po obudzeniu, było włączenie jakiejś płyty. W dużej mierze miało to związek w wielkim apetytem, by poznawać nowych wykonawców, nowe podejścia do muzyki. Teraz bardzo rzadko sięgam rano po płyty. Kiedy jestem w Warszawie, wstaję i idę na jogę. Zewnętrzna cisza coraz bardziej mi smakuje i służy. Natomiast dla tworzenia muzyki bardziej potrzebuję ciszy wewnętrznej. Tylko wtedy, kiedy doznaję takiego wewnętrznego odcięcia, coś się zaczyna dziać w tej materii. I to nie zawsze ma miejsce w odosobnieniu, czasem dzieje się to w zewnętrznym zgiełku, ale w środku mam spokój. Masz rację, mimo że moja praca polega na wydobywaniu dźwięków, to zaczyna się od ciszy.

W jednym z wywiadów mówiłeś o magii jazzowej improwizacji, kiedy grasz z innymi muzykami i jesteś bez reszty zanurzony w tej chwili. Nie wybiegasz myślą w przód, nie planujesz, co zaraz zagrasz, po prostu grasz i wiesz, że to jest to. Tworzenie muzyki ma chyba wiele wspólnego z uważnością?

Często spotykam się z takim porównaniem, że granie muzyki jest jak medytacja. Odkąd od ponad dwóch lat ćwiczę ashtangę jogę, jestem w stanie to potwierdzić. Każdy, kto zna ten typ jogi, wie, że to nie tylko praktyka fizyczna, ale rodzaj medytacji w ruchu. Kiedy ćwiczę jogę, bywam w takim stanie umysłu, który mógłbym porównać do tego, jakiego doświadczam podczas grania. Choć pewnie nie tylko wtedy. Kiedyś reżyserka teatralna Agata Duda-Gracz zaprosiła mnie do wzięcia udziału w sesji improwizowanej w Teatrze Capitol we Wrocławiu, polegającej na tym, że ośmioro aktorów i ja jako muzyk z gitarą, który może zabierać głos, ale może też po prostu grać, miało do wykonania jakieś zadanie aktorskie. Wtedy poczułem, na czym polega bycie aktorem na scenie, wszedłem po prostu w to pole energetyczne. Ewidentnie czułem, że oni wszyscy mieli – że tak to kolokwialnie ujmę – pewnego rodzaju haj, który był innym hajem niż haj muzyczny, ale jednak hajem. Przypuszczam, że w każdym artystycznym zawodzie można doświadczyć podobnego stanu. Co ciekawe, te najbardziej wyczekiwane momenty twórczości zachodzą wtedy, kiedy wszystko się dzieje w sposób samoistny, bez żadnej trudności. Odłączamy się i stajemy się przekaźnikiem, przez który przepływa energia. Dla takich właśnie momentów robimy to, co robimy. I bardzo na nie czekamy.

Chodzi o coś w rodzaju przekraczania samego siebie?

Wydaje mi się, że mało kto potrafi opisać ten szczególny moment, który można nazwać twórczością, moment, kiedy coś nam się udaje. Niedawno rozmawiałem z przyjacielem, który właśnie pracuje nad książką. Zastanawialiśmy się, jak to jest, że obaj zmagamy się z materią, ja coś komponuję, on coś pisze, mija jakiś czas i trudno nam uwierzyć, że to wyszło z naszej głowy. On żalił się: „Boże, jak ciężko mi idzie, jak ja się męczę”. Ja na to: „Kiedy już wydasz książkę, będziesz tęsknił za tymi chwilami, gdy pojawia się to coś, ta subtelnie poruszona struna”, bo z perspektywy czasu ten trud kojarzy nam się z wielką przyjemnością, całkowitym pochłonięciem.

Natomiast jeśli chodzi o moment improwizacji jazzowej na scenie podczas wspólnego muzykowania, to wtedy jest to jeszcze szczególniejsze doznanie, bo ta twórczość wydziela się zespołowo. I zachodzi coś niesamowitego – też następuje pewien rodzaj odcięcia, wytężają się zmysły. Z czasem ten stan staje się dobrą rutyną.

 Dobrą rutyną?

Czyli umiejętnością otwierania się. Młody muzyk jest zwykle w takich chwilach stremowany, nie przywykł do takiej sytuacji, że stoi przed grupą ludzi, którzy patrzą na niego wyczekująco. Z czasem łapie do tego dystans, dlatego że wiele razy to powtarza. Nazywam to dobrą rutyną, bo dzięki regularnej praktyce ja w tym momencie mogę się skoncentrować i wprawić umysł w stan ponadprzeciętnego wyczulenia na reakcje kolegów, naszą interakcję i na to, co akurat pojawia mi się w głowie. I wtedy zachodzi ten magiczny moment improwizacji. Ona nie jest niczym zaplanowanym czy wymyślonym, ona dzieje się tu i teraz. Ale ziszcza się tylko pod warunkiem, że znasz zasady, że znasz język.

Moment tym bardziej magiczny, że doświadczacie go wszyscy. Jakbyście nadawali na tych samych falach…

Na pewno nie jest to zjawisko polegające tylko na wydobywaniu dźwięków o określonej wysokości czy w określonym rytmie, to jest zjawisko energetyczne. Tak jak spotkanie w alkowie – że posłużę się tym przykładem, bo rozmawiamy w walentynki – może mieć różną intensywność, tak też my z kolegami doświadczamy czegoś w rodzaju synergii. Powstaje coś więcej niż suma naszych umiejętności. Cała moja droga muzyczna to właściwie praca nad coraz większym otwieraniem się podczas takich momentów. Staram się jak najwięcej nauczyć o muzyce, by wydobyć to, jak Witkacy mawiał, „istnienie poszczególne”, moją własną opowieść muzyczną. A to jest możliwe tylko dzięki temu żmudnemu, czaso- i energochłonnemu procesowi poznawania języka muzyki. Bo ja wywodzę się z konceptu kompetencji. Chcę umieć jak najlepiej grać na instrumencie, żeby wtedy, kiedy mogę tworzyć bądź jako kompozytor, bądź jako improwizator, mieć odpowiedni zasób słów, żeby coś nowego z nich powstało.

Joga pomaga ci w tym otwieraniu się?

Z jogą znamy się długo, ale do tej pory raczej się mijaliśmy. Ja już kilka razy podchodziłem do niej, ale jakoś się nie polubiliśmy. Trzy lata temu byłem na takim etapie życia, który określiłbym przełomowym, a swój stan jako pogranicze depresji. Nie była to depresja zdiagnozowana, ale na pewno nie było mi wtedy za dobrze na świecie. Próbowałem różnych rzeczy, żeby sobie pomóc, między innymi wyjechałem na kurs Vipassany. W wolnym tłumaczeniu „vipassana” znaczy: „widzieć rzeczy takimi, jakimi są”. Pamiętam, że kiedy usłyszałem o tym od kolegi, zrobiłem wielkie oczy i dwa dni później już na tę Vipassanę się zapisałem (śmiech).

Byłem więc w procesie poszukiwań, czułem, że coś muszę zmienić w swoim życiu, do tego doszedł pewnie kryzys wieku średniego i cała ta chemia w organizmie, który zaczynał zupełnie inaczej pracować. Pewnego dnia już po powrocie do Polski przechodziłem koło studia jogi i pomyślałam: „spróbuję”. I okazało się, że to był moment idealny, by joga na mnie zadziałała. Poczułem coś więcej niż tylko przypływ endorfin i stała się moim rytuałem. Ćwiczy się ją codziennie rano według takiego samego schematu – czyli też jest to rodzaj dobrej rutyny. Na pewno joga mnie uspokoiła, a w sensie fizycznym uczyniła bardziej elastycznym. Czuję się lepiej w swoim ciele i mam więcej przestrzeni w głowie. Nie zrozum mnie źle, jestem ostatnią osobą, która czułaby jakąś pychę z powodu tego, że chodzi na jogę. Moje ciało bardzo opornie się poddaje tej praktyce, ale mimo to chodzę, nawet kiedy bardzo mi się nie chce, bo po prostu dobrze mi to robi.

Powiedziałeś kiedyś, że improwizowanie polega głównie na słuchaniu.

To jest fajny koncept, który zaszczepił we mnie Herbie Hancock, ma on związek z buddyjską ideą bycia tu i teraz. Chodzi o to, że kiedy wspólnie gramy i wchodzimy w jakiś rodzaj muzycznej interakcji, to granie staje się jednym ze słuchaniem, oczywiście nie tylko w tym znaczeniu, że grając, muszę jednocześnie słuchać, co grają moi koledzy, ale też że grając, jednocześnie słucham tego, co gram. W jednej i tej samej sekundzie.

Improwizacja ma w potocznym odbiorze dość negatywne skojarzenia. Robienie czegoś po łebkach, niedokładnie…

Słownikowo „improwizować” oznacza robić coś bez przygotowania. Jako praktyk improwizacji mogę jednak powiedzieć, że my, muzycy, przez całe życie ciężko pracujemy, by dobrze improwizować. Ćwiczymy na instrumentach, uczymy się dźwięków, skal, fraz, słuchamy naszych mistrzów i próbujemy znaleźć swój własny głos, czyli właściwe tylko sobie połączenie tych dźwięków. Improwizacja dlatego stała się taka fajna i tak pożądana w jazzie, że z tego pozornego nieprzygotowania powstają na skutek wymiany energii rzeczy, które wykraczają poza muzykę do tej pory skomponowaną. Oprócz dobrej rutyny potrzebne jest do tego podjęcie ryzyka. Latami ciężko pracujesz po to, by w tej jednej chwili zaryzykować.

To ma jakieś przełożenie na twoje życie? Na co dzień jesteś raczej poukładany czy spontaniczny?

Zdecydowanie robię więcej rzeczy, które są wynikiem impulsu niż poukładania. Na szczęście mam wolny zawód i mogę gospodarować swoim czasem w taki sposób, w jaki mi odpowiada. Z drugiej strony wymaga on ode mnie samomotywacji, muszę znaleźć w sobie zapał do tego, by robić kolejny projekt i nie tylko nie schodzić poniżej pewnego poziomu, ale i rozwijać się. Mam podobne podejście do muzyki, jak do życia. Skoro bardziej otwieram się w życiu, to tym samym bardziej otwieram się w muzyce. Ale też to, że częściej wychodzę na scenę i podejmuję ryzyko, sprawia, że łatwiej mi podejmować to ryzyko w życiu. Ja w ogóle wierzę w takie określenie jak „naturalny muzyk”. Naturalni muzycy to ludzie, u których to, jak grają, jest tożsame z tym, jacy są. Jeśli są np. uczuciowi, to w ich muzyce też to słychać. Moja muzyka jest przedłużeniem mojej osobowości.

Czujesz, że znalazłeś już swój język muzyczny?

Ja chyba cały czas go szukam, cały czas gonię tego króliczka. Kiedy ostatnio słuchałem swoich nagrań sprzed 30 lat z Radia Wrocław, to zauważyłem, że w pewnym sensie grałem tak samo jak dziś. Oczywiście czuję, że przez ten czas się rozwinąłem, dopracowałem szczegóły, natomiast jeśli chodzi o główne cechy, to one są takie same. Co mnie bardzo cieszy, bo oznacza, że moja koncepcja muzyczna nie jest wynikiem jakiegoś wyrachowania czy planu, po prostu staram się jak najbardziej szczerze i w sposób płynący ze mnie grać i tworzyć. Moje płyty solowe trochę się od siebie różnią, jedne są akustyczne, inne bardziej elektryczne, jedne żywiołowe, inne mniej, małe składy, duże składy, duety – staram się tę moją historię opowiadać na wiele sposobów. Ja właściwie przez całe życie piszę jedną książkę, moje płyty to są poszczególne rozdziały – cały czas tej samej książki.

Muzyka w ogóle kojarzy się ze szczerością uczuć, wyrachowanie, te „fałszywe nuty” od razu słychać.

Zgadzam się, choć ta szczerość w muzyce nie wystarczy. Można być bardzo szczerym i pisać strasznie kiczowate rzeczy. Ale też ciężko mi sobie wyobrazić wysoką i dobrą muzykę bez szczerości. Jest coś w rodzaju zaufania, jakie się tworzy między muzykiem a odbiorcami, pewna więź.

Wszyscy twórcy mówią, że każde kolejne dzieło ich czegoś o sobie uczy. Czego się o sobie dowiedziałeś podczas nagrywania płyty „WAW-NYC”?

Że jestem w stanie napisać coś na własne zamówienie. Zdarzało mi się pisać dla innych artystów. Pisuję też dla teatru, robię teraz właśnie muzykę do długometrażowego filmu dokumentalnego „Miłość i puste słowa”. Jesienią wyjdzie płyta „Szukaj w snach”, która jest efektem zamówienia przez Teatr Stary w Lublinie u mnie kołysanek dla dzieci, które zaśpiewała Natalia Kukulska. Bardzo lubię ten projekt, bo postawił mnie wobec zupełnie nowego wyzwania: nie mogłem napisać za trudno, ale nie mogłem też zbagatelizować dzieci, które trzeba edukować dobrą muzyką.

Wracając do ostatniej płyty, miałem pomysł nagrania jej z muzykami z Nowego Jorku, a jako że ja i Robert Kubiszyn mieszkamy w Warszawie, było to logistycznie trudne, dlatego przygotowałem dokładny plan: w kwietniu wyruszymy w trasę, której zwieńczeniem będzie wejście do studia. Chciałem nagrać płytę, kiedy będziemy zgranym zespołem, jednym organizmem. Po siedmiu koncertach weszliśmy do studia i właściwie w półtora dnia nagraliśmy materiał. Jestem bardzo z siebie, z nas dumny. I z jeszcze większym optymizmem patrzę na kolejne projekty. Bo tworzenie muzyki nie jest pracą w piekarni, że wstajesz rano, idziesz do pracy i wypiekasz. Największą obawą wszystkich twórców jest to, czy spłynie na nas, mówiąc górnolotnie, łaska. Ja bałem się najbardziej tego, czy ta łaska przyjdzie przed ostatecznym deadline'em. Mam nadzieję, że wena nie będzie mnie opuszczać do końca życia. Bo w tym zawodzie nigdy nie chciałbym przejść na emeryturę.

 

Marek Napiórkowski gitarzysta jazzowy, kompozytor, od 2005 roku nieprzerwanie uznawany za gitarzystę roku przez magazyn „Jazz Forum”. Osiem razy był nominowany do nagrody Fryderyk. Ma na koncie wiele albumów, w tym siedem albumów solowych, najnowszy to „WAW-NYC”

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło

Słodka niespodzianka pod choinkę

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Rozpakowywanie prezentów to jeden z tych momentów, na który w czasie świąt czekają nie tylko dzieci. Upominki, to przecież dowód na to, że o sobie pamiętamy i chcemy sprawić sobie przyjemność.

Jednym ze sprawdzonych pomysłów na prezent od Świętego Mikołaja jest małe co nieco, czyli paczuszka pysznych słodkości. Ucieszą się z niej zarówno małe łasuchy, jak i dorośli smakosze. Słodycze spod choinki smakują wyjątkowo, zwłaszcza jeśli mają kojarzące się ze świętami smaki - pomarańczy, wanilii i przypraw korzennych. Dekoracyjne opakowanie ozdobione bożonarodzeniowymi motywami tabliczkę czekolady, pudełko pralinek, czy paczkę cukierków przemieniają w wyjątkowy słodki prezent.

Wybierając słodkości pod choinkę trudno pominąć siłę tradycji – są marki, które od lat kojarzą się z jakością i smakiem. Jedną z nich jest E.Wedel. Marka, jak co roku, przygotowuje z okazji świąt specjalną edycję swoich kultowych produktów, wzbogacając je o dodatki takie jak pomarańcza, cynamon, wanilia i żurawin. Z okazji Bożego Narodzenia, znane wedlowskie produkty otrzymają nową, świąteczną szatę graficzną.

Są wśród nich , Torcik Wedlowski, kultowe Baryłki i duże tabliczki czekolady – gorzka z żurawiną, mleczna z cząstkami pomarańczowymi oraz czekolada Cookie, w dwóch świątecznych smakach: korzennym i Orange Mocha. W tegorocznej ofercie Mieszanka Wedlowska, cukierki Pierrot i świąteczne pralinki opakowane będą w nietuzinkowe puszki w kształcie kuli, dzwonka i choinki. Dzięki temu mogą także stanowić idealną świąteczną ozdobę.

Słodkości dla najmłodszych

Dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie można umilić kalendarzem adwentowym E.Wedel. W ozdobnym pudełku podzielonym na 24 okienka znajdują się czekoladki w dwóch smakach w kształcie Buźki Krówki. 
Na Mikołajki lub pod choinkę można sprawić im zestawy słodyczy na przykład: pudełko z opaską w kształcie rogów Renifera - bohatera motywu graficznego, Domek Krówki, a także czekolady mleczne z chrupiącymi kawałkami wafelków i chrupek lub z kawałkami pianek marshmallow. Świąteczne produkty dla dzieci E.Wedel ozdobiono postaciami Renifera, Mikołaja, Bałwanka oraz Znajomej Krowy Kucharza.

 

Produkty z portfolio świątecznego E.Wedel są w sprzedaży od początku listopada.

  1. Zwierciadło

Stwórz atmosferę Świąt. Inspiracje od marki Fyrklövern  

Zobacz galerię 23 Zdjęcia
Święta to przede wszystkim wyjątkowa atmosfera, spotkania z bliskimi oraz pyszne potrawy. Smakowanie ich to również delektowanie się pięknem odświętnie nakrytego stołu. Zainspiruj się propozycjami marki Fyrklövern - specjalistą w dziedzinie dekoracji stołu - i stwórz świąteczną aranżację, która oczaruje twoich gości!

ÅSA’S WINTER 

Rajskie jabłuszka, pomarańcze, granaty i pachnące gałązki to elementy doskonałe na świąteczny stół! By całość wyglądała bajecznie warto wybrać perfekcyjną zastawę, która spełni nasze oczekiwania co do dekoracji stołu i zachwyci wszystkich gości! Po raz pierwszy w Polsce, w cudownej aranżacji świątecznej, prezentujemy Serwis ÅSA’S WINTER, zaprojektowany przez skandynawską artystkę Anne Rooslien. Najwyższej jakości, trwała porcelana skaleniowa, urzekające, ręcznie litografowane zdobienia oraz wyjątkowy design tworzą ponadczasowy serwis obiadowy! Dzięki zastawie, dekorowanej skrzatami – wykreowanymi przez znaną w Skandynawii Åsę Götander, uzyskasz wspaniałą zimowo-świąteczną atmosferę. Porcelanę możemy umyć w zmywarce i odgrzać w niej dania korzystając z kuchenki mikrofalowej – to dodatkowy atut tego eleganckiego serwisu.

SANTA CHRISTMAS

Do świątecznej dekoracji stołu warto wybrać nastrojowe świece, serwety i oczywiście doskonałą porcelanę. Serwis SANTA CHRISTMAS ręcznie zdobiony platyną, skrzącymi się płatkami śniegu oraz uroczymi krasnalami to spełnienie świątecznych marzeń zarówno dzieci jak i dorosłych. Klasyczny design kolekcji wypełniają kolorowe, ręcznie malowane wizerunki skrzatów i zwierząt w zimowej scenerii. Pełne fantazji i artystycznego kunsztu, tworzą ciepły i radosny klimat, podkreślając wyjątkową atmosferę świąt.

ÅSA’S CHRISTMAS

Skrzaty i dekor wzbogacony elementami z 18-karatowego złota to przewodnie elementy Serwisu ÅSA’S CHRISTMAS. Zastawa z motywem uroczych ludków idealnie ozdobi świąteczny stół i stworzy atmosferę bajkowego klimatu przywołując wspomnienia beztroskiego dzieciństwa. To serwis, który przykuwa wzrok oryginalnym kształtem przypominającym pofałdowane śnieżne zaspy, na których zagościły urocze skrzaty. Ośnieżone choinki dekorowane prawdziwym złotem stanowią ekskluzywny element ozdobny! Gałązki, pierniki w kształcie serca, gwiazdy z jabłek czy złote szyszki w kieliszkach to elementy dekoracyjne, które komponują się idealnie z tym eleganckim serwisem.

ÅSA’S CHRISTMAS WHITE

Porcelana Åsa’s Christmas White zachwyca klasycznym designem i ręcznie malowanymi krasnalami w białych i srebrnych kapturkach. Serwis przepięknie prezentuje się w monochromatycznym stylu, gdzie na drewnianym stole w odcieniach szarości układamy zielone gałązki przyprószone śniegiem, szyszki i pachnące pierniki.

VICTORIA 

Drewno, pachnący świerk, nastrojowe lampki i przepyszne potrawy podane na luksusowej porcelanie skandynawskiego projektu pomogą nam stworzyć perfekcyjną atmosferę w czasie świąt! Serwis Victoria zachwyca delikatną formą, a zdobienia z 18-karatowego złota nadają mu królewskiego splendoru. Czerwona serweta przyprószona sztucznym śniegiem, pomarańcze, goździki i soczyste, czerwone jabłka w zimowej okrasie w połączeniu z elegancką porcelaną Victoria tworzą dekorację stołu w iście królewskiej aranżacji. Ta zastawa to świetny wybór zarówno na święta jak i inne okazje, jej klasyczny i elegancki design sprawia, że będzie pasowała na każdą uroczystość.

CELEBRATION

Świąteczny stół stanowi doskonałe pole do popisu dla miłośników dekoracji wnętrz. Spektrum możliwości jakie możemy zastosować jest nieograniczone. Pachnące gałązki świerku, złote świece, kryształowe wazony, eleganckie serwety czy też subtelne herbaciane róże i złote sztućce będą prezentować się perfekcyjnie w otoczeniu porcelany Celebration. Serwis o lekko falistym kształcie z ręcznie nanoszonymi platynowymi zdobieniami zachwyca subtelnością i elegancją.

Zobacz więcej na: ,

  1. Zwierciadło

Herbaty Newby - doskonały prezent pod choinkę

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolekcja światowej sławy projektanta mody Matthew Williamson dla Newby to idealny prezent na Święta dla każdej wielbicielki najwyższej jakości herbaty oraz mody.

Przepiękne puszki skrywają w sobie 3 wyjątkowe herbaty: Maharaja’s Breakfast (czarna herbata Assam), Exotic Earl Grey (herbata z olejkiem z gorzkiej pomarańczy i płatkami róży) oraz Jasmine Rose Garden (zielona herbata z różą i jaśminem). Do wyboru będzie także pudełko zawierające wszystkie 3 produkty.

Najwyższej jakości liście herbaty wraz z kwiatowymi dodatkami, ukryte w pięknych opakowaniach będą idealnym prezentem dla bliskiej osoby, a także przyjemnym uzupełnieniem każdego dnia.

Produkty dostępne są na stronie 

  1. Zwierciadło

Rodzina patchworkowa: Jak przeżyć święta?

Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Rodzina patchworkowa podczas Świąt Bożego Narodzenia musi się zmierzyć z dużym wyzwaniem nie tylko logistycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
O czym pamiętać, o czym zapomnieć w świąteczny czas – zastanawia się Wojciech Eichelberger, współautor książki „Patchworkowe rodziny. Jak w nich żyć”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Zwierciadło.

Znam dobrze funkcjonujący w ciągu roku patchwork, który rozpruwa się w czasie świąt. Wszyscy zbierają się w jednym miejscu i od razu wybucha awantura. Ostatnio zaczęło się od wyrzutu, że były mąż spóźnił się pół godziny.
Zaczyna się zazwyczaj od błahych spraw – że ktoś czegoś nie kupił, nie zrobił, powiedział o jedno słowo za dużo. To kropla, która przelewa czarę goryczy.

Czyli to preteksty. Co się za nimi kryje?
Zamiatane pod dywan sprawy, niewyjaśnione żale i pretensje, nierozwiązane problemy, do których boimy się wracać. Ale one wcześniej czy później wybuchają, na przykład właśnie w czasie świąt.

Może to i dobrze, bo wreszcie możemy się z nimi skonfrontować.
Porządny kryzys jest dobrym początkiem zmiany. Oczywiście, może mieć pozytywne konsekwencje tylko wtedy, kiedy jego destrukcyjną siłę będziemy potrafili konstruktywnie wykorzystać. Kryzys pokazuje to, czego brakuje w systemie, więc nie ma się co obrażać, tylko trzeba podjąć trud dogadania się i przemiany.

A może dobrym pomysłem jest niespotykanie się w święta zwaśnionych stron? Pewna matka (teściowa, babcia) wymyśliła, że Wigilia odbędzie się według grafiku, w którym każdemu wyznaczyła towarzystwo i godzinę wizyty, z zapasem czasowym, żeby najbardziej zwaśnieni zdążyli się minąć i na siebie nie powpadali. Ta pani jest dumna z autorskiego rozwiązania.
W Wigilię nie chodzi o to, aby się nawzajem unikać. Ale Wigilia sama z siebie nie jest w stanie uczynić nas świętymi. Droga do świętości, czyli do otwartego serca, wymaga od nas podejmowania wysiłku i ryzyka. O tym warto pamiętać. Jeśli jednak nie stać nas jeszcze z jakichś powodów na wysiłek i ryzyko spędzenia Wigilii z ludźmi z naszego rodzinnego systemu, których nie lubimy, bo na tym etapie nasze resentymenty są dla nas ważniejsze niż religijne nakazy, to trudno. Może następnym razem. Więc owa pani z twojego przykładu robi dobrą robotę. Przynajmniej jej serce stanowi przestrzeń, w której skłóceni i zaślepieni ludzie wirtualnie się spotykają. Chwała jej za to.

Ona naprawdę chce dobrze.
W patchworkowym systemie taka osoba odgrywa doniosłą rolę kleju, nici i agrafki. Każdy może do niej przyjść, bo wie, że spotka się z miłym przyjęciem, a ona pozostanie bezstronna. Może też odgrywać rolę rodzinnej skrzynki pocztowej i przekazywać skłóconym stronom ważne informacje. Po jakimś czasie dzielna babcia będzie mogła zrobić krok dalej i skrzyknąć wszystkich członków skłóconego patchworku w jedno miejsce, na przykład przy okazji swoich jubileuszowych urodzin, informując ich o tym, że to jest jej święto, więc zaprasza wszystkich, których kocha, i prosi o to, by wszelkie konflikty na ten czas zawiesić, tak jak kiedyś w dobrej przeszłości ustawały wojny, gdy trwała olimpiada.

Święta są szczególnie ważne dla dzieci, które potem całe życie pamiętają Świętego Mikołaja, choinkę. Więc choćby ze względu na nie dobrze jest zadbać o atmosferę tych dni – pozytywną, przesyconą dobrymi emocjami. O czym jeszcze pamiętać, przygotowując święta?
Boże Narodzenie to dla patchworkowego systemu doskonała okazja i zarazem trudny sprawdzian tego, czy przestrzegana jest w praktyce święta zasada wszelkich patchworków: wszystkie dzieci są nasze. Praktyczna troska o sprostanie tej zasadzie może sprawić, że same święta przestaną być tylko rodzinnym rytuałem objadania się i obdarowywania prezentami, ale ujawnią swój głęboki duchowy wymiar. Bo święta zapraszają każdego do „królestwa nie z tego świata”, czyli do takiego wymiaru istnienia, w którym jednoczą się przeciwieństwa, zasypywane są przepaści dzielące zantagonizowane strony. Gdzie wszystko ujawnia swoją świętą, wspólną z całym istnieniem prawdziwą naturę, gdzie w jednolitej świetlistej przestrzeni rządzą: miłość, szacunek i cisza. A z tego punktu widzenia chciwość, nienawiść, konflikty, resentymenty i wojny jawią się jako wielka, przerażająca egzystencjalna pomyłka i strata czasu. Patchworkowa rodzina jest z pewnością trudniejszą, a przez to lepszą okazją do praktykowania świętości niż stawianie na wigilijnym stole pustego talerza dla symbolicznego zbłąkanego wędrowca. Więc jeśli dojrzali dorośli chcą udzielić patchworkowym dzieciom ważnej duchowej lekcji, to święta Bożego Narodzenia są do tego doskonałą okazją. Będzie się do czego odwoływać przez całą resztę roku.

Gdybyśmy jeszcze mimo konfliktów potrafili spektakularnie przebaczyć sobie nawzajem przy dzieciach, to byłaby dopiero lekcja. 
O tak. Sam fakt, że ludzie podchodzą do siebie i składają sobie dobre życzenia, chociaż jeszcze dzień wcześniej sobie złorzeczyli, to wspaniała nauka dla wszystkich, a szczególnie dla dzieci. Ale nie tylko nauka. Także chwila zasłużonego wytchnienia. Bo dla dzieci najważniejszą wartością i najlepszą glebą do wzrastania jest bezpieczna, harmonijna, spójna społeczność, której członkowie odnoszą się do siebie z szacunkiem i miłością.

Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer) Wszystkie niezałatwione problemy i relacje, których rodzina patchworkowa nie przerobiła, wylewają się zwykle „na świąteczny stół”. (Ilustr. Tomasz Wawer)

Marzeniem dziecka z rozbitej rodziny jest to, żeby mama była z tatą, nawet jeśli nie na zawsze, to chociaż w święta. Czy wspólny wyjazd rozwiedzionych rodziców z ich dziećmi to dobry pomysł?
Pomysł bardzo dobry, ale przy innych okazjach niż święta. W patchworkowej rodzinie dorośli często mają dzieci z dwoma, a nawet z trzema partnerami. Jak te rodziny obsłużyć w kilka dni świąt? Widziałem wielu ojców i wiele matek, którzy z obłędem w oczach starali się pojawić w ciągu kilku godzin na dwóch albo trzech wigiliach w oddalonych od siebie miejscach, wszędzie pozostawiając za sobą żal i zniecierpliwienie. To nie ma sensu. Lepiej organizować wspólnie z innymi chętnymi z tego samego systemu duże rodzinne spędy wigilijne. Natomiast wyjazdy rodziców z biologicznymi dziećmi w uroczystej, świątecznej atmosferze, z dekoracjami mogłyby dawać wspólnym dzieciom nadzieję, że ich rodzice będą znowu razem.

A spotkanie świąteczne obu zwaśnionych rodzin w którymś z domów?
W sytuacjach konfliktu powinni raczej spotkać się na neutralnym gruncie.

Dlaczego?
Jeśli ludzie, którzy niedawno się rozstali, spotykają się w domu, który przesiąknięty jest wspólnymi przeżyciami, a każdy jego fragment jest jakby pamiątką w muzeum ich wspólnej przeszłości i przywołuje jakieś wspomnienia, to trudno się w nim racjonalnie porozumiewać w sprawach bieżących i przyszłych.

Znajoma rozwódka, która ma w miarę poprawne stosunki z byłym mężem i jego żoną, nie chce ich zapraszać ani odwiedzać, a tym bardziej organizować wspólnych świąt, bo obawia się zmiany status quo.
Dorośli i odpowiedzialni ludzie, którym przyszło żyć w patchworkowym systemie, powinni podejmować decyzje służące porozumieniu i zgodzie, a nie jątrzeniu. Skoro patchworkowa rodzina jest faktem, to róbmy wszystko, żeby wykorzystać jej potencjał. Budujmy, a nie dzielmy, troszczmy się o część wspólną, a nie bójmy się na zapas. Nie traktujmy patchworku jako dopustu bożego czy tragedii, którą będziemy się nieustannie karmić i którą będziemy celebrować do końca życia. Egoistyczna troska o status quo swojego zakątka prędzej czy później się zemści. Przetrwanie patchworku w ogromnej mierze zależy od tego, jak szybko dorośli zdadzą sobie sprawę z tego, że wszystko jest w nim ze sobą powiązane.

Owa kobieta zakłada, że jeśli spotka się z rodziną byłego, to odżyją urazy.
Jeśli unikamy kontaktów, to siłą rzeczy komunikujemy się w sprawach błahych i nudnych, a tak naprawdę tracimy czas i potencjał, jaki drzemie w głębinach patchworkowego oceanu. Więc przy każdej okazji, zamiast marzyć o na zawsze minionym status quo, zróbmy cokolwiek, aby wzmacniać patchworkowe szwy.

Może zaapelujemy do patchworków – dajcie się zainspirować świętom!
Apelujemy: wykorzystujcie je do tego, żeby przełamać niechęć, wrogość, urazy. Róbcie to dla siebie i dla wszystkich patchworkowych dzieci. Dajcie im przykład, jak układać relacje mimo trudnej przeszłości.

Czy są jakieś przeciwwskazania do wspólnych świąt rozwiedzionych partnerów?
Jeśli mamy spotykać się po to, żeby się kłócić, a przy okazji ranić uczucia naszych dzieci, to lepiej się nie spotykać. Święta są okazją do propagowania dobrych uczuć i dobrych życzeń. Jakże są teraz deficytowe.

A do obdarowywania się prezentami?
Dobrze jest zachować w tym umiar. Najwspanialszymi prezentami dla patchworkowych dzieci są dojrzałe i mądre zachowania dorosłych, szczególnie te objawiające się w przekraczaniu negatywnych uczuć i postaw wobec byłych partnerów, byłych teściów, zięciów czy synowych. Gdy dziecko widzi, że dorośli, których kocha, trudzą się, by przełamać urazy i żale, bo chcą zbudować nową, bezpieczną społeczność rodzinną, to mu serce rośnie i dusza się śmieje. Ono nie chce się truć złymi emocjami i nastawieniami rodziców. Superprezentem w obecnych czasach są czas i uwaga, które poświęcamy drugiej osobie.

O czym jeszcze pamiętać przy okazji świętowania?
Żeby to nie był prosty rytuał. Żeby nie przedobrzyć, czyli pamiętać o zasadzie, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Na przykład chcę kogoś uściskać i przytulić, ale wiem lub czuję, że ta osoba tego nie lubi. Trzeba to uszanować. Albo mam przemożną chęć zadania jej pytania, bo chcę zaspokoić swoją ciekawość, a ona wyraźnie się krępuje albo daje sygnał, że nie ma ochoty poruszać tego tematu. No to nie pytam, wycofuję się, ewentualnie przepraszam. W psychologii nazywa się to szanowaniem granic drugiej osoby. W dodatku dzisiaj powinniśmy też uważać na rozmowę o poglądach.

Nie tylko w rodzinach patchworkowych lepiej chyba nie poruszać tematów politycznych?
Poruszać można, ale bezpiecznie jest ograniczać się do wypowiadania swoich poglądów, nie atakując przekonań drugiej osoby. Unikać fraz takich jak: „w przeciwieństwie do ciebie”, „nie zgadzam się...”, „twoje poglądy są…”, „jak można tak…” itp. Każdy z nas ma prawo do własnych sądów. Nie należy próbować zmieniać zdania innych, bo to tylko wzbudzi opór.

Co robić, żeby zapobiec kłótni na tym tle?
Zacząć trzeba od wysłuchania i zrozumienia tego, co usłyszeliśmy. Dopiero potem można zastanowić się, czy ktoś chce być przekonany do innego poglądu, czy forsując swoje zdanie, nie naruszam granicy jego wolności.

Dobrze jest wykrzesać z siebie ciekawość tego, co ktoś myśli.
Ciekawość tego, co ktoś ma do powiedzenia, pomaga zrozumieć siebie nawzajem, a o to chodzi w rozmowie. W dyskusjach o poglądach najpierw jedna osoba przedstawia swoje zdanie, potem druga, następnie pierwsza dzieli się wątpliwościami co do przekonań oponenta, potem robi to druga.

Tylko trzeba się zdobyć na intelektualny wysiłek.
Także emocjonalny. Aby taka rozmowa była możliwa, muszą się postarać obie strony. Prowadząc w ten sposób dyskusję, szukamy pomostów i wzajemnego zrozumienia, nie zamykamy się w swoim jedynie słusznym widzeniu świata. Otwarta postawa w patchworkowych rodzinach to jeden z podstawowych warunków ich przetrwania, bo różnorodność poglądów, wyznań, stylów życia itd. bywa w patchworku ogromna. W klasycznych rodzinach tak się dobieramy, żeby w sprawach światopoglądowych za bardzo nie iskrzyło, ale w patchworkach ta kwestia zupełnie wymyka się spod kontroli. To może dotyczyć również poglądów w sprawie sposobu obchodzenia świąt.

  1. Zwierciadło

Czy prezent daje więcej radości obdarowanemu czy darczyńcy?

Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Komu prezenty sprawiają największą radość? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Wolimy dawać prezenty czy je otrzymywać? Czy istnieje prezent uniwersalny odpowiedni dla każdego? O naszych problemach, wyborach i motywacjach związanych z obdarowywaniem bliskich mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z Uniwersytetu SWPS.

Zróżnicowanie preferencji, upodobań, gustów, marzeń i potrzeb sprawia, że znalezienie idealnego prezentu pasującego do każdego wydaje się niemożliwe. Zadanie to staje się jeszcze trudniejsze, gdy weźmiemy pod uwagę realia względnego dobrobytu, które pozwalają zaspokoić znaczącą większość ważnych życiowych potrzeb. Prezenty, które przekazujemy sobie z okazji świąt Bożego Narodzenia, w coraz większym stopniu przestają pełnić funkcję uzupełniającą stan gospodarstwa domowego i stosunkowo rzadko służą wspieraniu rodzinnego budżetu.

W czasach, gdy większość towarów jest łatwo dostępna, dobrem, którego brak odczuwamy coraz mocniej staje się bliskość i uwaga. Doświadczamy deficytów dotyczących przede wszystkim dostrzegalnych wymiarów pozytywnych uczuć takich jak dotyk, przytulenie, możliwość bycia razem i spędzania ze sobą czasu. Oczywiście wiele osób ma konkretne pragnienia dotyczące np. nowego modelu telefonu czy torebki, jednak niejednokrotnie w toku rozmowy o rzeczywistych potrzebach okazuje się, że o wiele lepszym pomysłem na prezent będzie wspólny bilet do kina, wyjazd lub spacer. Również dzieci warto wcześniej zapytać jakiego rodzaju prezenty niepochodzące ze sklepów chciałaby otrzymać. Kolejnym krokiem może być sporządzenie listy tego rodzaju podarunków i ustalenie, które z nich są dla córki lub syna najważniejsze i dlaczego.

Otrzymywanie prezentu często wiąże się z uczuciem radości u osoby obdarowanej. Jednak wyniki badania przeprowadzone przez psycholog Larę Aknin z Simon Fraser University w Kanadzie jednoznacznie wskazują, że w sytuacji, gdy dochodzi do wręczenia prezentu, o wiele większego zadowolenia doświadczają wręczający podarunek. W celu zbadania poziomu satysfakcji obu grup, badaczka przeanalizowała wyniki Światowego Sondażu Gallupa przeprowadzonego w latach 2006 – 2008 na próbie 234 917 osób reprezentujących 120 państw. Wyniki otrzymane przez jej zespół wskazują, że niezależnie od regionu, pochodzenia i posiadanych dochodów, samopoczucie badanych było lepsze, gdy przeznaczali swoje pieniądze na potrzeby innych, a nie zaś na własne.

Choć nie wydaje się to oczywiste, radość z otrzymanego prezentu może łatwo zastąpić przykrość, jeśli podarunek przewyższa możliwości finansowe osoby obdarowanej. Efekt ten wynika m.in. z silnie zakorzenionej w życiu społecznym reguły wzajemności. W sytuacji, gdy otrzymujemy zbyt drogi podarunek odczuwamy dyskomfort i napięcie związane z kulturową zasadą odwdzięczenia się ofiarodawcy równie wartościowym prezentem. Pojawia się poczucie winy i uczucie przykrości wynikające z faktu, że nie stać nas na równie drogi dar.

Nietrafiony prezent wyzwala innego rodzaju reakcje i wiąże się przede wszystkim z ujawnionym lub zatajonym niezadowoleniem. Do pewnego wieku najmłodsi odbiorcy prezentów świątecznych, nie kryją się z wyrażaniem emocji i opinii, gdy podarunki nie spełniają ich oczekiwań lub są zupełnie inne niż te opisane w liście do Świętego Mikołaja. Z czasem jednak dzieci przyswajają zasady życia społecznego w tym zakresie i uczą się ukrywania uczucia zawodu lub niechęci. To na ile dorośli decydują się na ujawnienie prawdziwych uczuć w sytuacji otrzymywania niechcianego prezentu, zależy od rodzaju relacji z ofiarodawcą.

Najtrudniej tego rodzaju sytuacje znoszą osoby, które łączy silna więź oraz przekonanie o znajomości gustów np. matki i córki. Rozczarowanie spotyka zarówno matki, które są pewne swoich wyborów gwiazdkowych dotyczących np. odzieży, biżuterii dla córek, jak i córki, które były pewne, że ich podarunki z pewnością ucieszą mamy. Złotym środkiem pomiędzy bezpośrednią krytyką nietrafionego prezentu, a radością pokrywającą niezadowolenie jest dyplomacja. Warto zadbać o to, aby pozostać w zgodzie z własnymi odczuciami, a jednocześnie wyrażać je z szacunkiem wobec dobrych chęci i intencji ofiarodawcy. Zawsze warto dziękować, jak również nadmienić, że w razie czego, następnym razem, służymy pomocą w zakresie wyboru wymarzonego prezentu.

W przypadku problemów z podjęciem decyzji odnośnie prezentu świątecznego, wybierzmy to, co najlepiej wyraża naszą miłość do drugiej osoby. Postarajmy się ofiarować innym ciepło, bliskość, zrozumienie i akceptację – tego rodzaju prezenty nigdy nie wychodzą z mody, pasują do każdego. Okazujmy sobie miłość, nie tylko na Święta ale każdego dnia.

Dr Ewa Jarczewska-Gerc zajmuje się psychologią motywacji, efektywnością i wytrwałością w działaniu oraz symulacjami mentalnymi (materiały prasowe Uniwersytet SWPS).