1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Lily James - nowa królowa filmów kostiumowych

Lily James - nowa królowa filmów kostiumowych

Lily James serca widzów zdobyła rolą Rose w serialu „Downton Abbey”. Zagrała też w serialu „Wojna i pokój” oraz w filmach: „Kopciuszek”, „Baby Driver”, „Mamma Mia! Here We Go Again” i „Yesterday”(Fot. BEW)
Lily James serca widzów zdobyła rolą Rose w serialu „Downton Abbey”. Zagrała też w serialu „Wojna i pokój” oraz w filmach: „Kopciuszek”, „Baby Driver”, „Mamma Mia! Here We Go Again” i „Yesterday”(Fot. BEW)
Do twarzy jej w stroju z epoki. Do tego stopnia, że okrzyknięto ją nową (po Keirze Knightley) królową romansu kostiumowego. Jej bohaterki nie czekają jednak na księcia. Potrafią walczyć o siebie. Tak jak Linda z osadzonego w latach 20. i 30. serialu BBC „Pogoń za miłością”. W tej kwestii Lily James jest do nich niezwykle podobna.

W serialu są sceny, w których jeździsz konno z dużą prędkością. Nie uwierzę, że nauczyłaś się tego dopiero na potrzeby roli.
W zawodzie aktora cudowne jest to, że wykorzystuje się wszystkie doświadczenia z życia. Jako dziecko jeździłam konno, wystarczyło więc sobie to jedynie odświeżyć. Poza tym kiedy wchodzę w rolę, staram się zachowywać tak jak moje bohaterki. Skoro więc Linda z „Pogoni za miłością” jest świetną amazonką, to nie myślałam o tym, że sama radzę sobie z tym znacznie gorzej, tylko siodłałam konia i dałam się ponieść chwili.

To dość odważne podejście.
Gdy mówiłam o nim moim trenerom jazdy, wytrzeszczali oczy i wyglądali, jakby mieli stan przedzawałowy. Mówili mi, że koń przez swoją posturę wywołuje w ludziach niepokój, którego u mnie nie zauważali. Pewnie bierze się to z tego, że bardzo lubię zwierzęta. Wychowywałam się z buldogiem, który sprawiał wrażenie agresywnego, ale tak naprawdę był bardzo rodzinnym i czułym psem. Jego jedyna wada polegała na tym, że był niezwykle zaborczy. Stale domagał się miejsca na moich kolanach, uwielbiał na nich leżeć i być drapany za uszkiem. Co zabawne, w serialu jest scena, w której zaskoczona odkrywam kołdrę z łóżka, a pod nią znajdują się małe buldożki. Miałam zagrać rozczulenie na ich widok i to było chyba najłatwiejsze zadanie aktorskie w moim życiu.

Akcja osadzona jest w dwudziestoleciu międzywojennym, gdy zachowania kobiet w twoim wieku były nadal silnie skonwencjonalizowane. Zresztą często grasz w filmach spod znaku retro. Łatwo jest ci się utożsamić z kobietami z tamtych czasów?
Scenariusz „Pogoni za miłością” oparty jest na powieści Nancy Mitford, napisanej w latach 40. To satyra na jej własną rodzinę. Przeczytałam ją bardzo dokładnie, tak samo jak inne teksty wspomnieniowe o tamtych czasach. Wszystkie one upewniły mnie w jednym: może i wiele się zmieniło w życiu społecznym, ale nadal mamy te same pasje, marzenia i potrzeby. Nawet jeśli dzisiaj jest nam trochę łatwiej je realizować, to wciąż chcemy poszerzać granice naszej swobody.
Moja bohaterka robi dokładnie to samo co ja: walczy o prawo do realizowania się, nie chce się podporządkowywać narzuconej roli społecznej. O razu poczułam z nią bliskość, nie miałam wrażenia, że robi coś, czego nie rozumiem. Mogłam obdarzyć Lindę moimi własnymi doświadczeniami.

O co ty walczysz?
O zmianę obowiązującego status quo. Linda nie umiała zrozumieć i zaakceptować tego, że ktoś może ją pozbawić dostępu do edukacji. Ja wprawdzie mogłam się już swobodnie kształcić, ale z kolei nie ma we mnie zgody na to, by grać bohaterki płytkie, niemające realnego wpływu na przebieg akcji. Nie chcę pokazywać ich jedynie jako obiektów męskich westchnień. W „Pogoni za miłością” z łatwością możemy się przejrzeć jako społeczeństwo. I rozpoznać działające do dziś mechanizmy. To nie jest serial, który ma nas tylko zachwycać stroną wizualną: pięknymi strojami i fryzurami. On ma zachęcić do działania, do walki o siebie.

Jakie były kobiety w tamtych czasach?
Takie jak my: chciały kochać i być kochane, spędzać czas z przyjaciółmi. Szukały swojej tożsamości i miejsca w świecie, nie pozwalały, by zostało im ono z góry narzucone. Choć z pewnością my mamy dzisiaj większą wolność w tej kwestii.
Mam poczucie, że doskonale znam wątpliwości Lindy związane z tym, co to znaczy być kobietą. Dzisiaj nadal oczekuje się od nas określonych zachowań i pełnienia konkretnych ról. Rodzi się konflikt pomiędzy tym, czego chcą ode mnie inni, a tym, czego chcę ja sama. Problem polega na tym, że nie można się wobec tego ustawić zero-jedynkowo. To nie jest tak, że wszystko, co podpowiadają ci inni, jest albo złe, albo dobre. Wiele z nas chce się przecież realizować jako matki czy poświęcić się życiu domowemu. I nie ma w tym nic złego. Chodzi o to, by kobiety, które tego nie chcą, nie czuły się z tym źle. A z kolei te z nas, które zdecydują się iść taką drogą, by nie czuły, że ktoś inny dokonał za nie wyboru. Musimy być pewne, że podejmujemy własne decyzje, i sprzeciwiać się, gdy ktoś nam to prawo odbiera.

Powinniśmy się buntować?
Cały czas! Nie mam nic przeciwko podążaniu za wskazówkami innych, kiedy wynikają z troski. Podobnie mam z krytyką. Jeśli jest konstruktywna, biorę ją sobie do serca i staram się z niej coś wyciągnąć. Ale kiedy jest personalna, nosi znamiona zemsty albo ataku, wtedy jej nie przyjmuję. Choć, przyznaję, nie jest to łatwe. Nadal się uczę, jak to robić, ale jedno wiem na pewno: najważniejsze jest, jak czuję się sama ze sobą. Nie chcę, by moje samopoczucie zależało od kogokolwiek innego. Tak naprawdę zależy mi tylko na zdaniu ludzi, których kocham.
Oczywiście, nasze życie składa się też z mnóstwa błędnych decyzji, które kiedyś podjęliśmy. To ludzkie i normalne, bo przecież dopiero na błędach się uczymy. Kiedy jednak Linda źle wybiera, płaci za to znacznie wyższą cenę niż chłopcy w jej wieku. I to mnie oburza. Najgorsze jest to, że ona nie ma nawet z kim o tym porozmawiać. Ja mam przyjaciół, do których zawsze mogę się zwrócić, gdy moja pewność siebie leci w dół. Linda tego przywileju nie miała.

Dziś jest nam chyba w ogóle łatwiej, bo świadectwa kobiet, które zdecydowały się żyć według własnych zasad, można znaleźć choćby w mediach społecznościowych. Nie czujemy się z naszymi wyborami tak samotni jak twoja bohaterka.
W czasach Lindy ludzie byli mniej ciekawi świata i tego, co dzieje się poza znajomym kręgiem kulturowym. My – zwłaszcza dzięki Internetowi, ale też kinu, serialom i książkom – mamy dostęp do całego świata. Możemy poznawać inne kultury, kraje i przekonywać się, jak wiele nas różni, ale i łączy. Cieszę się, że powstaje coraz więcej produkcji historycznych, które uświadamiają nam, jak wiele łączy nas też z naszymi przodkami.

„Pogoń za miłością” to klasyczna opowieść o dojrzewaniu. Żadna z nas nie rodzi się kobietą, dopiero się nią stajemy. Moja bohaterka nie miała niestety w swoim otoczeniu postaci, z których doświadczenia mogłaby skorzystać. Ja je miałam i nadal mam.

Serial „Pogoń za miłością” można oglądać w Polsce na antenie BBC First. (Fot. materiały prasowe/BBC)Serial „Pogoń za miłością” można oglądać w Polsce na antenie BBC First. (Fot. materiały prasowe/BBC)

Z czyjego doświadczenia skorzystałaś ostatnio?
Choćby reżyserki Emily Mortimer. Praca z nią przypominała rodzinne spotkanie. Na planie zachowywała się, jakby była naszą opiekunką, a nie szefową. Wkładała w to, co robi, mnóstwo serca i energii. Chociaż była najbardziej zajętą osobą z ekipy, znalazła czas, by z każdym porozmawiać lub choćby tylko zamienić słowo. Pytała, jak się czujemy, czy nie mamy jakichś problemów. Wprowadzała serdeczną atmosferę, opartą na wzajemnym szacunku i uśmiechu. Nie wydawała nam poleceń, tylko prośby. Nigdy nie czułam się bardziej wolna jako aktorka, a jednocześnie nigdy wcześniej nie dostałam większego wsparcia na planie. Bardzo mi tym zaimponowała. Chciałabym być tak dobrą szefową i koleżanką dla innych, jak ona była dla nas. Po zakończeniu zdjęć zastanawiałam się: „Dlaczego, do cholery, każda praca tak nie wygląda?”. Przecież wtedy wszystkim nam byłoby łatwiej robić swoje.

Które filmy cię najbardziej ukształtowały?
Pamiętam, kiedy moja mama pokazała mi „Pretty Woman”. Zachwyciłam się wtedy Julią Roberts, która była w tym filmie po prostu niesamowita. Potem oglądałyśmy go wspólnie dziesiątki razy. Dopiero po latach zdałam sobie sprawę, że to pewnie dzięki niemu nigdy nie byłam oceniająca w stosunku do kobiet, które na życie zarabiały tak jak bohaterka grana przez Julię. To może banalne, ale uświadomiło mi, jak bardzo filmy kształtują nasze postrzeganie świata. Cieszę się, że mam szansę być częścią tego procesu.
Niedawno zagrałam w „Rebece”. Wcieliłam się w postać młodej kobiety, która nagle orientuje się, że jej małżeństwo nie jest wcale tak idealne, jak jej się wydawało. I chce się z niego wydostać. Zależało mi na tym, by pokazać, że ona czuje się w tym pięknym domu jak w więzieniu. Że nie jest wcale narcystyczną egoistką, która złapała bogatego męża, tylko kimś, kogo świadomość dopiero się budzi. A gdy ten proces postępuje, zauważa, że dokonała w życiu złego wyboru.

Czego jeszcze nauczyło cię kino?
Cierpliwości. Jestem bardzo niecierpliwą osobą w życiu, a bycie aktorką polega na ciągłym czekaniu. Najpierw czekasz, aż telefon zadzwoni i ktoś zaproponuje ci rolę. Potem, gdy już jesteś na planie, musisz czekać na swoją kolej. Czasem czekasz kilka godzin, żeby zagrać przez kilka minut. W takich chwilach przypominasz sobie, na czym polega twoja praca i gdzie jest twoje miejsce. Nie mają znaczenia popularność ani liczba fanów na Instagramie. Muszę czekać jak wszyscy inni.

Na tymże Instagramie chętnie dzielisz się zdjęciami z twoich ekranowych transformacji. Mam tu na myśli stroje, makijaże, fryzury. Najwięcej było, zdaje się, tych z lat 20. Chyba odnalazłaś się estetycznie w tamtym okresie?
Za wszystkie stroje w „Pogoni za miłością” odpowiadała Sinéad Kidao, która po raz pierwszy w swojej karierze stanęła na czele zespołu kostiumografów. Uwielbiałam podglądać, jak pracuje. Była otoczona mnóstwem zdjęć z tamtego czasu, okleiła nimi całą pracownię. Tak mi się to spodobało, że teraz mój pokój też zdobią fotografie kobiet z lat 20., ale nie modelek z magazynów, tylko zwykłych kobiet uchwyconych w ich codziennym życiu. Kiedy na nie patrzyłam, za każdym razem dostrzegałam nowe detale, zauważałam coś, co wcześniej mi umknęło. Dzięki temu mogłam głębiej wejść w postać, zanurzyć się w niej, a nie tylko oddać ją wyglądem. Mam nadzieję, że moi fani mają podobne podejście do zdjęć, które wrzucam z planu.

A jak pracowało się wam wszystkim w czasie pandemii?
W pewnym sensie serialowi to nawet pomogło. Jak już mówiłam, jego tematem jest poszukiwanie swojego miejsca w świecie, a my, aktorki i aktorzy, musieliśmy się na nowo osadzić na planie, poddać się nowym regulacjom, jakoś się w tym wszystkim odnaleźć. Myślę, że to dobrze koresponduje z tym, co przeżywa moja postać. Wierzę, że „Pogoń za miłością” będzie dobrą propozycją dla ludzi zmęczonych życiem w lockdownie. Serial, mimo poważnych tematów i refleksji, oferuje też dużo humoru. A takiego eskapizmu chyba dzisiaj wszyscy od sztuki oczekujemy. Oby zadziałał jak lekarstwo.

Lily James – a właściwie Lily Chloe Ninette Thomson (pseudonim artystyczny „James” to hołd dla zmarłego w 2008 roku ojca)
– przyszła na świat w 1989 roku w Esher w hrabstwie Surrey. Serca widzów zdobyła rolą Rose w serialu „Downton Abbey”. Zagrała też
w serialu „Wojna i pokój” oraz w filmach: „Kopciuszek”, „Baby Driver”, „Mamma Mia! Here We Go Again” i „Yesterday”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze