1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Ewa Ewart: „Postanowiłam robić filmy tak, abym mogła się w nich przejrzeć, nie wykrzywiając twarzy z zażenowania”

Ewa Ewart (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films)
Ewa Ewart (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films)
Wybitna dokumentalistka, która świat przedstawiała często poprzez jego konflikty, moralny upadek, skłonność ludzi do wojen, upomina się o przyszłość Ziemi, sięga po tematy globalne, ale nie tylko. Za film o wodzie „Do ostatniej kropli” dostała Nagrodę Specjalną im. Księcia Rainiera III na Festiwalu Telewizyjnym w Monte Carlo. Co teraz? Ewa Ewart Właśnie zrealizowała dokument, którego bohaterka heroicznie walczy z nowotworem.

Dopiero obejrzenie „Do ostatniej kropli” uprzytomniło mi, że Ziemia ma tak olbrzymi problem z czystą wodą i jaka jest skala destrukcji dokonanej przez ludzi. Kiedy to sobie uświadomiłaś?
Kręciłam w Ekwadorze film „Klątwa obfitości” o niszczeniu lasu dziewiczego z powodu odwiertów ropy naftowej. Jego bohater, lider tubylczej społeczności, zaprowadził mnie w głąb dżungli nad niewielką rzekę, jedyne źródło czystej wody, służące jego plemieniu do funkcjonowania. Założył białą lateksową rękawiczkę i przejechał nią po tafli. Na rękawiczce została czarna tłusta plama. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Kiedy układaliśmy materiał na postprodukcji, montażysta, z którym pracuję od lat, powiedział: „Ewa, nasz następny film będzie o wodzie”. Mówię: „Robert, strzał w dziesiątkę!”. Do pracy koncepcyjnej zabrałam się tydzień przed wybuchem pandemii. Lockdown bardzo mi pomógł. Mogłam skupić się na porządnej dokumentacji. Na szczęście funkcjonował Amazon, zamówiłam mnóstwo książek. Gdybyś spojrzał na moją bibliotekę, jedna półka to wyłącznie książki o wodzie. Zamknięcie w domach też pomogło – pozyskałam na rozmowy na Zoomie czy na Skypie kilku specjalistów, także autorów tych książek.

Siłą filmu jest pokazanie skali problemu.
Koncepcja się kotłowała. Wymyśliłam, że znajdę miejsce, gdzie skumulowały się najważniejsze problemy związane z wodą. Takim miejscem są Indie. Zrobiliśmy trailer, bazując na materiałach dostępnych w Internecie, na ewentualność pozyskiwania środków. Znalazły się w nim przewidywalne ujęcia – bose dziecko z poszarpanym plastikowym kubełkiem na głowie idzie kilometry po czystą wodę. Ale nie byłam do tego kierunku przekonana. I nagle na mojej drodze stanął Piotr Nieznański, doświadczony specjalista, aktywista, który zakładał w Polsce WWF, Koalicję Ratujmy Rzeki i Koalicję Ratujmy Odrę. Od początku była między nami totalna chemia. Pozyskałam fantastycznego konsultanta. I wtedy wydarzyła się druga bardzo ważna rzecz. Pod koniec 2021 roku ukazał się raport międzynarodowego zespołu naukowców – przez cztery lata śledzili kondycję rzek w skali globalnej. Zaczęłam go czytać i byłam przerażona. Dowiedziałam się, że tylko jedna trzecia rzek płynie naturalnym nurtem. Umiejętność ujarzmiania rzeki doprowadziliśmy do absurdu. Poraził mnie także inny fakt. Patrzymy na naszą blue planet – wszędzie woda. Tymczasem czysta woda, dzięki której istniejemy, rzeki, to jeden procent tej niebieskiej planety. Rzeki od zawsze towarzyszyły człowiekowi, powstawały nad nimi pierwsze cywilizacje, były święte. A kiedy przeczytałam, że najbrudniejsza rzeka w Europie i trzecia na świecie jest we Włoszech – to Sarno, 15 kilometrów od wybrzeża Amalfi – natychmiast podjęłam decyzję. Kiedy doszłam do ostatniej strony raportu, już wiedziałam. Opowiem o wodzie poprzez rzeki Europy, choć jeden z wątków opowiadamy w Kanadzie, co dołożyłam jako swego rodzaju prowokację, wyzwanie, może inspirację.

Magpie, dla Innuitów święta rzeka, dzięki walce aktywistów i lokalnej administracji uzyskała osobowość prawną. Właśnie opowieść o aktywistach jest w twoim filmie tak inspirująca. Chciałaś pokazać widzowi, że zmiana jest w jego rękach?
Otóż to, widz rozumie, że ma siłę sprawczą. Żeby dobrze sprzedać tak misyjny temat, zatrzymać widzów przed ekranem, należy opowiedzieć go przez wyrazistych bohaterów, ludzkie historie, pokazać dynamikę wzajemnych relacji – w tym wypadku pomiędzy rzekami i ludźmi. Czułam, że film powinien mieć przewodnika, który porozmawia z innymi aktywistami na świecie. Ale… przecież mam takiego człowieka – to Piotr! I choć byliśmy już zaprzyjaźnieni, nie zapytałam, czy zechce, ale powiedziałam mu, że po prostu wystąpi w tej roli. Okazało się, że kamera go kocha. Widz patrzy na Piotra, na innych zapaleńców i może się z nimi utożsamić. Sarno jest martwa. Zachłanni przedsiębiorcy zakatrupili rzekę. Ale są młodzi ludzie, którzy o nią walczą. W Albanii udało się uratować ostatnią dziką rzekę Europy. Determinacja jednego młodego człowieka i jego pomysłowość doprowadziła do ogólnoświatowej kampanii na rzecz Vjosy. Zależało mi, żeby widz nie był atakowany wyłącznie beznadziejnym przekazem. Zwłaszcza że żyjemy w świecie, w którym media nagłaśniają zło. Bo im gorzej, tym lepsza klikalność.

Twoje ostatnie filmy są w kontrze do tych mediów.
Bo sięgam po tematy, które naprawdę grają mi w duszy. Na nikim się nie wzoruję, z nikim się nie ścigam. Przyrzekłam sobie, że będę realizować własne pomysły tak, abym mogła się w tych filmach przejrzeć, nie wykrzywiając twarzy z zażenowania. Muszę ci powiedzieć, że gdy realizowałam „Do ostatniej kropli”, towarzyszyła mi metafizyka. Byliśmy nieprawdopodobnie uzależnieni od pogody. Tyle rzeczy mogło pójść nie tak, tymczasem miałam poczucie, że prowadzi mnie jakaś siła…

Poczułaś się adwokatką natury?
Tak jakby natura chciała, żeby ten film się udał. Najbardziej kosztowna w naszym budżecie była wyprawa do Kanady, bo trzeba było przerzucić ekipę na drugi koniec świata. Cztery dni zdjęć plus dni na podróż. Musiałam wylecieć dzień przed ekipą, zabezpieczyć różne kwestie. Wyszłam z samolotu, nie przestawało padać. Nie mogłam z nerwów spać całą noc, bo co, jeśli będzie padać? Obudziła mnie piękna pogoda. Przez całe zdjęcia była wymarzona. Ostatniego dnia, kiedy opuszczaliśmy hotel o 3:30 nad ranem, zerwała się ulewa. Po naszym wyjeździe lało przez cztery dni. Pogoda nam sprzyjała, kiedy kręciliśmy w Polsce, w Albanii, nawet w Holandii, gdzie bywa bardzo kapryśnie. Cały czas miałam trudne do zdefiniowania poczucie, że jest ekipa, ale jeszcze coś nam towarzyszy.

Ewa Ewart i Remigiusz Grzela (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films)

Minęło 20 lat od twojego filmu „Dzierżyńsk – trujące miasto” o najbardziej zanieczyszczonym miejscu na świecie. Wówczas mówiłaś, że nie wierzysz, aby film mógł coś zmienić.
Musimy wrócić do filmu „Klątwa obfitości”. Dokładnie w 2013 roku młodzi aktywiści z Yasunidos próbowali w Ekwadorze doprowadzić do referendum, czy kraj powinien kontynuować odwierty w tym zakątku Amazonii – Parku Narodowym Yasuni, najbardziej bioróżnorodnym obszarze na świecie – czy zatrzymać ropę pod ziemią. Oczywiście rząd do referendum nie dopuścił. Były układy z Chińczykami... Ale aktywiści Yasunidos nie odpuścili przez kolejnych dziesięć lat. Zadzwonili do mnie w maju. Powiedzieli, że Sąd Najwyższy w Ekwadorze zgodził się na referendum. Ruszyli z ostrą kampanią i zapytali, czy mogą się posługiwać moim filmem. Wyświetlano go w całym Ekwadorze, wszędzie towarzyszyły mu debaty. 20 sierpnia tego roku odbyło się referendum. Wygrali. Blisko 60 procent opowiedziało się za zaprzestaniem wydobycia ropy w Yasuni. To oznacza, że z Yasuni powinny zniknąć naftowe koncerny. Oczywiście czas pokaże, czy prezydent będzie respektował wolę Ekwadorczyków. Aktywiści z Yasunidos powiedzieli mi, że mój film bardzo im pomógł.

Jako dokumentalistka czujesz teraz siłę?
Nie mam złudzeń. To był jeden strzał. Spójrz na katastrofę na Odrze, której poświęcam część filmu o rzekach. Rok po tragedii, która wstrząsnęła całą Polską, Sejm przepycha ustawę o uczynieniu z Odry drogi wodnej do przewozów towarowych. To oznacza powolne jej katowanie. Michał Zygmunt, muzyk i aktywista walczący o Odrę, mówi w naszym wywiadzie, że kiedy jest gorąco i nie ma opadów, jej głębokość potrafi zejść do 20 centymetrów. Wpuścisz tam dwumetrowy statek? Kto wydaje takie decyzje? Czy mój film coś zmienił? Jest jednak ogromne zapotrzebowanie na jego pokazy. Obejrzała go młodzież w Senacie, pokazałam go w Brukseli. Stale słyszę pytanie: „Co sam mogę zrobić?”. Tak niewiele trzeba, żeby stać się aktywistą albo wesprzeć takich ludzi na różne sposoby – sky is the limit.

Kiedy zaczynałaś jako dziennikarka, byłaś idealistką?
Byłam bardzo młoda, kiedy przyszłam do BBC. Dostałam szansę robienia wielkich tematów, opowiadania o sprawach świata w formie dokumentu. Byłam przekonana, że ja ten świat natychmiast zmienię. Dość szybko pozbyłam się iluzji. Tyle jest mediowych outletów, platform streamingowych, stron internetowych, stacji, więc trzeba ciągle karmić głód informacji newsami, reportażami, depeszami... Mówię studentom, że mamy nowy rodzaj dziennikarstwa – recykling. Po prostu nawzajem recyklingujemy nasze materiały bez dbałości o to, czy informacje są wiarygodne, czy bohater mówi prawdę.

Sam nazywam to kanibalizmem mediów.
Bo to takie kopiowanie cudzego, filtrowane przez własną percepcję, własne uprzedzenia, emocje. To się nie trzyma dawnej złotej zasady mediów – by zachować dystans i niezależność. Praca nad dokumentem jest długa i żmudna, ale mam całkowitą kontrolę nad materiałem. To ja znajduję temat, bohatera, to ja sprawdzam, czy na pewno jest tym, za kogo się podaje, czy mówi prawdę. Mogę podpisać się pod każdym elementem sekwencji filmu, bo tam byłam. A do tego staram się nie wpaść w pułapkę doświadczenia, które jest sprzymierzeńcem, ale może też uśpić czujność. Stąd u mnie taka różnorodność tematów, nieustanne zmuszanie się do myślenia out of box, wypychanie siebie ze strefy komfortu doświadczonej dokumentalistki. Wszystko po to, by moje filmy były ciekawe. Kiedy zrobiłam „Dzieci Biesłanu”, wydawało mi się, że to mój najważniejszy film. Kiedy zrobiłam „Do ostatniej kropli”, poczułam to samo. Na pewno te dwa filmy były przełomem. Pomogły mi na nowo zdefiniować siebie. Nie widzę siebie jako wojującej aktywistki. Ale naświetlam sprawy, które dotyczą nas wszystkich. Gdybym dzisiaj miała zaczynać w zawodzie, na pewno już nie zrealizowałabym tego, co zrealizowałam.

Na wojnę już nie pojedziesz?
Nie, nigdy w życiu. Mamy wojnę w Ukrainie, sięgasz do polskich mediów i znajdujesz relację z frontu obok tekstu o majtkach jakiejś celebrytki. Powiedz, kto dzisiaj w ogóle przejmuje się wojną? Mam określony pogląd na temat wojny jako sposobu rozwiązywania konfliktów. Wychodzi na to, że jestem pacyfistką. Widzę, czym stał się przekaz o wojnie, co stało się z falą niesłychanej solidarności z imigrantami i empatii wobec nich. Czytam o odruchach wrogości do tych ludzi, poczuciu, że zabierają nam miejsce w kolejce do lekarza.

Jak opowiedziałabyś o tej wojnie?
W ogóle mnie to nie interesuje.

Byłaś jedną z pierwszych, która zrobiła film o Putinie.
Tak, pierwszy dokument, jaki o nim powstał, był mój. Ale to tylko znaczy, że jako człowiek, jako dokumentalistka ewoluuję. Zmienia się mój smak na tematy. Zapewniam cię, że dzisiaj nie widzę siebie na wojnie w żadnej roli.

Kiedy to się w tobie zmieniło?
Kiedy dotarło do mnie, że są ważniejsze tematy. Takim tematem jest na przykład woda. Bo gdyby jej nie było, to nawet wojny by nie było. Na wojnie też woda jest potrzebna. Zetknięcie z Innuitami w Kanadzie, z rdzenną ludnością w Amazonii przekonało mnie po raz kolejny, jak bardzo ci ludzie przewyższają nas swoją mądrością.

Bo nie zgubili duchowości?
Bo rozumieją relację człowieka z naturą. Przedstawiciel rdzennych Indian Ameryki powiedział ponad 50 lat temu, że jak człowiek zetnie ostatnie drzewo, zatruje ostatnią rzekę i zje ostatnią rybę, to wtedy sobie uświadomi, że nie zje pieniędzy. Ku temu powoli zmierzamy. Od pewnego czasu do szału doprowadzają mnie nieustanne konferencje, szczyty klimatyczne. My już wszystko wiemy, zdefiniowaliśmy problemy, teraz trzeba działać!

Twoja mama też miała taką determinację?
W mamie była mieszanka marzeń, ambicji, a przede wszystkim właśnie determinacji i uporu. Pracowała w Polskim Radiu. Byłam w szkole podstawowej, kiedy ogłoszono konkurs na audycję związaną z kosmosem. Mama przez miesiąc żyła tylko tym tematem. Boksowała się, jak opowiadać. Już była pewna, nagle wszystko zmieniała. Zniknęła nam z życia, oddając się swojej wizji. Miała zapał w oczach, kiedy trafiała na temat, który ją wciągał.

Słuchałaś jej dokumentów?
Oczywiście, mam je do tej pory. Miała piękny głos. Pamiętam dokument, który zrobiłyśmy razem. Po moim filmie „Dzieci Biesłanu” zaprosiła mnie do studia, to miało osobisty charakter – matka i córka.

Była twoim autorytetem?
Na pewno była punktem odniesienia. Miałam wielkie szczęście, bo w ogóle rodzice mnie kształtowali. W pełni zdałam sobie z tego sprawę, kiedy ich zabrakło. Ojciec pokazał mi, że realizowanie marzeń nie ma granic. Był architektem. Osiągnął w zawodzie najwyższe pułapy. Zostawił po sobie piękne prace w wielu zakątkach świata. Zagraniczną karierę zaczął w Iraku w latach 60. Potem był w Wiedniu i w Stanach Zjednoczonych. Kiedy wybuchła wojna w Iraku, tata już był w Polsce. Widziałam w jego oczach niepohamowany bunt, do którego wstydził się przyznać. Doskonale wiedział, co stanie się z tymi wszystkimi budynkami według jego projektów, że zostaną obrócone w gruzy. I nagle dwa lata temu zgłosiły się do mnie dwie osoby, jedna z Polski i jedna z Iraku, które w ramach międzynarodowego projektu poszukiwały „spuścizny i materiałów archiwalnych Lecha Robaczyńskiego”. Ponieważ cenią mojego ojca i jego wkład w architekturę Iraku, postanowiły odnaleźć projekty, być może odtworzyć jakieś budynki. Tata miał dom w Zalesiu. Po jego śmierci udostępniłam go koleżance, by się nim opiekowała, ale wyłączyłam pracownię, ulubione miejsce taty. Nie zaglądałam do niej, stała zamknięta. Wyciągając szuflady, odkrywałam skarby: projekty z napisami arabskimi, arkusze architektoniczne, góry slajdów. Powiedziałam tylko: tata znowu to załatwił. Z wielką radością przekazałam wszystko do muzeum w Bagdadzie.

Co dzieje się między filmami?
Dokument jest immanentną częścią mojej egzystencji. Nigdy nie jest daleko. A ja nie jestem w stanie kompletnie się wyłączyć. Chociaż moje wyprawy do Brazylii to totalne wyoutowanie się ze wszystkich obowiązków. Jest tylko kontakt z naturą, dzięki czemu wracam pełna energii. Między filmami zdarzają się też rzeczy niezwykłe. Tak przyszedł do mnie mój ostatni film. Mam znajomą, łączyły nas raczej luźne relacje, Magdę Atkins. W zeszłym roku, po zdjęciach, uświadomiłam sobie, że bardzo długo nie miałyśmy kontaktu. Był wrzesień. Zadzwoniłam do niej, nie odpowiadała, nie odpisywała, co było kompletnie sprzeczne z jej charakterem. Zaniepokoiłam się. Dopiero po trzech tygodniach napisała krótkiego SMS-a, że ma problemy, że odezwie się, jak się ogarnie. Na początku grudnia poprosiła o spotkanie. Zobaczyłam młodą jeszcze kobietę w wełnianej czapce i jej zapadnięte oczy. Powiedziała, że ma diagnozę raka piersi. Zaczęła chemioterapię. Ponieważ nie potrafi rozmawiać o chorobie z kilkunastoletnim synem, nagrywa wideopamiętnik. „Wiesz, pomyślałam, że mogę jeszcze coś innego z tym materiałem zrobić, co pomogłoby kobietom przejść tę drogę. Zawzięłam się i chciałabym żyć. Czy zrobiłabyś ze mną film?”.

Byłam bardzo poruszona: „Magda, przede wszystkim dziękuję ci za zaufanie. Nie mam pojęcia, jak się ułoży scenariusz, ale wiem, jaki będzie jego koniec – że ty jesteś zdrowa”. I dzisiaj jest zdrowa. Towarzyszyliśmy jej z dużą kamerą na różnych etapach tej walki. Chemia, operacja amputacji piersi, to wszystko jest. Główną oś narracji tworzy jej do bólu szczery wideopamiętnik. Film ma tytuł „Bez retuszu”, bo sposób, w jaki opowiada, po prostu powala. Film pojawia się dokładnie w rocznicę zachorowania. Takie zapasy z emocjami musiałam uprawiać ostatni raz przy „Dzieciach Biesłanu”. Magda stała się dla mnie kimś bliskim.

Chowałaś się za kamerą?
Cały czas byłam przy niej. Moim sposobem na radzenie sobie z emocjami była pewna szorstkość wobec niej. Ale paradoksalnie, ona zresztą mówi to w filmie, w walce z chorobą motywowało ją normalne traktowanie przez innych. Często ją sztorcowałam, stawiałam do pionu: „Tu miałaś zadzwonić, odpisać na maila”. Powstał film w sumie bardzo optymistyczny.

Kiedyś babcia zapytała cię, co widzisz w tych filmach. Co byś dziś odpowiedziała?
Że to jest mój pomysł na życie. Jestem szczęściarą, bo to nie jest praca. To się wymyka definicji zawodu. Oficjalnie jestem dokumentalistką, zawód: dziennikarz. Ale przecież film to ja. Bo jest odbiciem tego, co myślę, co mnie martwi, co zaprząta moją głowę.

Ewa Ewart dokumentalistka. Pracowała w hiszpańskiej agencji prasowej EFE, amerykańskiej stacji telewizyjnej CBS, brytyjskiej BBC, związana z TVN. Autorka filmów, m.in.: „ETA – wyjście z cienia”, „Uśmiech historii”, „Lodołamacz – polska droga do wolności”, „Generał i bokser”, „Wojny kokainowe”, „Kim jest Putin”, „Przepustka do piekła”, „Dzieci Biesłanu”, „Gorbaczow – człowiek, który zmienił świat”, „Zdobyć miasto”, „Klątwa obfitości”, „Do ostatniej kropli” i „Bez retuszu”. Laureatka najbardziej prestiżowych nagród dziennikarskich
i telewizyjnych na świecie.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze