Martyna Wojciechowska: Wierzę, że odwaga to kwestia decyzji

Martyna Wojciechowska w sesji dla "Zwierciadła", fot. Marta Wojtal / #projektmiłość

Jestem najszczęśliwsza, odkąd pamiętam – mówi i nie boi się zapeszyć. Minęło ponad 20 lat, od kiedy po raz pierwszy pojawiła się na okładce „Zwierciadła”. Wiele się od tamtego czasu zmieniło. Jak wiele?

Czerwiec 1997 roku. Pozujesz w letniej sukience, z liśćmi fantazyjnie wpiętymi we włosy. Dziewczyna malująca usta we wstecznym lusterku miejskiego skutera. Pamiętasz, jak powstawała ta okładka „Zwierciadła”?
Pierwszych okładek się nie zapomina. Chwilę wcześniej wystąpiłam w piśmie „Filipinka” jako dziewczyna, która kocha motocykle, tu akurat jestem na skuterze.

Co to za moment w twoim życiu?
Jeszcze studiowałam, w dużej firmie pracowałam jako marketing manager, jak to się wtedy szumnie nazywało, i zajmowałam się właśnie promocją jednośladów. Miałam też za sobą epizod pracy jako modelka. Z jednej strony to ważne doświadczenie, buduje świadomość ciała, nie mówiąc o tym, że poznałam wtedy mnóstwo osób, które tworzyły podwaliny dzisiejszej branży medialnej. Makijażyści, którzy nas wtedy malowali, fryzjerzy, którzy uczyli się fachu na naszych włosach, to teraz gwiazdy. Przy tamtych niewielkich możliwościach finansowych i głodni wielkiego świata robiliśmy przeróżne eksperymenty. Część z nich wydaje mi się dziś trochę zabawna, a trochę żenująca, ale fajnie, że razem dorastaliśmy, wymyślaliśmy, jak to ma docelowo wyglądać. Z drugiej strony – to czas, który mocno podkopywał moje poczucie własnej wartości. Wciąż słyszałam, że powinnam być jakaś.

Czyli jaka?
Inna niż byłam. Że powinnam schudnąć, zoperować nos, mieć długie włosy, krótkie. Długo tego nie wytrzymałam. W „Zwierciadle” wystąpiłam jako modelka, ale ponieważ odpowiadałam za promocję tych skuterów, można powiedzieć, że była to trochę sesja służbowa. Nie chodziło o mnie, nie ja byłam tematem tej okładki, nie ma na niej mojego nazwiska, ale ja ją organizowałam. Pamiętam, że to właśnie wtedy pomyślałam, że następnym razem, kiedy pojawię się na okładce jakiegokolwiek magazynu, to nie z powodu tego, jak wyglądam, ale kim jestem i co mam do powiedzenia. Dosłownie chwilę potem zaczęłam współtworzyć program o motocyklach dla łódzkiej telewizji kablowej ATV, a niecały rok później pracowałam już w telewizji TVN i prowadziłam program motoryzacyjny „Automaniak”. W tamtych czasach to było coś – kobieta opowiada o samochodach, ściga się motocyklami, przygotowuje materiały z rajdów i Formuły 1. Obyczajowy przełom.

Miałaś jasno wyznaczony cel?
Chciałam zajmować się motoryzacją, bo to była moja pasja od dziecka. Ale przede wszystkim chciałam być szanowana za to, że znam się na tym, co robię. I miałam nadzieję, że wreszcie nie będę się musiała tłumaczyć z tego, że jestem dziewczyną. Ciekawostką przyrodniczą, która nie przystaje do tego męskiego świata.

Tamta młoda, ambitna dziewczyna była sympatyczna?
Zależy dla kogo [śmiech]. To był czas buntu i naporu. Czasem nawet arogancji, która – jak wierzyłam – była potrzebna, żebym mogła cokolwiek osiągnąć w męskim świecie. Szarpałam się. W sumie burzliwy, trudny i męczący dla mnie okres. Choć ważny, bo nie byłabym dzisiaj tym, kim jestem, gdyby nie tamta buntowniczka z wyboru.
Świętując 44. urodziny, myślałam sobie: „Jakie to wspaniałe, że to 44., a nie 24. czy nawet 34. urodziny!”. Bo poziom świadomości, spokoju, pewności siebie płynącej z doświadczenia daje jednak niesamowite poczucie komfortu.

Zrobiłaś sobie jakiś wyjątkowy prezent?
Zostałam skoczkiem spadochronowym. Wcześniej skakałam w tandemie, ale kiedy myślałam o samodzielnym skoku, czułam ścisk w żołądku. Jednocześnie wiedziałam, że chcę skakać ze spadochronem – właśnie dlatego, że tak bardzo się boję. Tylko że za każdym razem, kiedy próbowałam to zrobić, coś stawało mi na przeszkodzie. Kulminacyjny moment nastąpił latem 2016 roku – byłam zapisana na kurs, ale w wypadku złamałam obojczyk i konieczne były dwie skomplikowane operacje. Straciłam władzę w lewej ręce, wciąż czułam ból, nie wiedziałam nawet, czy odzyskam pełną sprawność. Pomyślałam, że to już na pewno koniec marzeń o lataniu. I tak mnie to irytowało, że zrobiłam wszystko, żeby jednak latać. Wiesz, jak to jest, jeśli naprawdę chcesz coś zrobić…

No właśnie chyba nie do końca wiem. Jak to możliwe, że jeśli coś wykracza poza twoją strefę komfortu, to ty właśnie wtedy najmocniej ciśniesz?
Po prostu wierzę, że odwaga to kwestia decyzji. Im bardziej się czegoś boję, tym uważniej się temu przyglądam. Nie chcę mieć poczucia, że to moje lęki decydują za mnie.

Więc chodzi o poczucie kontroli.
Z tą kontrolą to nie szalejmy. Nie wymyśliłabym sobie tego, co przyniosło mi życie. I absolutnie nie mogę powiedzieć, że mam pełną kontrolę nad moim życiem. Nikt z nas nie ma. Ale chciałabym wpływać na to, na co mogę, tam, gdzie mogę. To kwestia szlifowania charakteru, sprawdzania się w różnych wymagających sytuacjach, kiedy możesz świadomie przesunąć granice swoich możliwości. Stoisz w otwartych drzwiach samolotu i masz poczucie, że skok w chmury to coś wbrew instynktowi samozachowawczemu, prawda? A jednak wiesz, że tyle osób skakało przed tobą i że to sport mniej urazowy niż jazda konno czy ostre narciarstwo. Zdecydowana większość wypadków spowodowanych jest błędem ludzkim, a nie awarią sprzętu. Brawura, nieuwaga, rutyna, gubią nas różne rzeczy. A tu masz procedury, ćwiczenia na sucho. Więc jak już jesteś w samolocie, bierzesz trzy głębokie wdechy i skaczesz.

A potem?
Potem jest wspaniale.

Na jak długo starcza tej euforii? To uzależniające?
Oczywiście. Przeżywam etapy fascynacji różnymi dziedzinami. Najbardziej stała jestem w miłości do gór, bo to coś wyjątkowego – wspinam się nie po adrenalinę, ale po spokój. A skoki spadochronowe to czysta dziecięca radość. Przez prawie minutę lecisz swobodnie z wysokości czterech kilometrów. A potem otwierasz czaszę spadochronu i obserwujesz świat z lotu ptaka. Ostatnim razem, kiedy skakałam, był zachód słońca. Mówiłam sama do siebie: „Martyna, sama popatrz, jakie cudowne jest życie!”.

Ile znasz kobiet, które skaczą ze spadochronem?
No właśnie to moje marzenie o lataniu to też opowieść o kobietach w świecie pozornie męskiej przygody. Siedem lat temu podczas realizacji programu „Kobieta na krańcu świata” poznałam Heather Swan, która stała się dla mnie inspiracją. Kobieta, która całkowicie przewartościowała swoje życie w wieku blisko 40 lat. Miała wtedy kilka kilogramów nadwagi, dwoje dzieci z różnych związków i pracę w korporacji, której nie lubiła. Zaczęła zmiany w życiu od truchtania dookoła ogródka, bo nigdy wcześniej nie uprawiała sportu. Dziś jako skoczek spadochronowy ma na koncie wiele rekordów, ostatnio przesłała mi zdjęcia swoich lotów nad Antarktydą! Kiedy siedem lat temu poznałam Heather, miała prawie 50 lat, a jak poszłyśmy razem na trening, to zostałam daleko w tyle. Dziesięć kilometrów biegu, sto pompek, podciągnięcia na drążku… Pełen szacunek.
Teraz, kiedy zaczęłam latać w tunelu aerodynamicznym, poznałam świetną trenerkę Kasię Bereskę. Potem trafiłam na Martę Molińską, instruktorkę, która prowadziła mój kurs spadochronowy. Mój spadochron składa – bo ja jeszcze nie mogę tego robić sama – także kobieta, Gośka Marciniak. I ja za każdym razem z pełnym zaufaniem powierzam jej życie. Gdzie się obejrzę – wszędzie kobiety wysokich lotów.

Martyna Wojciechowska w sesji dla „Zwierciadła”, fot. Marta Wojtal / #projektmiłość

Pracujesz w mediach od ponad 20 lat. To wystarczająco dużo, żeby traktować show-biznes jak coś oswojonego, przyjaznego?
Wierzę, że mam za sobą jednak te 22 lata ciężkiej pracy i to jest coś, co trudno stracić z dnia na dzień. Ale też zdaję sobie sprawę z zagrożeń. Show-biznes to żywioł. Jestem świeżo po kilku historiach, którymi może nadmiernie się nie ekscytuję, ale też nie powiem, że są mi zupełnie obojętne. Media ostatnio bardzo zaczęły się interesować moim życiem, a dotąd udawało mi się rozgraniczać sferę prywatną i zawodową. Po raz pierwszy poszłam na przyjęcie z moim partnerem. Oboje poruszamy się w tej samej sferze zawodowej, on dostał zaproszenie na to samo wydarzenie, więc naprawdę dziwne byłoby, gdybyśmy poszli osobno. Stanęliśmy na tzw. ściance, próbowałam wcześniej tłumaczyć, że będzie dużo fleszy, dziennikarzy, zamieszania i tak też się stało. Ale Przemek, jednak zaskoczony tym tłumem naprzeciwko nas, powiedział pod nosem coś, czego zdecydowanie nie mogę tu przytoczyć, ale znaczyło coś w stylu: „Skąd tu tyle tych fotoreporterów?” [śmiech]. Nachyliłam się do niego i powiedziałam na ucho: „Słuchaj, ludzie potrafią czytać z ruchu warg”, i zaczęłam się śmiać. To był ułamek sekundy. Następnego dnia przeczytałam, że zamiast stanąć jak człowiek, to wieszałam się na nim „rozpalona do czerwoności”. Że Martyna Wojciechowska sprzeniewierzyła się wszystkim wyznawanym do tej pory wartościom.

Czytasz coś takiego i…
…w jakimś sensie, przewrotnie, wzbudza mój podziw to, że dziennikarze ze sfery internetowej potrafią wyczarować takie historie. Jestem w stanie też przyjąć na klatę komentarze, że dla lansu adoptowałam chorą na albinizm dziewczynkę z Tanzanii. Uważam je za krzywdzące, ale tłumaczę sobie, że świadczą one o tych, którzy je piszą. Mnie coś takiego w ogóle by nie przyszło do głowy – z góry zakładam, że ludzie mają dobre intencje. Kabula wychowała się w Tanzanii, gdzie osobom z albinizmem odrąbuje się części ciała, żeby wyprodukować z nich magiczne amulety. Dziś jako moja adoptowana córka jest bezpieczna i uczy się w prywatnej szkole, żeby zostać prawniczką i pomagać innym pokrzywdzonym ludziom. Do tego potrzeba zaangażowania wielu osób dobrej woli, Stowarzyszenia Misji Afrykańskich, Fundacji „Między Niebem a Ziemią”, pieniędzy, czasu. Nie mam siły tłumaczyć, że to wieloletni projekt wymagający ogromnej pracy, więc trudno mówić o „lansie”. Bo wiem, że cokolwiek powiem, to tylko woda na ten młyn. Najlepiej po prostu robić swoje. Wierzę, że dobre rzeczy, sumiennie wykonywane, bronią się same.

Także Kabulę poznałaś podczas realizacji programu „Kobieta na krańcu świata”. Tworzysz go od dekady, z tej okazji powstał nie tylko nowy sezon, ale i odcinki specjalne. Jak to się stało, że zamiast motoryzacją zajęłaś się kobietami poznanymi w podróży?
Jako dziennikarka jeździłam komentować zawody Formuły 1, rajdowe mistrzostwa świata, rajdy Szwecji, Cypru, Argentyny. Czułam się spełniona, ale zaczęło do mnie docierać, że wszystko, co najciekawsze, dzieje się wokół, a nie na samych zawodach. Po Rajdzie Dakar w 2002 roku, w którym wystartowałam też jako zawodniczka, byłam już pewna, że bardziej fascynujące są kulisy tej morderczej imprezy, walka o przetrwanie, ludzie spotkani w drodze i przyroda naokoło niż sama sportowa rywalizacja. I o tym chciałam robić reportaże. Najpierw powstał pomysł na program „Misja Martyna”. A potem…
Potem dużo się w moim życiu wydarzyło. Dużo ważnych, trudnych momentów. Przede wszystkim wypadek i śmierć mojego przyjaciela i operatora kamery Rafała. Szukałam sensu w tym, że przeżyłam ten wypadek, że ocalałam. Postanowiłam przeżyć dwa życia, dać z siebie więcej. Nie chciałam już robić programów o swoich podróżach, tylko o niezwykłych ludzkich historiach, które zainspirują innych. W 2008 roku zostałam mamą i to był punkt przełomowy. Od dziesięciu lat przemierzam świat, realizując filmy o kobietach z krańców świata i o tym, czego możemy się od nich nauczyć. To dokładnie tyle, ile ma moja córka.

Nie czułaś presji? Że powinnaś coś wybrać, z czegoś zrezygnować. Mówię o odwiecznym dylemacie: na ile matka dla dobra dziecka musi zrezygnować z siebie.
Każdego dnia próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie, czy moje wybory są słuszne. I czy z perspektywy czasu będę to widziała tak samo. Ja akurat postanowiłam być mamą i realizować pasje, choć daleka jestem od tego, żeby twierdzić, że to jedyny słuszny wybór. To też trochę rozmowa o feminizmie, choć unikam tego słowa. Uważam, że ciąży na nim jakieś piętno wypaczenia, podczas kiedy nieuznawanie feminizmu jest po prostu seksizmem. Na potrzeby tej rozmowy załóżmy, że równouprawnienie ludzi powinno być rzeczą oczywistą.
No więc nie każda nowoczesna kobieta, która żyje w XXI wieku i ma możliwość wyboru, musi godzić pracę, macierzyństwo, wyglądać super i dawać radę na każdym polu. Feminizm to dla mnie wolność wyboru, nawet jeśli oznacza to zostanie w domu z dzieckiem i rezygnację z dotychczasowych pasji. Ważne, czy wybierasz tę drogę dlatego, że tego właśnie chcesz, czy dlatego, że takie są oczekiwania otoczenia wobec ciebie.
I tutaj znowu wrócę do Heather Swan, bo zawdzięczam jej dużo więcej niż to, że skaczę ze spadochronem. Heather dużą część życia poświęciła wyłącznie wychowywaniu dzieci. Po czym zaczęła robić różne bardzo niemądre, obiektywnie rzecz biorąc, rzeczy – bo to, na co się porywa, to momentami rzeczywiście czyste szaleństwo. Robi to, bo – jak powiedziała – poczuła, że stać ją na więcej niż wożenie dzieci do szkoły i ze szkoły oraz gotowanie im obiadów. Że to jest, oczywiście, ważne, ale znacznie ważniejsze, co może im dać, to inspiracja.
Kiedy ją poznałam, byłam świeżo upieczoną mamą, która próbowała stworzyć własny model macierzyństwa. W ogóle zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi, bijąc się wciąż z wyobrażeniami, jak moje macierzyństwo powinno wyglądać i czego świat ode mnie oczekuje. Zdecydowałam, że chcę spróbować znaleźć balans między pracą, pasją a wychowywaniem dziecka. Że to jest moja droga. Nie wiem, czy dobra, czy zła, ale moja. Jednak nie wyobrażam sobie, żeby się co jakiś czas nie zatrzymywać i nie robić podsumowań. To takie moje punkty kontrolne. Jak na razie widzę, że z kilku rzeczy bardzo ważnych zrezygnowałam, kilka rzeczy mogłam sobie darować, kilka zrobić inaczej, ale ogólnie bilans wychodzi na plus.

Martyna Wojciechowska w sesji dla „Zwierciadła”, fot. Marta Wojtal / #projektmiłość

Jaki model macierzyństwa wyniosłaś z domu?
Zupełnie inny. Nasz dom pachniał obiadem, mama zawsze była na miejscu. Z wyboru. Każdy ma jakąś misję życiową, moja mama miała i ma taką: nakarmić cały świat, przytulić wszystkich do piersi, wziąć pod swoje skrzydła. Miałam cioteczne rodzeństwo – siostrę i brata, ich rodzice umarli, a moja mama przejęła znaczną część opieki nad nimi. Były okresy, że mieszkali u nas, były też takie, że żyliśmy na dwa domy. W ogóle nie pamiętam z dzieciństwa takiego czasu, żeby ktoś u nas nie pomieszkiwał, żeby rodzice komuś nie pomagali. Mama jest pod tym względem niemożliwa. Żyje bardziej dla innych, mniej dla siebie.

Byłaś późnym dzieckiem?
Mamy nie, ale taty – późnym. Kiedy miałam siedem lat i szłam do podstawówki, tata miał 47 lat. Rodzice koleżanek byli jeszcze przed trzydziestką.

Gdzie mieszkaliście?
Na robotniczej Woli. Wtedy to bardziej były przedmieścia Warszawy. Przy trasie wylotowej na Poznań.

Podwórko z trzepakiem czy z porządnymi drabinkami?
Był trzepak, ale trenowałam wyczynowo sport i nie miałam czasu wisieć na trzepaku, bo spędzałam czas na sali gimnastycznej. A kiedy byłam młodsza, czas spędzałam głównie z dorosłymi. Lubiłam malować, rysować, lepić, kleić. Takie dziecko raczej introwertyczne, refleksyjne, niezbyt odważne. Bardziej obserwujące niż uczestniczące.

Jakim cudem z tego introwertycznego dziecka stałaś się nieustraszoną dziewczynką, która w wieku dziesięciu lat oznajmiła, że będzie ścigać się na motocyklach, i dopięła swego?
Duża w tym zasługa mojej mamy. Pewnie miałam potencjał, skoro go we mnie dostrzegła, ale też ona sama ma jakąś niezwykłą umiejętność, która jest teraz dla mnie, kiedy wychowuję Marysię, niedoścignionym wzorem. Mama z jednej strony inicjowała różne rzeczy, a jednocześnie wspierała mnie w najbardziej szalonych pomysłach. Nigdy nie spotkałam się z sytuacją, nawet zupełnie błahą, kiedy podcięłaby mi skrzydła. Wyobraź sobie, że dziesięciolatka przychodzi do domu i mówi: „Mamo, będę wyścigowym kierowcą motocyklowym”. I co robi wielu rodziców? Zaczyna, nawet w dobrej wierze, przekładać te słowa na racjonalne przesłanki. Żyjemy w Polsce, w komunie, nie ma pieniędzy, sprzętu, sponsorów. „Dziecko, co ty mówisz, gdzie ty się będziesz ścigać, co ci chodzi po głowie?”. Ja tego nie usłyszałam. Zamiast tego mama wykrzyknęła: „Świetnie!”. Albo kiedy przyszłam do domu i powiedziałam, że będę gitarzystką. Zamknęłam się w pokoju i ćwiczyłam tak długo, aż wystąpiłam na festiwalu piosenki młodzieżowej Młyn z moim zespołem i zajęliśmy pierwsze miejsce. Wyrastałam w przekonaniu, że chcieć to móc. Rodzice pozwalali mi popełniać błędy. Na drodze tych doświadczeń nabrałam dużej pewności siebie i odwagi. Odwaga to ważna rzecz. Nie rozumiem, dlaczego na święta Bożego Narodzenia Mikołaj pyta dzieci, czy były grzeczne. Ja zawsze pytam Marysię, czy w tym minionym roku była odważna.
Wielki wpływ miał na mnie też mój tata. Nadodpowiedzialny, nadpracowity, widzący w tamtych siermiężnych czasach możliwości tam, gdzie nikt ich nie widział. Miał warsztat samochodowy w podwórku, obok naszego domu. I fascynujących klientów. Wanda Rutkiewicz, profesor Bardini, Violetta Villas, filmowcy, ambasadorzy. Nie chodziłam do przedszkola, więc pewnego dnia dostaliśmy pismo, że obejmuje mnie już „obowiązek szkolny”. To był dramat, bo warsztat samochodowy taty był dla mnie rajem. Wszyscy byli przyzwyczajeni, że gdzieś tam się plączę.

W podstawówce rozbijałaś się motorynką po okolicy.
Mama podjęła wywrotową jak na tamte czasy decyzję, że będę uczęszczać na prywatne lekcje angielskiego. Nie docierałam na nie, bo wymyśliłam sobie, że pieniądze będę odkładać właśnie na motorynkę. A jak już ją zdobyłam, to wciąż znikałam. Jeździłam jak szalona po wojskowych fortach, które były w okolicy, i w pocie czoła uczyłam się kolejnych ewolucji, na przykład palenia gumy i jazdy na jednym kole.

Nikt nie wyrzucał ci, że to za bardzo chłopackie?
Rodzice nigdy. Ale w kółko to słyszałam, chłopaki bez przerwy mnie podpuszczali. A ja się dawałam podpuszczać. Testy na odwagę – rozbijałam tę swoją motorynkę albo kolana. A im bardziej mi coś nie wychodziło, tym bardziej się zacinałam, że chcę być lepsza od nich.

Jak przetrwałaś okres dojrzewania?
Piersi rosły zdecydowanie za wolno jak na mój ówczesny ogląd sprawy [śmiech]. Przez jakiś czas byłam wypłoszem, tu miałam za dużo, tam za mało. Miałam też ogromne problemy z cerą, co bardzo mnie krępowało. Byłam między czasem beztroskiego chłopackiego dzieciństwa a okresem, kiedy konstytuowałam się jako kobieta, co też owocowało dość kuriozalnymi eksperymentami. Epatowaniem kobiecością. Podkreślanie jej rozumiałam w zupełnie inny niż dzisiaj sposób. Nazwijmy rzeczy po imieniu: bardzo dosłownie. Kiedy patrzę na zdjęcia z tamtego okresu, widzę, że wszystkiego jest tam za dużo. Albo za mało. Za mocny make-up, za głębokie dekolty, za krótkie spódniczki.

Martyna Wojciechowska w sesji dla „Zwierciadła”, fot. Marta Wojtal / #projektmiłość

W wywiadach nieraz przyznawałaś, że kobiety cię irytowały, że lepiej dogadywałaś się z facetami.
Denerwowało mnie plotkowanie, mówienie o niczym, rozkładanie błahych spraw na elementy pierwsze. Dla mnie liczył się konkret, żeby popchnąć sprawy do przodu. Dopiero później zrozumiałam, że nie chodzi o to, żeby przyjąć męski sposób widzenia i model działania, tylko wypracować własny. Zaczęłam inaczej postrzegać ten kobiecy zestaw cech, zrozumiałam, że on wcale nie oznacza rozkładania błahych spraw na elementy pierwsze, tylko większą uczuciowość i empatię. Że pozorne niezdecydowanie to po prostu większa refleksyjność. Ta kobieca energia, siostrzana miłość, którą teraz czuję z fajnymi, mądrymi kobietami, które mnie otaczają, napędzają mnie do działania.

Dużo czasu zajęła ci ta wolta w myśleniu?
Wiele się zmieniło, kiedy zostałam mamą. Czysta fizjologia. Nabrzmiałe piersi, płaczące dziecko, zmęczenie, bezsilność, ale też ogromne poczucie wspólnoty z innymi kobietami.

Co daje ci poczucie bezpieczeństwa?
Wewnętrzne przekonanie, że potrafię nawet w trudnych warunkach przetrwać. I zadbać o najbliższych. Czuję, że można mi zabrać wszystko, a ja i tak przetrwam. Wiem to.

A umiesz określić, skąd bierze się u ciebie nieustanna potrzeba adrenaliny?
Jest udowodnione, pisaliśmy o tym w „National Geographic”, kiedy jeszcze pełniłam tam funkcję redaktor naczelnej, że jest coś takiego jak D4DR – gen sprawiający, że ludzie, którzy go mają, znacznie chętniej podejmują ryzyko. Ten gen sprawia też, że masz większą niż inni potrzebę przemieszczania się. Mniej więcej się zgadza.

Spakowałabyś życie w walizkę?
Pewnie chciałabym odpowiedzieć twierdząco i dodać filozoficznie, że jestem wiecznym wędrowcem. Ale jednak nie. Obrosłam rzeczami, które lubię, szczególnie książkami, jestem dość sentymentalna, przechowuję notatki, pamiątki, wycinki. Zbieram stroje z krańców świata z myślą o stworzeniu kolekcji muzealnej. Są posegregowane, przełożone pergaminem, opisane. Bhutan, Indie, Samoa, Papua. Byłabym w stanie porzucić wszystko tylko wtedy, gdybym naprawdę musiała. Lubię surowe warunki życia, takie jak moja drewniana chata w górach i piec kaflowy zamiast centralnego ogrzewania
– serwuję je sobie regularnie, ale dobrze mi też, kiedy wracam do naszego mieszkania na warszawskim Żoliborzu.

W trudnych sytuacjach od razu idziesz na czołowe zderzenie?
W tych najtrudniejszych potrafię zachować totalny spokój. To trochę cecha wrodzona, nie mam skłonności do panikowania. Ale też nauczyłam się tego w domu. Mama nigdy by nie powiedziała: „To straszne! Co my teraz zrobimy?!”. W naturalny sposób nie jestem szczególnie ekspresyjna, jeśli chodzi o strach i złe emocje. Łatwo przychodzą mi wybuchy radości, zapalam się do czegoś, ale negatywne emocje potrafię trzymać na wodzy. Czy to coś złego i będę miała z tego powodu wrzody żołądka? Po prostu wierzę, że mówiąc coś na głos, nadajemy temu energię. Dlatego tak bardzo zwracam na to uwagę: „Nie mówcie, że mamy problem. Nie, nie mamy problemu, mamy wyzwania. Nie mów, że ci się udało. Mów, że to zrobiłaś”. Poza tym bardzo ufam intuicji. Zawsze zrobię coś bardziej z serca niż z racjonalnej analizy.

W relacjach sprawdza się to tak samo dobrze jak podczas zdobywania szczytu?
Generalnie ufam ludziom, jestem otwarta. I jak każdy mam różne doświadczenia w życiu zawodowym i prywatnym. Także takie, że ktoś mnie zawiódł, zdradził. Ale też nigdzie nie jest powiedziane, że ludzie mają być z nami na zawsze. Nie żałuję żadnej relacji, choć być może nie każda mnie szczególnie wzbogaciła. Na różnych etapach życia potrzebujemy różnych rzeczy. Jestem przekonana, że teraz żyję w odpowiednim miejscu, czasie, otoczona właściwymi ludźmi. Ale jeśli spotkamy się za pięć lat i ten zestaw ludzi wokół mnie będzie nieco inny, to nie znaczy, że teraz jest zły. Po prostu przyjmuję, że sytuacja może się zmienić, że świat się zmienia i my też się zmieniamy.

Potrafisz o tym myśleć bez smutku?
Straciłam bardzo bliskie osoby w dosłownym znaczeniu tego słowa. Umarły, zginęły w tragicznych okolicznościach. Pewnie, że w takich momentach zastanawiasz się, dlaczego świat się nadal kręci, jak to możliwe. Ale też wiem, że potem nastaje codzienność, budujesz inne relacje. Utrata, ta dosłowna i ta bardziej w przenośni, kiedy nasze drogi się rozchodzą, już mnie tak bardzo nie przeraża.

Jesteś szczęśliwa?
Jestem najszczęśliwsza, odkąd pamiętam.

To czego ci można życzyć?
Nie zabrzmi to spektakularnie, ale zdrowia. Resztę sobie jakoś ogarnę.