Reżyser, scenarzysta i producent „Zapisków śmiertelnika” Maciej Żak mówi, że to film dla kobiet, które chcą dowiedzieć się więcej o swoich mężach, partnerach, przyjaciołach. Zachęca, by obejrzeć go razem, bo może się stać początkiem ważnej rozmowy - rozmawia Magda Kuydowicz.
Na Warszawskim Festiwalu Filmowym „Zapiski śmiertelnika” spotkały się z bardzo emocjonalnym odbiorem. Widzowie interpretowali film na różne sposoby: jako historię o wolności, trudnych wyborach, relacji ojca i syna czy o pogodzeniu się z życiem mężczyzny około pięćdziesiątki - biznesmena, który marzył o czymś zupełnie innym, niż stworzył.
Po pokazach rzeczywiście odbyliśmy wiele ciekawych rozmów z publicznością. Pytania były różnorodne, bo film jest wielowarstwowy. Opowiada o mężczyźnie w średnim wieku, otoczonym przez silne wpływające na jego losy kobiety, który przechodzi głęboki egzystencjalny kryzys.
Fot. Materiały partnera
Podchodzili do mnie zarówno mężczyźni, jak i kobiety, mówili: „To jest historia o mnie”. To było dla mnie ogromnie interesujące - oznaczało, że być może udało się uchwycić pewien rys pokoleniowy, wspólne doświadczenie ludzi w średnim wieku. Na przykład podczas pokazu w Katowicach usłyszałem od kilku przedsiębiorców: „U mnie też tak było - kiedy się starałem, nie wychodziło, a sukces przychodził, gdy działałem spontanicznie”. Wielu z nich odnajdywało w moim bohaterze siebie - mężczyznę z ustabilizowanym życiem rodzinnym i zawodowym, który mimo to czuje pustkę i zagubienie. Okazało się, że los mojego bohatera stał się reprezentatywny dla współczesnych mężczyzn.
Kobiety w „Zapiskach śmiertelnika” są mocne, chłodne, zdecydowane – w kontraście do bohatera pełnego wahań i wątpliwości. Im trudniej mężczyznom, tym ciekawszy to temat dla filmu, prawda?
Zdecydowanie tak. W czasach, gdy rywalizacja płci jest tak widoczna w niemal wszystkich sferach życia, każdy głos w sprawie redefinicji i zrozumienia męskości jest ważny. Kobiety są dziś często silniejsze psychicznie, lepiej radzą sobie z emocjami, potrafią szybciej się pozbierać.
Żona głównego bohatera jest tego przykładem - rozstanie traktuje jak kolejny punkt w życiowym planie, bez emocji i sentymentów.
Zauważyłem, że mężczyźni często przeżywają rozwód głębiej, choć na zewnątrz tego nie okazują. Nawet jeśli odchodzą pierwsi, z czasem dopada ich tęsknota za spokojem, poczuciem bezpieczeństwa, za czymś, co utracili. Mężczyźni mają mniej mechanizmów obronnych, rzadko się komuś zwierzają. Kobiety potrafią rozmawiać o emocjach, szukają wsparcia, także u specjalistów. Dlatego szybciej wychodzą z życiowych kryzysów. Depresja u mężczyzn często przebiega inaczej – zamiast smutku często pojawia się agresja, ucieczka w alkohol lub używki. A statystyki są bezlitosne: na 13–15 prób samobójczych dziennie aż 11 dotyczy mężczyzn. To pokazuje, że nie są tak silni, jak chcieliby wierzyć, jak sami siebie postrzegają.
Fot. Materiały partnera
Według standardów społecznych pana bohater osiągnął życiowy sukces, ale nie jest szczęśliwy. Dlaczego?
Bo jest nadwrażliwy i nieprzystosowany. Ma dom, rodzinę, pieniądze – ale egzystencjalnie doszedł do ściany. Nie widzi sensu, by nadal żyć tak samo. Chciałem spojrzeć na świat jego oczami – z dystansu, z refleksją nad paradoksem życia, że wcześniej czy później umrzemy. „Po co myślę o początku, kiedy to jest koniec” – mówi bohater, pisząc ostatni list do żony.
Życie jest krótkie i pełne bólu, ale też niepozbawione humoru. Na pewne sprawy, nawet te najpoważniejsze, można spojrzeć z ironią, dostrzegając absurd. Taka nieoczywista perspektywa wpłynęła na tę opowieść. Dlatego nazwałem film „poważną komedią” – bo można, jeżeli ktoś potrafi, śmiać się nawet z własnego pogrzebu. Zastosowana przeze mnie poetyka snu, pewna nierzeczywistość, pozwala pokazać, że w tym świecie wszystko jest możliwe, a śmierć niekoniecznie musi mieć ostatnie słowo.
Fot. Materiały partnera
Dzięki tym zabiegom formalnym w finale zostawia pan bohatera z nadzieją. Udało się panu zebrać świetnych aktorów, którzy odnaleźli się w tym świecie na pograniczu snu i rzeczywistości.
Udało się, bo wszyscy naprawdę uwierzyli w ten scenariusz. Od początku założyłem sobie, że zrobię ten film tylko z ludźmi, którzy będą chcieli opowiedzieć tę historię razem ze mną.
Od zawsze interesowały mnie trudne tematy. Dla sztuki tragedia jest najwdzięczniejszym materiałem, ale jeśli opowiada się ją wprost, łatwo wpaść w banał. Dlatego szukam własnego sposobu – czasem przez humor, czasem przez realizm magiczny. Najtrudniej nadać ciężkim tematom lekką formę – a to właśnie najbardziej mnie w kinie fascynuje.
Pamiętam pański „Konwój”, w którym sensacyjna fabuła z pościgami i strzelaniną nagle przeradza się w egzystencjalną opowieść o relacjach między ludźmi.
Tak, w „Konwoju” akcja była tylko maską, pod którą kryły się dramaty i rodzinne historie. Lubię, gdy sensacyjna warstwa służy głębszej opowieści.
Fot. Materiały partnera
Wnikliwie przygląda się pan mężczyznom – a to dziś wyjątkowo potrzebne. Zachęcam, by pozostał pan przy tym temacie, bo świetnie pan go czuje.
Rzeczywiście sporo o tym piszę. Od dawna jestem namawiany, by wydać swoje opowiadania – wszystkie w duchu realizmu magicznego, który jest dla mnie naturalnym językiem. Pamiętam tekst, który napisałem, gdy zdawałem do szkoły filmowej – o cmentarzu komunalnym, na którym duchy nie wiedzą, jak trafić do nieba, bo ziemia nie była poświęcona. Wtedy egzaminator zapytał mnie, jak odróżnić duchy od ludzi. Moja odpowiedź nie była satysfakcjonująca. Może dlatego w „Zapiskach śmiertelnika” ten motyw powrócił – tym razem już wiedziałem, jak to pokazać. Stworzyłem własny język: ekstremalnie szeroki obiektyw, specyficzne kadrowanie, a także sposób gry aktorów. Na przykład Magdzie Popławskiej, grającej żonę bohatera, przeczytałem osobne opowiadanie o jej postaci, żeby mogła zrozumieć, dlaczego jest taka chłodna, zdystansowana. Prosiłem, by grała, jakby patrzyła na wszystko z boku, jakby była nieobecna.
Jeżeli widz zaakceptuje konwencję w „Zapiskach śmiertelnika” i przyjmie ją z otwartą głową, to rozmowa bohatera z duchem ojca (Marian Dziędziel), recepcjonistka medium (Agata Turkot) czy niejednoznaczna pani prokurator (Magdalena Boczarska) stają się naturalną częścią świata przedstawionego.
Ale tej konwencji widz musi się nauczyć…
Tak, film jest celowo skonstruowany jak rebus. Widz stopniowo zaczyna rozumieć, o co chodzi, i wchodzi w ten świat. Ta pętla – powracające motywy, sposób opowiadania – łączy moje filmy.
I jeszcze jedno – zrobiłem ten film o mężczyznach przede wszystkim dla kobiet. Jeżeli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o swoich partnerach, mężach i przyjaciołach, zabierzcie ich do kina. Myślę, że dzięki temu „Zapiski śmiertelnika” staną się początkiem ważnej rozmowy o nas wszystkich.
Fot. Materiały partnera
Jest pan reżyserem, scenarzystą i producentem filmu. To była potrzeba czasów czy chciał pan zapanować nad całością tak skomplikowanego przedsięwzięcia, jakim jest powstanie filmu fabularnego?
To rzeczywiście złożony proces – w Polsce dodatkowo obciążony kwestiami ekonomicznymi. Scenariusz, oparty na moim opowiadaniu, oraz reżyseria były dla mnie naturalnymi wyborami. Produkcja natomiast była wymuszona okolicznościami – nie przepadam za tą częścią pracy, ale była konieczna, żeby film powstał w kształcie, na jakim mi zależało. Negatywnym skutkiem tej decyzji było ogromne obciążenie obowiązkami – to nie kończy się wraz z premierą. Kiedy film trafia do dystrybucji, reżyser zwykle może już odetchnąć, a producent – przeciwnie, ma dopiero przed sobą długą i wyboistą drogę. Aktualnie przygotowujemy „Zapiski śmiertelnika” do szerokiej dystrybucji. Film był już pokazywany na kilku specjalnych, przedpremierowych seansach, a moim celem jest, by 30 stycznia 2026 roku trafił do kin w całej Polsce i żeby zobaczyło go jak najwięcej widzów.