1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Dieta w chorobach nowotworowych: Każdy kęs ma znaczenie

Dieta w chorobach nowotworowych: Każdy kęs ma znaczenie

Fot. iStock
Fot. iStock
Jak nie zachorować na nowotwory, jak dać sobie szansę na wyzdrowienie mimo złych rokowań i uniknąć wznowy? Medycyna konwencjonalna nie zna odpowiedzi. Medycyna komórkowa uważa, że liczy się jedzenie, a więc właściwe odżywianie komórek organizmu. Ich stan to warunek zdrowia lub przyczyna chorób. Dlaczego dieta leczy i bywa skuteczna w ponad 90 proc. przypadków – mówi dr GRAŻYNA PAJĄK, dietetyczka, naturoterapeutka, endoekolog.

Medycyna konwencjonalna w wypadku nowotworów często jest bezsilna. O diecie w szpitalu nie mówi się więcej niż: lekkostrawna. Słyszałam, jak choremu na raka jelit i wątroby lekarz poradził: „Niech pan idzie do KFC, nabierze sił przed chemią”.
Coraz więcej osób z problemami nowotworowymi przychodzi do mojego gabinetu totalnie zagubionych. W szpitalu najczęściej dowiadują się, że żywienie nie ma znaczenia lub że mogą jeść wszystko. Spotykają jednak osoby z podobnymi problemami w dobrej formie i dowiadują się, że jedzenie to dodatkowa szansa na wyzdrowienie. Przychodzą więc i pytają, co robić. Nie pamiętają z lekcji biologii, że odżywianie to zaopatrywanie organizmu w niezbędne składniki odżywcze, których potrzebuje każda komórka, aby mogła żyć, pracować i regenerować się. To podstawa zdrowia, bo zbudowani jesteśmy z 80–100 mld takich żywych cegiełek. To ich stan decyduje o stanie zdrowia. Już w 1990 roku Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) uznała, że problemy ze zdrowiem zaczynają się na poziomie komórek. Tymczasem badania porównawcze żywności z roku 1908 i z 1978 pokazały, że ilość składników odżywczych zmniejszyła się w ciągu tych lat o 40–70 proc. Dlaczego? Używamy nawozów sztucznych, herbicydów, chemii na każdym etapie produkcji, przyspieszamy dojrzewanie owoców, konserwujemy je, prowadzimy ekstremalne hodowle. To wszystko sprawia, że jemy pokarmy, które nie zawierają niezbędnych składników w odpowiednich ilościach i proporcjach, zaburzają procesy metaboliczne oraz równowagę organizmu.

Aż tak źle się dzieje na naszym talerzu?
Och, dzieje się! Komórek jednak nie da się oszukać, nasze umysły tak, i dlatego najczęściej nie kupujemy dobrego pokarmu. Chleb, mleko, ser, mięso, słodycze itp. tylko z nazwy przypominają żywność z początku XX wieku. Bo czy prawdziwe mleko może stać pół roku na półce? Nie, ale dla współczesnego człowieka to norma. I tak razem z jedzeniem rocznie zjadamy 7–9 kg spulchniaczy, wypełniaczy, sztucznych barwników, substancji smakowych, zapachowych, konserwujących, słodzików itp. W UE do żywności dodaje się rocznie około 170 tys. ton aromatów. Efektem są alergie, stany zapalne żołądka i jelit, nadpobudliwość, bezsenność, zaburzenia ciśnienia itd. Niedobór składników odżywczych, nadmiar toksyn to też pierwszy krok do zaburzeń odporności prowadzących do problemów nowotworowych.

Medycyna konwencjonalna chce zapobiegać i leczyć nowotwory na poziomie narządów, a pani mówi o działaniu na poziomie komórki.
Każdy organizm jest zbudowany z komórek i to w nich zachodzą wszystkie procesy życiowe, dlatego to, jak one funkcjonują, decyduje o zdrowiu. Każda komórka musi otrzymać odpowiednią ilość składników odżywczych, bo wówczas ma szansę utworzyć energię na swojej błonie i funkcjonować właściwie. Zdrowa komórka ma średnio potencjał w granicach 120 miliwoltów, komórka reumatoidalna już tylko 40, a nowotworowa – zaledwie 20. Dlatego tak ważne jest wartościowe i niezatrute chemią jedzenie oraz naturalne suplementy uzupełniające niedobory np. kwasów omega-3.

Jeśli tak ważne jest odżywianie, to dlaczego w szpitalnym menu są wędliny z  puszek, ciastka, mleko itp.?
Wszystko stoi na głowie. Lekarze nie są uczeni dietetyki i nie mają na nią czasu. Medycyna akademicka wciąż nie traktuje żywienia jako elementu terapii, mimo że badania naukowe wykazały, że układ odpornościowy ulega wzmocnieniu, gdy zostanie odciążony przez świadome i właściwe odżywianie. Często pracuję z  ludźmi, którzy są w  trakcie chemii, i okazuje się, że przy właściwej diecie lepiej znoszą terapie i osiągają lepsze efekty, a po latach nie dotykają ich wznowy. Kiedy leczymy tylko chemią, naświetlaniami i innymi metodami akademickimi, a nie zwracamy uwagi na żywienie, środowisko, neutralizację stresu, nie doprowadzimy organizmu do stanu homeostazy (równowagi). Usuwamy tylko objawy, ale przyczyna pozostaje, dlatego tak trudno o pełne wyzdrowienie. Chemia niszczy bakterie, wirusy, grzyby, likwiduje przyczyny wielu zaburzeń, ale jeśli nie odżywiamy się właściwie, to osłabiony organizm trudno się regeneruje.

Przyczyną powstania wielu chorób, w  tym nowotworów, jest więc zatrucie i  niedożywienie komórek?
Tak, medycyna komórkowa jest znana od przeszło stu lat, tylko pomijana. Już na początku XX wieku Ilja Miecznikow, laureat Nagrody Nobla, uważał, że choroby przewlekłe są spowodowane zaburzeniem flory bakteryjnej przewodu pokarmowego, a zaburzenia trawienia prowadzą do nasilenia procesów gnilnych i wtórnego wchłaniania toksyn. Dlatego pierwszy krok, jaki zalecam osobom ze zdiagnozowanym nowotworem, to oczyszczenie organizmu ze złogów, czyli z tego, co pozostało po procesach metabolicznych, lekach i chemii ze środowiska. Na przestrzeni ostatnich 50 lat, za sprawą beztrosko stosowanych antybiotyków, sterydów, hormonów, konserwantów, tłuszczów roślinnych wielokrotnego tłoczenia, glutenu pszenicznego, doprowadziliśmy do rozpowszechnienia zespołu nieszczelnych jelit. Przyczyniła się do niego również plaga Candidy. Ten grzyb uszkadza błonę śluzową przewodu pokarmowego i  kosmki w jelicie cienkim, co zwiększa przepuszczalność ścian jelit, powodując przenikanie alergenów pokarmowych i metali ciężkich do krwiobiegu. Kiedy kończyłam studia, mówiło się, że kilka procent populacji ma problemy z grzybicą, dziś jest to średnio 65 proc. ludzi w  krajach wysoko rozwiniętych.

W  jaki sposób zespół nieszczelnego jelita odpowiada za rozwój m.in. nowotworów płuc?
Gdy ściany jelit są nieszczelne, strawione cząsteczki pożywienia przenikają  przez nie do krwiobiegu, zamiast trafić do wątroby. A jeśli w krwi pojawią się obce cząsteczki, na przykład białek mleka, organizm produkuje przeciwciała, które mają je zablokować. Tak powstają kompleksy immunologiczne, które odkładają się w  postaci złogów np. w stawach, górnych drogach oddechowych itd. Gdy organizm wbudowuje obce cząsteczki w komórki, często nie rozpoznaje ich jako własnych i  atakuje. Tak zaczyna się autoagresja, organizm niszczy komórki własnego ciała. To często początek chorób, takich jak stwardnienie rozsiane, hashimoto, wrzodziejące zapalenie jelit, łuszczyca, stany zapalne i  wiele innych. To też powoduje osłabienie odporności, więc otwiera drzwi dla nowotworów. By im zapobiec, potrzebna jest dieta, która doprowadzi organizm do stanu równowagi, zharmonizuje procesy metaboliczne komórek.

Od 1996 roku prowadzę warsztaty oczyszczająco-regenerujące i widzę, jak ich uczestnicy już po tygodniu funkcjonują inaczej. Zdrowie i dobre samopoczucie możliwe jest dzięki ciągłej odnowie organizmu. Codziennie  „wymieniamy” około 1,5–2 kg masy naszego ciała. To szybkie tempo odnowy uświadamia nam, że każdy organizm można skutecznie regenerować.

Od czego powinniśmy zacząć walkę o zdrowie?
Dietę dobieramy indywidualnie, ale każde oczyszczanie powinniśmy zacząć od wyeliminowania szkodliwych składników. Przede wszystkim musimy odstawić żywność przetworzoną zawierającą często: cukry, pszenicę, która ma bardzo szkodliwy gluten, oraz margarynę, wszelkie tłuszcze masłopodobne i  oleje uniwersalne. Musimy pamiętać, że wszystkie przetworzone i  utwardzone oleje roślinne przyspieszają zmiany degeneracyjne i  starzenie komórek. Odstawmy też oleje rafinowane wielokrotnego tłoczenia. Nie stosujmy olejów: słonecznikowych, sojowych, kukurydzianych i  z  pestek winogron, gdyż zawierają nadmiar kwasów omega-6 nasilających ryzyko stanów zapalnych, miażdżycy, nowotworów i  schorzeń neurologicznych. Z  kolei z  pozoru korzystny olej rzepakowy zawiera szkodliwy dla zdrowia kwas erukowy.

Jakie więc oleje i tłuszcze możemy jeść?
Nasze babcie otrzymywały olej, np. gniotąc nasiona lnu w moździerzu. I właśnie oleje wyciskanie na zimno są najcenniejsze dla organizmu, zwłaszcza że zawierają kwasy omega-3 o działaniu przeciwzapalnym, przeciwalergicznym i antynowotworowym. Te kwasy tłuszczowe nie tylko hamują rozwój choroby, ale również przyczyniają się do usuwania już istniejących zaburzeń, zwiększając tzw. odporność komórkową. Najnowsze badania naukowe dowodzą, że przy właściwie dobranych olejach z grupy omega-3 rośnie skuteczność środków chemoterapeutycznych przy jednoczesnej ochronie zdrowych komórek. Innym źródłem wielonienasyconych kwasów tłuszczowych omega-3 są ryby zimnowodne i ssaki morskie oraz oliwa, ale też tłoczona na zimno. Bardzo cenny w  regeneracji błon komórkowych jest również tłuszcz mleczny. Naturalne masło (choć ma zły PR, jest niezbędne do prawidłowej pracy mózgu) i  masło klarowane, które jest najłatwiej trawionym i  przyswajalnym tłuszczem zwierzęcym.

A  jajka?
Tylko od szczęśliwych kur – jajka wiejskie w  każdej postaci lub oznakowane numerami „0” lub „1”. Bardzo ważny w  diecie jest stosunek kwasów omega-3 do omega-6. Powinien wynosić 1:3  i w dawnej żywności natura we właściwy sposób te proporcje regulowała. Zwierzęta i rośliny żyjące w  naturalnym środowisku mają w  swoich tkankach znacznie mniej kwasów omega-6. Przykładowo jajka od szczęśliwych kur to proporcja 1:4, a klatkowych 1:19.

Został jeszcze nabiał. Medycyna chińska go nie poleca, oskarżając o stany zapalne.
Produkty nabiałowe z mlekiem w  proszku, mleko niskotłuszczowe, mleko chude, imitacje produktów mlecznych, topione, żółte, pleśniowe sery trzeba odstawić. Przy problemach nowotworowych powinniśmy stosować tylko organiczną żywność, nabiał, niestety, nie dla każdego jest wówczas korzystny. Ale jak go wybieramy, to proponuję produkty od małych producentów, najlepiej z mleka zwierząt wypasanych na pastwiskach. Czasem możemy sięgać po dobre naturalne zsiadłe mleko, kefir, maślankę z żywymi kulturami bakterii, ale zawsze bez dodatku mleka w proszku, cukru i owoców. Z czasem w  diecie może się pojawić domowy ser ze sfermentowanego mleka.

Co z mięsem, warzywami i zbożami?
Wysoko przetworzone mielonki mięsne, parówki, pasztety, wszystkie wędliny wysokowydajne, czerwone mięso – trzeba odstawić. Z produktów zwierzęcych można jeść świeże ryby (z wyjątkiem pangi, ryby maślanej, hodowlanych łososi). Z mięs: ekologiczne królik, kurczak, indyk, ewentualnie dobra dziczyzna. Niezbędne są świeże warzywa, rośliny strączkowe (z wyjątkiem soi), nie za kwaśne naturalne kiszonki, ale bez octu i cukru. Z wyrobów zbożowych dozwolone są produkty z pełnego przemiału, kasze (jaglana, gryczana, komosa ryżowa, amarantus oraz ciemny, czerwony i brązowy ryż). Pieczywo tylko żytnie (bez domieszek) lub gryczane na zakwasie, makarony z mąki gryczanej lub ryżowej. Dietę mogą wzbogacać niestęchłe orzechy włoskie, migdały, wiórki kokosowe, skiełkowany w domu słonecznik i rzodkiewka.

Dieta jak rewolucja! Wielu zapyta, co mają choroby płuc czy mózgu do jelit?
Wszystko, co dzieje się w  organizmie, zależy od pracy naszych jelit. To ich praca decyduje o naszej odporności i o tym, co dotrze do komórek. Z badań wynika, że najwięcej limfocytów znajduje się w przewodzie pokarmowym – zwłaszcza w jelicie cienkim. To właśnie tu układ odpornościowy na terytorium przekraczającym wielokrotnie powierzchnię naszego ciała aktywnie pełni swoje funkcje, broniąc nas przed różnymi szkodliwymi substancjami docierającymi z każdym posiłkiem. Gdy trawienie przebiega niewłaściwie, w jelicie gromadzą się duże ilości gazów i gnijących resztek pokarmowych, które systematycznie zaburzają proces wchłaniania, przeciążając i osłabiając układ odpornościowy. Dodatkowo z punktu widzenia fizyki kwantowej żadna część naszego ciała nie pozostaje bez wpływu na inne. To, co dzieje się w przewodzie pokarmowym, ma wpływ zarówno na płuca, jak i na pracę mózgu. Już Hipokrates powiedział: „Nie zrozumiemy, czym jest choroba, dopóki nie pojmiemy, czym jest pożywienie”. Ja wiem, że kiedy zmieniamy dietę, odzyskujemy zdrowie...

Pracowała pani przez kilkanaście lat w PAN jako biolog. Jak zaczęło się pani zainteresowanie dietą?
Przez prawie połowę życia miałam astmę. Od piątego roku życia nękały mnie wszelkie możliwe odmiany stanów zapalnych górnych dróg oddechowych, wieczny kaszel i narastające alergie. W wieku trzydziestu kilku lat groził mi namiot tlenowy i renta inwalidzka – klinika pulmonologiczna była bezsilna. I to wtedy, po 27 latach choroby, nareszcie zaczęłam walczyć, jako biolog postanowiłam doprowadzić organizm do stanu homeostazy. Po dwóch tygodniach, stosując naturalne terapie, czułam się coraz lepiej, po dwóch miesiącach intensywnej pracy wyeliminowałam astmę. Nie mogłam uwierzyć, przez rok na wszelki wypadek nosiłam leki w torebce. Wiele lat minęło od tego dnia i moja choroba nie wróciła… Duch naukowca nie dał jednak za wygraną, spędziłam kolejne lata na uzupełnianiu wiedzy. Po 25 latach wiem, że nie musimy chorować, zdrowie w dużej mierze zależy od nas samych.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Jak być blisko w chorobie

Szacuje się, że domowi opiekunowie stanowią 2-milionową grupę osób w Polsce. Bardzo często w sytuacji opiekuna stają z dnia na dzień, kiedy bliskiego trzeba zabrać ze szpitala. (Fot. iStock)
Szacuje się, że domowi opiekunowie stanowią 2-milionową grupę osób w Polsce. Bardzo często w sytuacji opiekuna stają z dnia na dzień, kiedy bliskiego trzeba zabrać ze szpitala. (Fot. iStock)
Opieka nad osobą obłożnie chorą nigdy nie jest łatwa. Nawet jeśli ta osoba to najbliższy nam człowiek, mogą pojawić się w nas żal, frustracja, nawet złość. Trzeba dać sobie prawo do tych emocji. Rozmowa z Teresą Piesik, psycholog, psychoonkolog, od lat związaną z Puckim Hospicjum św. Ojca Pio, gdzie pracuje z pacjentami oraz ich rodzinami, prowadzi też grupę wsparcia dla osób w żałobie, jest ekspertem na portalu bliskochorego.pl.

Opieka nad osobą obłożnie chorą nigdy nie jest łatwa. Nawet jeśli ta osoba to najbliższy nam człowiek, mogą pojawić się w nas żal, frustracja, nawet złość. Trzeba dać sobie prawo do tych emocji. – Przychodzi dzień, kiedy lekarz w szpitalu mówi: „Niestety, teraz musi już pani zabrać mamę do siebie, ona nie może być sama”. I to zawsze jest zaskoczenie. Wszystko widzimy jako jeden wielki kłąb problemów, bez początku i bez końca. Słowa: „wszystko będzie dobrze” ani na chorego, ani na opiekuna wcale dobrze nie działają. Potrzebny będzie ktoś, kto usłyszy, że właśnie nie jest dobrze, że jest trudno, że jest lęk mówi Teresa Piesik, psycholog, psychoonkolog, od lat związana z Puckim Hospicjum św. Ojca Pio, gdzie pracuje z pacjentami oraz ich rodzinami, prowadzi też grupę wsparcia dla osób w żałobie, jest ekspertem na portalu bliskochorego.pl.

Wasz portal nosi nazwę „Blisko chorego”. Większość chorych chciałaby w chorobie być właśnie blisko. W domu. Z rodziną. Ja bym tego tak jednoznacznie nie powiedziała. Bo to zależy od wielu rzeczy. Od warunków, od tego, jakie są relacje w rodzinie. Czasami w życiu się różnie układało, a choroba powoduje, że chorzy stają się zależni od opiekunów. Czasem wolą więc profesjonalną opiekę w hospicjum. Czasem relacje były dobre, ale osoby chore zdają sobie sprawę z tego, jak dużym są dla bliskich obciążeniem, wolą więc ośrodek. Bywa zresztą, że tam czują się bezpieczniej.

Jest różnie, ale dane mówią: 62 procent chorych deklaruje, że chce być w domu. Medycyna idzie do przodu, życie się wydłuża, nie mówimy więc wyłącznie o terminalnie chorych, ale też o ludziach starszych, którzy nie mogą już mieszkać sami. Jaka powinna być ta opieka? Znowu jak wszystko w medycynie i psychologii jest relatywne, bo dotyczy konkretnej osoby i konkretnej sytuacji. Nasz portal powstał po to, żeby pomóc obu stronom. Kiedy zaczynamy się opiekować chorym w domu, niezależnie od tego, czy choroba była przewlekła i wiedzieliśmy, że tak się to skończy, czy bliski uległ wypadkowi  – to zawsze jest nagle. Przychodzi dzień, kiedy lekarz w szpitalu mówi: niestety, teraz musi już pani zabrać mamę do siebie, ona nie może być sama. I to zawsze jest zaskoczenie. Stajemy wtedy przed wieloma problemami naraz. Chory może nie chcieć mieszkać z nami. Może nie być do tego warunków. My mamy swoją rodzinę, często małe dzieci, pracę, obowiązki. To jeden aspekt. Drugi – jak zorganizować pomoc technicznie. Często potrzebny jest specjalistyczny sprzęt, lóżko, materac antyodleżynowy itd. – skąd to wziąć? Kupić? Pożyczyć? Nie wiemy, jak to się robi. A jutro trzeba iść do pracy, życie toczy się dalej.

Na portalu mamy trzy obszary. Sprawy administracyjne, techniczne, jak sprzęt, organizacja. Potem część medyczna – począwszy od tego, jak sprzęt dopasować, kto może pomóc, rady, czy pewne rzeczy pielęgnacyjne możemy robić sami (i jak – np. jak chorego leżącego umyć), w jakich potrzebna będzie pomoc pielęgniarki czy lekarza. I wreszcie cały obszar emocjonalny, wiemy już dziś, jak to jest ważne.

Często nawet jeśli mamy pieniądze i możemy wszystko sprawnie zorganizować, pozostaje właśnie cała przestrzeń emocji. Po obu stronach. Boimy się tego, czego nie znamy. A tu nie wiemy, jak będzie wyglądał następny dzień. Pojawiają się pytania: czy możemy wziąć wolne, czy dzieci sobie same poradzą itd. I w zależności od tego, jakie mamy relacje z chorym, pojawiają się uczucia takie jak żal, złość, pytanie, dlaczego teraz ja mam postawić całe swoje życie na głowie. Opiekun jest między swoimi emocjami, emocjami chorego, ale i wymaganiami swojej rodziny. Osoby ze służby zdrowia czy pomocy społecznej widzą tylko fragment. I mówią: musi pani wziąć mamę do siebie. Uważają, że to oczywiste: kto ma to zrobić, jak nie córka? Ale już nie widzą, że ona nie ma jak, że nie ma warunków, że jest przerażona…

Opowiada pani moją historię. I swoją własną. I historię wielu z nas. A bywa też, że ta córka jest na drugim końcu kraju. Albo wręcz za granicą. Bierze wolne na tydzień, myśli: ogarnę i wrócę. A tu się okazuje, że się tak nie da. Że mama nie wydobrzeje, że trzeba podjąć trudne decyzje.

No i jest chory. On też ma swoją sytuację, swoją perspektywę. Proszę sobie wyobrazić, że był samodzielną, niezależną osobą. I na tej samodzielności i niezależności budował poczucie własnej wartości. Tymczasem nagle okazuje się, że nie jest w stanie sam się umyć, zjeść… I choć wiele zależy od tego, jakie były wcześniej relacje w rodzinie, to i tak, nawet jeśli były świetne, zawsze adaptacja do takiej sytuacji jest szokiem. I musi potrwać. A jeśli relacje nie były dobre, jest tym trudniej. Obu stronom.

Co my, opiekunowie, możemy zrobić, żeby pomóc i nie zwariować? Trzeba spróbować popatrzeć na sytuację w miarę obiektywnie. Bo jeśli sami jesteśmy w stanie szoku, wszystko widzimy jako jeden wielki kłąb problemów, bez początku i bez końca. Warto wtedy poszukać wsparcia osoby, do której mamy zaufanie, która ma na nas dobry wpływ. Która pomoże do sprawy podejść racjonalnie i znajdzie z nami początek tej nitki, podzieli problemy na tematy do załatwienia. Ważne jest ustalić, jak zrobić pierwsze kroki. Np. kto ma wziąć wolne na pierwsze dni, skąd pożyczyć czy kupić niezbędny sprzęt. Zacząć nadawać temu konkretne kierunki, podzielić ten nieznany obszar na etapy. Dobrze poszukać kogoś, kto ma podobne doświadczenie. Bo słowa: „wszystko będzie dobrze” ani na chorego, ani na opiekuna wcale dobrze nie działają. Potrzebny będzie ktoś, kto usłyszy, że właśnie nie jest dobrze, że jest trudno, że jest lęk. Żeby opiekun miał poczucie, że to, że nie panuje nad sytuacją, że ma poczucie braku kontroli nad życiem – to normalne. Dopóki on sam nie stanie na nogach, nie stanie się wsparciem dla chorego. Trzeba dać sobie prawo do tych emocji. Czasem dołącza się złość, także na chorego, że nie wspólpracuje, że nie ułatwia, potem męczy poczucie winy – przecież to tylko chory, bezradny człowiek, jak ja mogę, co ze mnie za córka, do tego często widzą to nasze dzieci – jaki ja im przykład daję… To wszystko jest naturalne. Trzeba to przyjąć i się nie obwiniać.

Osoba chora często się zmienia, nie poznajemy już w niej naszej mamy czy taty, dochodzą procesy demencyjne, niezgoda na chorobę i – na przykład – na pampersy. Chory nie przyjmuje do wiadomości, że nie panuje nad potrzebami fizjologicznymi. Jak sobie z tym radzić? Kazać? Chce się powiedzieć: musisz. I łatwo wchodzimy w rolę matki naszej matki. Podkreślamy jej od nas zależność. Jak się zachować w takiej sytuacji? Rzeczywiście często u starszych osób do choroby przewlekłej dochodzą procesy demencyjne. Miałam taką sytuację z tatą. Leżał, od jakiegoś czasu potrzebował już pampersów. Kupiłam je, przyniosłam – on patrzy: „A co ty tu masz? Po co to? To chyba dla twojego męża, bo ja tego przecież nie potrzebuję”. Po latach się z tego śmialiśmy, ale w tamtej chwili nie było to zabawne. On po prostu nie był gotowy, żeby przyjąć to, co się z nim działo. Na pewno w takiej sytuacji trzeba próbować zmienić perspektywę. Popatrzeć na chorego jak na człowieka sprzed choroby. Który miał swoje życie, historie, pragnienia. I teraz znajduje się w sytuacji, w której jest mu po prostu wstyd. Czuje się bezsilny, nawet kiedy się buntuje, nie jest to przeważnie bunt przeciwko nam, tylko przeciwko tej sytuacji. Trzeba spróbować to rozdzielić. Przyjąć te jego emocje, powiedzieć: widzę, że to jest trudne. Można zapytać, co jest najtrudniejsze. Zrobić mu przestrzeń. Boimy się takich słów, bo wydaje nam się, że wtedy chory może się załamać. Tymczasem raczej nazwanie tego i wytrzymanie emocji spowoduje, że chory poczuje się przyjęty, zrozumiany. I może się okazać, że prawdziwym problemem jest samotność. On tęskni za ludźmi, ale się wstydzi, nie chce odwiedzin, bo siedzi w pampersach. Kiedy usłyszymy, jaki jest temat, możemy coś w tym kierunku organizować.

Jak zadbać o autonomię chorego? Trzeba popatrzeć na niego jak na człowieka sprzed choroby. I zrozumieć, że on może dalej podejmować samodzielnie decyzje. Nie mówię, że wszystkie, ale wiele tak. Pozwalajmy na to. Czy może raczej: wspierajmy go w tym. Jeśli nie chce widzieć gości, bo te pampersy nieszczęsne, nie zmuszajmy go w strachu, że jak będzie sam, to dostanie depresji. Ten wstyd to może być początkowy etap, potem to się zmieni. Może teraz musi mieć czas, żeby się uporać z tym problemem. Chory często się boi, co będzie dalej. Jeśli zadamy pytanie, co jest dla niego trudne, mogą się pojawić konkretne obawy. „Ty pojedziesz, zostanę sama, co zrobię, co to będzie, boję się”. Wtedy możemy pogadać, uspokoić, część obaw rozwiać, dać pewność, że nie będzie zostawiona sama sobie. Kiedy słuchamy, dostaniemy wskazówki. Podpowiedzi.

Często, wydaje mi się, przykładamy wielką wagę do odpowiedniej diety. Do tego, żeby chory pił. Wydaje nam się, że to niezwykle ważne. A on nie chce. Co robić? Trudno dorosłego człowieka zmuszać do jedzenia. To często pojawiający się temat. Podszyty lękiem. Jeśli nie będzie jadła czy piła, szybciej umrze. Jeśli nie zje, jak to będzie o mnie świadczyć jako o córce. Podpowiedź: popatrzmy na siebie. I pomyślmy, jak sami chcielibyśmy być traktowani. Proszę sobie wyobrazić, że ma pani grypę żołądkową. Nie może pani jeść. Chciałaby pani, żeby wtedy ktoś na siłę panią karmił czy wolałaby, żeby posiedział i porozmawiał? Albo po prostu zostawił panią w spokoju?

Często widzimy w hospicjum, że w organizmie zachodzą pewne procesy chorobowe. Np. chory nie chce jeść ani pić, bo co zje, to zwraca. I na tym etapie wiele rodzin ma priorytet: jedzenie. Nakarmili, czyli zrobili coś konkretnego. Pomogli. I to ich samych uspokaja. Albo przychodzą do nas: mama nie zjadła, wszystko stoi. Tłumaczymy, że karmimy, ale pomimo tego, także pomimo podawania leków na apetyt, choroba postępuje. I karmienie na siłę spowoduje tylko wymioty, a i tak nic się nie przyjmie. Teraz ważniejsze, żeby posiedzieć, porozmawiać, wziąć za rękę. To jest sytuacja, która dotyczy obu stron. Może też być tak, że chory zje czy wypije, ale potrzebuje dostać informacje na temat stanu swojego zdrowia. Bo jak zje, to go gdzieś uciska i czuje, że jest gorzej. Wtedy potrzebna jest rozmowa z lekarzem, który wytłumaczy, skąd taki objaw. Bywa i tak, że trzeba zmienić postać pokarmu, na przykład zmiksować. Ale przede wszystkim musimy sami poradzić sobie z tym, że na pewnym etapie choroby jedzenie nie jest najważniejsze. I wtedy warto sobie powiedzieć, co jest najważniejsze. A już na pewno nie wolno mówić: „Jak będziesz jeść, będziesz zdrowy”. Bo to nie zawsze jest prawda. Właściwie na ogół nie jest.

A jak rozmawiać o chorobie? Jak otwarcie o tym mówić? Każda sytuacja jest inna. Chory ma prawo zarówno do wiedzy, jak i niewiedzy.

Może mieć świadomość, że choroba jest ciężka, że nie wyzdrowieje, swoje już wie i więcej nie chce. Ale nie jest dobrze, jeśli nie wie, bo nikt z nim nie rozmawiał.

Powiedzmy: dowiadujemy się od lekarza, że skończyło się leczenie przyczynowe, teraz będzie już tylko paliatywne. W większości przypadków chory chce wiedzieć, co będzie dalej. Namawiam, żeby rozmawiać, bo w rozmowie wyjdzie, na czym mu zależy. Na przykład mówimy mamie: „Byłam u lekarza”. „No i co – pyta ona – czego się dowiedziałaś?” My to nazywamy strzałami ostrzegawczymi. Mówimy: „Leki nie pomogły”. I teraz zorientujemy się, na czym chorej zależy. Bo może powiedzieć: „No i co teraz, czy będzie jeszcze jakieś leczenie?” Zawsze mówmy prawdę, z wyczuciem, ile i jak możemy powiedzieć. Bo jeśli chory dowie się od kogoś innego albo wyczyta między wierszami, straci do nas zaufanie. Jeśli wiemy, co się dzieje z naszym ciałem i zauważymy nowy objaw, a ktoś powie: „wszystko będzie ok, to nieistotne”, to czujemy, że coś się nie zgadza. Widzimy to w hospicjum. Mamy rodziny, które boją się powiedzieć, jaka jest sytuacja, bo „wtedy dopiero tata się załamie”, mówią więc: „będzie dobrze” – i powstaje rozdźwięk. Zamyka się przestrzeń na relację, na zaufanie. A ważne, żeby nawet jak jest niedobrze, być razem w tym „niedobrze”.

Bywa, że rodzina przy chorym się trzyma, ale oczy przekrwione, widać, że coś się dzieje, ale nie mówimy o ważnych sprawach. A chory to samo – też ma potrzebę rozmowy, ale nie chce obciążać rodziny. I w tym płaczu, w tym napięciu są osobno. Kiedy już zrobimy pierwszy krok w kierunku prawdziwej komunikacji, napięcie spada, pojawia się przestrzeń na rozmowy i emocje. Ale w podawaniu informacji też trzeba być uważnym, chory nas poprowadzi. Często chce wiedzieć, bo to mu pomoże, będzie miał świadomość, jakie objawy można kontrolować, na przykład ból czy bezsenność. I można na bieżąco mówić o tym, czego potrzebuje. Jeśli nie ma wiedzy, to nie poprosi o pomoc. Boi się – jeśli teraz tak boli, to co będzie dalej? I jeśli nie mówi o objawach, lęk się zwiększa, nie podaje się innych leków, które byłyby skuteczniejsze. Wiedza pomaga.

Są jednak ludzie, którzy rozumieją, że to kolejny etap nieuleczalnej choroby, ale nie chcą szczegółów. Mówią nam na przykład: „Z takimi sprawami to do córki”. I tego nie wolno przekraczać. Może być tak, że potrzebują czasu, że w tym momencie nie są gotowi. Można powiedzieć wprost: czy chcesz pogadać, czy może wolisz jutro?

Mówimy o chorobie terminalnej, ale są i inne problemy. Często rodzice są już w bardzo podeszłym wieku, niesprawni fizycznie, nie wychodzą z domu, nie wstają z łóżka. I pojawia się demencja. A ta postępuje, czasem szybko. I jednego dnia mama jest w kontakcie logicznym, a następnego w swoim świecie. Opowiada o ludziach, którzy podobno u niej byli, albo o czymś, co się wydarzyło, choć w rzeczywistości nic takiego nie miało miejsca. Co robić? Wchodzić w ten fikcyjny świat? Zaprzeczać, „sprowadzać na ziemię”? Tak, ja teraz z bliska oglądam taką sytuację. Bliska mi osoba przechodzi podobny proces ze swoją mamą. Na początku, kiedy ja już widziałam, że coś się dzieje, mama jeszcze była logiczna, ale zaczynała być trudna. Widziałam, że to początek choroby demencyjnej, ze zmianami charakteru. Ale córka próbowała przywrócić ją do logicznego rozumowania, nie było w niej zgody, była złość. Nie mogła pogodzić się z tym, że to już nie mama, że mówi przez nią choroba. Pojawiły się też w końcu objawy wytwórcze, widzenie ludzi, których nie ma. Trzeba w końcu zmierzyć się z tym, że tę swoją dawną mamę musimy pożegnać. Nie ma sensu walczyć. I przyjąć, że pewnych rzeczy już sobie nie powiemy, nie wybaczymy, nie przeprosimy. Bo kiedy zbliża się śmierć, a osoba chora jest w pełni świadoma, mamy możliwość, żeby pewne sprawy zamknąć, wyjaśnić, pożegnać się. Podziękować, popłakać sobie razem. Tu tego nie zrobimy. Na pewno nie wolno kłamać, nie wolno mówić, że oprócz wujka Heńka był jeszcze wujek Kazik z psem. Ale nie chodzi też o to, by zaprzeczać, to nic nie da. Nie wkraczajmy do jej świata. Ale jeśli te wizje wzbudzają lęk, trzeba próbować ten lęk obniżyć. Uspokoić. Nie zaprzeczać, ale i nie podtrzymywać fikcji. Zapewnić o swojej obecności.

Chory często boi się szpitala. Kiedy pojawiają się zmiany demencyjne, dom jest przestrzenią znaną i bezpieczną. Zmiana miejsca często powoduje nagłe pogorszenie. Zasoby poznawcze pozwalają jeszcze na ogarnięcie tego małego kawałka świata, ale jeśli otoczenie się zmienia, wszystko się burzy. Tak próbuję to sobie wyobrazić. Wtedy najważniejsze jest dać poczucie bezpieczeństwa. Czyli robić to, co jest w mojej mocy. Choćby potrzymać za rękę. Ale też wiedzieć, że jak nastąpi pogorszenie, to nie dam rady i muszę poprosić o pomoc psychiatrę czy psychologa. Nie chodzi o to, żeby sobie odpuścić, ale żeby mieć świadomość, że sam wszystkiego nie dam rady zrobić.

Pogadajmy jeszcze o sytuacji emocjonalnej opiekuna. Relacje były trudne, czasem złe, może przemoc, może rodzice emocjonalnie niedostępni – a teraz jestem jedyną osobą, która może się nimi zająć. Co mogę sobie wybaczyć, darować? Powiem, co można próbować robić we własnym zakresie, jeśli nie pomaga albo nie wchodzi w grę fachowa pomoc terapeuty. Chory jest na pewnym etapie życia. Wiódł to życie w określonym środowisku, w konkretnej sytuacji. Może w jego domu była przemoc? Może nie było więzi? Może on inaczej nie potrafił? Nie stworzyliśmy więzi. To nie nasza wina, ale często też nie jest to wina rodzica. A my teraz z jednej strony czujemy potrzebę zaopiekowania się nim, a z drugiej – złość, frustrację, niechęć. Trzeba to przyjąć. I nie myśleć, że coś z nami jest nie tak. W ogóle emocje to nie nasza wina. One się pojawiają na skutek jakiejś sytuacji i wszystkie o czymś nam mówią. Bądźmy dla siebie łaskawi. Popatrzmy na siebie jak na obcą osobę – zrozumielibyśmy jej złość, niechęć, żal, gniew. Zastanówmy się spokojnie, w jakim zakresie możemy dać opiekę, a w jakim sami potrzebujemy wsparcia.

Pamiętam taką sytuację z hospicjum – córka skrupulatnie donosiła wszystkie leki, odżywki, środki do pielęgnacji dla ojca. Ale niespecjalnie przy nim siedziała. I okazało się, że ze strony rodzica były poważne nadużycia i ona jedynie w taki sposób mogła w tym momencie opiekę sprawować. Dopilnować, żeby ojciec był w dobrym miejscu, żeby niczego mu nie brakowało. I to już jest dużo. Spróbujmy zrozumieć, że to nie my jesteśmy odpowiedzialni za to, jak budowana była relacja. Znam też inną historię – w przeszłości było ciężko, ale córka potrafiła znaleźć jakiś dystans, wybaczyć, otworzyć się – i z drugiej strony też pojawiła się gotowość na rozmowę, na pojednanie. Spójrzmy na siebie jak na człowieka. I na chorego też. Postarajmy się zrozumieć, że on też miał swoją historię, że mógł tylko tyle i że my też możemy tylko tyle, na ile mamy wewnętrzną zgodę. Czy jedynie zapewnić środki, czy posiedzieć i porozmawiać.

Można szukać wsparcia. To nie musi być psycholog, może być przyjaciel. Byle byśmy się mogli wygadać. I nie oczekujmy cudu, że teraz nagle wszystko da się naprawić, uzdrowić. Choć to się czasami zdarza…

Często opiekun stara się spełniać swoje zadanie jak najlepiej – i po jakimś czasie orientuje się, że sam jest na ostatnich nogach… Robi, co może, nawet daje sobie prawo do emocji – ale nie daje sobie prawa do odpoczynku. Do dbania o siebie. Bo musi być czas dla chorego, a tego czasu w miarę postępów choroby coraz mniej, musi też być czas dla domu, dla dzieci, jest przecież i praca. Więc – tak myśli wielu opiekunów – egoizmem byłoby teraz zajmować się sobą, jakimś hobby, przyjemnościami, spotkaniami ze znajomymi. Tymczasem dbanie o siebie to nie jest egoizm. To w gruncie rzeczy dbanie o chorego. Kiedy zrezygnujemy z siebie, to i chorego w końcu znielubimy, nie będziemy mieć siły, cierpliwości.

Często zaczynają się u nas problemy z kręgosłupem. Na portalu radzimy, jak podnosić chorego, jaką techniką. Ale warto też choćby pójść na masaż. Często opiekunowie mówią: „A skąd, ja na żaden masaż czy na gimnastykę nie mam czasu, wszystko na mojej głowie”. Sytuacja w przypadku przewlekłej choroby zmienia się raczej na gorsze. Kiedy już coś opanujemy, ogarniemy, pojawia się nowy objaw, nowy problem. Jeśli nie damy sobie szansy na relaks, w którymś momencie po prostu nie damy rady. Powiem jeszcze raz: dbanie o siebie to nasz obowiązek.

Portal bliskochorego.pl Szacuje się, że domowi opiekunowie stanowią 2-milionową grupę osób w Polsce. Bardzo często w sytuacji opiekuna stają z dnia na dzień, kiedy bliskiego trzeba zabrać ze szpitala. Co wtedy? Jak sobie poradzić, nie mając wiedzy i doświadczenia? Gdzie mają szukać pomocy i rzetelnych informacji? Specjaliści opieki nad chorym wyszli tym trudnościom naprzeciw i stworzyli portal – kompleksowe kompendium wiedzy dla opiekunów domowych.

  1. Zdrowie

Dlaczego nie ma leku na raka?

Niezbędne jest połączenie doświadczeń medycyny holistycznej i konwencjonalnej w obszarze prewencji, jak też leczenia raka. (Fot. iStock)
Niezbędne jest połączenie doświadczeń medycyny holistycznej i konwencjonalnej w obszarze prewencji, jak też leczenia raka. (Fot. iStock)
Jak to możliwe, że przy takim postępie medycyny nie ma skutecznego leku na raka?  Gwen Olsen (nagrodzona Human Rights Award) twierdzi, że koncerny farmaceutyczne nie są zainteresowane znalezieniem go, a to one nadają kierunek służbie zdrowia. „Skomercjalizowana medycyna i farmacja więcej zarabiają na naszym chorowaniu niż na zdrowiu” – dodaje Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, autor książki „Być lekarzem, być pacjentem”. A jeśli tak jest, to jak dziś skutecznie leczyć się i dbać o zdrowie?

Postęp medycyny jest złudzeniem albo dzieje się coś złego, skoro rak wciąż zabija. Krytycy systemu leczenia twierdzą, że autorzy 80 proc. publikacji w prasie medycznej są związani z koncernami farmaceutycznymi. Czy więc mogą być obiektywni?
Zacznijmy od być może krzywdzącego dla medycyny i farmacji podejrzenia o złamanie świętej zasady: przede wszystkim nie szkodzić (z łac. Primum non nocere). A nawet o złą wolę i chęć szkodzenia. Prawdą jest, że logika systemu wolnorynkowego i cele funkcjonowania koncernów mogą rodzić podejrzenie, że zysk, a nie zdrowie czy inne dobro publiczne, stanowi wartość nadrzędną. W świecie konkurencji można łatwo, wręcz bezwolnie, ulec pokusie ignorowania tej wartości, jeśli stoi to w sprzeczności z zyskiem firmy. Dlatego punkty serwisowe nie apelują do producentów o zwiększenie bezawaryjności produktów. Na podobnej zasadzie wspierane przez korporacje instytuty naukowe mogą zdradzać skłonność do eliminowania badań nad tanimi i profilaktycznymi procedurami oraz prawdziwymi przyczynami chorób, zwłaszcza cywilizacyjnych. Ale mimo tych uwarunkowań systemowych nie można jednoznacznie przypisać medycynie i tzw. Big Pharmie złowrogich intencji. Z drugiej strony – trzeba uwolnić się od złudzenia, że rynek ma interes w tym, byśmy byli zdrowi. Z punktu widzenia chorujących komercjalizacja usług medycznych ani finansowanie tworzenia i wdrażania nowych leków przez zainteresowane zyskiem korporacje nie są dobrym pomysłem. Biznesowe myślenie musi skutkować m.in. kreowaniem popytu na leki i usługi medyczne. A popyt ten jest większy, gdy ludzie chorują. To oczywiste, że skomercjalizowana medycyna i farmacja więcej zarabiają na naszym chorowaniu niż na zdrowiu.

System jest chory i dlatego coraz częściej cierpimy na przewlekłe lub nieuleczalne choroby?
W pewnym sensie tak. Sądzę jednak, że najistotniejsza przyczyna kryzysu medycyny i służby zdrowia leży znacznie głębiej. Mam na myśli pokutujące w zbiorowej podświadomości lekarzy dogmatyczne przekonanie, że organizm ludzki jest materialną, wyodrębnioną  z otoczenia  autonomiczną maszyną. Dlatego także onkologia nie postrzega ciała, psychiki, ducha i środowiska człowieka jako jedności, którą tylko jako całość można zrozumieć i dzięki temu rozstrzygać, jaka konfiguracja i interferencja tych wszystkich czynników wyzwala chorobę. Na domiar złego medycyna reaguje na swój kryzys, usztywniając konserwatywny, ograniczający paradygmat, który jest powodem jej kryzysu. Tak można interpretować na przykład upartą wiarę w determinizm genetyczny. Ten powszechnie komunikowany pogląd ignoruje liczne dowody badawcze, wskazujące na fakt, że genotyp odpowiada jedynie za predyspozycję i może być modyfikowany przez wpływy środowiska biologicznego, społecznego, a także mentalnego, w których funkcjonuje organizm ludzki. Szczególnie uznanie wpływu środowiska mentalnego – innymi słowy psychiki – na ciało stanowi dla konwencjonalnej medycyny barierę trudną do przejścia. Tymczasem lęk przed genami jest dziś tak skutecznie promowany, że Angelina Jolie z powodu niekorzystnej genetycznej diagnozy kazała amputować sobie piersi. Trzeba mieć nadzieję, że taki sposób rozumienia profilaktyki onkologicznej się nie rozpowszechni. Jest on bowiem uznaniem porażki medycyny w zakresie profilaktyki rozumianej jako prawdziwe zapobieganie chorobie. Amputację zdrowych piersi Angeliny Jolie w najlepszym razie możemy uznać za – problematyczny zresztą – wybór mniejszego zła.

Dlaczego onkologia broni się przed szerszym spojrzeniem na przyczyny i metody leczenia chorych na nowotwory?
Z pewnością nie dlatego, że z wyrachowania chce zarabiać na ludzkim cierpieniu. Utknęła tylko w anachronicznym paradygmacie zakładającym, że świat, a w nim człowiek, to zbudowane z materii mechanizmy składające się ze współpracujących ze sobą części. W konsekwencji medycyna nieustannie się fragmentaryzuje i specjalizuje, traci z oczu obraz całości, gubi się w szczegółach i w coraz większym stopniu angażuje swój potencjał w leczenie skutków leczenia. Z czego wynika smutna konstatacja, że coraz rzadziej naprawdę pomaga.

Gdy leki zaleczają, a nie leczą lub mają wiele skutków ubocznych, potrzeba leków cały czas, także nowych leczących te skutki itd.
Ta sytuacja niewątpliwie zaprasza do działań szkodliwych z punktu widzenia ludzkiego zdrowia. Chyba czas najwyższy, by powstała jakaś niekomercyjna instytucja, powiedzmy, Narodowy Instytut Leków i Procedur Terapeutycznych nastawiony na poszukiwanie skutecznych leków i przyczynowo oddziałujących procedur, a nie osiąganie zysku. Znalezienie skutecznych procedur, a po części także leków, wymaga poważnego potraktowania przypuszczeń i wyników wcześniejszych badań, uprawdopodobniających tezę, że nasze kłopoty ze zdrowiem wynikają z konsumpcji żywności i wody o złej jakości, z zatrucia powietrza, nadmiaru szkodliwych substancji chemicznych obecnych w środkach czystości, w kosmetykach, w tkaninach, w opakowaniach żywności, farbach i w zanieczyszczeniu przestrzeni smogiem elektromagnetycznym (radio, TV, GSM, Internet, GPS itd.). Do tej listy należałoby też dodać poziom stresu i stan ludzkich umysłów, a szczególnie narastającą powszechność zaburzeń depresyjnych. Korelacje pomiędzy nasileniem się tych zjawisk a wzrostem zachorowań na raka są bowiem alarmujące. Jednak ogarnięcie tak skomplikowanej macierzy wpływów i ich ewentualnych wzajemnych oddziaływań wymagałoby powołania interdyscyplinarnych think tanków i instytutów badawczych finansowanych przez państwo lub niezależne fundacje. Nie trzeba też być przenikliwym prorokiem, by mieć prawie całkowitą pewność, że konkluzją takich badań byłoby wskazanie na pierwszorzędne znaczenie w etiologii raka czynników środowiskowych. A na to jedynym sensownym lekarstwem jest odtruwanie organizmu, odzyskiwanie naturalnej odporności, zdrowa żywność, ruch, redukcja stresu itd., czyli procedury, które proponuje medycyna holistyczna. W skali państwa oznaczałoby to rewolucję opartą na rządowym programie prawdziwej i skutecznej ekoprewencji chorób cywilizacyjnych.

Ta rewolucja miałaby na sztandarach to, co dziś lekarze konwencjonalni nazywają „zabobonem”, więc pewnie oni by jej nie poparli.
Niestety, konserwatywne, ograniczone, aroganckie i egoistyczne myślenie dominuje dzisiaj w wielu ludzkich głowach, a także instytucjach i środowiskach. Stanowi bowiem doskonały filtr chroniący przed dostrzeżeniem rozmiarów grożącej nam katastrofy i koniecznością radykalnej zmiany. Działania idące w dobrym kierunku wymagałyby kosztownych zmian w rolnictwie, w przemyśle spożywczym, w energetyce itd. To znaczy, że zyski wielu ludzi i korporacji znacznie by się ograniczyły, a wiele firm straciłoby rację bytu. W dodatku tak głębokie przekształcenia wymagałyby solidarnej i zdeterminowanej postawy wszystkich sił politycznych i zmiany świadomości elit z egocentrycznej na planetarną i solidarną. Na razie wydaje się to mało prawdopodobne. Tak więc nie pozostaje nic innego, tylko ratować się własnymi sposobami i na własny rachunek. Świadoma część społeczności już to robi: ucieka z miast pełnych smogu, szuka zdrowej żywności, docenia wypoczynek i czas na budowanie emocjonalnych więzi, ćwiczy, szuka alternatywnych, nierujnujących odporności sposobów wychodzenia z kryzysów zdrowotnych itd. Wśród nich są również „nawróceni” lekarze, którzy dostrzegli, że relacja między farmacją a medycyną się odwróciła. Że farmacja nie służy już medycynie, lecz medycyna służy farmacji jako pośrednik i sprzedawca. Takich lekarzy jest na szczęście coraz więcej, i to oni są solą w oku Big Pharmy, bo uczą realnej profilaktyki i propagują leczenie metodami naturalnymi, dokonując twórczej syntezy metod konwencjonalnych i naturalnych. Zapewne powoduje nimi autentyczne poczucie lekarskiej, uzdrowicielskiej misji. Dzięki temu mogą unieść ogromne wizerunkowe i zawodowe ryzyko. Bo jeśli lekarz alternatywny nie zdoła uratować chorego, natychmiast podnosi się potępiający krzyk całego środowiska. Przyzwolenie na niepowodzenia w kręgach medycyny konwencjonalnej jest bez porównania większe. Wystarczy trzymać się procedur, by być wolnym od zarzutów i mieć czyste sumienie – nawet jeśli odstępstwo od procedur mogłoby uratować życie. Wiara w procedury medycyny konwencjonalnej jest tak wielka i bezkrytyczna, że bez trudu przykrywa konformizm, niedouczenie czy brak wyobraźni. Z drugiej strony – rozwój rynku medycyny alternatywnej dowodzi, że coraz więcej ludzi dostrzega bezradność medycyny konwencjonalnej i poszukuje nowych dróg leczenia. To niełatwa i często samotna podróż pełna przeszkód i przeciwieństw. Oto przykład: Unia Europejska (Rozporządzeniem 1924/2006/WE) ograniczyła ostatnio swobodny obrót lekami i suplementami naturalnymi, nakładając na producentów obowiązek uzyskania kosztownych i czasochłonnych pozwoleń. W proteście przeciwko temu rozporządzeniu powstał m.in. Institut Pour la Protection de la Santé Naturelle [Instytut Obrony Zdrowia Naturalnego] broniący medycyny naturalnej. Zapewne powstanie też czarny rynek ziół i preparatów ziołowych.

Niezbędne jest połączenie doświadczeń medycyny holistycznej i konwencjonalnej w obszarze prewencji, jak też leczenia raka.

Ale jak to zrobić?
W sytuacji zbliżającej się pandemii nowotworowej już teraz trzeba się dogadywać. Trzeba zawiesić spory i choć medycyna konwencjonalna ma problem z uznawaniem tych terapii i procedur, których nie daje się wyjaśnić w kategoriach materialno-biochemicznych, to jednak zaakceptować wszystko, co pomaga i może pomóc. To wymaga odwagi stawiania niewygodnych pytań i wielkodusznej rezygnacji z ambicji i chwały własnej na rzecz skutecznego pomagania rakowaciejącej ludzkości. Skrajnie przepracowani onkolodzy, doświadczający śmierci pacjentów znacznie częściej niż wyleczeń, nie mogą leczyć bez wiary w słuszność tego, co robią. Potrzeba spójnego i ugruntowanego poglądu na stosowaną metodę terapii jest w takiej sytuacji ogromna. To zrozumiałe, że nie chce się wówczas słuchać o tym, że być może uratowałoby się kogoś, postępując inaczej. Tym bardziej że wielu udało się uratować, postępując zgodnie z doktryną. Sami pacjenci odpowiadają za wybór metody leczenia. Z reguły wybieramy lekarza posiadającego światopogląd zgodny z naszym. To dobrze. Bo tam, gdzie nasza wiara, tam większa szansa na wyleczenie. Szczególnie gdy jest wsparta wiarą lekarza. Tego placebo nie wolno wykluczać z gry o zdrowie.

Wojciech Eichelberger: psycholog i psychoterapeuta, ceniony trener i dyrektor Instytutu PsychoImmunologii, warszawskiego ośrodka psychoterapii, autor książki o medycynie „Być lekarzem, być pacjentem” i o rozwoju etycznym człowieka oraz biznesu „Quest”.

  1. Zdrowie

Polki nie robią badań cytologicznych!

Za rozwój stanów przedrakowych i raka szyjki macicy najczęściej odpowiedzialny jest wirus brodawczaka ludzkiego (HPV, human papilloma virus), przenoszony głównie poprzez kontakty seksualne. (fot. iStock)
Za rozwój stanów przedrakowych i raka szyjki macicy najczęściej odpowiedzialny jest wirus brodawczaka ludzkiego (HPV, human papilloma virus), przenoszony głównie poprzez kontakty seksualne. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Mamy w Polsce tendencję do spychania spraw zdrowotnych na dalszy plan. Dotyczy to nie tylko mężczyzn, ale również kobiet, do których kierowane są rozmaite kampanie zachęcające do badań profilaktycznych. Tymczasem, jak wynika z danych Narodowego Instytutu Onkologii, w 2020 roku zgłaszalność kobiet kwalifikujących się do badań przesiewowych spadła do 14 procent!

Jeśli porównamy się ze Skandynawią, gdzie odsetek zgłaszalności kobiet kwalifikujących się do badań przesiewowych wynosi średnio 70-80 proc. to sytuacja wygląda dość dramatycznie. Dotychczas w Polsce ten odsetek i tak był stosunkowo niski - wynosił zaledwie 30 proc. Ubiegły rok jednak, naznaczony pandemią koronawirusa, spowodował, że pacjentki odwoływały terminy wizyt.

W Polsce diagnozę raka szyjki macicy słyszy ponad 3 tys. kobiet rocznie. Odpowiednio wcześnie wykryty „RSM” (w fazie przedinwazyjnej) jest uleczalny. Niestety, według danych Krajowego Rejestru Nowotworów, w Polsce aż 40 proc. nowozdiagnozowanych przypadków raka szyjki macicy cechuje się wysokim stopniem zaawansowania, co daje już znikome szanse na wyleczenie.

Warto mieć na uwadze, że to właśnie cytologia jest badaniem, które pozwala wykryć raka szyjki macicy we wczesnym stadium. Jest więc badaniem „ratującym życie”. Komórki szyjki macicy można zbadać za pomocą cytologii klasycznej lub płynnej. W obu przypadkach od pacjentki pobierany jest wymaz.

- Cytologia jest badaniem przesiewowym. Ma na celu wyłonić pacjentki, które – z racji predyspozycji i czynników warunkujących ryzyko rozwoju nowotworu – powinny być objęte dokładniejszą obserwacją. Rak szyjki macicy to nowotwór, który rozwija się niekiedy latami. Można pokusić się o stwierdzenie, że to dobrze i źle zarazem. Z jednej strony, w przypadku pacjentki dbającej o profilaktykę, daje nam czas na odpowiednio wczesne podjęcie leczenia, z drugiej jednak strony – nie dający objawów, a rozwijający się już w szyjce macicy nowotwór, może uśpić czujność. W szczególności u kobiet, które unikają regularnych badań, będących przecież najważniejszym elementem profilaktyki.

Wszystkim moim pacjentkom przypominam, że rak nie poczeka, aż pandemia minie, a ryzyko zakażenia się koronawirusem w placówce, przy zachowaniu wszelkich środków ostrożności, nie jest wyższe, niż w jakimkolwiek innym publicznym miejscu. Nie lekceważmy zdrowia, bo cena może być zbyt wysoka.
apeluje lek. Ewelina Śliwka-Zapaśnik, ginekolog Grupy Lux Med. Lekarka wyjaśnia ponadto:

- Oba typy cytologii polegają na pobraniu wymazu. Sprawdza się w ten sposób obecność komórek przedrakowych lub rakowych zarówno z tarczy, jak i kanału szyjki macicy. Podczas rutynowej procedury komórki są delikatnie zdrapywane, a następnie badane pod kątem karcynogenezy, czyli nowotworzenia. W przypadku cytologii klasycznej, pobrany za pomocą przeznaczonej do tego szczoteczki wymaz, umieszcza się bezpośrednio na szkiełku. Podkreślam – szczoteczki, a nie patyczka. Ten bowiem może nie zebrać odpowiedniej ilości materiału niezbędnego do badania i zafałszować wynik. Preparat wysyła się następnie do laboratorium w celu przebadania na obecność nieprawidłowych komórek. Cytologia o podłożu płynnym (LBC - Liquid Based Cytology) jest bardziej czuła, daje bardziej wiarygodny obraz i zdecydowanie lepszą jakość uzyskanego preparatu do badania. Jest to cienka warstwa nienakładających się na siebie komórek, bez domieszki śluzu, krwi itd., które komplikują ocenę materiału pod mikroskopem. Przy umieszczaniu komórek na szkiełku łatwiej o błąd, np. nieprawidłowe rozprowadzenie czy nałożenie komórek. O zaletach tej metody mówi zarówno Polskie Towarzystwo Ginekologów i Położników, jak i Polskie Towarzystwo Patologów.

Polskie Towarzystwo Ginekologiczne rekomenduje wykonywanie cytologii raz w roku.

Źródło: materiały prasowe Grupy Lux Med

  1. Zdrowie

Czy wiesz, co jesz? Poznaj podstawowe zasady zdrowego odżywiania

Jeśli chcesz zadbać o zdrowie swoje i swoich bliskich, zacznij od świadomego kupowania produktów spożywczych. (fot. iStock)
Jeśli chcesz zadbać o zdrowie swoje i swoich bliskich, zacznij od świadomego kupowania produktów spożywczych. (fot. iStock)
Wielu ludzi uważa, że wiedzą, jak się zdrowo odżywiać, znają się na dietach i dietetyce, pomimo że zasady żywienia poznają głównie za pośrednictwem mediów.

Zdrowe odżywianie stało się modne, więc na każdym kroku spotykamy się z  reklamami, w których znane osoby wychwalają niesamowite właściwości odżywcze różnych produkowanych masowo artykułów. Ponieważ media wciąż cieszą się dużym zaufaniem, często wpadamy w  pułapkę reklam, wierząc, że przemysłowo wytwarzane soki, jogurty, margaryny, zupy instant, oleje, wędliny, majonezy, batoniki to najlepsze rzeczy, jakie możemy sobie wyobrazić. Do tego dochodzą reklamy leków i  suplementów diety, które zgodnie z  oświadczeniami producentów zapewniają nam zupełną bezkarność – możemy jeść właściwie wszystko, pod warunkiem że będziemy zażywać odpowiedni suplement wspomagający np. pracę wątroby. Niestety, w  realnym życiu tak nie jest. Gdyby te reklamy były prawdziwe, nie istniałyby choroby ani problemy z nadwagą i otyłością. Prawda jest jednak taka, że dając się skusić obietnicom łatwego życia, szybkiego spadku masy ciała, zachowania zdrowia albo poprawy samopoczucia, dajemy się zwieść. W  dużych ilościach te produkty mogą okazać się szkodliwe dla zdrowia.

Zrób to sam

Najlepsze jedzenie to takie, które przyrządzimy samodzielnie ze świeżych, dobrej jakości półproduktów, których droga od producenta do naszej kuchni jest najkrótsza. Jeśli chcemy być zdrowi, na co dzień powinniśmy omijać półki sklepowe z  produktami przetworzonymi i  unikać jedzenia fast foodów. Wiele moich pacjentek jest przerażonych, kiedy podczas pierwszych konsultacji dochodzą do wniosku, że właściwie nie wiadomo, co jeść, bo wszystko, co do tej pory jadły i czym karmiły swoją rodzinę, jest niezdrowe. Ale aż tak źle na szczęście nie jest. Wystarczy poznać parę zasad robienia zakupów – jedna z takich podstawowych umiejętności to czytanie etykiet, aby uniknąć popełniania najpoważniejszych błędów.

Szczególną czujność zalecam, kiedy mamy do czynienia z  pięknie opakowanym produktem. Bardzo często atrakcyjne opakowanie idzie w parze ze skomplikowaną technologią produkcji, która znajduje odzwierciedlenie w liście trudnych do wymówienia nazw chemicznych, wypisanych na etykiecie. I  to powinna być już pierwsza wskazówka – jeżeli nie potrafisz rozszyfrować nazw składników produktu, po prostu pozostaw go w sklepie! Producenci zapewniają nas, że te składniki znajdują się na liście dozwolonych dodatków do żywności, ale nie wiemy, jakie ilości tych substancji przyswajamy i w jakim stopniu właśnie nam mogą zaszkodzić.

Co jest w środku?

Bardzo uczulam na pięknie wybarwione sztucznymi barwnikami produkty, które cieszą oczy i  przyciągają wzrok – jest to oczywista manipulacja. Jej ofiarami mają paść przede wszystkim dzieci. Niestety, te piękne kolory to syntetyczne dodatki, które wzmagają zachowania nadaktywne, wywołują alergie, stwarzają ryzyko zachorowania na raka. I tak barwnik E129, czyli czerwień allura – zakazana w  niektórych krajach, takich jak Belgia, Szwajcaria, Australia czy Norwegia – może nasilać objawy astmy i wywoływać nadpobudliwość psychoruchową u dzieci. Niestety, sklepy spożywcze często nie ułatwiają rodzicom życia i  umieszczają te łakocie w  najbardziej widocznym miejscu, czyli na poziomie wzroku dziecka. Dlatego radzę, żeby na zakupy wybierać się bez dzieci. I  pamiętajcie, by NIGDY nie nagradzać dziecka słodyczami! Otrzymując je jako nagrodę, np. za dobre zachowanie, dziecko zaczyna myśleć, że cukierki są bardziej wartościowe niż inne posiłki.

Słodycze to poza barwnikami głównie cukier. Wszyscy już wiedzą, że cukier szkodzi i  wiedzą o  tym także producenci, którzy wykorzystują naszą niepełną wiedzę o  składnikach przetworzonej żywności. Na etykietach widzimy napis: „zero cukru”, myślimy „OK”. Ale zamiast niego używane są sztuczne substancje słodzące, takie jak na przykład aspartam. Dodaje się go do ponad 6 tys. produktów spożywczych i  środków farmakologicznych. Znajdziemy go w  słodkich napojach typu light, ale także w zwykłych napojach, sokach oraz w jogurtach, płatkach śniadaniowych czy gumach do żucia. Jest też składnikiem leków, a  swoją popularność zawdzięcza naturalnej słodyczy. Według badań jest aż 200 razy słodszy od cukru, a  przy tym nie dostarcza kalorii. Na tym jednak jego zalety się kończą. Aspartam (E951) stanowi przyczynę 75 proc. niepożądanych reakcji na dodatki do żywności, zgłaszanych do amerykańskiego Urzędu ds. Leków i  Żywności, takich jak bóle głowy, pogorszenie samopoczucia, skurcze mięśni, przybieranie na wadze, depresje, bezsenność, zaburzenia wzroku, wysypki, utrata słuchu, trudności w oddychaniu, napady apopleksji, nowotwory. Ale jak tu żyć bez słodyczy?

Zamiast kolorowych napojów przyzwyczajajmy dzieci do picia wody z dodatkiem cytryny i  miodu. Dużo zdrowszym rozwiązaniem będzie również sporządzenie soku samodzielnie w domu ze świeżych owoców. Odrobina miodu powinna sprawić, że dziecko będzie przepadało za takim koktajlem. Polecam pieczone jabłka, gruszki lub owocowe sałatki. Propozycją zdrowszą niż wysokokaloryczne desery będzie także sok owocowy 100-proc., zamrożony i  podany w  formie lizaka. Zamiast kupować lody, zróbmy sorbety.

Tak jak łatwo zastąpić cukier i  słodziki, tak też łatwo możemy zastąpić substancje wzmacniające smak, czyli na przykład kolejnego przestępcę chemicznego: glutaminian sodu. Znajdziemy go w kostkach rosołowych, zupkach i  potrawach instant, mieszankach przypraw, sosach i słoikach z  gotowymi daniami. Według badań długofalowe skutki częstego używania glutaminianu sodu to między innymi: nadpobudliwość, zaburzenia hormonalne, uszkodzenie siatkówki oka, zaburzenia przewodnictwa nerwowego i  wzrost ryzyka otyłości. Szczególnie niebezpieczny może okazać się dla osób na niego nadwrażliwych oraz dla astmatyków i dzieci. Glutaminian sodu występuje w produktach jako E621 – wzmacniacz smaku i  zapachu o aromacie grzybo- i  mięsopodobnym. Jak możemy go zastąpić? Zioła, zioła i  jeszcze raz zioła. Świeże mają niesamowity aromat, wzbogacają potrawy i wydobywają z  nich to, co najlepsze. Niech w  twoim domu nie zabraknie szałwii, która dzięki zawartości licznych związków aktywnych działa antydepresyjnie, antybakteryjnie, przeciwzapalnie i  antyseptycznie. Zawiera witaminy A, C, witaminy z grupy B, minerały, takie jak wapń, magnez, potas, sód, cynk i żelazo. Szałwia obfituje także w lotne olejki i  fitozwiązki, m.in. kwas rozmarynowy, kamforę, taniny i  flawonoidy. Miej też zawsze świeżą bazylię zawierającą antybakteryjny eugenol, który przeciwdziała skurczom brzucha, nudnościom i  biegunkom. Bazylia wspomaga pracę układu pokarmowego, działa przeciwpasożytniczo i  zapobiega wzdęciom.

Unikaj też produktów z długim terminem przydatności do spożycia, bo to oznacza, że użyto tam konserwantu, takiego jak np. benzoesan sodu (E211). Jest on stosowany między innymi w: napojach, sokach, przetworach, konserwach, deserach, przyprawach czy sosach. Przy większym stężeniu może powodować uwalnianie histaminy, a  co za tym idzie – objawy alergiczne. Związek ten w połączeniu z powszechnie występującym kwasem askorbinowym (witaminą C) tworzy benzen – substancję rakotwórczą. Ponadto badania wykazują związek spożycia benzoesanu ze wzrostem agresji i  nadpobudliwości u dzieci. Nie ma co ukrywać: robienie zakupów w dzisiejszych czasach to dosłownie rosyjska ruletka. Pamiętaj, że produkt spożywczy, który prawie nigdy się nie psuje i  zbyt pięknie wygląda, powinien być podejrzany – nie wystarczy czytanie etykiet, trzeba mieć po prostu wiedzę o tym, co nas odżywia, a  co truje. Co prawda trochę więcej czasu poświęcisz na robienie zakupów i  przygotowywanie posiłków, ale za to nie będziesz truć siebie i  swoich bliskich – to się naprawdę opłaca.

  1. Zwierciadło poleca

Rak jajnika: wcześniej wykrywać, leczyć najnowszymi metodami

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Szybsze wykrywanie choroby oraz wdrażanie właściwego leczenia, zarówno chirurgicznego jak farmakologicznego - to najpoważniejsze wyzwania w leczeniu raka jajnika, o których rozmawiano podczas XXV edycji warsztatów edukacyjno-informacyjnych „Quo Vadis Medicina?”. Eksperci wskazywali także, że konieczne jest również upowszechnienie badań genetycznych, które pozwalają wdrożyć nowoczesne leczenie systemowe.

W kontekście raka jajnika szczególnie istotny jest drugi cel Narodowej Strategii Onkologicznej, czyli zwiększenie wykrywalności nowotworów we wczesnych stadiach. Od początku 2021 roku rozpocznie się wdrażanie standardów i akredytacji badań patomorfologicznych. Jak podkreśla prof. Piotr Rutkowski, kierownik Kliniki Nowotworów Tkanek Miękkich, Kości i Czerniaków w Narodowym Instytucie Onkologii w Polsce, niestety od 2010 roku rośnie zapadalność na 7 głównych nowotworów, w tym raka jajnika, co prawda w zróżnicowanym tempie, ale trend jest bardzo niepokojący. Optymizmem może napawać fakt, iż równocześnie poprawia się przeżywalność pacjentów. Pandemia spowoduje jednak, że wskaźniki w 2020 roku ulegną pogorszeniu.

Kluczowa wczesna diagnoza

Rak jajnika występuje głównie w krajach wysokorozwiniętych, na półkuli północnej. Choroba atakuje głównie kobiety starsze, szczyt zachorowań przypada na wiek 60-80 lat, a więc w leczeniu trzeba się mierzyć z problemami zdrowotnymi typowymi dla osób starszych. W ostatnich kilkudziesięciu latach śmiertelność z powodu raka jajnika spada, ale bardzo powoli.

Każda kobieta jest narażona na około 1,5 proc. ryzyko  zachorowania na raka jajnika w ciągu całego życia. Rak jajnika stanowi około 3,7 proc wszystkich nowotworów u kobiet, ale już ponad 4 proc. przyczyn  zgonów z powodu nowotworów. Rak jajnika jest  wyzwaniem przede wszystkim dlatego, że w zdecydowanej większości przypadków choroba jest rozpoznawana w zaawansowanym stadium. Rocznie w Polsce rozpoznaje się ponad 3 tysiące przypadków raka jajnika, z czego większość chorych ma trzeci i czwarty stopień zaawansowania choroby w momencie diagnozy.

Nowotwór rozwijający się w jajniku nie ma żadnych barier anatomicznych, które by ograniczały jego rozprzestrzenianie się. Komórki nowotworowe mogą swobodnie przemieszczać się w jamie brzusznej tworząc wiele ognisk przerzutowych. Większość ekspertów szacuje, że nawet 80 procent nowych przypadków raka jajnika dotyczy choroby zaawansowanej w trzecim i czwartym stopniu. Czwarty stopień oznacza chorobę z przerzutami do licznych narządów. Rokowanie jest dobre tylko przy wykryciu choroby w pierwszym stopniu zaawansowania, natomiast w najwyższych stopniach zaawansowania perspektywa pięcioletniego przeżycia jest bardzo zła.

Przy zastosowaniu odpowiedniego leczenia pierwszej linii około 80 proc. chorych, nawet w trzecim stopniu zaawansowania, uzyskuje remisję, czyli cofnięcie się choroby. Pomimo to u osób, które osiągnęły remisję aż w 85 proc przypadków następuje nawrót. Dalszy przebieg nowotworu polega na kolejnych nawrotach, których może być kilka, a nawet kilkanaście w całym przebiegu choroby. Kolejne rzuty choroby pojawiają się coraz częściej, a choroba prowadzi stopniowo do upośledzenia sprawności ogólnej, wyniszczenia i ostatecznie śmierci. Bardzo rzadko pomimo wdrożonego leczenia udaje się pacjentkom przezwyciężyć tą chorobę.

Dla skutecznego leczenia decydujący jest moment diagnozy oraz szybkie podjęcie leczenia pierwszej linii. Poprawę rokowania możemy uzyskać poprzez wyższą ogólną świadomość, tak aby pacjentki szybciej rozpoznawały u siebie niepokojące symptomy i zgłaszały się z nimi do lekarza.

Diagnostyka molekularna dla każdej pacjentki

Rak jajnika jest  często związany z mutacją w genach BRCA1 i BRCA2. W Polsce mamy dostęp do diagnostyki tych mutacji, dlatego każda pacjentka powinna mieć wykonane badanie genetyczne. Stwierdzenie mutacji otwiera drogę do zastosowania nowych leków. Ważne jest również przeprowadzenie badania u osób spokrewnionych, by sprawdzić, czy rodzina pacjentki należy do grupy wysokiego ryzyka zachorowania.

Jak ważna dla skutecznego leczenia raka jajnika jest wczesna diagnostyka, zwłaszcza genetyczna, zwraca uwagę prof. Mariusz Bidziński, kierownik Kliniki Ginekologii Onkologicznej w Narodowym Instytucie Onkologii w Warszawie.

Badania genetyczne od kilku lat są już w Polsce finansowane w zakresie badań realizowanych przy diagnostyce raka jajnika. Badania są wykonywane u pacjentek ze świeżym rozpoznaniem podejmujących leczenie oraz na podstawie analizy materiału archiwalnego, czyli pobranego przed kilkoma laty. Wykryte mutacje w genach pozwalają zastosować nowoczesne terapie.

Mimo dostępnego finansowania, badań genetycznych wykonuje się zbyt mało. W 2018 roku na raka jajnika zachorowało w Polsce 3568 osób. Tymczasem w 2019 roku diagnostykę genetyczną wykonano jedynie u 490 hospitalizowanych osób oraz dodatkowo przebadano także ponad 430 próbek materiału archiwalnego.

Inhibitory PARP – innowacyjna terapia raka jajnika

Jak wskazuje prof. Paweł Blecharz, kierownik Kliniki Ginekologii Onkologicznej w krakowskim oddziale Narodowego Instytutu Onkologii, przyszłością leczenia raka jajnika jest nie tylko właściwe leczenie chirurgiczne, ale także leczenie systemowe. Ograniczenia chirurgii w leczeniu raka jajnika związane są z rozsianym charakterem nowotworu. Leczenie to należy uzupełnić leczeniem systemowym, by móc dotrzeć do każdej komórki nowotworowej i skutecznie leczyć chorobę.

W Polsce dostępne są terapie celowane - w programie lekowym od lat znajduje się np. bewacyzumab, ale nadal w ograniczonym zakresie wskazań - węższym niż tego potrzebują specjaliści leczący raka jajnika. Program lekowy nakłada także inne ograniczenia, jak np. kryteria włączenia do programu.

W najbliższych kilku latach postęp w leczeniu raka jajnika jest możliwy do osiągnięcia dzięki  inhibitorom PARP. Badania kliniczne przynoszą bardzo obiecujące rezultaty w leczeniu podtrzymującym, po chemioterapii zarówno w pierwszej linii jak i w leczeniu nawrotów.

Od niedawna jest zarejestrowany nowy inhibitor PARP, czyli niraparib. Badania wykazały jego skuteczność w leczeniu całej populacji, nie tylko chorych z mutacją genów BRCA1/2. Za jego przyczyną przed inhibitorami PARP otwierają się zatem nowe horyzonty - leczenia podtrzymującego zarówno w pierwszej jak i w kolejnych liniach terapii niezależnie od statusu mutacji. Redukcja ryzyka nawrotu u badanych osób z mutacją genową leczonych nowym inhibitorem osiągnęła  60 proc., a w całej populacji było to 30 proc.

Profesor Blecharz ocenia, że dzięki nowym metodom leczenia czas przeżycia chorych z rakiem jajnika będzie się wydłużać. Poprawi się także jakość życia chorych. Bardzo ważny jest wzrost świadomości tej choroby, budowanie czujności onkologicznej wśród potencjalnych pacjentek, tak aby leczenie można było rozpoczynać na wcześniejszym etapie rozwoju nowotworu.

Wpływ pandemii koronawirusa na diagnostykę chorób nowotworowych

Wykrycie choroby w późniejszym stadium zaawansowania powoduje, że szanse radykalnego wyleczenia są znacznie mniejsze. Tymczasem od kwietnia 2020 roku działania profilaktyczne prowadzone na poziomie POZ "właściwie zamarły" - podkreśla prof. Bidziński. Z powodu pandemii diagnostyka i ustalanie ścieżki leczenia przedłużają się ponad terminy zapisane w pakiecie onkologicznym. Z uwagi na brak specyficznych objawów raka jajnika u wielu chorych poszukiwania przyczyn dolegliwości trwają nawet rok, zanim zostanie wystawiona karta DiLO. Jednocześnie w 2020 roku wyraźnie obniżyła się liczba kart DiLO, co pokazują raporty Narodowego Instytutu Onkologii.

Dane wskazujące wyraźny spadek leczonych chorych w okresie pandemii sugerują, że w najbliższych miesiącach znacznie powiększy się liczba chorych zdiagnozowanych w  zaawansowanych stadiach klinicznych nowotworów. Dlatego - mówi prof. Mariusz Bidziński - konieczne jest opracowanie nowej strategii profilaktyki i wczesnego diagnozowania, a także upowszechnianie wiedzy o możliwościach wczesnej diagnozy choroby nawet w okresie pandemii.

Partnerem relacji z XXV warsztatów edukacyjno-informacyjnych „Quo Vadis Medicina?” jest

 

Wszystkie działania niepożądane produktów leczniczych należy zgłaszać do Departamentu Monitorowania Niepożądanych Działań Produktów Leczniczych Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych, Al. Jerozolimskie 181C, 02-222 Warszawa, tel. (22) 492-13-01, fax (22) 492-13-09, zgodnie z zasadami monitorowani bezpieczeństwa produktów leczniczych lub do podmiotu odpowiedzialnego za produkt, którego zgłoszenie dotyczy. Formularz zgłoszenia niepożądanego działania produktu leczniczego dostępny jest na stronie Urzędu www.urpl.gov.pl.

GSK Commercial Sp. z o.o., ul. Rzymowskiego 53, 02 - 697 Warszawa, tel.: 22 576 90 00, fax: 22 576 90 01, pl.gsk.com.

NP-PL-NRP-PRSR-200009, grudzień 2020