1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Kontrowersyjna ayahuasca

Kontrowersyjna ayahuasca

Ayahuasca znana jest jako środek poszerzający świadomość, a nawet leczący depresję i nałogi – co budzi wiele pytań i zastrzeżeń. (Fot. Wikimedia Commons)
Ayahuasca znana jest jako środek poszerzający świadomość, a nawet leczący depresję i nałogi – co budzi wiele pytań i zastrzeżeń. (Fot. Wikimedia Commons)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Ten naturalny psychodelik na bazie wyciągu z roślin z Amazonii, zażywany jest przez szamanów w celach religijnych. W naszym kręgu zdobywa popularność jako środek poszerzający świadomość, a nawet leczący depresję i nałogi – co budzi wiele pytań i zastrzeżeń. Oto nasz wielogłos w tej sprawie. Rozmawiały Kamilla Staszak i Joanna Olekszyk.

Ten naturalny psychodelik na bazie wyciągu z roślin z Amazonii, zażywany jest przez szamanów w celach religijnych. W naszym kręgu zdobywa popularność jako środek poszerzający świadomość, a nawet leczący depresję i nałogi – co budzi wiele pytań i zastrzeżeń. Oto nasz wielogłos w tej sprawie. Rozmawiały Kamilla Staszak i Joanna Olekszyk.

Ayahuasca - skład i działanie

  • Ayahuasca to mieszanina liści krzewu Psychotria viridis oraz łodyg liany Banisteriopsis caapi. Poprzez gotowanie uzyskuje się z nich halucynogenny napój, stosowany przez szamanów i członków grup religijnych w Peru, Ekwadorze i Kolumbii. Ze względu na zawartość dimetylotryptaminy (substancja, którą naturalnie wytwarza szyszynka) jest zakazany w wielu krajach, także w Polsce, jako środek odurzający o najwyższym stopniu ryzyka uzależnienia. Lekarze ostrzegają, że może mieć silny potencjał aktywujący dla osób predysponowanych do zaburzeń dwubiegunowych, schizofrenii, stresu pourazowego, zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych, depresji i zaburzeń przetwarzania sensorycznego.
  • Neurolodzy z Uniwersytetu São Paulo opublikowali wyniki badań, z których wynika, że 2–3 godziny po zażyciu ayahuaski wśród osób cierpiących na umiarkowaną lub ciężką postać depresji można zaobserwować efekty, na jakie trzeba czekać tygodniami po zażyciu standardowych antydepresantów. Brian Anderson, psychiatra z Uniwersytetu Kalifornijskiego, uważa, że pozytywne skutki przeciwdepresyjnego działania ayahuaski mogą utrzymywać się nawet przez wiele tygodni. Obecna w ayahuasce harmalina w małych dawkach uważana jest za antydepresant, ale im więcej jej spożyjemy, tym bardziej psychodeliczne wizje pojawią się w naszej głowie.

Powrót do źródła miłości

Cattleya Gosia Trojanowska przez długi czas pracowała jako pielęgniarka. Od kilku lat prowadzi ceremonie ayahuaski, więcej informacji o niej na Facebooku w grupie „Czas Na Medycynę – Przebudzenie Duszy”. (Fot. materiały prasowe) Cattleya Gosia Trojanowska przez długi czas pracowała jako pielęgniarka. Od kilku lat prowadzi ceremonie ayahuaski, więcej informacji o niej na Facebooku w grupie „Czas Na Medycynę – Przebudzenie Duszy”. (Fot. materiały prasowe)

Jak ayahuasca pojawiła się w pani życiu? Gosia Trojanowska: Przypadek. Choć tych podobno nie ma. Ponad 10 lat temu gdzieś w Internecie przeczytałam o leczeniu ayahuaską osób uzależnionych od alkoholu i zaczęłam się tym interesować, ponieważ ten problem występował w mojej rodzinie. Uzależniony był mój ojciec, a także były mąż, a kiedy syn wchodził w dorosłość, przestraszyłam się, że i on może wpaść w alkoholizm. Na pierwszą ceremonię pojechaliśmy razem, choć syn, który miał wówczas 20 lat, początkowo był temu przeciwny, ponieważ ayahuasca kojarzyła mu się z narkotykami. Dziś już wiemy, że pomaga wyjść z nałogu także narkomanom. To, co przeżyliśmy w czasie pierwszej ceremonii, odmieniło nasze życie.

W jaki sposób? Dowiedzieliśmy się dużo o sobie. W Ameryce Południowej ayahuasca jest używana przez szamanów i uzdrowicieli zwanych ayahuasqueros jako sposób na poszerzanie świadomości. Doświadczenie po jej wypiciu trudno opisać, gdyż wszyscy przeżywamy to indywidualnie i za każdym razem jest ono inne. DMT obecne w napoju naturalnie występuje w naszym mózgu jako związek chemiczny produkowany przez szyszynkę podczas snu, sprawia, że po wypiciu naparu zwanego boską medycyną zaczynamy funkcjonować jak w czasie snu, ale jesteśmy przebudzeni i w pełni świadomi tego, co się wokół nas dzieje. Częstotliwość fal mózgowych przechodzi z poziomu beta (aktywny) do poziomu alfa (zrelaksowany) lub theta, gdzie pojawiają się mistyczne doświadczenia duchowe. Przeżywamy proces rozpadu ego i wznoszenia świadomości, co daje możliwość dotarcia do informacji zawartych w podświadomości i świecie duchowym. Pojawiają się różne wizje, nierealne obrazy, czasami piękne, ale także przerażające, fizycznie odczuwamy przepływ energii i wibrację, dochodzą do nas dziwne, jakby kosmiczne dźwięki. Brzmi to bardzo magicznie, ale ayahuaską zainteresowali się już naukowcy i lekarze, którzy udowodnili jej pozytywny wpływ także w leczeniu depresji i stresu pourazowego.

Przeprowadzając takie ceremonie, ma pani styczność z wieloma osobami, czy może to pani potwierdzić? Badania naukowe dotyczące stricte medycznego wpływu ayahuaski na nasze zdrowie są ciągle prowadzone i można powiedzieć, że to dopiero początek odkryć. Z całą pewnością mogę stwierdzić, że ayahuasca zmienia ludziom życie na lepsze. Powszechnym efektem jest głębsze zrozumienie naszej egzystencji na Ziemi i osobowości. Jakbyśmy docierali do niezbadanych poziomów swojej psyche, do nieświadomości. Odsłaniają się przed nami niesamowite pokłady miłości, duchowości i boskości, których w naszym bardzo racjonalnym życiu każdy potrzebuje, aby osiągnąć prawdziwe szczęście. W dotychczasowych badaniach wykazano dobroczynny wpływ ayahuaski na ośrodki w mózgu odpowiedzialne za uczenie się i zapamiętywanie. Potwierdzono zwiększoną aktywność neuronów oraz wymianę informacji między obszarami mózgu, które normalnie nie komunikują się ze sobą. Oznacza to, że umysł nie porusza się już utartymi ścieżkami, ale tworzy nowe połączenia.

W kulturze zachodniej ayahuasca traktowana jest jako niezwykła substancja chemiczna, którą można wykorzystać w medycynie i w leczeniu różnych chorób oraz uzależnień. W kulturze amazońskiej jest duchem wszystkich duchów, który pomaga ludziom w odnalezieniu ich duchowej ścieżki i  pojednaniu ze wszechświatem.

A czym jest dla pani? W czasie swoich ceremonii chcę połączyć oba podejścia i pomagać ludziom. Dać im jak najwięcej miłości, akceptując to, kim są, aby mogli stać się lepsi i szczęśliwsi. Choć na wiele pozytywnych efektów związanych z wypiciem ayahuaski nie ma konkretnych dowodów, gdyż po prostu trudno je zmierzyć, potwierdzają je uczestnicy ceremonii. Przez dłuższy czas odczuwają większy optymizm, czują się spokojniejsi, połączeni ze światem, który je otacza, i ludźmi. Zrozumiawszy swoje błędy lub pomyłki albo samych siebie, zaczynają bardziej się szanować, okazują więcej miłości bliskim, zwierzętom, często zostają wegetarianami, zaczynają troszczyć się o Matkę Ziemię. Odnajdują też sens życia, który wcześniej w rozpędzonym, nierzadko bardzo destrukcyjnym i pełnym złych emocji życiu, gdzieś się im rozmył. Wracają do źródła miłości, które jest cały czas w nas samych.

Czy brak przygotowania terapeutycznego – wcześniej pracowała pani jako pięlegniarka – jednak nie przeszkadza w przeprowadzaniu ludzi przez te obszary? Szamani też nie kończą studiów psychologicznych lub specjalizacji z psychiatrii, a naukowcy tak naprawdę ciągle nie rozumieją, w jaki sposób działa mózg. Ludzie nazywają mnie szamanką, bo jak oni staram się postrzegać świat i ludzi w duchowy sposób. Widzieć życie i miłość, która jest energią tkwiącą we wszystkim: w ciele, w kamieniach, drzewach, zwierzętach, całej naturze, ale także w niebie i kosmosie. Takie postrzeganie przekracza możliwości zrozumienia przez człowieka na obecnym etapie naszego rozwoju, a także opisania w sposób naukowy. Podstawą do prowadzenia przeze mnie ceremonii jest moje ponadczteroletnie już ich doświadczanie, wcześniej przez wiele lat brałam w nich udział jako uczestniczka. Ostatnio byłam też w Peru, aby u źródła dowiedzieć się, w jaki sposób tradycyjnie się je przeprowadza, oraz spotkać z prawdziwymi szamanami.

To przede wszystkim praca z samym sobą. Nikt za nas jej nie wykona. Ayahuasca może jedynie wskazać kierunek. Ze swojej strony staram się stworzyć każdemu uczestnikowi jak największy komfort i poczucie bezpieczeństwa w procesie, który może być naprawdę trudny.

Z jakimi trudnymi przypadkami spotkała się pani? Ayahuasca jest naturalną medycyną i świętym napojem, więc nie powinna być używana dla rozrywki. Kiedyś przyszła do mnie dziewczyna, która myślała, że będzie miała dobrą zabawę, ale wyszły z niej wszystkie demony, które wcześniej próbowała ukryć.

Jako dość trudny, ale jednocześnie bardzo dla mnie satysfakcjonujący przypadek, wspominam ceremonię z udziałem 30-letniego mężczyzny, który poruszał się na wózku inwalidzkim, gdyż jako nastolatek złamał sobie kręgosłup przy skoku na główkę. Był bardzo agresywny i wulgarny, cała frustracja związana z tym traumatycznym przeżyciem wyświetliła się przed nim jak film. W czasie ceremonii współpracuje ze mną kilka osób, których zadaniem jest wspierać uczestników w przechodzonym procesie. Czujnie wspieraliśmy tego mężczyznę, aby mógł przejść swój proces, nie przeszkadzając pozostałym osobom.

Pamiętam też kobietę, która w młodości była zmuszana do stosunków kazirodczych z bratem, i chyba szukała zapomnienia, więc ostatecznie odesłałam ją na terapię do odpowiedniego specjalisty. Zawsze interweniuję, kiedy czuję, że dla kogoś przychodzenie na ceremonie jest próbą ucieczki od problemu, a nie jego rozwiązania.

Modna rozrywka, która może mieć przykre skutki

Robert Rutkowski, psychoterapeuta, pedagog, trener umiejętności psychologicznych, specjalizuje się w leczeniu uzależnień, depresji oraz zarządzaniu stresem. (Fot. Forum) Robert Rutkowski, psychoterapeuta, pedagog, trener umiejętności psychologicznych, specjalizuje się w leczeniu uzależnień, depresji oraz zarządzaniu stresem. (Fot. Forum)

Ayahuasca to modny i celebrycki narkotyk. Dzisiaj jest trendy pojechać do Ameryki Południowej i przeżyć seans z użyciem ayahuaski. Pływanie kajakiem na Mazurach jest już nudne, kiedyś może i jechało się pomedytować w Bieszczadach, teraz jedzie się medytować z kamerą do robienia selfie na Malediwy. Tak zwany rozwój jest dziś formą kreacji. Ale to, że ktoś robi sobie selfie podczas medytowania, to jeszcze nic, najgorzej jeśli ktoś eksperymentuje z substancjami, które są właściwe dla określonego kręgu kulturowego. Indianie, którzy od pokoleń korzystają z różnych naturalnych środków psychoaktywnych do kontaktu z Bogiem lub mityczną pamięcią plemienia, są przygotowani na ich działanie i do niego przyzwyczajeni. Natomiast jeśli mieszkaniec Europy chce używać tych substancji głównie do uciech, to taka intencja zostaje bardzo boleśnie ukarana.

Każde pokolenie ma jakąś miejską legendę. Millennialsi mają ayahuaskę, 10 lat wcześniej była ibogaina, a jeszcze wcześniej mieliśmy całą masę innych narkotyków, których nazw już nie chcę tu przytaczać, a które miały nas poprowadzić na skróty do celu. Sam pamiętam, nie jako badacz, ale raczej uczestnik różnych ekscesów, że do końca lat 80. do leczenia schizofrenii stosowano LSD, silny narkotyk halucynogenny. Odstąpiono jednak od tego, bo okazało się, że jeżeli diagnoza była źle przeprowadzona i podawano LSD osobom, które miały epizody psychotyczne, ale nie były zaklasyfikowane jako schizofrenicy, to ten narkotyk wywoływał u nich schizofrenię.

Dzisiejszą modę na ayahuaskę i wiarę w to, że ona coś może poprawić czy wyleczyć, zaliczam do legend typu „ziemia jest płaska” czy „szczepionki trują nasze dzieci”. Robi się duże pieniądze na wmawianiu ludziom, że ayahuasca jest lekiem na wszystkie problemy tego świata. To kompletna bzdura! Na czym opieram tę mocną tezę? Na obserwowaniu twarzy i sposobów artykułowania myśli moich pacjentów, którzy się załapali na różnego rodzaju seanse w krajach Ameryki Południowej. W zeszłym roku miałem trzy takie osoby. Byli to bardzo poważni ludzie, menedżerowie. Nie małolactwo, które trafiło na jakąś grupę w Internecie i postanowiło: „a co tam, spróbuję, będzie fajnie”. Wszyscy pracowali ze mną wcześniej ze swoimi problemami: jedna osoba nad problemem z alkoholem, druga nad życiem osobistym, a trzecia nad podniesieniem sprawności działania. Ich wspólnym mianownikiem było to, że za namową przyjaciół zdecydowali się przeżyć seans z ayahuaską, który miał otworzyć ich umysł na odmienne stany świadomości. Miał być taką właśnie drogą na skróty do otchłani niezgłębionej siły człowieczej, poprzez zażycie jakiegoś psychodelicznego narkotyku. Wszyscy troje trafili do psychiatrów, bo ja nie byłem już w stanie dalej z nimi pracować.

Planeta Ziemia obfituje w całą masę różnego rodzaju substancji psychoaktywnych, które niekoniecznie muszą uzależniać, żeby różnych naiwnych przemielić i wypluć z powrotem, niestety, z poważnymi defektami, głównie psychicznymi.

Psychodeliki są motorem zmian, pytanie: jakich?

Edi Pyrek, coach biznesu, psycholog, marketingowiec, podróżnik, autor książek. (Fot. materiały prasowe) Edi Pyrek, coach biznesu, psycholog, marketingowiec, podróżnik, autor książek. (Fot. materiały prasowe)

Substancje psychodeliczne zawsze były traktowane jako te, które ukazują duszę. Najpierw takie praktyki były czysto szamańskie i związane z duchowością, potem hipisowskie, czyli związane z wolnością (nie tylko seksualną, ale i wolnością w myśleniu), a teraz psychodelikami interesują się naukowcy i chcą je wykorzystywać do badania możliwości ludzkiego mózgu, leczenia uzależnień, depresji czy raka.

Podobno szamani w trakcie ceremonii z użyciem tzw. świętych roślin, w tym ayahuaski, potrafili dokonywać zmian na poziomie DNA. Są koncepcje, które mówią, że gdyby nie rewolucja psychodeliczna lat 70., nie byłoby w ogóle komputerów i Doliny Krzemowej. Steve Jobs przyznał, że zażycie LSD było jednym z najważniejszych doświadczeń w jego życiu, które pozwoliło mu założyć Apple. Stało też za odkryciem komputerowej myszki, która powstała w laboratoriach w Stanford w czasie eksperymentu z halucynogenami. Według najnowszych badań wystarczy jedna dawka LSD, aby doszło do trwających 6 miesięcy zmian w mózgu. Narkotyki i halucynogeny są więc motorem rozwoju sztuki, cywilizacji oraz ludzkiego mózgu. Jakiś czas temu w jednym z artykułów zadałem pytanie, co się stanie, kiedy ta transformująca siła będzie powszechnie dostępna? Które fragmenty naszego mózgu się rozwiną, a które ulegną atrofii?

Prawdopodobnie w ciągu dekady zostaną zalegalizowane narkotyki halucynogenne, co już obowiązuje w Holandii (legalne halucynogenne trufle), Czechach (legalny ayahuascowy kościół Daime) czy USA (legalny Native American Church, gdzie zamiast świętej hostii przyjmuje się w czasie mszy psychoaktywnego peyotla). W 2021 roku dojdzie do legalizacji MDMA, czyli ecstasy, w Stanach Zjednoczonych wchodzi w trzeci etap badań, będzie też uznawane w Europie. Już dziś wykorzystuje się je w terapiach rodzinnych, w leczeniu stresu pourazowego czy alkoholizmu. Z kolei ibogaina jest środkiem wykorzystywanym przy wyciąganiu ludzi z uzależnienia od alkoholu czy heroiny.

Renesans przeżywają dziś nie tylko środki chemiczne, ale  i bardziej naturalne, tradycyjne substancje, jak grzyby halucynogenne, peyotl czy właśnie ayahuasca. Hitem jest tzw. microdosing, czyli używanie w mikrodawkach grzybów halucynogennych czy LSD do zwiększania możliwości ludzkiego umysłu.

Moje zdanie na temat psychodelików, w tym ayahuaski? Oczywiście, że istnieje ryzyko, że zmiany w mózgu pod jej wpływem będą niekorzystne, podobnie jak dzieje się w wypadku zbyt częstego spożywania alkoholu, zbyt częstego grania w gry komputerowe, brania udziału w reality shows czy nadmiaru seksu. Dzięki narkotykom możemy bowiem osiągnąć dwa rodzaje stanów. Pierwszy: odmienne stany świadomości, które osiągamy też wtedy, gdy tracimy nad sobą kontrolę i się wkurzamy albo idziemy w zakupoholizm w centrum handlowym. Drugi to szamański stan świadomości, który jest związany ze świadomym używaniem środków zmieniających świadomość, czyli gdy w pełni kontrolujesz to, co się dzieje.

Powiedzmy, że mam problem do rozwiązania – idę z nim do szamana lub sam potrafię osiągnąć szamański stan świadomości. Wtedy ten środek służy mi do pracy. Jeśli jednak biorę go po to, by się urąbać na imprezie, to jest poważne zagrożenie, że nieźle pomiesza mi się w głowie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Wiosenne rośliny młodości

Od dawna znane są prozdrowotne właściwości wiesiołka, mało która roślina, a w zasadzie olej z jej nasion, tak sprzyja kobiecie. (Fot. iStock)
Od dawna znane są prozdrowotne właściwości wiesiołka, mało która roślina, a w zasadzie olej z jej nasion, tak sprzyja kobiecie. (Fot. iStock)
Nasze prababki stosowały je z pożytkiem, pokolenia babek i matek uwierzyły farmaceutom. My znowu sięgamy do źródeł.

Słonecznik i dynia na pamięć i sprawność mózgu

By pamięć nie szwankowała, potrzebny jest cynk – znajdziemy go w pestkach dyni i nasionach słonecznika. Okazuje się, że lansowany przez wiele lat miłorząb jako „odmładzający” mózg zupełnie nie ma tych właściwości – w badaniach wykazano, że lepsze skutki przynosi nawet placebo. Ale już pestki słonecznika i dyni z rozmachem możemy dorzucać do wiosennych sałatek – nie tylko wzmocnią smak, ale i dobrze odżywią mózg. Na jego sprawność wpływają także inne nasiona i ziarna – niełuskany ryż, kasze i fasole – to węglowodany złożone, które są świetną pożywką dla mózgu, bo oprócz glukozy zawierają także błonnik, witaminy i minerały.

Wiesiołek - eliksir młodości

Od dawna znane są prozdrowotne właściwości wiesiołka, mało która roślina, a w zasadzie olej z jej nasion, tak sprzyja kobiecie – regularnie stosowany usprawnia gospodarkę hormonalną, ale także wygładza „od środka” i na zewnątrz zmarszczki, wpływa na wygląd i zdrowie cery, sprawia, że mamy lepszy nastrój. To zasługa nienasyconych kwasów omega-3 i omega-6, witaminy A i witaminy E, które zbawiennie wpływają na sprężystość i nawilżenie ciała. Ponadto witamina A, czyli retinol, jest silnym antyoksydantem, chroni przed szybkim starzeniem. Olej z wiesiołka najlepiej kupować ekologiczny, w ciemnych buteleczkach.

Rozmaryn i aloes na włosy i cerę

Rozmaryn lekarski także bardzo sprzyja kobiecie – pomaga na bolesne miesiączkowanie, ale wyciąg z jego liści dodany do kąpieli ujędrnia ciało, dobrze wpływa na cerę, a także wzmacnia włosy i przeciwdziała ich wypadaniu. Także aloes ma dobroczynne działanie na skórę głowy i cebulki włosowe – odżywia je, przyspiesza krążenie krwi w naczyniach znajdujących się na skórze dzięki czemu dostarcza im całe bogactwo swoich witamin i minerałów.

Awokado - jak dobry krem

A jednak dużo tańszy… Warto na stałe wpisać go do diety, a czasem nawet zastosować bezpośrednio na skórę. Awokado wpływa na odnowę komórek, zwalcza wolne rodniki, a więc spowalnia starzenie i obniża poziom złego cholesterolu. Pomimo że jest bogaty w tłuszcz, obniża w organizmie poziom innych tłuszczów, tych odpowiedzialnych za powstawanie cukrzycy. Zamiast masła kładź na pełnoziarnisty chleb żytni właśnie awokado. Regeneruje skórę, więc rozgniecione widelcem i położone na kwadrans jako maseczka na twarz wspaniale ją „wyprasuje”, dostarczając witamin i cennych kwasów omega-3.

Wiosna, a więc kiełki!

Kiełki rzodkiewki czy fasoli mung to witaminowy zastrzyk młodości i energii – w kiełkach jest wszystko, co roślina potrzebuje do życia i do wzrostu, oprócz witamin mają też sporo białka, a białko buduje mięśnie, także mięsień serca. Kiełki dodawane codziennie do zup i sałatek podniosą odporność nieco nadwerężoną zimą.

Aby powyższe składniki mogły zadziałać, ważna jest dyscyplina – powinniśmy z bogactw natury korzystać regularnie, stale, najlepiej pamiętając, że to, co możemy zjeść, z reguły równie dobrze odżywi nas od zewnątrz. Unikajmy chemii, bo wcieranie jej czy konsumowanie dzień po dniu kumuluje się i odkłada w postaci toksyn, z którymi organizm sobie nie radzi. Niech już lepiej odkłada nam się tylko to, co naturalne, co nas karmi, odżywia, w efekcie dodaje urody i usuwa toksyny, by dłużej cieszyć się zdrowiem i młodym wyglądem

  1. Psychologia

Metoda psychodynamiczna - gdy nie potrafisz wydobyć się z serii niepowodzeń życiowych

Terapia psychodynamiczna jest jedną ze współczesnych form psychoanalizy, stosowaną w terapii nerwic, depresji, wobec osób, które nie potrafią wydobyć się z serii niepowodzeń życiowych lub przeżywają trudności w relacjach. (Fot. iStock)
Terapia psychodynamiczna jest jedną ze współczesnych form psychoanalizy, stosowaną w terapii nerwic, depresji, wobec osób, które nie potrafią wydobyć się z serii niepowodzeń życiowych lub przeżywają trudności w relacjach. (Fot. iStock)
Jestem stara, jestem brzydka. Nie stworzyłam związku, nie mam dzieci. Lata mijają... Czułam się ciężka i bezwolna jak ciasto na kluski – opowiada 40-letnia Maria. Siedem lat terapii metodą psychodynamiczną pozwoliło jej poznać siebie i wreszcie dorosnąć. 

Pewnego dnia stanęłam przed lustrem, spojrzałam na siebie i powiedziałam: „Nie jestem już młodą dziewczyną, ciało też już nie nastolatki. Nie stworzyłam trwałego związku z mężczyzną, nie mam dzieci. A na karku 32 lata”. I nagle poczułam się jak ciasto na kluski – ciężka, bezwolna, bez sił, żeby się ruszyć. Od tego momentu nad moją głową zaczęły gromadzić się czarne chmury.

Coraz częściej wpadałam w stany przygnębienia, smutku, apatii, beznadziei i braku sensu życia. Ale też frustracji i złości na siebie. Myślałam: „Kurczę, czas ucieka, a ja mam ciągłe poczucie niespełnienia, braku satysfakcji z czegokolwiek. Chcę, by moje życie wyglądało inaczej! Co jest ze mną nie tak? Dlaczego jestem sama?”.

Mijały lata, a ja nie żyłam, tylko trwałam, międląc wciąż jakieś smutne sprawy. Potem ból psychiczny przerodził się w fizyczny: pojawiły się migreny, bezsenność, kołatanie serca… Byłam sobą zmęczona. Podobnie jak moja przyjaciółka, która wreszcie mną potrząsnęła, mówiąc: „Słuchaj, Marysiu, już nie mam siły rozmawiać z tobą o tym, że nie masz faceta, bo zachowujesz się tak, jakbyś wcale nie chciała go mieć, i nie robisz nic, by go znaleźć. Myślę, że masz ze sobą jakiś problem i powinnaś pójść na terapię. Użalaniem się nad sobą niczego nie zmienisz”. I poleciła mi znajomego psychoterapeutę.

Zawarłam kontrakt

Z ciężkim sercem weszłam do gabinetu i opisałam bagaż, z jakim przyszłam. Terapeuta wysłuchał mnie spokojnie, po czym rozpoczął od przedstawienia zasad terapii: co najmniej 2, a najlepiej 3–4 sesje w tygodniu po 50 minut. Jeśli na którąś nie przyjdę, to i tak będę musiała za nią zapłacić. Każda sesja jest odliczana skrupulatnie co do minuty. Jak się spóźnię, to zabieram sobie cenny czas. Żadnego przekładania spotkań. I zwracamy się do siebie per „pan/pani”. Koniec, kropka.

Takimi sztywnymi, wręcz restrykcyjnymi zasadami charakteryzuje się metoda, w jakiej pracował mój terapeuta – psychodynamiczna, oparta na założeniach teorii psychoanalizy. Kiedy jednak na „dzień dobry” usłyszałam zestaw tych reguł i to, że mam ich bezwarunkowo przestrzegać, mocno się wkurzyłam: „Ten terapeuta chce na mnie zarobić! Mam stać się taką samą wariatką, jak bohaterowie filmów Woody'ego Allena i przez kilka lat przychodzić do niego z byle problemem, bo inaczej nie zrobię kroku do przodu?!”– pomyślałam. Ale czułam, że stoję pod ścianą. Zacisnęłam zęby i powiedziałam do siebie: „Teraz albo nigdy!”, a głośno: „Zgoda”. Byłam zdeterminowana, potrzebowałam pomocy, więc zaufałam. Zawarłam z terapeutą swoisty kontrakt. Później okazało się, że takim ustawieniem terapii zapoczątkowuje się proces leczenia, który w moim przypadku trwał prawie 7 lat.

Lustro prawdy

Terapeuta pracujący metodą psychodynamiczną nie mówi miłych słów, nie głaszcze po głowie, nie radzi, jak postąpić... Pełni rolę takiego lekko wycofanego lustra, na które rzutuję swoje nastroje, uczucia, przeżycia i wszystkie schizy, po czym odwraca je w moją stronę i pokazuje mi prawdziwe „ja”.

Tworzywem do analizy mogło być wszystko: moje spóźnienie lub to, że przyszłam za wcześnie, to, co mi się śniło lub mnie poruszyło, coś, co przeczytałam, zobaczyłam... Każde przeżycie, uczucie, emocja. Siadaliśmy zwróceni do siebie twarzą w twarz i rozmawialiśmy o sprawach bieżących, o tym, co się działo w moim życiu „tu i teraz”. Jeśli wracaliśmy do zdarzeń z dzieciństwa, z przeszłości, to jedynie po to, żeby pokazać, jaki wpływ wywarły na moje obecne zachowania czy wybory.

Na przykład: przychodziłam na sesję zdenerwowana i opowiadałam o zdarzeniu, które mnie rozzłościło. Z tej wypowiedzi terapeuta wyłapywał pewne elementy moich zachowań, emocji, które potem mi pokazywał. I ja nagle widziałam obraz dziewczyny niesympatycznej, nieznośnej, agresywnej lub prowokującej do agresji. To było dla mnie ogromnie trudne do przyjęcia, bo dotąd uważałam się za osobę łagodną, wrażliwą, delikatną, nie potrafiącą walczyć o swoje, podporządkowaną... Inny przykład: Mówiłam, że nie lubię pana K., bo jest oschły, zawistny, gburowaty, a tu nagle widzę, że ja też noszę w sobie takiego małego zgreda. Osłupiałam z wrażenia. Dlaczego go nie cierpię? Bo nie lubię tej części swojego „ja”. Terapeuta pokazywał mi ciemniejszą stronę mojej osobowości, cechy, które spychałam w podświadomość, skrywałam przed sobą, nie chciałam się do nich przyznać.

Momentami tak mnie to wkurzało, że miałam ochotę rzucić się na terapeutę z pięściami. Myślałam: „Boże, po co ja tu przychodzę?! Nie dość, że mnie gnoi, to jeszcze mu za to płacę. Zamiast mnie podbudować, wmawia mi jakieś okropne rzeczy. Jest jak moja mama – tylko mnie krytykuje i wytyka błędy”. Nasza relacja bywała niezwykle trudna, zwłaszcza na początku terapii. Ale to nie kto inny, tylko właśnie terapeuta wziął na siebie trud zderzania się z moimi nastrojami i emocjami. Był ze mną także w trudnych momentach, które wydarzyły się w moim życiu w czasie tych siedmiu lat terapii.

Nazywam się Narcyz

Kiedy wpadałam w depresyjny nastrój, czułam się jak w smole. Narzekałam: „Jestem stara, świat mnie odrzuca, wszystko jest dla młodych. Jestem brzydka, nie mam partnera, inni mają lepiej ode mnie”. I kołowrót negatywnych myśli szedł w ruch.

Kiedyś przyszłam na sesję i opowiedziałam o sytuacji towarzyskiej, w której dostałam po tyłku. I... ku mojemu wielkiemu zdumieniu – terapeuta uświadomił mi, że sama się w taką wepchnęłam. Więcej: czerpałam z tego jakąś perwersyjną satysfakcję! Zaczęłam więc przywoływać z pamięci i analizować różne relacje, w jakie wchodziłam z innymi, i dochodziłam do wniosku, że – istotnie – pewnym osobom pozwalałam się źle traktować, nawiązywałam destrukcyjne związki, sama siebie nie szanowałam i odbierałam sobie godność. Musiałam się zgodzić z terapeutą, że faktycznie mam skłonność do wchodzenia w rolę pokrzywdzonej – z niechęci do widzenia rzeczywistych problemów. Nie zdawałam sobie sprawy, że ucieczka od siebie może przybierać taką formę. Że przyjmuję rolę ofiary, a równocześnie mam w sobie cechy… narcyza.

Zawsze mi się wydawało, że jestem taką grzeczną dziewczynką, że muszę pracować nad tym, by bardziej walczyć o swoje. Dopiero na terapii zrozumiałam, że ja to potrafię, tylko tę waleczność stłumiłam. Od dzieciństwa nosiłam w sobie poczucie, że się wszystkim podporządkowuję, buntuję, ale podporządkowuję. Przeżyłam szok, kiedy terapeuta uświadomił mi, że mam ogromną potrzebę bycia wyjątkową, zawsze na świeczniku, na wysokim stanowisku. Że chciałabym, by świat kręcił się tak, jak mu zagram. Tylko wypycham to ze swojej świadomości. Nie wierzę w siebie. Wydaje mi się, że muszę zrobić Bóg wie co, by udowodnić sobie, że jestem coś warta. Nie potrafię zaakceptować tego, jaka jestem. Stąd mój narcyzm. Okropny stan, w którym pustkę wewnętrzną i żałobę po stłumionym „ja” wypełnia się osiągnięciami, budowaniem i desperacką obroną wizerunku osoby wyjątkowej.

Walka buntu z uległością 

Dopiero w wieku 36 lat odkryłam główne źródło swoich zachowań i wyborów. Nie sądzę, bym znalazła je bez pomocy terapeuty. Tym źródłem była bardzo mocna, a zarazem destrukcyjna więź z mamą. Pępowina, której nie potrafiłam przeciąć, stać się niezależną osobą i wziąć życie w swoje ręce. Wydawało mi się, że jestem samodzielna. Niezależność to był mój lejtmotyw. Kompletnie nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo pozostaję uzależniona psychicznie od mamy. Dociągałam do czterdziestki, a nadal nie dorosłam.

Odkąd pamiętam, zawsze się przeciwko mamie buntowałam. Zapierałam się czterema łapami, żeby tylko nie zrobić tego, co ona chce. Kiedy byłam mała i nie mogłam buntować się otwarcie, stosowałam inne metody – najczęściej bierny opór lub ociąganie się. Nigdy nie podobało jej się to, co robiłam. We wszystkim mnie kontrolowała, wciąż krytykowała, wytykała błędy i potknięcia. Nie znosiłam być posłuszna. Może dlatego, że nigdy mnie nie przytulała, nie chwaliła, a tylko wciąż czegoś ode mnie wymagała i za najdrobniejsze nieposłuszeństwo obrażała? Bardzo krótko mnie trzymała, a ja potrzebowałam więcej swobody. I miłości. Na jej pochwałę lub uśmiech musiałam sobie zawsze zasłużyć. Recytowałam więc np. wierszyki na spotkaniach towarzyskich, choć tego nienawidziłam. Z oporami, ale robiłam, co mi kazała, choć często się we mnie gotowało. Ustępowałam.

Przez długie lata walczyły we mnie bunt z uległością. Kiedy opuściłam dom, przestałam podporządkowywać się jej woli, ale bunt pozostał. Mama codziennie do mnie dzwoniła, kontrolowała i oceniała moje życie. Myślałam, że już jestem wolna, że już nie ma nade mną władzy, że robię ze swoim życiem, co chcę. Jakże się myliłam. Nie założyłam rodziny, bo mama ciągle mnie pytała, kiedy wyjdę za mąż. Nie urodziłam dzieci, bo mama wciąż mówiła, że trzeba je mieć, no bo kto mi na starość poda szklankę wody – doprowadzało mnie to do pasji. Podświadomie byłam głucha na swoje potrzeby. Moje życie nadal obracało się wokół buntu przeciwko mamie, a stłumione potrzeby rozsadzały mnie od środka w postaci agresji, złości, frustracji. Skutkowały nieudanymi relacjami z mężczyznami...

Podczas terapii dotarło wreszcie do mnie, że dorosłość zaczyna się w momencie, kiedy już nie buntuję się przeciwko mamie, tylko przyznaję, że związek, rodzina, dzieci są dla mnie ważne. Nie rezygnuję z siebie i własnych potrzeb w imię utrzymania sztucznego wizerunku. Zrozumiałam też, że nie można wszystkiego zwalać na mamę i mówić np.: „A ja to jestem taka, bo mamusia mnie nie kochała” – to absurd! Coś od rodziców dostajemy, a czegoś nie, tak samo, jak oni coś dostali lub nie od swoich rodziców. I z tym, co wynieśliśmy z domu, możemy zrobić coś dobrego lub coś złego.

Wreszcie, po latach buntowania się, nakręcania mogę żyć spokojnie. Uniezależniłam się od mamy. Naprawdę dorosłam. Gorycz i złość spłynęły ze mnie podczas terapii.

Mam prawo do bycia sobą

Uświadomienie sobie czegoś nie oznacza, że automatycznie to przyjmiemy i od razu zaczniemy żyć inaczej. To dopiero pierwszy krok do zmian. Wszystko trzeba przepracować. Niektóre uczucia, postawy, zachowania czy schematy myślowe wychodziły na sesjach drugi, piąty czy nawet setny raz, ale już ten pierwszy uruchamiał we mnie pewien proces emocjonalny. Rodziła się większa akceptacja siebie – dziewczyny witalnej, ciekawej świata, empatycznej, odważnej, ale czasem też rozlazłej, leniwej, ze skłonnością do masochizmu lub narcyzmu. Ta ciemna część mojej osobowości potrafiła kiedyś storpedować entuzjazm, ciekawość i kreatywność tej drugiej. Boże, ile planów przez to nie zrealizowałam, odbierając sobie siły i nadzieję!

Teraz, kiedy czasami zalewają mnie czarne myśli, nie pozostaję wobec nich bezradna – uruchamiam narzędzia terapeutyczne, czyli pewną refleksję nad tym, co odczuwam, co się ze mną dzieje, dlaczego tak się dzieje, i potrafię powiedzieć sobie: „Stop! To do niczego nie prowadzi”. A jak spotykam się z zachowaniami, które mnie ranią lub złoszczą, to się wyzłoszczę, jak trzeba poprzeklinam, ale już się nie nakręcam, nie obracam w sobie tego w nieskończoność – dzięki temu emocje opadają i szybko się regeneruję. Dałam sobie prawo do bycia sobą. Jestem Marysią, a nie jakąś Jolą.

Najważniejsze: nauczyłam się doceniać i pielęgnować relacje z ludźmi – teraz są o wiele głębsze, cieplejsze. Stałam się bardziej uważna na to, co mówię i robię innym. Poświęcam im więcej czasu. Zmieniłam się. Nie tylko bardziej rozumiem i akceptuję siebie, lecz także lepiej odczytuję problemy tkwiące w innych ludziach. Mam dla nich więcej empatii, zrozumienia, współczucia, a mniej złości i agresji. I pielęgnuję w sobie tę pogodę ducha. Poznałam też mężczyznę, z którym stworzyłam szczęśliwy związek. Planujemy być ze sobą do końca świata i jeden dzień dłużej.

Dla ciekawych siebie

Terapia psychodynamiczna (analityczna, wglądowa) należy do metod wywodzących się z klasycznej psychoanalizy freudowskiej, ale korzysta także z późniejszych szkół nurtu. Jest jedną ze współczesnych form psychoanalizy, stosowaną w terapii nerwic, depresji, wobec osób, które nie potrafią wydobyć się z serii niepowodzeń życiowych lub przeżywają trudności w relacjach. Terapeuci stosujący tę metodę odwołują się do freudowskiej teorii istnienia w ludzkiej psychice stłumionych, nieuświadomionych popędów i ich destruktywnej siły, lecz różnią się sposobem pracy z pacjentem. W terapii psychodynamicznej ważną rolę odgrywa relacja pacjent – terapeuta, dlatego na samym początku terapii następuje bardzo konkretne i rygorystyczne ustalenie warunków kontraktu. Omówienie zasad i cen, zaakceptowanie i ustalenie celu są już początkiem terapii. Podstawowym narzędziem pracy terapeuty jest rozmowa, ale – odmiennie niż w klasycznej psychoanalizie – pacjent nie leży na kozetce, lecz siedzi „twarzą w twarz” z terapeutą i rozmawia z nim o sprawach dziejących się „tu i teraz”.    

  1. Zdrowie

Mięta - jakie ma działanie?

Najbardziej znaną właściwością mięty jest jej łagodzące działanie na podrażniony żołądek, jednak jej zastosowanie jest dużo szersze. (Fot. iStock)
Najbardziej znaną właściwością mięty jest jej łagodzące działanie na podrażniony żołądek, jednak jej zastosowanie jest dużo szersze. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Na całym świecie uprawia się ponad 20 gatunków mięty i jej pochodnych. Mięta ma szerokie działanie na organizm. Dzięki swoim dobroczynnym właściwościom, roślina ta jest doceniana i wykorzystywana od wielu wieków. Jednak zastosowanie mięty nie kończy się na problemach żołądkowych. Jaki potencjał w sobie kryje?

Historia mięty sięga jeszcze czasów starożytnych. Jak głosi jeden z mitów, zioło swoją nazwę zawdzięcza nimfie Minthe, która była kochanką boga Podziemia - Hadesa. Aby uchronić Minthe przed gniewem swojej żony Persefony, Hades zamienił kochankę w ziele o pięknym, intensywnym zapachu i niezwykłych właściwościach. Od tamtej pory uznawał je za święte. W ślad mitycznego boga, ludzie od wieków doceniają potencjał mięty. Egipscy uczniowie nosili na głowach uplecione z liści mięty wieńce, ponieważ wierzono, że roślina rozjaśnia umysł. W pismach Homera można przeczytać o zwyczaju nacierania miętą stołów, co było wówczas uważane za wyraz wielkiej gościnności. A jak dzisiaj wykorzystujemy to wyjątkowe ziele?

Mięta i jej działanie

Najbardziej znaną właściwością mięty jest jej łagodzące działanie na podrażniony żołądek - działa rozkurczająco na mięśnie przewodu pokarmowego, przynosi ulgę od bólu brzucha, wzdęć, zaparć, nudności i innych objawów problemów trawiennych. Zawarty w liściach mięty mentol zwiększa wydzielanie żółci, a zatem jest świetnym suplementem diety, wspomagającym trawienie i odchudzanie.

Co więcej mięta wykazuje działanie antybakteryjne, antywirusowe i wykrztuśne - świetnie sprawdza się w leczeniu dolegliwości dróg oddechowych podczas wszelkiego rodzaju przeziębień i infekcji. Mentol daje charakterystyczny efekt orzeźwienia, więc skutecznie pomoże pozbyć się nieprzyjemnego zapachu z ust. Pomoże także przy leczeniu bezsenności, nerwicy i negatywnych skutków ubocznych stresu, zapewniając odprężenie i spokojny, głęboki sen. Natomiast pocieranie i wdychanie zapachu świeżych listków mięty energetyzuje, usprawnia koncentrację i zapamiętywanie.

(Fot. iStock) (Fot. iStock)

Mięta w kosmetyczce

Podbija kosmetykę naturalną swoimi właściwościami dla skóry i włosów. Miętę pieprzową hoduje się przede wszystkim dla wytwarzanego z niej olejku miętowego. Zawiera on wiele cennych składników jak np.: flawonoidy, karoten, witaminy A i C, rutynę, garbniki oraz mentol. Dzięki jego właściwościom przeciwbólowym i relaksującym, można stosować go do masażu głowy i ciała. Oprócz ulgi od bólu i napięć, zadbamy również o kondycję naszej skóry. Mięta ma działanie przeciwbakteryjnie, więc jest skuteczna w walce z trądzikiem, reguluje wydzielanie sebum, zatem sprawdzi się także w pielęgnacji cery tłustej. Po miętowej kuracji, skóra twarzy odzyska blask, będzie gładka i wypoczęta.

W pielęgnacji włosów mięta pomaga w pozbyciu się łupieżu, odzyskaniu ich blasku i zdrowego wyglądu. Dzięki niej, włosy nie puszą się i łatwiej jest je układać. Stosowana bezpośrednio na skórę głowy, przyspiesza ich wzrost.

Mięta znalazła zastosowanie także w branży perfumeryjnej, gdzie dodawana jest jako nuta średnia, nadająca intensywny, orzeźwiający aromat i nieco pikantny ton.

(Fot. iStock) (Fot. iStock)

Mięta - skutki uboczne. Co za dużo, to niezdrowo

Jak każdą substancję czynną, miętę także trzeba stosować z umiarem. Mięta ma silne działanie lecznicze, przez co może powodować równie silne skutki uboczne. Jakie mogą być negatywne skutki picia mięty? Przy dolegliwościach żołądkowych prawidłowe jest spożywanie 3 szklanek naparu dziennie, ale picie takiej ilości przez dłuższy okres czasu może zaszkodzić naszemu układowi pokarmowemu i objawiać się zgagą czy podrażnieniami żołądka. Badania wykazały, że kobiety we wczesnej fazie ciąży mogą spożywać miętę w formie herbaty miętowej w umiarkowanych ilościach. Wypicie od czasu do czasu 2-3 filiżanek nie niesie ryzyka, ale w późniejszym okresie ciąży spożywanie mięty może powodować uczucie zgagi.

Mięta daje też inne skutki uboczne. Dużo częściej niż duże ilości świeżej mięty czy herbaty miętowej, negatywne skutki uboczne powoduje olejek miętowy - jest to substancja bardzo aktywnie i silnie działająca. Przyjmowany doustnie w dużych dawkach, może spowodować ból brzucha, wymioty, zachwianie równowagi czy zaburzenia snu. Natomiast stosowany zewnętrznie może wywołać zaczerwienienia i podrażnienia skóry. Dlatego też, dla bezpieczeństwa zaleca się rozcieńczanie go olejami (np. oliwą z oliwek, olejkiem jojoba, olejem ze słodkich migdałów czy awokado), a osobom z cerą wrażliwą i naczynkową zupełnie odradza się jego stosowanie. W przypadku kobiet w ciąży, dzieci i osób starszych napar z mięty również wydaje się dużo bezpieczniejszym rozwiązaniem.

  1. Zdrowie

Nagietek i jego lecznicze właściwości

Korony nagietków przez cały dzień zwracają się w stronę słońca, a po zachodzie zamykają. To dlatego w staropolskich zielnikach nazywane były „oblubienicą słoneczną”. Do zielników trafiły jednak nie dla swej urody, a ze względu na właściwości lecznicze. (Fot. iStock)
Korony nagietków przez cały dzień zwracają się w stronę słońca, a po zachodzie zamykają. To dlatego w staropolskich zielnikach nazywane były „oblubienicą słoneczną”. Do zielników trafiły jednak nie dla swej urody, a ze względu na właściwości lecznicze. (Fot. iStock)
Tak zadomowiony dziś w naszych ogródkach nagietek przywędrował do Polski z okolic Morza Śródziemnego. Znany przede wszystkim jako roślina ozdobna, ma także wiele właściwości prozdrowotnych. I to im zawdzięcza popularność w kosmetologii i ziołolecznictwie.

Od ostatnich dni maja aż do późnej jesieni rabaty mienią się pomarańczowymi i pomarańczowozłotymi płatkami nagietków. Te kwiaty są wielkimi amatorami słońca, korony nagietków przez cały dzień zwracają się w jego stronę, a po zachodzie zamykają aż do następnego poranka. To dlatego w staropolskich zielnikach nazywane były „oblubienicą słoneczną”. Do zielników trafiły jednak nie dla swej urody, a ze względu na właściwości lecznicze, opisywane choćby przez Hildegardę z Bingen, autorkę traktatu o leczniczym i szkodliwym działaniu roślin i minerałów z XII wieku.

Kolorowa apteka

Obserwując energetyzujące odcienie nagietków, nietrudno uwierzyć, że ich kwiaty zawierają naturalne barwniki z grupy karotenoidów (w kolorach: żółtym, pomarańczowym, różowym, czerwonym) – przede wszystkim luteinę. Organicznie luteina obecna jest także w plamce żółtej oka i soczewce, gdzie odpowiada m.in. za przeciwdziałanie zaćmie. Problem w tym, że ludzie nie syntetyzują karotenoidów, więc muszą dostarczać je organizmowi w pożywieniu lub preparatach aptecznych – wśród których nie brak i tych z luteiną pozyskiwaną z „oblubienicy słonecznej”.

Także karotenoidom nagietek zawdzięcza działanie gojące. A to dlatego, że przyspieszają one zabliźnianie się ran i wspomagają regenerację komórek. Nic więc dziwnego, że wyciąg z nagietka jest składnikiem maści gojących stosowanych w różnych uszkodzeniach skóry, a także kosmetycznie używanych kremów oraz maseczek.

W nagietku, oprócz karotenoidów, występują również flawonoidy, olejek lotny, związki żywicowe i śluz. Są to substancje aktywne o właściwościach przeciwzapalnych i antybiotycznych. Napar z kwiatów nagietka jest stosowany do przemywania skóry w przypadku trudno gojących się ran, oparzeń, w owrzodzeniach żylakowatych i zastrzale.

W kwiatowym chruśniaku

Nagietki zaczynają kwitnąć ok. 2 miesięcy po zasianiu, a że nie mają wygórowanych wymagań glebowych, samodzielnie się rosiewają i są lubiane przez pszczoły – mogą zdobić nasz ogród aż do pierwszych mrozów.

Wykorzystywane po ususzeniu do robienia leczniczych i kosmetycznych specyfików kwiaty nagietka najlepiej zbierać (bez łodyżek) w pełnym rozkwicie, w słoneczny dzień. W domowych warunkach koszyczki kwiatów można suszyć w temperaturze otoczenia, a po wysuszeniu – przechowywać je w suchych i przewiewnych miejscach, np. wsypując do płóciennych woreczków.

Sprawdzone receptury

Suszone kwiaty nagietka można wykorzystać do przygotowania maseczki do twarzy o działaniu przeciwzapalnym i kojącym czy olejku do masażu skóry suchej, podrażnionej oraz dotkniętej rozstępami. Olejek warto również wsmarować od czasu do czasu w zniszczone końcówki włosów lub skórę głowy.

Olejek nagietkowy – sposób przygotowania

  • wsyp garść suszonych płatków nagietka do słoika lub butelki, a następnie zalej dowolnym olejem roślinnym
  • wymieszaj lekko całą zawartość naczynia i odstaw w nasłonecznione, ciepłe miejsce
  • mieszaj delikatnie raz dziennie
  • po upływie dwóch tygodni przecedź olej przez gazę.
Maseczka nagietkowo-owsiana (polecana do cery trądzikowej) – sposób przygotowania
  • wymieszaj 4 łyżki płatków owsianych z 4 łyżkami suszonych kwiatów nagietka i zalej niewielką ilością ciepłego mleka
  • gdy płatki zmiękną, dodaj łyżkę oliwy lub innego oleju i pół łyżki miodu (pod warunkiem że skóra nie jest przesuszona)
  • nałóż maseczkę na twarz na ok. 10 min (potem możesz rozmasować ją jak peeling).

  1. Zdrowie

Brzoza i jej lecznicze właściwości

Lecznicze właściwości brzozy znane są od wieków. (Fot. iStock)
Lecznicze właściwości brzozy znane są od wieków. (Fot. iStock)
W medycynie ludowej brzoza cieszyła się dużą popularnością. I - jak się okazuje - nasi przodkowie mieli trafną intuicję, bo badania naukowe dowodzą, że pozyskiwane z tego drzewa składniki mają wiele właściwości zdrowotnych. 

Młode liście na choroby układu oddechowego i w przypadku niestrawności, cienkie płatki kory na zaognione rany, nalewka lub płukanka z pączków na porost włosów... - lecznicze przymioty brzozy znane są od wieków.

Jednym z najcenniejszych surowców jest jej kora. Wielokierunkowe badania wykazały wszechstronne działanie pozyskiwanych z niej składników czynnych: betuliny, kwasu betulinowego i lupeolu. Ze względu na brak toksyczności i wszechstronne działanie bez efektów ubocznych, preparaty zawierające wyciąg z kory brzozy można stosować zarówno zewnętrznie, jak i wewnętrznie. Substancje aktywne ekstraktu z kory brzozowej pomogą naszym komórkom w walce z wolnymi rodnikami przyczyniającymi się do rozwoju chorób cywilizacyjnych i przedwczesnego starzenia się organizmu. Sprawdzają się szczególnie przy problemach skórnych pochodzenia bakteryjnego, grzybiczego i wirusowego czy w atopowych zapaleniach skóry. Sam ekstrakt z kory brzozy może być doskonałym kosmetykiem ochronnym do stosowania na co dzień, skutecznym także w walce z przebarwieniami czy zmarszczkami. Krem z wyciągiem z kory brzozy działa również nawilżająco i natłuszczająco.

Regularne podawanie wodnej zawiesiny betuliny i kwasu betulinowego w zalecanych dawkach działa korzystnie na układ immunologiczny, zatem dla lepszego efektu warto połączyć pielęgnację kosmetyczną ze stosowaniem takich preparatów... i z kąpielą, która nie dość, że działa oczyszczająco i kojąco na skórę, to ułatwia wydalenie szkodliwych metabolitów, w szczególności kwasu moczowego, mogącego wywołać bóle stawów i ograniczenia sprawności ruchowej. Wystarczy 400–500 g świeżych lub 150–200 g suszonych liści brzozy zalać 3–4 litrami wrzącej wody i gotować pod przykryciem 3–4 minuty, a potem pozostawić na 30 minut do naciągnięcia. W zależności od preferencji napar można przecedzić lub wlać do wanny razem z liśćmi. Najlepiej kąpać się w temperaturze 38–39°C, przez 15–20 minut.

Poszukiwanie wiosny

Na przełomie zimy i wiosny warto wybrać się na zbiór pączków brzozy. Pamiętajmy jedynie, by zrywać je z drzew przeznaczonych do wycięcia lub ze ściętych gałązek, tak aby nie pozbawiać brzóz możliwości wydania listków. Pączki trzeba suszyć w miejscach przewiewnych, a następnie przechowywać w zamkniętych pojemnikach, ponieważ łatwo chłoną inne zapachy. Z pączków można przygotować herbatkę o właściwościach moczopędnych, nalewkę, która polecana jest do przemywania świeżych ran, czy dodać je do kąpieli.

Działanie ekstraktu z kory brzozy

Związki chemiczne występujące w ekstrakcie z kory brzozowej (betulina, kwas betulinowy i lupeol) są cennymi surowcami kosmetycznymi. Oto kilka ich właściwości: chronią komórki i tkanki przed tzw. stresem oksydacyjnym; betulina działa przeciwwirusowo w przypadku m.in. wirusa opryszczki; kwas betulinowy chroni skórę przed utratą sprężystości oraz stymuluje syntezę kolagenu; ekstrakt brzozowy nie ujawnia właściwości immunotoksycznych i wywołujących alergię oraz powoduje znaczną redukcję zmian skórnych i zmniejszenie objawów świądu; przy stosowaniu preparatu zawierającego ekstrakt z kory brzozy w atopowym zapaleniu skóry oraz łuszczycy można zaobserwować zmniejszenie zmian skórnych, obrzęków oraz objawów świądu.