1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Czy obsesja na punkcie zdrowia może zaszkodzić? Neurolożka o życiu w „wieku diagnozy”

Czy obsesja na punkcie zdrowia może zaszkodzić? Neurolożka o życiu w „wieku diagnozy”

(Fot. master1305/Getty Images)
(Fot. master1305/Getty Images)
Powiedzenie, że nie ma osób zdrowych, a jedynie jeszcze niezdiagnozowane, stało się ironiczną rzeczywistością. Zdaniem dr Suzanne O’Sullivan, cenionej neurolożki i autorki książki „Wiek diagnozy”, obsesja na punkcie zdrowia zmienia kompletnie nasz sposób myślenia i w efekcie wpływa na samopoczucie.

Spis treści:

  1. Diagnoza choroby: i co dalej?
  2. Medykalizacja życia a kult młodości
  3. Efekt nocebo: czym jest? Nocebo a placebo
  4. Doktor Google: dlaczego jego „diagnoza” bywa niebezpieczna?
  • Dr Suzanne O'Sullivan, psychoneurolożka kliniczna, zauważa, że współczesne czasy to era medykalizacji życia, kultu młodości.
  • Objawia się ona m.in. szukaniem szybkiej diagnozy na zaobserwowane objawy. Nawet jeśli mogą one wskazywać na chorobę, która pojawi się – bądź nie – w dalekiej przyszłości.
  • Jak zauważa ekspertka: „Warto zastanowić się, czym jest dobre życie. Czy tym, że będziemy codziennie łykać sto tabletek i dożyjemy 120 lat? Czy jednak wolimy krótsze życie, ale pełniejsze, bardziej prawdziwe, z mniejszym dążeniem do perfekcji?”
  • Naukowczyni ostrzega również przed samodzielnym diagnozowaniem się przez Internet i dr. Google'a.

Artykuł pochodzi z magazynu „Sens” 1/2026

Diagnoza choroby: i co dalej?

Ewa Klepacka-Gryz: Dlaczego, pani zdaniem, medycyna poszła w takim kierunku, że łatwiej jest diagnozować niż leczyć?

Dr Suzanne O'Sullivan: Chodziłam do szkoły w latach 70., 80. ubiegłego wieku i nie pamiętam nikogo z klasy, kto byłby traktowany jak dziecko ze specjalnymi potrzebami, na pewno nie diagnozowało się żadnych zaburzeń u dzieci. Za późno diagnozowano też takie choroby jak nadciśnienie czy cukrzycę. Dlatego pomysł, by robić rozpoznanie wcześniej i leczyć już łagodne symptomy, to był krok w dobrą stronę, który mógł naprawić to, co kiedyś zaniedbywano.

Obecnie jednak, moim zdaniem, łatwiej jest diagnozować, zainwestować w sprzęt medyczny, niż wykształcić i zatrudnić zespół lekarzy, bo to więcej kosztuje, wymaga więcej czasu, zaangażowania.

Jeśli na przykład przychodzi pacjent z podejrzeniem stanów lękowych, prościej jest zaproponować mu jakiś test niż finansować długotrwałe działania, na przykład terapię. Brakuje specjalistów, a specjaliści nie mają dość czasu na jedną wizytę. Diagnozowanie jest jak przyklejenie plastra na złamanie.

Do czego potrzebują diagnozy lekarze, a do czego pacjenci?

Obie strony do tego samego, czyli żeby wyjaśnić, co pacjentowi dolega, wskazać sposób wyleczenia danej dolegliwości, złagodzenia bólu. Wydaje mi się jednak, że obecnie rozpoznanie służy uzasadnieniu, dlaczego pacjent cierpi, dlaczego jest mu w życiu trudno, a także upewnieniu go w przekonaniu, że to, co mu dolega, jest tym, co sobie wymyślił czy wyobraził na temat swoich dolegliwości. I to jest w dłuższej perspektywie problematyczne, bo jeżeli diagnozą tłumaczymy złe samopoczucie, które może być efektem różnych przyczyn, i nie idzie za tym żaden kolejny krok, to jaki to ma sens? Więcej z tego szkody niż pożytku. Diagnoza to dopiero początek drogi prowadzącej do poradzenia sobie z dolegliwościami.

Czy badania, które mogą przewidzieć przyszłe problemy zdrowotne pacjenta, który, na razie, nie ma objawów, są korzystne?

Krótsza odpowiedź na to pytanie jest taka, że jeżeli w tej chwili ktoś dostanie rozpoznanie dotyczące objawów, które wystąpią dopiero za 10 lat, to z dużym prawdopodobieństwem zaraz zacznie żyć jak osoba chora, choć nie będzie mieć w tym momencie żadnych objawów zdiagnozowanej choroby. Warto mieć to z tyłu głowy, gdy decydujemy o diagnostyce.

Myślę, że zaawansowana diagnostyka jest w dzisiejszych czasach przedstawiana i promowana jako coś, co daje nam więcej mocy sprawczej, co pozwoli zaplanować przyszłość na przykład pod kątem finansowym, przygotować się na to, co nas czeka. To cenne, ale jednocześnie kiedy już dowiemy się o przyszłym stanie zdrowia, nie możemy się tego „oddowiedzieć". Niektórzy ludzie tracą w tym momencie nadzieję, że ich życie potoczy się tak, jak sobie zaplanowali, mając przed sobą wiele lat w zdrowiu i szczęściu. Weźmy na przykład chorobę Alzheimera, którą czasami można zdiagnozować już na 10 lat przed wystąpieniem objawów. Tu podam swój przykład: jestem osobą po pięćdziesiątce, nie pamiętam wielu autorów przeczytanych książek ani aktorów grających w znanych mi filmach – i to jest naturalny proces związany ze starzeniem się mózgu. Natomiast gdyby ktoś był w takiej sytuacji jak ja i dostał diagnozę alzheimera, to te naturalne skutki starzenia się natychmiast skojarzyłyby mu się z chorobą. Oczywiście nie odradzam nikomu diagnostyki, ale na pewno radzę zastanowić się, jak nasze ciało i nasz umysł zareagują na to, czego możemy się dowiedzieć.

Co oznacza „dobra” diagnoza? Do czego powinna prowadzić? Jakie wnioski powinien wyciągnąć z niej lekarz, a jakie pacjent?

Tak jak już powiedziałam, nie powinna być końcem przygody człowieka z medycyną, tylko początkiem. Powinna otwierać drzwi do leczenia, pozbywania się objawów, a jeżeli się nie da tego zrobić, to przynajmniej do otrzymania wsparcia, żeby iść lepiej przez życie.

Medykalizacja życia a kult młodości

Na ile fakt, że żyjemy w czasach dążenia do doskonałości, zaprzeczania starzeniu się i śmierci, ma wpływ na to, że potrzebujemy diagnozy i leków dla nawet najdrobniejszych, okresowych słabości, jak gorsze samopoczucie, spadki energii, brak motywacji? Czy ten trend da się jeszcze odwrócić?

Rzeczywiście mamy dziś absolutnie nierealne oczekiwania i wobec siebie, i wobec naszych dzieci, dotyczące wiecznego bycia młodym, odnoszenia sukcesów. Dzieciom mówimy: „Pracuj ciężko, wszystko ci się uda”, a tymczasem moim zdaniem bardziej powinniśmy mówić: „Znajdź sobie pewien obszar, w którym jesteś dobry, i na tym się skup. Nie we wszystkim musisz być wspaniały ani perfekcyjny”. A jeśli chodzi o starzenie się – tak, absolutnie próbujemy to negować, odwracać. Jak już wspomniałam, robię się trochę zapominalska, czasem budzę się kilka razy w nocy, tu mi strzyka, tam mnie boli – i uważam, że nie ma w tym nic dziwnego. Przy tym jestem świadoma, że oprócz dolegliwości typowych dla mojego wieku posiadłam dużą mądrość życiową, jestem bardziej stabilna, szczęśliwsza niż na wcześniejszych etapach życia – i na tym się staram skupiać.

Dążenie do ideału, wyśrubowane oczekiwania wobec siebie i innych, kult młodości – to wszystko sprawia, że nastąpiła tak silna medykalizacja życia. I kiedy ludzie dochodzą do tego momentu i nagle zaczyna im coś dolegać, są zaszokowani, bo o tym w ogóle się nie mówi.

Czy jest możliwy odwrót od tego trendu? Jeżeli będziemy prowadzić więcej takich rozmów jak dzisiaj, to być może coś się zmieni. Warto zastanowić się, czym jest dobre życie. Czy tym, że będziemy codziennie łykać sto tabletek i dożyjemy 120 lat? Czy jednak wolimy krótsze życie, ale pełniejsze, bardziej prawdziwe, z mniejszym dążeniem do perfekcji?

Czy ta wspomniana medykalizacja może wynikać również z lęku przed śmiercią?

Myślę, że duży wpływ na to ma ogromny postęp technologiczny; jest dużo więcej leków, terapii, wszystkiego. Kiedy zaczynałam praktykę lekarską, jeżeli kogoś bolała głowa, mogłam tak naprawdę zrobić jeden skan i to było wszystko. Dziś mogłabym robić ciągle nowe badania głowy pacjenta przez całe miesiące roku i nie dostać odpowiedzi, która byłaby satysfakcjonująca albo w pełni obrazowała to, co się dzieje. Wydaje mi się, że to nie jest do końca dobra droga i, powtórzę po raz kolejny, należałoby bardziej cenić życie w całej jego pełni niż skupiać się na tym, żeby ono było bardziej perfekcyjne i bez żadnej skazy.

Efekt nocebo: czym jest? Nocebo a placebo

Porozmawiajmy teraz o efekcie nocebo. Jak często trafiają do pani pacjenci, o których można powiedzieć, że to diagnoza spowodowała wystąpienie objawów?

Z efektem nocebo spotykam się w każdej klinice, w której pracuję, i nie ma w tym nic niezwykłego. Wszyscy znamy efekt placebo: jeżeli wierzymy, że coś nam pomoże, to tak się dzieje, nawet jeżeli w rzeczywistości to nie miało prawa zadziałać. Nocebo jest czymś dokładnie odwrotnym; jeżeli uwierzysz, wystarczająco mocno, że coś ci zaszkodzi albo spowoduje u ciebie jakąś chorobę, to twój umysł będzie tak reagował.

Często podaję przykład pandemii; w trakcie jej trwania, a nawet już po, kiedy w komunikacji miejskiej ktoś kasłał, wracaliśmy do domu i niektórym wydawało się, że gorzej się czują, że na pewno zarazili się COVID-19. To są normalne reakcje organizmu. Spotkałam się z pacjentami, którzy na skutek efektu nocebo wykształcili u siebie napady padaczkowe albo nawet epizody paraliżu, jednak na szczęście u bardzo małej grupy ludzi efekt nocebo prowadzi do rozwinięcia poważnych objawów, niewynikających z realnej choroby.

Czy pytanie, które pani zadaje pacjentom: „Co ci się przytrafiło?”, zamiast: „Co ci dolega?”, może sprawić, że cierpiący człowiek zacznie łączyć występowanie objawów z tym, co się wydarza w jego życiu?

Poczuje się bardziej sprawczy i odpowiedzialny za swoje samopoczucie? Jeśli chodzi o obszar zdrowia psychicznego, to te etykietki, o których już wspominałyśmy, dają rozwiązanie na krótko. Jeżeli zdiagnozujemy kogoś jako osobę z autyzmem, depresją – to jest to diagnoza, która ma poparcie w biologii. Na początku ta informacja przynosi ulgę, bo człowiek rozumie, dlaczego czuje się tak, a nie inaczej. Jednak w dalszej perspektywie traci on sprawczość, bo biologii nie da się zmienić.

Myślę, że często takie etykietowanie przynosi więcej szkody niż pożytku, dlatego lepiej skupiać się na rzeczach, na które można mieć wpływ. Dlatego dodatkowo pytam pacjenta o historię życia, okoliczności, w jakich akurat się znajduje. Proszę, żeby zastanowił się nad tym, co mogło doprowadzić do takiego, a nie innego samopoczucia, bo to jest coś, co daje mu sprawczość, siłę i pole do zmiany.

Czy można powiedzieć, w jakich sytuacjach – w przypadku chorób psychosomatycznych – podanie leków jest skuteczniejsze niż psychoterapia?

Jeśli mówimy o objawach psychosomatycznych, to należy podkreślić, że są one prawdziwe – ktoś naprawdę odczuwa jakieś objawy fizyczne, które wpływają na jego funkcjonowanie, ale nie mają swojego źródła w chorobie.

Bardzo często są one konsekwencją pewnych schematów, na przykład unikania strachu, unikania stawiania się w sytuacji, kiedy wiemy, że nie spełnimy pewnych wymagań – które sami sobie stawiamy albo inni nam stawiają – unikania sytuacji, w których mamy jakieś oczekiwania co do rezultatów i boimy się, że nie zostaną one spełnione, więc nie wchodzimy w tę sytuację. We wszystkich tych okolicznościach prawdziwym ratunkiem, który uważam za zdecydowanie lepszy niż leki, jest rozmowa z pacjentem. Rozmowa o tym, dlaczego takie schematy się wykształciły, co zrobić, żeby zmniejszyć ich nasilenie, czy i jak można poprawić sytuację danej osoby. Rzadko zalecam wtedy wyłącznie farmakoterapię zamiast rozmowy, psychoterapii. Chyba że pacjent trafi a w poważnym stanie.

Doktor Google: dlaczego jego „diagnoza” bywa niebezpieczna?

Jakie jest pani zdanie na temat samodiagnozowania się według wskazówek ChataGPT czy z innych źródeł internetowych? To bardzo częste zjawisko, nie bez powodu powstało przecież określenie Doktor Google.

Zdarzyło mi się szukać w Internecie odpowiedzi na dolegliwości, które u siebie zaobserwowałam, jednak to najgorsza rzecz, jaką można zrobić. Przede wszystkim z tego powodu, że proces diagnozy jest bardzo zniuansowany: liczy się wiele elementów, wiele części składowych, których wyszukiwarka ani program oparty na sztucznej inteligencji nie będą w stanie połączyć i ująć w odpowiedzi na nasze pytanie. Czym innym jest sytuacja, kiedy mamy na przykład stwierdzone objawy cukrzycy i przy pomocy Internetu chcemy znaleźć najlepszy ośrodek medyczny czy polecanych diabetologów.

Czy w przypadku uzyskania diagnozy – stwierdzenia choroby, na którą nie ma lekarstwa – korzystanie z homeopatii, ziół, suplementów ma sens?

Wiem, że są lekarze, którzy są całkowicie przeciwni homeopatii, ja nie należę do tej grupy. Myślę, że jest w tym jakaś wartość, a pacjent ma prawo korzystać z tego, co przynosi mu ulgę. Homeopatia, zioła, suplementy często działają zgodnie z efektem placebo. Pacjenci wierzą, że konkretny preparat im pomaga, lepiej się po nim czują, dostają wsparcie od osoby, która im je zleca, czują się wysłuchani. Oczywiście pod dwoma warunkami: po pierwsze, nie może to być coś, co jest generalnie szkodliwe; po drugie, nie może być sprzeczne z podstawowym leczeniem zleconym przez lekarza.

Suzanne O'Sullivan, dr neurologii, psychoneurolożka kliniczna, naukowczyni. Jest autorką nagradzanych książek z dziedziny psychosomatyki. Pracowała w Szpitalu Królewskim w Londynie, obecnie jest specjalistką w National Hospital for Neurology and Neurosurgery, członkini Towarzystwa Epileptologii

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE