1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Wystukaj emocje - jak działa Technika Emocjonalnej Wolności?

Wystukaj emocje - jak działa Technika Emocjonalnej Wolności?

EFT nazywa się psychologiczną akupunkturą czy raczej akupresurą. Nie potrzebujemy przecież igieł, wystarczy opukiwać konkretne punkty i powtarzać odpowiedni tekst. (Fot. iStock)
EFT nazywa się psychologiczną akupunkturą czy raczej akupresurą. Nie potrzebujemy przecież igieł, wystarczy opukiwać konkretne punkty i powtarzać odpowiedni tekst. (Fot. iStock)
Paraliżują cię fobie? Nie możesz pozbyć się głęboko zakorzenionych kompleksów, nieśmiałości? Wypowiedz swój lęk na głos, a potem opukaj określone punkty na swoim ciele. Uwolnisz emocje. Tak działa metoda EFT, czyli Techniki Emocjonalnej Wolności

Pokrótce opowiadam trenerowi o swoim problemie. On ustala tekst, który będę powtarzać, tzw. ustawienie i uczy, w który punkt mam uderzać. Pierwsza część ustawienia mrozi mnie, muszę stanąć oko w oko z lękiem, wypowiedzieć go na głos. Druga część – publiczne wyznanie miłości sobie samej też niełatwo przechodzi przez gardło.

Opukuję posłusznie wskazane punkty, ale w głowie kłębią się wątpliwości. Boję się, że mówiąc głośno coś, czego lękam się najbardziej, przyciągnę to! Zwykła ludzka wiara w przesądy. Nie opuszcza mnie też myśl, czy to cokolwiek zmieni.

Po kilku tzw. rundach opukania pojawia się dziwne uczucie. Mam wrażenie, że ukryte we mnie emocje wrą, wydostają się na powierzchnię. Coś we mnie kipi jak gotująca się zupa. Czy to możliwe? Opukałam kilka punktów, powtarzałam tekst i... uruchomiłam niemal kosmiczny bałagan emocjonalny.

EFT (Emotional Freedom Techniques), czyli Techniki Emocjonalnej Wolności w pierwszej chwili wydają się aż za prostą metodą. Tak prostą, że trudno uwierzyć w jej skuteczność. Chyba dlatego wiele osób szybko rezygnuje, twierdząc, że opukiwanie im nie pomaga. A warto ją stosować zarówno profilaktycznie, jak i leczniczo.

Joanna Chełmicka, instruktorka, trenerka i terapeutka pracująca tą techniką, w książce „Wprowadzenie do EFT”, pisze: „Polecam metodę EFT wszystkim, którzy chcą poprawić jakość swojego życia, zarówno emocjonalnego, fizycznego, materialnego, jak i duchowego. (…) To, w jakim zakresie z niego skorzystacie, zależy tylko i wyłącznie od Was samych”. Jednocześnie ostrzega: „Warto pamiętać, że w przypadku poważniejszych zaburzeń lepiej korzystać z pomocy wyszkolonych trenerów i pozostać pod dotychczasową opieką medyczną lub psychologiczną”.

Pradawne początki

Korzenie tej techniki zaliczanej do energopsychologii i energomedycyny sięgają starożytnego Wschodu, konkretnie Chin. Tam przed tysiącami lat powstała teoria meridianów, kanałów przepływu energii przez ludzki organizm. Tam też wymyślono akupunkturę.

EFT nazywa się psychologiczną akupunkturą czy raczej akupresurą. Nie potrzebujemy przecież igieł, wystarczy opukiwać konkretne punkty i powtarzać odpowiedni tekst. Cel jest jeden: przywrócenie wewnętrznej harmonii.

Początki EFT to praca twórcy kinezjologii stosowanej dr. George'a Goodhearta oraz autora Terapii Pola Myśli (Thought Field Therapy) dr. Rogera Callahana. To właśnie Callahan podczas pracy z pacjentami doszedł do wniosku, że przyczyną negatywnych emocji, a także zaburzeń somatycznych są zakłócenia w systemie energetycznym. Terapia jego autorstwa była skomplikowana: opukiwało się różne punkty, zależnie od problemu. A jeśli weźmiemy pod uwagę, że w ciele człowieka znajduje się kilkanaście głównych kanałów energetycznych (meridianów) i na każdym z nich jest wiele punktów do opukiwania lub nakłuwania, uwalnianie emocji w ten sposób wymagało specjalistycznej wiedzy! I ogromnej cierpliwości.

Wśród uczniów Callahana znalazł się Gary Craig, który znacznie uprościł procedurę leczniczą. Inżynier z wykształcenia długo szukał metody szybkiego i trwałego uwalniania się od negatywnych emocji. Wykorzystał podstawowe punkty z akupunktury i ułożył je w jedną sekwencję. Dzięki temu dziś każdy, bez odbycia specjalnych szkoleń, może poradzić sobie z wieloma chorobami, tremą lub lękiem!

Gary Craig oparł się na założeniu medycyny wschodniej, że każda choroba zaczyna się w głowie. Wszelkie zaburzenia emocjonalne po jakimś czasie przeradzają się w objawy fizyczne. Jeśli energia płynie bez przeszkód przez ciało, ono leczy się samo. Czasem wystarczy jeden seans EFT, żeby znikła fobia dręcząca pacjenta od dzieciństwa. Uzdrowienie dolegliwości fizycznych trwa, niestety, dłużej.

Podróż do źródła przeżyć

EFT może być pomocne przy problemach natury psychologicznej, które utrudniają codzienne życie, jak fobie i lęki, depresja, obsesje, uzależnienia, ADHD, trema, kompleksy czy traumatyczne wspomnienia. Radzi sobie też ze wspomaganiem działań w rozmaitych bólach, m.in. migrenach, także w cukrzycy, zaburzeniach wzroku, zapaleniu nerwów, nieprawidłowym ciśnieniu krwi, SM. Pomaga schudnąć, poprawić relacje z ludźmi, dodać wiary w siebie, osiągać sukcesy w rozmaitych dziedzinach. Opukiwanie sprawi, że na większym luzie podejdziemy do operacji albo życiowego egzaminu. A wiadomo, jak ważne jest psychiczne nastawienie – może zadziałać jak czarodziejska różdżka. Najważniejsza jest jednak systematyczność, a często też dotarcie do podstawowego problemu.

Chociaż każdy może się nauczyć tej techniki, warto skonsultować się z trenerem. Są bowiem sposoby, które pozwalają „dokopać się” do źródeł przeżyć; odkryć coś, co nami powoduje, choć skutecznie to stłumiliśmy. Potem już możemy działać samodzielnie. Podstawą jest systematyczność – nie można zrobić seansu raz na tydzień, a potem narzekać, że nie działa!

Instrukcja obsługi

Najważniejsze jest ustalenie tzw. ustawienia, czyli tekstu, który będziemy powtarzać. „Mimo, że mam problem (tu mówimy, jaki, np. napady paniki), to w pełni akceptuję siebie”. Musi być określony precyzyjnie. Przy arachnofobii mówimy: „mimo, że boję się pająków, to w pełni akceptuję siebie” lub „kocham i akceptuję siebie”. W pierwszej części opisujemy: „boli mnie tył głowy”, zamiast ogólnie „boli mnie głowa”, „boję się wody”, a nie „mam fobię”. Gdy już mamy tekst, ustalamy skalę problemu od 0 do 10. Zwykle na początku oscyluje blisko 10!

Zaczynamy od 3-krotnego powtórzenia ustawienia, jednocześnie opukując punkt karate (środek zewnętrznej krawędzi dłoni). Następnie opukujemy punkty na głowie, tułowiu i dłoniach. (kolejność poniżej). W każdy z nich uderzamy 7–8 razy, a zamiast tekstu stosujemy przypominacz: „ten ból”, „ten ucisk” czy „woda jest groźna”, „boję się utonąć”.

Punkty usytuowane symetrycznie można ostukiwać po jednej lub drugiej stronie ciała albo po obu równocześnie. Najwygodniej robi się to palcem wskazującym i środkowym, a pod pachą – całą dłonią.

Gary Craig podkreśla, że można wybierać te punkty, które najbardziej nam odpowiadają. Wiele osób rozśmiesza stukanie się po głowie, więc mogą to ominąć. Warto słuchać własnej intuicji.

Po rundzie EFT zadajemy sobie pytanie, o ile zelżał nasz problem w skali 0–10. Jeśli się nie zmniejszył, powtarzamy rundę. To jednak rzadko się zdarza. Zazwyczaj oceniamy go niżej, np. spada z 10 do 5. Wtedy powtarzamy rundę, ale zmieniając tekst: „nawet jeżeli czuję pozostałość problemu”, czyli „pozostałość lęku przed wodą”, „pozostałość bólu z tyłu głowy” albo „nawet jeśli jeszcze czuję ból z tyłu głowy, to w pełni akceptuję siebie”. Zmieniamy też przypominacz.

W poważniejszych, silnie zakorzenionych fobiach skuteczniejsza może okazać się metoda „Dotknij i weź oddech” (Gary Craig „EFT w zespole stresu pourazowego”).

Zaczynamy od dotknięcia punktu karate lub złączenia dłoni zewnętrznymi krawędziami. Wówczas te punkty stykają się. Bierzemy głęboki wdech i mówimy na głos lub w myśli ustawienie. Potem dotykamy punkty po kolei, robiąc pełen oddech. Cały czas koncentrujemy się na swoim problemie.

Jak mówi Danuta Kropiwnicka-Szulc, trenerka EFT II stopnia, autorka warsztatów „Zapukaj po spokój i rozluźnienie”, podczas EFT trudno zrobić błąd. Błędem jest tylko nie stosowanie go!

Opukuj kolejno punkty:

B – początek brwi (u nasady nosa),

BO – bok oka (lekkie wgłębienie na skroni),

PO – pod okiem (na kości jarzmowej pod środkiem oka),

PN – pod nosem (pośrodku),

Bn– broda (pośrodku, w zagłębieniu między brodą a wargą),

O – początek obojczyka (miejsce, gdzie obojczyk łączy się z mostkiem),

PP – pod pachą (bok tułowia, na wysokości brodawki sutkowej),

CG – czubek głowy.

Punkty na dłoniach:

Znajdują się z boku od strony kciuka, u nasady paznokcia:

K – kciuk (po zewnętrznej stronie kciuka u nasady paznokcia),

PW – palec wskazujący,

– palec środkowy,

PM – palec mały,

G – punkt Gama (zagłębienie na wierzchu dłoni między kostkami palców serdecznego i małego).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Akupunktura japońska - czym jest, na co pomaga?

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Akupunktura kojarzy wam się z człowiekiem naszpikowanym igłami jak fakir? Tak być nie musi, a może nawet nie powinno – uważa Elżbieta Pathak, specjalistka akupunktury japońskiej. I dodaje, że prawdziwa akupunktura to dużo więcej niż usuwanie bólu. To takie wyregulowanie całego ciała, żeby ból nie wracał.

Czym właściwie jest akupunktura? Powiem, czym nie jest. Nie jest po prostu wkłuwaniem igieł w punkty. Akupunktura jest regulowaniem całego ciała. Wzmocnieniem naturalnej zdolności organizmu do wyzdrowienia. Ciało to całość. Wszystko jest ze sobą połączone. Medycyna akademicka ma inne poglądy, tymczasem fizyka kwantowa udowodniła już, że przestrzeń i tak zwana materia oddziałują na siebie nawzajem, nie ma oddzielenia. Autentyczna akupunktura opiera się na tym właśnie poglądzie. Jeśli jakieś obszary w ciele zaczynają słabnąć i jest w nich niedobór, to w innych miejscach z czasem może powstać niezdrowy nadmiar. Tak jakbyś miała wokół siebie tłok, że trudno się normalnie poruszać. Takie procesy zachodzą w meridianach: niektóre słabną, w innych zaczyna się zastój. Tu za mało, tam za dużo i energia nie może płynąć. Powstają blokady. I to, czego nie chcemy, zaczyna boleć. W pulsie można to wszystko zobaczyć.

Czytasz tylko z pulsu? Nie. Filarów diagnozy jest więcej. Mówimy o czterech. Pierwszy to widzenie. Obserwujesz, czy pacjent jest blady, czy ma twarz raczej zaczerwienioną, czy może siną. Jak się porusza – czy krok jest energiczny, czy raczej powolny. Już wtedy widzisz, jaki jest poziom energii. Dalej: słuchanie. Słuchasz nie tylko, co mówi, ale i jak mówi. Czy głos jest słaby, czy silny, czy cichy, niepewny, czy rozkazujący. Kolejny filar: węch. Im ktoś bardziej chory, tym ostrzejszy ma zapach. I w końcu dotyk. Brzucha, nóg, rąk, karku, ramion, samej skóry.

Mówisz o medycynie chińskiej, a prowadzisz gabinet akupunktury japońskiej. To inne metody? Inne. Na początku nauczyłam się akupunktury chińskiej. W najlepszej szkole w Berlinie. Byłam bardzo pilna, nagrywałam każdy wykład, po czym, nie będąc na 100 proc. pewną swojego niemieckiego, przepisywałam wszystko do zeszytów. Wiedziałam, że chcę być dobrą lekarką, chcę skutecznie pomagać innym. Zdałam egzaminy, zrobiłam dyplom, zaczęłam pracować. I nie rozumiałam, czemu mam kłopoty. Czasem umiałam pomóc, czasem nie. I nie wiedziałam dlaczego.

I co zrobiłaś? Zaczęłam szukać, żeby dowiedzieć się, czego nie wiem. W Rottenburgu, na kongresie tradycyjnej medycyny chińskiej, poznałam Japonkę Kiiko Matsumoto, która prezentowała tam swój sposób leczenia. Jeśli rzeczywiście regulujemy organizm, regulujemy Qi – esencję witalną, to właściwie od razu widać efekty. Możesz nie uwierzyć, ale tak właśnie jest. Zmienia się twarz, rozluźnia, inny jest blask oczu, skóry. I to właśnie zobaczyłam, kiedy obserwowałam pacjenta Kiiko. Od tego momentu wiedziałam, że japońska akupunktura to moja droga. Na początek kupiłam wszystkie książki o akupunkturze japońskiej, które mogłam dostać, ale w każdej były przedstawione inne metody! Wtedy zrozumiałam, że muszę znaleźć nauczyciela. Trochę to trwało, ale znalazłam. Spędziłam trzy weekendy na kursie terapii meridianów Stephena Bircha w Monachium – i nagle wszystko zaczęło stawać się jasne. Na przykład wreszcie dogłębnie zrozumiałam, jak mam diagnozować puls. Steve uwielbia uczyć i robi to doskonale. Bardzo wiele mu zawdzięczam.

W szkole chińskiej tego nie uczono? Uczono nas 27 rodzajów pulsu, ale są one ważne raczej dla tych, którzy leczą ziołami. Akupunkturzysta musi badać puls inaczej. W Monachium poczułam się jak ktoś, kto miał zamazany obraz i nagle zoom – wszystko widać wyraźnie. Okazało się, że nie ma czegoś takiego jak jedna japońska akupunktura. W Japonii, tak jak w Chinach sprzed rewolucji, jest wielu różnych mistrzów. Mają swoje style pracy, stworzyli własne szkoły. Mniej więcej 15–20 proc. z nich to akupunktura holistyczna, do której zalicza się szkoła Toyohari. Moim nauczycielem stał się właśnie Stephen Birch. Kiedyś sam uczył się w szkole chińskiej akupunktury – i za każdym razem, kiedy go nakłuwano, mdlał. Aż pewnego razu zrobił mu akupunkturę japoński mistrz – i Stephen nie zemdlał. Został jego uczniem, potem asystentem – to był profesor Yoshio Manaka, chirurg akademicki, genialny naukowiec i akupunkturzysta. Później Steve poznał styl Toyohari, razem z żoną, Japonką Junko Idą, założyli własną szkołę w Amsterdamie. Ukończyłam u nich dziesięciomiesięczne szkolenie podyplomowe i dopiero wtedy poczułam się prawdziwą akupunkturzystką z szansą na stanie się dobrym lekarzem.

Na czym polegają różnice w tych metodach? W stylu Toyohari stosujemy niezwykle delikatne, bardzo precyzyjne i bardzo różnorodne, bezbolesne techniki akupunktury. Uczyliśmy się ich przez dziesiątki godzin. Wiele czasu spędziliśmy na nauce szukania punktów. W klasycznych dziełach chińskich podana jest lokalizacja punktów, ale to pewien obszar – nieraz aż dwa centymetry kwadratowe. Jeśli punkt ma dokładniejszą lokalizację, na przykład na przecięciu fałdy kolanowej i jakiegoś ścięgna, to to nadal jest lokalizacja teoretyczna. Prawdziwy akupunkturzysta musi sam znaleźć właściwy punkt. Przez dziesięć miesięcy uczyliśmy się, jak znajdować punkty. Którą częścią palca dotykać, jak układać rękę, jak ją przesuwać. Po krótkim porannym wykładzie teoretycznym pracowaliśmy całymi dniami przy leżankach. Szukaliśmy u siebie nawzajem punktów, oznaczaliśmy je kolorowymi długopisami i weryfikowaliśmy je, sprawdzając puls. To była wielka nauka. Jako jedyna Polka przeszłam przez ten trening, w Berlinie jest nas parę osób. Piękne w japońskiej szkole Toyohari jest też to, że cały czas się uczymy. Nawet 80-letni mistrzowie spotykają się, żeby ćwiczyć. To rzadkie w obecnym świecie. Spotykamy się z japońskimi mistrzami raz w roku – przylatują do Europy i pracujemy z nimi przez trzy dni przy leżankach. Poza tym dwa razy do roku przyjeżdżają do nas Steve, Junko lub ktoś inny o podobnym doświadczeniu, no i oczywiście ćwiczymy regularnie w lokalnych grupach.

Znajdowanie punktów jest najważniejsze? Znajdowanie punktów i wykonanie na nich odpowiednich technik jest zwieńczeniem procesu diagnozy i, podobnie jak dobra diagnoza, decyduje o efekcie leczenia. Punkt ma często dwa milimetry średnicy – jeśli trafimy w środek, mamy 100 proc. efektu. Jeśli na obrzeżach, efekt będzie o wiele mniejszy. A jeśli umieścimy igłę poza obrzeżem punktu, efektu nie będzie w ogóle. W chińskiej szkole bada się dodatkowo język, ale w szkole Toyohari uważa się, że na tym nie można polegać. Ja czasem sprawdzam język, ale dodatkowo, jako potwierdzenie tego, co ustaliłam wcześniej. Toyohari to szkoła niewidomych mistrzów, tutaj dotyk odgrywa najważniejszą rolę. Dotykamy tułowia, nóg, rąk, pleców, badamy puls (to też dotyk!). Jeżeli umiesz to dobrze zrobić, zbierasz wiele cennych informacji. Bo na podstawie jedynie wywiadu można wyciągnąć błędne wnioski. Dlatego tak ważna jest zbudowana na wielu filarach diagnoza. Możesz wtedy użyć niewielu punktów, żeby pomóc. Nie trzeba wcale dużej liczby igieł.

Mam całkiem inne doświadczenia. Byłam na akupunkturze w pewnym znanym miejscu w Warszawie. Diagnozę postawiła lekarka po dziesięciominutowej rozmowie, zapisała coś na karteczce i akupunkturzysta już mnie nie badał – po prostu w błyskawicznym tempie wkłuwał igły. Leczenie najlepiej jest oceniać po skutkach. Nie mogę powiedzieć, że akupunktura bez dokładnej diagnozy całkiem nie ma sensu. Jeśli na przykład umieścimy igły w pewnych punktach, możemy usunąć ból. Tak jak proszek od bólu głowy: bierzesz, działa. Ale potem ból wraca. Leczenie symptomatyczne, nieoparte na właściwej diagnozie, nie przyniesie z reguły trwałych rezultatów. Albo nawet żadnych.

Czyli jeśli ktoś mówi, że bóle głowy w skroniach, to… Odpowiada za to meridian woreczka żółciowego. Można ten meridian „naprawiać”, opierając się jedynie na tych symptomach. Ale każdy meridian jest połączony ze wszystkimi innymi. Najlepiej znaleźć przyczynę tego, że właśnie ten meridian ma „problem” – a te przyczyny mogą być różne. Jeśli znajdę przyczynę, efekty będą długotrwałe.

I udaje ci się to zrobić podczas jednej wizyty? Usunąć ból można bardzo szybko. Ale jedna wizyta to jeden krok. Jeden krok nie wystarczy, jeżeli trzeba przejść pewną drogę. Ale za każdym razem staram się zrobić najlepszy możliwy krok i tu podstawą jest właściwa diagnoza. Nieraz jest to łatwe, nieraz nie. Bo na przykład eksces (nadmiar) w pulsie jest tak silny, że trudno poczuć dno pulsu. Wszyscy chcą szybko – ja też bym chciała! Trzeba jednak cierpliwości. Wtedy największy pożytek odniesie pacjent, który ją ma.

Przychodzi ktoś i mówi, że niby badania ma dobre, wszystko w porządku, a on się źle czuje. Źle śpi, nie ma siły… Jeśli meridiany są elastyczne, dobrze wypełnione, nie ma blokad, mamy wolny przepływ energii i krwi, to człowiek dobrze się czuje, jest zdrowy i szczęśliwy (stan zdrowia jak najbardziej widać w emocjach). Ale już samo to, że ktoś mówi: nie mam siły, świadczy o niedoborze, prawda? Moim zadaniem jest stwierdzenie gdzie – i leczenie. Jeśli pacjent mówi, że nie widzi zmiany, sprawdzam wszystko bardzo dokładnie od początku. Czasem, jeśli pacjent ma bardzo silny niedobór, nie poczuje się od razu o wiele lepiej, zobaczy poprawę dopiero po trzech, czterech spotkaniach. Ale zawsze sprawdzam, czy się nie pomyliłam. Na szczęście zdarza mi się to po latach pracy rzadko.

Akupunktura wielu osobom kojarzy się z leczeniem bólu. Tak, panuje taki pogląd. I nie jest mylny, bo czym jest ból? Ból jest efektem zastoju. Jeśli regulujesz całe ciało, energię, to usuwasz zastój. Usunięcie bólu to jedna z najprostszych rzeczy, ale akupunktura to o wiele więcej. To, jak już mówiłam, regulacja całego ciała. Taka, żeby symptomy – jak ból – nie wracały. A żeby wróciły siły, dobre samopoczucie, dobre trawienie, zdrowy sen.

Czy są do stosowania akupunktury przeciwwskazania? W stylu Toyohari nie ma, bo to bardzo subtelne techniki. Nie nakłuwa się głęboko lub nie nakłuwa się w ogóle. Jeśli zagłębiam się w skórę, to na pół milimetra, milimetr. To techniki powierzchowne, ale ponieważ są precyzyjne, nie trzeba wiele, żeby osiągnąć wspaniałe efekty. W medycynie chińskiej panuje pogląd, że trzeba nakłuć głęboko. Nie chcę deprecjonować tych metod, ale mogę odważnie powiedzieć, że jeśli chcesz uzupełnić niedobory, technika powinna być bezbolesna. Wszędzie, gdzie sprawiasz ból, ujmujesz Qi, czyli esencję witalną. Rozpraszasz je. I jeśli ktoś jest osłabiony, taki zabieg osłabi go jeszcze bardziej, będzie czuł się gorzej.

Czy przy chorobach ciężkich, jak nowotwór, można pomóc? Akupunkturą nie wyleczysz raka. Ale jest to wspaniała pomoc przed, w czasie i po chemioterapii – bo przez cały czas reguluje organizm, czyli na przykład w czasie chemii usuwa skutki uboczne. W leczeniu nowotworu sprawdzają się metody Guolin Qigong. Ale to już inna historia. Nie można też wyleczyć na przykład epilepsji. Ale są choroby, z którymi medycyna akademicka nie radzi sobie za dobrze, a autentycznie regulująca akupunktura może dać wspaniałe efekty. Dobrym przykładem są stany zapalne zatok czy osłabiona odporność. Mam nawet w Berlinie pacjenta ze stwardnieniem rozsianym. Przychodzi od bardzo dawna, co tydzień. I mówi, że czuje się coraz lepiej. Ma stabilniejszy chód, lepszy wzrok, mówi wyraźniej. I nie pojawiają się kolejne rzuty choroby.

Akupunkturą japońską można leczyć między innymi:

● Dolegliwości układu kostno-mięśniowego – bóle pleców, karku, ramion, bioder, kolan, zespół cieśni nadgarstka, stany zapalne stawów, rwę kulszową. ● Choroby wewnętrzne – astmę, choroby uszu, gardła, nosa, żołądka, jelit, chroniczne uczucie zmęczenia, choroby wątroby i woreczka żółciowego, pęcherza moczowego i nerek, niepłodność, dolegliwości neurologiczne. ● Problemy psychologiczne i emocjonalne – stres, depresję, stany lękowe. ● Skutki uboczne terapii medycznych – choćby przy chorobach nowotworowych (uniknięcie nudności i wymiotów podczas chemioterapii); wzmocnienie w procesie rekonwalescencji po zabiegach chirurgicznych i radioterapii.

Elżbieta Mielczarek była piosenkarką bluesową. Ma na koncie takie przeboje, jak „Poczekalnia PKP” i „Hotel Grand”. W pewnym momencie zdecydowała: chcę leczyć. Została lekarką, specjalistką akupunktury japońskiej. Jako Elżbieta Pathak pracuje w Berlinie, Warszawie i Łodzi.

  1. Zdrowie

Jivaka - masaż dla ciała, umysłu i emocji

Niektóre miejsca w ciele przechowują wrażenia gromadzone przez całe życie. Jivaka pomaga opróżnić ten magazyn. (Fot. Getty Images)
Niektóre miejsca w ciele przechowują wrażenia gromadzone przez całe życie. Jivaka pomaga opróżnić ten magazyn. (Fot. Getty Images)
Takiego masażu jeszcze nie doświadczyłaś. Zresztą czy to masaż? Ciało przyjmuje ten zabieg z wdzięcznością, umysł usuwa się dyskretnie, by mogła zajść zmiana w tobie.

Prosta mata, poduszka, łagodna muzyka. Krzysztof Szabat prosi, żeby podczas zabiegu pomóc sobie oddechem, który nazywa jang-jin. Wdech nosem, wydech ustami. Branie i dawanie. – Te dwie energie, wypełniające świat, towarzyszą nam na każdym kroku. Ważne, by utrzymać je w równowadze – mówi. Sam też oddycha w ten sposób przez całą sesję. Przypomina to wspólną medytację. Dla myśli pozostaje niewiele miejsca. Najważniejsze staje się ciało, dotyk. Czasem zdecydowany, czasem delikatny, ledwo wyczuwalny. Uciskanie, rozciąganie, głaskanie. Najpierw nogi, długo. Potem plecy, brzuch, mostek, głowa, twarz. Trzy godziny przyjemności, ale też żegnania bólu, trudnych emocji. Wszystko to uwalnia się, wypychane przez potężną siłę. Siłę życia.

Przystanek na drodze

Sanskryckie słowo jivaka znaczy tyle, co „stan prawdziwej żywotności” i pochodzi z czasów Buddy. Wskazuje na kogoś, kto jest całkowicie żywy i świadomy, w ciele i umyśle. Tych samych czasów – sprzed 2,5 tysiąca lat – sięga historia metody. Jej twórca nazywał się zresztą Jivaka Kumara Bhaccha. Był uczniem i lekarzem Buddy. Został oświeconym mistrzem i ojcem tradycyjnej medycyny wschodniej. Tajniki systemu, który stworzył, przekazywane są nieprzerwanie z nauczyciela na ucznia. Krzysztof Szabat jest jednym z nich. Niechętnie nazywa ten zabieg masażem. To praca z ciałem i energią, praktyka duchowa. Bardzo złożony system, rozwijający witalność, stabilność, wewnętrzną moc.

Jivaka skupia wybrane aspekty innych technik, a jednocześnie wyróżnia się sobie tylko właściwymi cechami. Działa łagodnie i zdecydowanie. Raczej nikogo nie pozostawi obojętnym. – Zwykle pierwszy kontakt z tą terapią wiąże się z żywymi reakcjami – przyznaje Krzysztof Szabat. – Niektóre są natychmiastowe, inne pojawiają się po zabiegu, najczęściej w ciągu trzech dni. Czasem tuż po sesji pacjent jest skrajnie wyczerpany, po czym okazuje się, że uwolnił się od czegoś, co towarzyszyło mu przez kilka czy kilkadziesiąt lat. Niektóre miejsca w ciele przechowują wrażenia gromadzone przez całe życie. Jivaka pomaga opróżnić ten magazyn. Często towarzyszą temu silne emocje. Jest więc szloch, śmiech... to po prostu przystanek na drodze do równowagi. Ciało nieustannie do niej dąży, ale czasem potrzebuje bodźców. Kiedy je otrzyma, uruchamia swoje mechanizmy samouzdrawiające.

Ciało jak dom

Jivaka jest masażem „suchym” – żadnych olejków, żadnego wcierania. Jesteś ubrana w wygodny strój. Powiedziałaś, co dolega twojemu ciału czy psyche. Teraz rozluźniasz się. Możesz się spodziewać uciskania, rozciągania, ugniatania, a nawet elementów kręgarstwa (nastawianie miednicy). Kciukiem, dłonią, łokciem, kolanem. Ale nie oczekuj stałej, zaplanowanej sekwencji ruchów. Masaż odbywa się w różnych pozycjach – będziesz leżeć na plecach, na brzuchu, na boku, być może siedzieć. Jedno jest pewne: wszystko zacznie się od nóg. – Kluczowe w tej pracy jest uwolnienie napięć, a – żeby się do nich dostać – najlepiej na początku skupić się na nogach. To zgodne z prawami fizyki. Chodzi o siłę grawitacji, o to, by uwalniająca się energia mogła spłynąć w dół – tłumaczy Szabat.

Niezwykle istotna jest też kwestia uziemienia. Nasze ciało, tak jak dom, bardzo go potrzebuje. – Działa to na tej samej zasadzie co piorunochron. Jeżeli mamy kontakt z ziemią – czyli otwarte stopy, nogi – ciało z łatwością poradzi sobie z doświadczeniami, jakie nas dotykają. To, co trudne, odda ziemi.

Z jakimi dolegliwościami zgłaszają się ludzie? Są te większego kalibru: problemy z kręgosłupem, bolące biodro, asymetria barków. I te bardziej subtelne: ból głowy, zgrzytanie zębami, ospałość, zbyt dużo energii, stany depresyjne...

Znika napięcie

Czasem Krzysztof Szabat planuje serię zabiegów, a ból ustępuje szybciej. Czasem ktoś poczuje się przestraszony, bo wydarzyło się coś poza jego kontrolą, bo świetnie sobie radził z pewnymi emocjami, a tu nagle tyle tego...

– Mogę tak poprowadzić sesję, żeby emocje się nie uwalniały. Zależy, jakich narzędzi użyję. Od tego, czy dwie osoby są na siebie otwarte. Mam jeden cel: pomóc pacjentowi. Czas, jaki z nim spędzam, jest tylko dla niego – mówi.

Ludzie przyjeżdżają do niego z różnych miast – Gdańska, Warszawy, Krakowa. Również z Niemiec. Uwalniają się od bólu, napięć, psychicznych obciążeń. Odstawiają leki. Czują odprężenie, przypływ energii. Dostrzegają swoje nawyki myślowe, otwierają się na nowe doświadczenie. Wzrasta odporność, ale też wiara w siebie. Poprawia się komunikacja z ludźmi. – Na poziomie fizycznym rozpuszczają się napięcia; na poziomie psychicznym ten stan wyraża się jako lekkość, radość – mówi Szabat.

Wrócić do środka

Jivaka to również bierna joga (rozciąganie przypominające asany), trening rozluźniania połączony z gimnastyką energetyczną... System, który stworzył Jivaka Kumara Bhaccha ewoluował przez tysiąclecia. Całe szczęście, bo przecież świat w tym czasie nie stał w miejscu. – Nie wiem, czy moi mistrzowie wykonywali te zabiegi w taki sam sposób. Podejrzewam, że nie – mówi Szabat. – To przekaz czyni tę metodę tak skuteczną.

Współczesny człowiek potrzebuje powrotu do własnego wnętrza. – Wielu z nas ma za sobą doświadczenia utraty miłości, odrzucenia, wycofania się w samotność. To powoduje, że oddalamy się od innych, od siebie. Musimy zrozumieć, że nasze szczęście nie zależy od innych ludzi, od okoliczności zewnętrznych. Że nic nie zrekompensuje nam braku miłości własnej. Droga do wolności i dobrobytu zawsze zaczyna się w naszym wnętrzu.

Krzysztof Szabat, terapeuta Jivaka Body & Mind, terapeuta Yumeiho, masażysta.

  1. Zdrowie

Zdrowy układ hormonalny: uważaj na związki, które zakłócają pracę tarczycy

Jeśli chcesz zadbać o swój układ hormonalny, ograniczaj produkty, które zawierają duże ilości dysruptorów endokrynnych. Nie widać tych cząsteczek gołym okiem, jednak mogą poważnie obciążyć twój organizm. (fot. iStock)
Jeśli chcesz zadbać o swój układ hormonalny, ograniczaj produkty, które zawierają duże ilości dysruptorów endokrynnych. Nie widać tych cząsteczek gołym okiem, jednak mogą poważnie obciążyć twój organizm. (fot. iStock)
Dysruptory endokrynne – to naukowy termin określający substancje, które towarzyszą nam w codziennym życiu, i niestety , mogą niekorzystanie wpływać na nasz układ hormonalny.

Dysruptory endokrynne (skrót EDC, z ang. endocrine disruptor chemicals/compounds) to duża grupa związków używanych w przemyśle chemicznym. Obecnie zalicza się do nich 1,4 tys. substancji, które występują też w produktach codziennego użytku (plastik, opakowania, tanie kosmetyki, a także żywność). Choć z jednej strony ułatwiają nam funkcjonowanie, to jeśli weźmiemy pod uwagę ich wpływ na nasze zdrowie - cena może okazać się dość wysoka. Otóż dysruptory endokrynne mogą poważnie zaburzyć pracę układu hormonalnego. Dlaczego tak się dzieje? - Dlatego, że te syntetyczne substancje są podobne w swojej budowie do naszych hormonów, a to powoduje na przykład, że podczepiają się do receptorów komórkowych „podając się” za naturalne hormony. Co to powoduje? – „Udając hormony” zaczynają działać tak jak one i np. powodować wcześniejsze dojrzewanie u dziewczynek (tak działa Bisfenol A). Nadmiar estrogenów, jak wiadomo, może zaburzać też prawidłowe działanie jąder u mężczyzn. A te hormonopodobne substancje przynoszą właśnie taki efekt, jakby dzieciom (ale też dorosłym) sztucznie podawało się estrogen.

Efekt działania dysruptorów endokrynnych zależy od kilku czynników:

  • wieku, w jakim organizm miał styczność ze szkodliwymi substancjami
  • od tego jak długo zostaliśmy poddani działaniu EDC
  • oraz jakie było ich stężenie (zdarza się, że przy niektórych substancjach niskie stężenia mogą być bardziej uszkadzające niż wyższe).

Ogólna zasada jest taka, że im młodszy organizm, tym bardziej narażony na szkodliwe działanie EDC. Bardzo wrażliwe są dzieci w łonie matki, u których krążące we krwi dysruptory endokrynne mogą nie tylko uszkadzać rozwijający się nowy organizm, ale też wywoływać zmiany w genach.

Dysruptory endokrynne mogą być przyczyną otyłości, cukrzycy, ale także mogą wpływać na męski i żeński układ rozrodczy, czy też powodować niektóre typy nowotworów (hormonozależnych). W tym artykule skupiam się na ich wpływie na pracę gruczołu tarczowego (tarczycy).

Jak dysruptory endokrynne mogą działać na tarczycę? Większość tych efektów dotyczy układu podwzgórze-przysadka-tarczyca i polega na:

  • hamowaniu pracy przysadki (hamowanie produkcji TSH),
  • zaburzaniu m.in. produkcji i transportu hormonów tarczycy,
  • zakłócaniu mechanizmów związanych z wychwytywaniem jodu.

Pomimo podobieństwa w budowie dysruptory działają dużo słabiej niż hormony, ale znaczenie ma ich ilość. Przez to, że jest ich tak dużo mogą spowodować wiele szkód dla zdrowia. Zdarza się, że występują w naszym ciele w większym stężeniu niż hormony!

Warto wiedzieć więc jakich substancji wystrzegać się ze względu na ich niekorzystne działanie:

  1. Bisfenol A (BPA) to jeden z najszerzej rozpowszechnionych EDC, który występuje w bardzo dużej ilości rzeczy codziennego użytku. W ostatnich latach dużo mówi się o jego wpływie na tarczycę. Jest związkiem organicznym i może się łączyć z receptorami estrogenowymi*. Ma wprawdzie 10 tys. razy słabsze powinowactwo do receptorów estrogenowych niż ludzki estrogen, ale problem stanowi jego wszechobecność (światowa produkcja BPA sięga 3,5 mln ton rocznie) oraz powolna biodegradacja. Stosowany jest powszechnie do produkcji wielu tworzyw sztucznych:
  • butelek plastikowych,
  • opakowań plastikowych,
  • płyt CD,
  • telefonów komórkowych,
  • lakierów służących do pokrywania metalu w puszkach z napojami i żywnością.

BPA jest także przeciwutleniaczem w środkach spożywczych i kosmetycznych oraz wchodzi w skład kompozytów dentystycznych.

  1. Polichlorowane bifenyle są to związki, które dostają się do środowiska poprzez pożary wysypisk śmieci, transformatorów, czy niewłaściwą gospodarkę odpadami. Związki te łatwo przechodzą do gleby i wody włączając się w ekosystem. Mogą dostać się do organizmu najczęściej poprzez spożywanie skażonej wody i żywności.
  1. Nadchlorany - ich głównym źródłem są nawozy azotowe używane w uprawach warzyw i owocó

Warto przy tym podkreślić że wiele publikacji donosi o zwiększonej zapadalności na choroby autoimmunologiczne tarczycy wśród osób mieszkających czy pracujących niedaleko zakładów petrochemicznych oraz na terenach skażonych pestycydami.

  1. Bromowane środki zmniejszające palność dodawane np. do tworzyw sztucznych, tkanin czy drewna.

Prawda jest niestety taka, że nie unikniemy kontaktu z dysruptorami endokrynnymi w codziennym życiu, ale możemy świadomie go zminimalizować.

W jaki sposób ograniczyć działanie EDC? – Przede wszystkim zrezygnujmy z plastiku! Szczególnie w kuchni.

  • Wybierajmy produkty zapakowane w szary papier lub w szkło, zamiast w opakowania z tworzyw sztucznych.
  • Czytajmy etykiety ze składem kosmetyków i wybierajmy te bez BPA.
  • Warto pytać też dentystów, przed założeniem plomby, o zawartość BPA w materiale.
  • Nie pakujmy żywności w plastikowe pojemniki. Starajmy się w ogóle unikać plastiku. Szczególnie chrońmy przed nim dzieci. Zrezygnujmy z plastikowych misek, kubków czy łyżek. Najlepiej używać szkła lub drewna.
  • Światłoczuły papier (paragony, wydruki z bankomatów) może również zawierać EDC. Dlatego po każdym kontakcie papierem światłoczułym warto umyć ręce mydłem.
  • Decydujmy się na naturalne tworzywa w naszym otoczeniu (drewniane okna czy podłogi, naturalne materiały – jeśli mamy oczywiście taką możliwość).

*Receptory estrogenowe to specyficzne białka, które obecne są w komórkach określonych tkanek. Ich funkcją jest wiązanie obecnego we krwi estrogenu – żeńskiego hormonu płciowego, który aktywuje określony materiał genetyczny, a ten stymuluje powstanie różnych białek (bisfenol A, który podczepia się zamiast estrogenu, zakłóca te procesy).

Dr. Luiza Napiórkowska (fot. archiwum prywatne)Dr. Luiza Napiórkowska (fot. archiwum prywatne)

Dr n.med. Luiza Napiórkowska: specjalista endokrynologii i diabetologii, lekarz chorób wewnętrznych. Ma 20-letnie doświadczenie kliniczne, zdobywane m.in. w Kanadzie, Wielkiej Brytanii, Szwajcarii i Brazylii oraz w Polsce - w Klinice Endokrynologii i Diabetologii CSK MSWiA w Warszawie. Od 2019r. autorka bloga medycznego Okiem Doktor Luizy, poprzez który realizuje swój cel szerzenia profilaktyki zdrowotnej. Regularnie publikuje także w mediach społecznościowych, gdzie obserwuje ją i towarzyszy jej aktywna społeczność niemal 90 tys. osób.